Wyszło, że rozdział ma 28 stron, więc zdecydowałam się jednak podzielić go na pół. ;-)


Siedział sam.
W rogu Wielkiej Sali, na samym końcu stołu Ślizgonów, Draco Malfoy grzebał w swoim obiedzie. Siedział w tym samym miejscu, wpatrując się w posiłek z niechęcią, trzy razy dziennie odkąd zaczął się semestr.
Hermiona uznała to za dziwnie fascynujące.
Oczywiście wszystko było inne odkąd Voldemort został pokonany. Już nie miała Rona i Harry'ego po obu swoich stronach, rozmawiających o Quidditchu albo pracy domowej, którą musieli zrobić. Oni, tak jak wielu uczniów z jej rocznika, zdecydowali się nie wracać do Hogwartu na siódmy rok, aby napisać OWTM—y. Pozostali wybrali to z innych tragicznych powodów. Ale reszta, tak jak Hermiona i samotny Malfoy po drugiej stronie Sali, wrócili.
To było… co najmniej dziwne, aby uczęszczać na lekcje z młodszymi uczniami, jak Ginny, ale orzeźwiające. Mogło wydawać się nieprzyjemnym mieć status quo przywróconego po tym wszystkim, co się stało. Ale to wstrząsnęło wszystkim i w ten sposób wydawało się, że jest inaczej.
— Znowu to robisz — powiedziała Ginny z miejsca obok niej, jedząc kanapkę z wędliną.
— Co? — zapytała Hermiona roztargniona.
— Gapisz się na Malfoy'a. Jestem pewna, że to zauważył. Szczerze, masz szczęście, że nie przyszedł tutaj jeszcze i nie rzucił na ciebie jakiejś klątwy.
Hermiona spojrzała na rudowłosą, a potem jej wzrok znów powędrował do Malfoy'a.
— Nie uważam, że zrobiłby to — odparła.
— Jest Malfoy'em, Hermiono. Mógłby.
— To dlaczego nie zrobił? — Potrząsnęła głową. — Nie. Zmienił się od wojny — odkąd naprawdę… A to tego część.
— Dobrze — przyznała Ginny. — Może być inny. Ale dlaczego jesteś tak nim zafascynowana?
— Po prostu uważam to za interesujące, to wszystko. Jak myślisz, jak bardzo ludzie tacy jak on mogą się zmienić?
— Bardzo mało. — Ginny skończyła kanapkę i odsunęła talerz. — Mam trening Quidditch'a. — Wstała, zatrzymała się jednak i nachyliła w kierunku Hermiony. — Jeśli uważasz, że jest taki interesujący, dlaczego nie zrobisz coś radykalnego takiego jak porozmawianie z nim?
Co ciekawe, Hermiona nie pomyślała o tym wcześniej.

— Odrobiłeś już pracę z Numerologii?
Malfoy podniósł wzrok znad swojej pracy i rozejrzał się po prawie pustej bibliotece.
— Co?
— Mam problemy z drugim pytaniem. — Hermiona wślizgnęła się na krzesło naprzeciwko niego bez żadnego zaproszenia. — Masz je zrobione?
Malfoy spojrzał na nią zaskoczony.
— Nie. — Spojrzał w dół i zaczął ponownie pisać.
— Cóż, czytałeś je? Nie jestem pewna czy lepiej użyć Zasady Ozzikana czy Drugiego Twierdzenia Dominicusa. Obydwie dają taką samą odpowiedź, ale nie wiem, którą chce profesor Vectr, abyśmy użyli…
Malfoy odłożył pióro i spojrzał na nią ostentacyjnie.
— Co za różnica?
Hermiona poczuła, że się rumieni: to nie było jak w planie.
— Cóż, tak naprawdę żadna, ale…
— Zatem dlaczego ze mną rozmawiasz? — przerwał jej Malfoy. Hermiona wstrzymała się, otworzyła usta, a potem je znów zamknęła. W końcu się odezwała.
— Bo nikt inny tego nie robi.
Malfoy wydawał się być zaskoczony tym stwierdzeniem. Zajęło chwilę zanim odpowiedział.
— A twój najdroższy Weasley nie ma nic przeciwko nawiązywaniu stosunków towarzyskich z szumowiną Malfoy'em?
— To jego nie dotyczy. Poza tym, nie jest mój.
— Oh? — Po raz pierwszy Malfoy wyglądał na zaciekawionego, a nie zirytowanego. — W końcu to zauważyłaś i dałaś mu kosza?
— Nie! Ale my… Cóż, ja zdecydowałam, że potrzebuję wolności i nowych przeżyć, zanim się z kimś zwiążę.
— Przeżycia, eh? — Malfoy uniósł brwi sugestywnie.
— Nie w tym sensie! — Rumieniec wykwitł na twarzy Hermiony. — Cóż — zmieniła zdanie zażenowana. — Nie koniecznie.
— Zatem co?
— Nie wiem… — Hermiona wzruszyła ramionami bezradnie, oparła się o krzesło i skrzyżowała ramiona. — Po prostu nie chce ze zwykłej uczennicy przejść od razu tak, aby zakładać rodzinę, pracować od dziewiątej do siedemnastej, dopóki nie przejdę na emeryturę. To wygląda jak… Jakby to było nie wystarczająco. Chcę zrobić coś jeszcze przed tym. Potrzebuję. Coś całkowicie innego.
Siedział w ciszy przez dłuższy czas, a Hermiona uważała to z każdą chwilą za coraz bardziej niedorzeczne, otwierając swoje serce dla kogoś takiego niewzruszonego jak Malfoy. Skrzyżował ramiona.
— Zawsze możesz iśc ze mną — powiedział.
— Co? — Hermiona zmarszczyła czoło. — Iśc z tobą gdzie?
— Chyba nie myślisz, że zostaję tutaj po skończeniu szkoły? Nie wyobrażasz sobie chyba, że ktoś w tym kraju przyjmie mnie do pracy po tym wszystkim? — Hermiona otworzyła usta, aby odpowiedzieć, ale chłopak zbył ja machnięciem ręki i kontynuował. — Mam trochę pieniędzy. Mam zamiar iśc i zobaczyć, co tam dalej jest.
Hermiona nie wiedziała, co powiedzieć, ale udało jej się zadać pytanie, które zaświtało jej w umyśle.
— Dlaczego pytasz mnie?
— Ponieważ jesteś tutaj, rozmawiasz ze mną. — Malfoy wzruszył ramionami uśmiechając się w odpowiedzi. — To jakby powiedzieć… nikt inny tego nie robi.
W jakiś sposób wydawało się, że to załatwia sprawę.

Przyjęcie po OWTM—owych egzaminach, które miało miejsce w Wielkiej Sali było największym, najgłośniejszym na jakimkolwiek Hermiona była.
Nie bawiła się dobrze.
Całą wcześniejszą noc powtarzała do ostatniego egzaminu i czuła, że rozbolała ją głowa, gdy tylko usiadła w Sali. Poszła do pani Pomfrey, aby coś na to poradziła i pomogło na jakiś czas, ale gdy tylko weszła do Wielkiej Sali, głośna muzyka, rozwrzeszczane tłumy ludzi, gorące, duszne powietrze sprawiły, że powrócił.
Draco nie było tutaj, ale Hermiona zastanawiała się, czy mógłby ją poprosić do tańca… nie w romantycznym kontekście, dodała pospiesznie po raz dziesiąty. Była ciekawa, jak ich nowa, dziwna przyjaźń może się rozwinąć, zwłaszcza gdy przed nimi był szeroki świat, a oni sami.
Nie było go tutaj. Widząc jak przedstawia się sprawa, Hermiona postanowiła wyjść na zewnątrz, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Zmierzając ku wyjściu, zobaczyła Ginny skaczącą razem z grupą przyjaciół. Nikt nie zauważył jej, gdy wychodziła, więc teraz rozkoszowała się miłym, zimnym powietrzem, masując skronie.
— Nie bawisz się dobrze, Granger? — zapytał znajomy głos. Hermiona odwróciła się do Draco, który z miotłą szedł z boiska Quidditch'a w stronę zamku.
— Nie — odpowiedziała szybko, a potem potrząsnęła głową. — To znaczy tak, jestem pewna, że jest świetnie, ale musiałam wyjść na minutę.
— Świętowanie jest ciężkie, nie? — zapytał uprzejmie opierając się o ścianę ramieniem obok niej.
— Bardzo — odparła sarkastycznie — potem przypomniała sobie, że byli pewnego rodzaju przyjaciółmi, więc dodała miękkim głosem. — Jeśli musisz wiedzieć, boli mnie głowa.
— To dlatego, że zaczęłaś wcześnie świętować?
Spojrzała na niego.
— Jeśli naprawdę tak sądzisz, Malfoy, to nie znasz mnie w ogóle.
Wzruszył ramionami i powiedział:
— Nie znam cię dobrze. Ale przypuszczam, że to się zmieni. Również przypuszczam, że nie zmieniłaś zdania. — Hermiona wyczuła nutę zawahania w jego głosie. Spojrzała w górę na czyste nocne niebo.
— Nie — odparła. — Nie zmieniłam.
Malfoy uśmiechnął się.
— Świetnie. Chodźmy!
— Co? — Hermiona zmarszczyła czoło. — Teraz?
— Dlaczego nie? Ty skończyłaś zabawę, ja nie miałem zamiaru się tam w ogóle pojawić, więc po prostu wsiądźmy na miotły i wydostańmy się stąd.
— Ale, ale… — Hermiona jąkała się. — Ale jest późno. A co z naszymi bagażami? Nie powiesz mi chyba, że weźmiemy to wszystko na miotły — nie uniesiemy się nawet nad linię drzew… Nie wspominając o tym, że nie przepadam za miotłami, dodała w myślach.
— Wyślemy to wszystko za nami — wyjaśnił Malfoy machając ręką, aby rozwiać jej wątpliwości. — Chodź, bądź odważna! Zdobywaj te nowe doświadczenia, które chciałaś!
Hermiona zauważyła, że jego twarz się rozjaśniła, gdy to powiedział, oczy mu świeciły z entuzjazmem. Być może to dlatego się zgodziła.
— Dobra.
Uśmiech Malfoy'a się poszerzył.
— Spotkajmy się tutaj za pięć minut.
Jego entuzjazm był zaraźliwy i ona się uśmiechnęła.
— Pięć minut — zgodziła się. Malfoy odszedł bez żadnego słowa tylko mrugnął do niej, gdy on i jego miotła zniknęli za drzwiami zamku. Hermiona podążyła za nim wolno, przetwarzając to co właśnie się zdarzyło. Gdy kierowała się do wieży Gryffindoru doszedł do niej hałas z Wielkiej Sali.
Wyruszała… gdzieś z Draco Malfoy'em. Rok temu pomyślałaby, że to niedorzeczne. Teraz w pewnym stopniu była… podekscytowana. Zauważyła, że wchodzi po schodach coraz szybciej, jej kroki odbijały się echem dookoła, serce bije szybciej. Żegnaj, Hogwarcie… pomyślała z radością ku własnemu zaskoczeniu. Szkoła była jej życiem przez prawie osiem lat, nawet podczas wakacji, gdy szukali horkruksów i walcząc z Voldemortem. Teraz… chciała zrobić coś kompletnie innego odkąd dostała list z Hogwartu informujący ją o tym miejscu.
Rzuciła hasło do Grubej Damy, która uniosła brwi widząc ją, i weszła do pokoju wspólnego. Żaden z młodszych uczniów, relaksujący się po własnych egzaminach, nie zwrócił na nią uwagi, gdy przeszła przez pomieszczenie kierując się do dormitorium.
Jej kufer był prawie spakowany i gotowy na jutrzejszy wyjazd pociągiem. Otworzyła go i zaczęła szukać plecaka, który gdzieś tam na pewno był. Pakowała do niego tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Ubrania, książki mogące być potrzebne, pióro, pergamin, niektóre produkty do pielęgnacji, pieniądze… Gdy już skończyła, napisała krótki list do Ginny, pytający czy może zaopiekować się Krzywołapem i zaczęła zmieniać ubrania na wygodniejsze. Gdy skończyła zakładać podkoszulek, usłyszała pukanie do okna, na dźwięk którego podskoczyła. Pospieszyła, aby go otworzyć i zobaczyła, że to Draco.
— Gotowa? — zapytał unosząc się nad ziemią z małą torbą przewieszoną przez miotłę.
— Prawie — odparła Hermiona, biorąc kurtkę i zakładając buty. Założyła torbę na ramię i okręciła się dookoła. — Żegnaj, Hogwarcie — powiedziała głośno i wspięła się na okno.

— Tak właściwie gdzie lecimy? — zapytała Hermiona, trzymając ciasno ramiona wokół Dracona, gdy lecieli przez noc.
— Nie mam pojęcia — odparł radośnie. — Gdzie chcesz lecieć?
Hermiona przygryzła wargi zamyślona.
— Jeszcze nie wiem — rzuciła. — Po prostu lećmy.
— Ok — odpowiedział chłopak. Hermiona odważyła się spojrzeć w dół. Światła z okolicznych wiosek migały w oddali, ale większość tego, co było na dole, zasłonięte było ciemnością, łącząc się płynnie z niebem na horyzoncie. To sprawiało, że świat był jakby… bez końca. — Nie wiedziałem, że boisz się latać, Hermiono — powiedział Draco.
— Nie boję się, po prostu nie jestem wielkim fanem wysokości — poprawiła go. — Tak w ogóle, skąd wiesz?
— Przesunęłaś ciało na jedną stronę, tak jak i głowę — odparł rzeczowo. — Co oznacza, że gdy spojrzysz w dół, boisz się.
— To tylko fakt, że gdy przesunę się, spadnę w dół i zginę. Myślę, że to wystarczająco, aby być zdenerwowanym.
— Nie zginiesz, Hermiono! Spójrz! — Miotła nagle nachyliła się do przodu i zaczęła kierować się ku dołowi. Draco puścił ją. — Bez rąk!
Hermiona wrzasnęła mimo wszystko. Malfoy zaśmiał się podnosząc z powrotem miotłę do prawidłowej pozycji.
— Nie. Rób. Tego. Ponownie — wycedziła Hermiona starając się oddychać normalnie.
— Okej, okej — odparł brzmiąc radośnie. — Widzisz, nadal żyjemy, prawda?
— Nie, myślę, że cierpisz na przypadek Schadenfreude'a* — odpowiedziała Hermiona zdecydowanie niezadowolona. — Tak jak większość członków twojej rodziny.
Mogła przysiąc, że czuje fizycznie, jak się napina.
— Co masz na myśli? — zapytał.
— Tylko… Bellatriks — odpowiedziała ustępując.
— Chcę, żebyś wiedziała, że nie podobało mi się patrzenie, gdy ci to robiła — rzucił do niej twardo.
— Nie, ja… to nie o to mi chodzi. — Głupia, głupia, po co to przypominasz, zrugała się w myślach. Lecieli w ciszy przez jakiś czas, dopóki nie odezwał się Draco.
— Uważam, że powinniśmy wylądować.
Zmienił zdanie, pomyślała, gdy zbliżali się do wysokiego budynku, który pojawił się przed nimi. Nie chce, abym z nim leciała. Prawdopodobnie odleci zostawiając mnie…
Draco wylądował koło wysokiej, ciemnej latarni, która znajdowała się obok klapy w podłożu. Zdjął torbę z miotły i położył obok.
— Lumos — mruknął, a Hermiona powtórzyła po nim czynność. Zeszli po drabinie do pokoiku, który pokryty był kurzem. Nie było tu mebli poza starym biurkiem z mnóstwem papierów i bujanym krzesłem. Draco spojrzał na to, a potem usiadł pod starą kamienną ścianą, która wyglądała stabilnie. Jego różdżka leżała obok świecąc. Sięgnął do torby i wyciągnął piersiówkę, którą odkręcił i wziął łyk, a potem zaoferował jej.
— Co to jest? — zapytała z wahaniem zajmując miejsce obok niego.
— Whisky — odpowiedział. — Mugolska whisky. Myślę, że zabiję cię, jeżeli powiesz komukolwiek.
— Oh. Nie, dziękuję. Tak naprawdę nie piję.
— Będzie ci cieplej — powiedział do niej Draco. — Poza tym, co z tymi nowymi doświadczeniami?
Hermiona skrzywiła się, ale z zaskoczeniem, sięgnęła po piersiówkę. Wypiła łyka.
— Jest okropna — przyznała, opierając się pokusie wyplucia. Wypiła jeszcze trochę mając nadzieję, że to pomoże. Nie pomogło. — Strasznie, strasznie odrażające — zadeklarowała. Draco zaśmiał się zabierając od niej piersiówkę.
— Przyzwyczaisz się — powiedział.
— Nie jestem pewna, czy chcę — odpowiedziała Hermiona; zaczęła odczuwać obiecane ciepło. Draco wzruszył ramionami.
— Więcej dla mnie — rzucił radośnie.
— Nie zamierzasz się chyba spić, prawda? — zapytała niespokojnie.
— Nie planuję tego. Tylko tyle, abym mógł myśleć jasno.
— Ile tu tego jest?
— Normalna szklanka whisky. Ale oczywiście ciężko osądzić, ile tutaj jest, pijąc z tego. — Przystawił piersiówkę z powrotem do ust.
— Hmm. — Hermiona uniosła brwi sceptycznie. — Czego potrzebujesz, aby myśleć jeszcze jaśniej?
— Cóż, musimy zdecydować, dokąd zmierzamy. Albo przynajmniej kierunek lotu.
Zaoferował jej ponownie piersiówkę. Hermiona przyjęła ją chętnie.
— Proponuję zmierzać w kierunku kontynentu. Nie jestem pewna, czy lecenie przez Atlantyk będzie zabawne. — Wzięła łyk whisky i skrzywiła się. — Dlaczego nadal to piję? — zapytała potrząsając głową. Draco zachichotał.
— Myślę, że lubisz to.
Hermiona wypiła jeszcze trochę, chcąc przetestować jego teorię.
— Nie — przyznała. — Zdecydowanie nie. — Potrząsnęła głową, oddając mu piersiówkę.
— Zatem Europa — oznajmił Draco zakręcając korek. — Mówisz jakimś europejskim językiem?
— Trochę francuskim — powiedziała. — Mój akcent jest okropny. Poza tym, myślę, że Francja jest trochę za… blisko.
— Są inne miejsca, gdzie mówią po francusku — zauważył Draco. — Belgia. Luksemburg, może. Szwajcaria.
— Zawsze myślałam, że Szwajcaria jest interesującym krajem — odparła Hermiona zamyślona. — Neutralna polityka. Cztery języki w kraju, gdzie jest tyle ludzi, co w Londynie. I oczywiście, wyśmienita czekolada.
— Cóż — zaczął Draco. — Dlaczego zatem nie tam?
Hermiona uśmiechnęła się.
— Tak — powiedziała czując ciepło alkoholu rozchodzące się po jej ciele. — Dlaczego nie?
Draco uśmiechnął się także triumfalnie.
— Tak w ogóle, mówię znakomicie po francusku. Mój nauczyciel powiedział, że niemal idealnie.
— Ah, oui? — zapytała Hermiona zaintrygowana.
— Mhm. Na przykład, mogę powiedzieć… — Odchrząknął i spojrzał na nią uważniej. — Voulez-vous coucher avec moi ce soir? **
Hermiona zagapiła się na niego. Nagle zorientowała się, że nie oddycha.
— Czy ty… ? — Zatrzymała się, rozejrzała i odchrząknęła. — Mówisz serio?
— Tak jak powiedziałaś — odparł. — Dlaczego nie?
— Są prawdopodobnie miliony powodów, dla których nie — odpowiedziała Hermiona praktycznie. — To może skomplikować sprawy.
— Wcale nie musi — rzucił Draco pochylając się nad jej szyją. Hermiona przełknęła ślinę.
— Mogą. Mogą być złe. I…
— I co? — Draco odsunął się i spojrzał na nią. — Weasley?
Hermiona spojrzała mu w oczy i zastanowiła się, co za nimi się kryje. Jakby mogła dowiedzieć się kiedykolwiek.
— Nie — odpowiedziała. — Nie. Powiedziałam sobie, że nie będę troszczyć się o to, co myśli Ron. Nie, gdy nie jesteśmy razem.
— Więc…? — zapytał Draco apetycznie, przejeżdżając palcem od lini jej biodra po pierś.
To było w pewien sposób… ekscytujące, przyznała Hermiona. Wyciągnęła powoli ręce i oparła na jego ramionach, patrząc na chłopaka. Trwali w tej pozie przez jakiś czas, słuchając dźwięków własnych oddechów. Hermiona poczuła, że ciało zaczęło ją mrowić w oczekiwaniu.
Nie mogła już wytrzymać i rzuciła się, aby go pocałować, gdy on także się nachylał. Jego usta były ciepłe i miękkie i całowały ją chętnie tak jak jej jego. Otworzyła usta, aby poczuć jego język głębiej, chcąc smakować go tak bardzo, jak się dało.
Poczuła jego ręce pod swoją koszulką, jego palce pieszczące skórę brzucha przed pójściem w górę, zaczepiając o stanik. Położyła swoją rękę na jego, prowadząc na lewą pierś. Uścisnął ją lekko, zanim zaczął dobierać się do zapięcia. Dyszała czując, jak jego ciepłe ręce pieszczą jej nagie piersi, ściskając je, potem oderwał swoje usta od jej i całował wzdłuż szczęki.
Hermiona sięgnęła do jego spodni, ciągnąc go do siebie, a potem w dół na biodra i z uśmiechem zdała sobie sprawę, że ma bardzo jędrne pośladki. Inną rzecz, z której zdała sobie sprawę, to to, że zgodnie z czarodziejską modą, nie miał na sobie bielizny. Pokazała swoje uznanie poprzez pieszczenie jego pośladków, co było w tym momencie najbardziej interesującą częścią jego anatomii. Cieszyła się, gdy jęknął, a to spowodowało, że zaczął całować ją z większym zapałem.
Hermiona zdjęła płaszcz kładąc go przed sobą i odchyliła się do tyłu, dzięki czemu Draco mógł na nią wejść. Z triumfalnym błyskiem w oku, ściągnął jej koszulkę i stanik jednym ruchem. Zanim zdążyła zareagować na nagłe zimno, pochylił się nad nią, jego gorący oddech na jej skórze, gdy całował ją od obojczyka po pierś, poprzez brzuch, zatrzymując się na chwilę, aby odpiąć spodnie i ściągnąć je, kierując się dalej w dół, dopóki nie krzyknęła z wrażenia, gdy poczuła jego język na sobie.
Jego zadowolona z siebie twarz pojawiła się w jej zasięgu jej wzroku zanim miała czas, aby się tym nacieszyć; oczywiście zadowolony był z jej reakcji. Mogła posmakować samej siebie, gdy zbliżył swoje usta do niej, w tym samym czasie pieszcząc jej intymne części. Oddech Hermiony przyspieszył, gdy poczuła go między swoimi nogami, był tak blisko, a jednak daleko od tego przez co teraz się skręcała z pożądania. Kontynuował pieszczenie jej tak, że jego skóra stała się wilgotna od jej potu… a potem nagle, gwałtownie natarł na nią.
Nie mogła nic z tym zrobić, jedynie oddychała ciężej. Uśmiechnął się do niej i kontynuował torturowanie jej powolnymi, bolesnymi ruchami na tyle, aby oszalała z podniecenia, ale daleka od osiągnięcia szczytu. Owinęła nogi wokół jego pasa, próbując bezskutecznie nakłonić go, aby przyspieszył poruszając się w niej. Zignorował to celowo, jego jedyną reakcją był zadowolony uśmieszek dopóki Hermiona nie zdała sobie sprawy, że dłużej tego nie zniesie. Zaciskała zęby, zdając sobie sprawę, że to było to, czego chciał, ale jedynie krzyknęła:
— Szybciej!
Uśmieszek Dracona powiększył się.
— Co to było? — zapytał figlarnie. Hermiona zdziwiła się, że brzmiał tak spokojnie.
— Szybciej! — załkała, przygryzając wargi, aby nie zacząc go błagać. Potem nagle jej życzenie zostało spełnione, nawet szybciej, prawie do krwi, ale zdecydowanie nie dbała o to, gdy poczuła oczekiwany przypływ elektryczności zaczynający się w brzuchu i rozprzestrzeniający się na palce stóp i rąk, sprawiając, że załkała głośno, co ledwo zauważył Draco, jęcząc coraz głośniej dopóki nagle nie zapadła cisza i słychać było tylko ich dyszenie. Draco zszedł z niej i położył się obok z najszerszym uśmiechem, jaki kiedykolwiek u niego widziała. Zauważyła także, że sama się uśmiecha.
W jakiś sposób to pasowało na rozpoczęcie ich przygody.

Szwajcaria latem była niesamowita.
Z jakiegoś powodu Hermiona nigdy nie myślała o tym kraju latem. Zawsze kojarzyła go ze śniegiem i górami. Góry były tu nadal latem, oczywiście, ale tylko najwyższe szczyty pokryte były śniegiem. Nad jeziorem, przy którym ona i Draco wylądowali, woda była wystarczająco ciepła na kąpiel. Była niesamowicie jasno niebieska, pięknie kontrastując z zielenią pól dookoła.
Niesamowicie jej się to podobało.
Pomyślała, że mogliby znaleźc pracę tutaj, aby się utrzymać, ale Draco miał nieskończoną ilość pieniędzy, którą zaskakująco chętnie się z nią dzielił. Więc większość wolnego czasu spędzała rozmawiając z lokalnymi mieszkańcami, ucząc się języka w mieście obok. Mówiąc o języku, ona i Draco mieli mały… geograficzny problem. Było ciemno, gdy wylądowali i przypadkowo przekroczyli granicę pomiędzy francusko i niemieckojęzyczną częścią kraju. Tak więc ich znajomość francuskiego nie bardzo się nie przydała i była nieporęczna, jak im się wydawało. Na domiar złego, niemiecki w tym miejscu nie brzmiał tak jak normalny niemiecki. Hermiona będąc z rodzicami w Niemczech zaczerpnęła języka, ale dialekt w tym miejscu był tak inny, że początkowo miała problem z wybraniem „ja" i „nein".
Kiedy to odkryli, Draco chciał przenieść się na francuskojęzyczną część, ale Hermiona przekonała go, aby zostali. Uważało to za niezwykle fascynujące. Dodatkowo, wiele ludzi tutaj zdawało się rozmawiać po angielsku.
Hermiona siedziała w słońcu na tarasie domku, który wynajęli, rozglądając się dookoła i notując skrzętnie obserwacje na temat języka. Do tej pory nie mogła znaleźc żadnych lokalnych czarodziejów albo czarownic. Przypuszczała, że dzieci uczęszczają do Beauxbatons we Francji, ale było lato i myślała, że będą w domu ciesząc się pogodą. Musi tu być co najmniej lub dwie czarodziejskie rodziny.
— Zgadnij, co kupiłem — powiedział Draco wchodząc na taras i brzęcząc kluczami.
— Lunch? — zaproponowała Hermiona podnosząc głowę znad notatnika. Gryzła koniec ołówka w roztargnieniu.
— Nie — odparł zadowolony z siebie podchodząc do barierki i patrząc na jezioro. — Widzisz tę łódkę?
Hermiona podniosła się i podeszła do niego, kładąc ręce na barierce.
— Tak…?
Draco zabrzęczał jeszcze raz kluczami tym razem przed jej nosem.
— Teraz to własność Dracona Malfoy'a, Esquire.
Uniosła brwi.
— Esquire?
Wzruszył ramionami.
— Wcześniejszy właściciel był pod wrażeniem, że ktoś należy do angielskiej szlachty. Nie mam pojęcia, jak wpadł na ten pomysł, oczywiście…
— Oczywiście. — Hermiona spojrzała na małą, kremową żaglówkę. — Tak z ciekawości, wiesz jak nią pływać?
— Cóż, pokazał mi podstawy. Z resztą planuję użyć magii.
— Rozumiem. — Przytaknęła i odwróciła się, aby wejść do środka. — Zamierzam zjeść lunch. Zamierzasz do mnie dołączyć po tym, jak wypróbujesz żaglówkę?
— Powiem ci coś — odparł Draco. — Możesz dołączyć do mnie. Mogłabyś opalać się na pokładzie.
— Myślę, że zapominasz, że to ty jesteś fanem opalania, nie ja — przypomniała mu. — Jednakże jestem ciekawa, jak poradzisz sobie z żeglowaniem, więc potem przyjdę.
Pomachała mu i weszła do środka.

Po wypadzie do lokalnej piekarni po croissanta, Hermiona przybyła nad jezioro, gdy dzwon kościelny wybił pierwszą. Rozłożyła swój ręcznik na trawie niezbyt daleko od rodziny, która miała piknik i pozbyła się letniej sukienki, odsłaniając strój kąpielowy. Z różdżką przymocowaną dyskretnie do nogi, odważyła się wejść do wody.
Na początku była zimna, ale wkrótce przyzwyczaiła się do niej. Zanurzając się po szyję, Hermiona ruszyła w kierunku miejsca, z którego mogła nurkować.
Widziała łódź Draco, ale żadnego znaku jej właściciela. Zastanawiała się, co miał zamiar zrobić i doszła do wniosku, że kupił ją tylko, aby jej zaimponować. Jakby musiał. Dzieliła z nim łóżko od dnia ich wyjazdu. Przybywając wreszcie do właściwego miejsca, podpłynęła tak, że była ukryta przed ludźmi na brzegu i wyczarowała bąblogłowę, a potem zanurkowała.
Nie było zbytnio nic ciekawego do oglądania pod wodą — w rzeczywistości niektóre ryby były odrażające — ale nurkowanie dla Hermiony było czymś cudownym. Lubiła sposób w jaki woda tłumiła odgłosy z powierzchni i promienie słońca przenikające do głębin. Najbardziej jednak z tego wszystkiego lubiła to, że była sama, posiadanie własnego, samotnego światka, w którym spokojnie mogła myśleć i robić, co tylko chciała.
Doznała szoku widząc innego nurka.
To była tylko chwila, głęboko pod ławicą ryb i dlatego w połowie była przekonana, że mogła to sobie wyobrazić. Mimo wszystko, było tu tak mało do zobaczenia, że żaden mugol nie uznałby, że jest tu coś ciekawego.
Ale potem jeszcze raz spostrzegła nurka, tylko kątem oka i zdała sobie sprawę, że on (bo to na pewno był on) także używał bąblogłowy.
Być może to było niespodzianką, że płynął głęboko pod nią, a potem niespodziewanie klepnął ją w ramie, powodując, że wrzasnęła. Odwracając się do niego, miała nadzieję, że tego nie usłyszał.
Drugi nurek był młodym czarodziejem, z burzą ciemnobrązowych włosów i dużym uśmiechem przez co przypominał Hermionie bardzo George'a Weasleya. Powiedział coś, czego nie mogła usłyszeć przez wodę i ponownie klapnął ją w rękę, a potem odpłynął trochę, obserwując jej reakcję na co…? Starała się mu to jakoś przekazać.
Czarodziej uśmiechnął się do niej i podpłynął, złapał ją delikatnie za nadgarstek i położył jej rękę na swoim ramieniu. Patrzył na nią przez chwilę, a następnie dotknął jej ramienia mocniej i zanurzył się w głąb.
Zrozumiała olśniona.
Uśmiechając się, Hermiona udała się w pogoń za nim, zdeterminowana, aby go dogonić. Podążała za nim niemal do dnia jeziora, gdzie światło słoneczne z trudem przenikało. To sprawiło, że trudniej go było dostrzec i było to oczywiście na jego korzyść. Niemalże straciła go z wzroku, gdy wpłynął w grupę wielkich, obrzydliwych ryb i przestraszył je tak, że rozproszyły się w różnych kierunkach — podążała się za nim, a przynajmniej tak myślała, co uświadomiła sobie było trzema rybami.
Odpłynęły od siebie szybko, gdy się do nich zbliżyła i była pewna, że zgubiła nieznajomego czarodzieja. Łódka przepłynęła nad nią, na chwilę zasłaniając światło na co podniosła głowę. Gdy to zrobiła, zauważyła parę nóg ruszających się w wodzie. Hermiona ruszyła za nim z nową determinacją i wreszcie dopadła swoją ofiarę. Zaśmiał się i podpłynął do powierzchni, gdzie zniknęła jego bąblogłowa. Hermiona podpłynęła do niego.
— "Du schwimmsch rächt schnäll, hä?** — zapytał nadal się uśmiechając. Hermiona potrząsnęła głową.
— Przepraszam, to znaczy, entschuldigung. Ich spreche nicht gut Deutsch***— wyjąkała czując się nagle niezręcznie.
— Ah? — Szwajcarski czarodziej przechylił głowę. — Jesteś angielką, hä?
Uśmiechnęła się, zadowolona, że nie będzie musiała polegać na swoim słabym niemiecki do komunikowania się z tym tajemniczym, młodym człowiekiem.
— Tak, zgadza się.
— Ha, to zabawne. Wczoraj spotkałem innego angielskiego czarodzieja!
Hermiona uniosła brwi zaskoczona.
— Naprawdę?
Uśmiechnął się do niej tym zaraźliwym uśmiechem.
— Tak. Powiedziała, że nazywa się Pensi. Jak ty masz na imię? Ja jestem Christoph. Jestem nowym nauczycielem w l'Academie Beauxbatons, ale teraz mam wakacje. A ty?
Wystawił rękę nad wodę. Hermiona potrząsnęła nią jakby na namyśle — powiedział to o czym ona myślała?
— Powiedziałeś, że nazywała się Pansy? — zapytała. Christoph przytaknął.
— Tak. Pensi. Znasz ją? — odparł grzecznie.
— Przypuszczam, że nie powiedziała swojego nazwiska — powiedziała Hermiona. To naprawdę mogła być Pansy Parkinson?
— Ona… — zaczął Christpoh, ale przerwał mu głośny krzyk zza Hermiony. Odwróciła się w samą porę, aby zobaczyć, jak przewraca się łódka Draco razem z nim, kilka stóp od niej. Zamknęła szybko otwartą buzię i uśmiechnęła się przepraszająco do Christopha.
— Zaraz wracam — rzuciła do niego szybko i zaczęła płynąc w stronę łodzi. Draco wynurzył się przed nią z mokrymi włosami i w białej mugolskiej koszulce, gdy już chciała zanurkować, aby go szukać. Wyglądał na wściekłego, a gdy tylko ją zobaczył zmienił wyraz twarzy na bardziej przyjemny.
— Muszę powiedzieć — zaczęła Hermiona radośnie. — Nie jestem pewna, czy kiedykolwiek słyszałam o przewróceniu łódki, która nie była uszkodzona albo przez silny wiatr.
— Tak. Cóż. — Draco odchrząknął przybliżając się do niej. — Nadal muszę obmyśleć kilka sztuczek. Kto to? — zapytał, kiwając na Christopha, który płynął w ich kierunku. Hermiona wyszczerzyła się do niego.
— W końcu znalazłam szwajcarskiego czarodzieja!

— ? — wymamrotał Draco biorąc kolejnego macha od jointa Christopha.
— Marihuana, Draco — odparła Hermiona cierpliwie, zastanawiając się, jak zamierzają wydostać łódkę na brzeg, jeśli wkrótce nie wytrzeźwieją.
— Pot — odpowiedział chłopak, jego oczy radośnie patrzyły na skręta w jego ręku. — Zioło. Trawka, czasami w Niemczech.
Draco spojrzał na niego, a potem zamrugał, opierając się o ścianę kabiny łódki.
— …est dobre — dokończył zamykając oczy.
— Tak. — Stan podekscytowania Christopha był niepokojący. Hermiona zaczęła się zastanawiać, czy uczestnictwo w tym nielegalnym paleniu tej substancji było dobrym wyborem. To było bolesne patrzenie na tych dwóch. Dodatkowo, wciąż nie mogła wyciągnąć z Christopha informacji na temat tego, czy naprawdę spotkał Pansy Parkinson. Czas spróbować ponownie.
— Christoph — zaczęła. — Ta Pansy, którą spotkałeś… Jak wyglądała?
— Gorąca! — wyjaśnił chłopak. — Blondynka. Może trochę za gruba.
To brzmiało jak opis Pansy dla Hermiony.
— Gdzie ją spotkałeś? — zapytała.
— Pytała mnie o drogę do miejsca, gdzie można zjeść. I powiedziałem. — Zakreślił ręką dookoła brzegu. — Tutaj. — Cóż. To nie pomagało. — A potem rozmawialiśmy o skradzionym obrazie z muzeum — kontynuował. Hermiona przytaknęła — czytała o tej kradzieży w lokalnej gazecie. Niektóre obrazy i rzeźby przywiezione ze stolicy także zostały skradzione. Policja na razie nie miała podejrzanych. Rzecz, która najbardziej trafiła do Hermiony, to zdjęcie rzeźby przedstawiającej nagą kobietę karmiącą kozy górskie. To wydawało się bardzo dziwną rzeczą do wyrzeźbienia i nawet jeszcze dziwniejszą do skradzenia, ponieważ było dziełem mało znanego lokalnego artysty, a obrazy wart mnóstwo pieniędzy. To ją zdziwiło.
— Powiedziała, że wie, kto to zrobił — przyznał Christoph przytakując sobie. — To oczywiście było zrobione za pomocą magii.
To zainteresowało Hermionę.
— Naprawdę?
— Tak, ale… — westchnął dramatycznie. — Nie powiedziała mi kto to.
— Może dlatego, że zrobiła to sama… — spekulowała sama do siebie Hermiona. — To dlatego tu jest? Nie, to nie ma sensu… Musi za nami podążać, to zbyt duży zbieg okoliczności, żeby była tutaj, gdy jestem tu z Draco…
— Tak — zgodził się Christoph. Hermiona nie zwróciła na niego uwagi. — Powiedziała mi, że kogoś śledzi.
Tak, to tego dowodziło… ale dlaczego ich śledziła? Może chciała odnowić swój romans z Draco… chciałaby? Ta myśl przeszkadzała Hermionie bardziej niż mogła to przyznać.
Ale, pomyślała chcąc skierować swój tok myślenia na inny tor niż jej związek z Draco, kradzież obrazów przez Pansy mogłoby to wyjaśniać. Była, o ile Hermiona wiedziała, bezrobotna i w przeciwieństwie do niej, Draco miał ogromne zapasy rodzinnych pieniędzy. Może potrzebowała jakiegoś sposobu, aby zdobyć pieniądze — i to w sposób jednorazowych, dużych kradzieży, trudnym do wytropienia, niż małych a częstych.
Hmmm.
Obserwując swoich dwóch kompanów zagłębiających się w spożywaniu narkotyku, Hermiona zastanowiła się, jak może dowiedzieć się prawdy.

— To było… pokręcone! — powiedział Draco upadając na balkon z cichym uderzeniem. Hermiona uśmiechnęła się, odeszła do niego i spojrzała na wzgórza dookoła nich. Wzięła koc, który ze sobą zabrali i owinęła go wokół talii zanim sięgnęła po różdżkę i wstała.
— Hej — zaczął Draco chwytając ją za nogę. — Wracaj tu. Zmarznę.
— Za minutę — odpowiedziała roztargniona. Słyszała coś… z prawej strony… Biorąc głęboki oddech, wskazała różdżką w miejsce, z którego dochodził domniemany dźwięk. — Accio Pansy Parkinson!
Musiała się odsunąć, gdy ze skowytem, z krzaków pędził w jej kierunku ciemny kształt, który wylądował u jej stóp. Jeden siniak później, postać podniosła się, ukazując swoją twarz Pansy Parkinson.
— Skąd wiedziałaś, że tam byłam? — zapytała pocierając głowę.
— Ja nie wiedziałem! — Draco wstał, starając się ustać na nogach i złapał się za szatę. — Co jest?
— Dokładnie tego chcę się dowiedzieć — zadeklarowała Hermiona stając przed Pansy i kładąc jej palec na ustach. — Wiem, że nas śledziłaś, ale na Merlina, dlaczego?
Pansy wyglądała, jakby chciała zaprotestować, jednak zrezygnowała z tego.
— Jego ojciec płaci mi za utrzymywanie oka na nim — mruknęła pochylając głowę.
— Co? — zapytał Draco, bardziej zaskoczony tą wiadomością niż widokiem swojej eks dziewczyny na jego balkonie. Hermiona była także zdziwiona.
— Ale zatem… dlaczego ukradłaś te obrazy z muzeum?
To sprawiło, że Pansy się zaśmiała — jej nieprzyjemny, szyderczy śmiech Hermiona pamiętała z czasów Hogwartu.
— Myślisz, że to ja ukradłam te obrazy? Ha! Draco nie powiedział ci, że jego ojciec odciął mu dopływ gotówki? Fundował tą waszą małą wyprawę ze sprzedaży tych kradzionych rzeczy.
— Co? — zapytała Hermiona niepewna. Odwróciła się do Draco. — Czy to prawda?
Chłopak nie odezwał się słowem: potem, rzucając wściekłe spojrzenie Pansy, przytaknął i wzruszył ramionami. Entuzjazm Hermiony, aby rozwiązać zagadkę zniknął. Jej świat, jej cudowny, odważny nowy świat nagle został spaczony, a ona razem z nim.
Spojrzała na Draco, którego twarz zdobiła maska, ukrywająca jego odczucia co do tego wyjaśnienia. Hermiona poczuła jak jej wnętrzności się skręcają, czuła się zdradzona. Chciała coś powiedzieć, aby Pansy uwierzyła, że czuje się świetnie, nie obchodzi ją to, ocknąć się z tego szoku… ale jej usta nie współdziałały.
— Dobrze — powiedziała zamiast tego i wróciła do środka.

Anglia wyglądała szaro i zimno w porównaniu z ciepłymi kolorami szwajcarskiego jeziora i jego okolic, nawet pogoda była tu byle jaka. Budynki i ulice, nawet ludzie wyglądali na znudzonych. Hermiona przewidziała triumfalny powrót z jej podróży — zamiast tego, była przygnębiona odkąd opuściła Draco, który domek, łódź i wszystko inne zdobył dzięki nieuczciwemu łupowi.
Dziś był jej pierwszy dzień pracy w Ministerstwie Magii w Dziale Regulacji i Kontroli Magicznych Stworzeń. Zaoferowano jej tę pracę zanim jeszcze dostała wyniku OTWM—ów z Hogwartu. Po powrocie postanowiła, że najlepszym rozwiązaniem będzie zapytać grzecznie, czy oferta jest jeszcze ważna — i przyjąć ją z ulgą, gdy to potwierdzą.
To także nie pasowało jej do tego, co mogłaby robić po powrocie, ale czy nie nauczyła się, że wyjazd bez planów i pieniędzy jest złym planem? To nie była jej wymarzona praca, ale była zdeterminowana, bo mogła pracować gdzie indziej.
Nawet jakoś myśl o osiągnięciu wyższego celu nie rozweseliła jej. Zbyt wiele wcześniej się radowała. To było wszystko takie różne od jej wcześniejszych doświadczeń. Nawet Draco… zwłaszcza Draco… nie był taki, jak jej przyjaciele. Przypominała sobie te wszystkie rzeczy, które powiedział i zrobił z tęsknoty, i próbowała sobie wmówić, że nie ma wyrzutów. Bardzo starała się przekonać samą siebie, że nie zakochała się w nim.
To było dość marne zakochanie.
Westchnęła przekręcając klucz w mieszkaniu Rona, gdzie mieszkała tymczasowo, Hermiona powiedziała sobie jeszcze raz, że nawet gdyby była zakochana, to w wersji Draco nieprawdziwej. Jej Draco nigdy nie popełniłby przestępstwa i nie okłamałby jej.
Ale z drugiej strony, to nie jego nie moralne poglądy na pewne sprawy sprawiły, że tak bardzo ją zafascynował?
Wszystkie jej rozmyślania zostały przerwane, kiedy wchodząc po schodach wiodących do mieszkania Rona, Hermiona została przywitana przez nadzwyczajny widok Rona Weasleya i Draco Malfoy'a pijących razem herbatę na starej skórzanej sofie. Ron skoczył na nogi.
— Masz gościa — powiedział. — Będę w kuchni. — Po drodze zgarnął ze stołu ciastko. — Krzycz, jeśli będziesz mnie potrzebowała. — Wymknął się z pokoju najszybciej jak mógł. Hermiona stała oniemiała w tym samym miejscu. To było dosyć niespodziewane.
To same utrapienie męczyło Draco, bo siedział cicho z filiżanką przystawioną do ust, patrząc na nią. Mogła zauważyć, że trzęsie mu się ręka.
— Hermiono — zaskrzeczał, potem zmarszczył czoło i odchrząknął. Przełknął ślinę i podniósł się. — Przepraszam.
Hermiona uniosła brwi. Nie była pewna, czy słyszała Draco przepraszającego kogoś kiedykolwiek.
— Naprawdę? — zapytała sceptycznie.
— Naprawdę! Ja… — Draco przerwał, rozejrzał się dookoła i zagryzł wargi. Potem podszedł do miejsca, w którym stała i stanął naprzeciw niej. Hermiona czuła jakby to była jakaś surrealistyczna sytuacja. Naprawdę zamierzał powiedzieć to o czym myślała…?
— Hermiono… — Odchrząknął ponownie, sięgnął po jej rękę, ale nie miał dość odwagi, aby ją złapać. — Chcę cię poślubić.
Słysząc te słowa, nie wydawało jej się to realne.
— Ty… Co?
Nagły przypływ energii spowodował, że odważył się złapać ją za rękę i spojrzeć prosto w oczy.
— Chcę, żebyś była moją żoną. Mówię poważnie, Hermiono. Jestem w tobie zakochany po uszy. Będąc szczerym, myślę, że to od tamtej pory, gdy przeszkodziłaś mi w bibliotece. Ale nie mówiłem nic do tej pory, ponieważ… Cóż, nie powinienem być w tobie zakochany. Nie z tym kim ja jestem i kim ty… i, i cała ta historia dookoła nas. To wygląda źle… Merlinie, wygląda tak źle, ale czuję, że to prawda! Będę nawet cię błagać, jeśli tego chcesz. Potrzebuję cię, Hermiono. I wiem, że myślisz, że cię zdradziłem robiąc to, co zrobiłem i wiem, że prawdopodobnie nie wierzysz mi tak jak wcześniej — jeżeli tak było w ogóle — ale zrobię wszystko, żebyś powiedziała tak, Hermiono. Zachowuję się jak szaleniec, bojąc się, że już mnie nie chcesz, bo zniszczyłem, to co mieliśmy, ale nie miałem tak z nikim innym.… Nie wiem, czy mógłbym. Więc potrzebuję cię. Proszę, powiedz tak. — Desperacja w jego oczach i w głosie była niemal przytłaczająca.
— Wow. — Z kuchni dobiegł ich głos Rona, który opierał się o drzwi. Patrzył oczekująco na Hermionę: czekając na co, nie wiedziała, ale jakaś odpowiedź była wymagana. Spojrzała najpierw na jednego mężczyznę potem na drugiego.
— Masz rację — powiedziała w końcu patrząc na Draco. — Nie ufam ci już. Jak mogłabym? I jak mogłabym poślubić mężczyznę, któremu nie ufam?
Draco wyglądał na zakłopotanego.
— Wiedziałem, że tak powiesz — odparł. — Wiedziałem, że możesz tak powiedzieć i to jedyny argument, na który nie mam odpowiedzi. Przypuszczam, że wszystko, co mogę powiedzieć to… Zrobię wszystko, żebyś mi zaufała. Cokolwiek zechcesz. Zrezygnuję z pomysłu „wypad dookoła świata", zdobędę pracę i wesprę cię, a także zrobię wszystko, co mąż powinien. Będę uosobienia dobrego męża. Więc proszę, zaufaj że cię kocham wystarczająco, aby się zmienić.
Hermiona znów spojrzała na jednego, a potem na drugiego.
Draco, z którym była — tak, mogła to teraz przyznać — był beznadziejnie zakochany, ale zranił ją w sposób w jaki nikt inny wcześniej nie zrobił. Oczywiście, możliwość skrzywdzenia jej tak bardzo zależała od tego, jak go kochała. Nie czułaby się tak zdradzona, gdyby to nie było tak głębokie. Chciała, jej wewnętrzny głos mówił jej, aby zaakceptowała jego prośbę i uwierzyła we wszystkie obietnice i żyć szczęśliwie do końca życia. Uważała, że należy im się trochę szczęścia po tych wszystkich latach, a jeśli mogą zrobić to razem, to nawet lepiej.
Mogła mu nadal ufać? W jego naturze było kłamanie, wiedziała to wcześniej i miała udowodnione to podczas spotkania z Pansy Parkinson. Uważała, że może nawet lepiej, że to zrobił. Była pewna, że był szczery podczas swojej wypowiedzi, ale czy dochowa swoich obietnic, było innym pytaniem. Powinna rzucić się na głęboką wodę i mieć nadzieję, że okaże się w porządku? Po tym wszystkim, nie była pewna.
Ron obserwował ją, starając się zachować neutralny wygląd, ale mogła powiedzieć, że miał nadzieję, iż odmówi. Była pewna, że nadal miał nadzieję, że poślubi jego — marzył o takiej rzeczy odkąd był dzieckiem. Sama przez jakiś czas przyjmowała, że skończenie z Ronem było nieuniknione… nawet gdy była w Hogwarcie bez niego, ciągle to krążyło wokół niej. Dopiero kiedy wyjechała z Draco, jej wiara w nieuniknioną przyszłość pani Weasley zaczęła się chwiać. Ale czy to było warte poświęcenia takiej przyszłości — w której na pewno byłaby kochana i otoczona troską — na rzecz niepewnej jako pani Malfoy?
Spojrzała z powrotem na Draco, w jego oczy, w których zobaczyła nadzieję i… wiedziała.
Tak.
Tak, wierzyła w to.


* Satysfakcja czerpana z czyjegoś nieszczęścia.

** Chcesz się przespac ze mną dzisiejszego wieczora?

*** „Pływasz dość szybko, prawda?"

**** „…przepraszam. Ja nie mówię po niemiecku."