"Czerwony błękit" cz. III by Miko-chan

Uwaga, uwaga! Ostatnio wyklarowała mi się fabuła, co z pewnością jest objawem nader pozytywnym (pacjent wraca do zdrowia). Tę część w dużej mierze poświęcam mojej ulubionej parce i temu co oni lubią robić najbardziej, czyli kłócić się. Stąd pozdrawiam wszystkich miłośników pary X/F i życzę miłej lektury. ( Kiedyś był taki serial F/X, ale raczej nie miał wiele wspólnego ze Slayersami. To taka dygresja :p).

"O jedno słowo za daleko"

Miasto Karna było pierwszym większym skupiskiem ludności od ponad tygodnia, do jakiego zawędrowali nasi przyjaciele. Co prawda wcześniej zatrzymywali się w niewielkich wioskach, czy małych miasteczkach, ale te nie oferowały nic więcej prócz noclegu i wyżywienia. Pod względem rozrywek Karna prezentowała się o niebo lepiej, gdyż było to miasto handlu i hazardu. To właśnie tutaj zjeżdżali kupcy z całej prowincji, by sprzedawać swoje towary, a jednocześnie zakosztować nieco hulaszczego życia. Ulice wyglądały jakby trwał tutaj całoroczny jarmark, wszędzie poustawiane były kupieckie kramy, a każdy rynek automatycznie zmieniał się w targowisko. Można było tu dostać absolutnie wszystko, od artykułów pierwszej potrzeby, poprzez dzieła sztuki, broń, żywy inwentarz, biżuterię, na niewolnikach i magicznych artefaktach kończąc. Ponadto w co drugim budynku mieściła się gospoda, kasyno, salon wróżb, studio tatuażu, masażyści, fryzjerzy i co tylko dusza zapragnie. Wszystko to oczywiście przyciągało tłumy ludzi, a wraz z nimi rzesze kieszonkowców i innego pomniejszego elementu społecznego. Efektem tego był ciągły chaos i rozgardiasz, a także nie cichnące wrzaski i dyskusje.

Naszym przyjaciołom zupełnie nie przeszkadzał panujący w tym mieście nadnaturalny harmider, prócz biednego Zela, który w tym dzikim tłumie ludzi czuł się wyraźnie niezręcznie. Mimo to bez większych przeszkód cała siódemka bezpiecznie dotarła do jednej z droższych karneńskich gospod, gdzie uraczyli się kolacją. Ku rozpaczy Filii, której fundusze topniały niczym bałwanek w ciepły, letni dzień. Jednak ich prawdziwym celem nie było napełnienie żołądków (choć to zawsze warto uczynić), lecz odwiedzenie pewnego szczególnego człowieka. Z taką propozycją wyszła właśnie smoczyca, która najlepiej z nich wszystkich znała tą okolicę. Otóż według niej w Karnie mieszkała pewna bardzo znana i poważana wróżbitka, która za odpowiednią opłatą mogła udzielić im wielu cennych wskazówek. Kobieta ta miała podobno już ponad dwieście lat i jak nikt inny znała się na swoim fachu, a plotki głosiły, że jej wróżby nigdy nie mijają się z rzeczywistością. Co prawda Lina niezbyt ufała jasnowidzom, ale z braku lepszych pomysłów przystała na tę propozycję. Problemem pozostało jeszcze tylko odnalezienie tej wróżki, ale to czarodziejka postanowiła odłożyć na plan dalszy, szczególnie, że właśnie na stół wjeżdżały wciąż parujące i wyśmienicie pachnące dania.

- Nawet jeśli nie znajdziemy tej całej… jak jej tam było?

- Celesta. - Odparła znad herbaty Filia.

- Właśnie. Nawet jeśli nie znajdziemy tej Celesty, to i tak uważam przybycie do tego miasta za wyśmienity pomysły. Jest tu tyle ciekawych atrakcji do zobaczenia.

- I tyle gospod do odwiedzenia. - Dorzucił Gourry.

- Racja - zgodziła się Lina. - A w każdej tyle wspaniałych potraw do skosztowania.

- Coś czuję, że nasz pobyt tutaj się przedłuży. - Westchnął całkowicie zniechęcony Zel. - Znowu będziemy bezproduktywnie tracić czas.

- Może nie będzie, aż tak źle, Zelgadisie. - Wtrącił Edward uśmiechając się szczerze. - Jest tutaj ogromna biblioteka Karneńska, w której przetrzymywane są bardzo stare manuskrypty.

W oczach chimery pojawiły się iskry zaciekawienia.

- Wiesz jak tam trafić?

- Oczywiście, bywałem tam swego czasu wielokrotnie.

Zel prawie natychmiast się rozchmurzył i nawet stwierdził, że ta cała Karna może nie jest tak wstrętnym miastem, jak początkowo zakładał.

- Naprawdę sądzisz, że ta wróżbitka może coś wiedzieć o fragmentach Rubinookiego Lorda? - Zwrócił się do czarodziejki Xellos z nutą niedowierzania w głosie.

- Nie wiem, ale zawsze warto spróbować.

- Podobno nie wierzysz we wróżby.

- Jeśli wskaże nam Miecz Prawdy to uwierzę, masz to jak w banku. - Odparła Lina połykając w całości wieprzowy szaszłyk.

- Lepiej przyznaj od razu, że irytuje cię, iż to nie ty wpadłeś na ten pomysł. - Rzuciła Filia, patrząc na Demona z tryumfem.

- Też coś. Gdybym miewał zbyt często takie pomysły, to już dawno popełniłbym harakiri "Odą do radości". - Odgryzł się Mazoku, a po chwili dodał teatralnym szeptem. - Co jakiś człowiek może wiedzieć o pozostałości Lorda Shabranigdo?

- Niedocenianie ludzi jest zwykłą głupotą i przejawem pospolitej ignorancji.

Na twarzy Xellosa odmalowało się udawane niedowierzanie.

- I mówi to przedstawicielka smoków, rodu, który jak żaden inny ma głęboko w poważaniu cały rodzaj ludzki.

- Zachowujesz się tak, jakby Mazoku były pod tym względem lepsze.

- Chciałem zaznaczyć, że moja rasa jest lepsza pod każdym względem. - Odparł przemądrzale Demon, kładąc szczególny nacisk na słowo "każdym".

Filia naraz zaczęła wyglądać, jakby miała dostać ataku apopleksji. Jednak po kilku sekundach ochłonęła i najbardziej jadowitym głosem, na jaki ją było stać, dodała.

- Chyba raczysz żartować. Nie od dziś wiadomo, że Mazoku to tępe, bezduszne, nierozgarnięte stwory, które bezwolnie wykonują polecenia jakiegoś stetryczałego Lorda, wąchającego obecnie kwiatki od spodu, gdzieś daleko w górach.

Obecni tu śmiertelnicy spojrzeli po sobie niepewnie, gdyż ta dyskusja właśnie zaczynała wstępować na bardzo grząski grunt, a ostatecznie nikt nie chciał pójść na dno. Tymczasem Xellos nie przestawał się uśmiechać, choć palce jego lewej dłoni zaczęły niespodziewanie bębnić o blat stołu.

- W odróżnieniu od was, my przynajmniej mamy jakiegoś Lorda. Ostatecznie lepszy uśpiony niż martwy.

- Cephied mimo, iż zatonął w Morzu Chaosu, wciąż czuwa nad swoimi sługami. Obdarza nas siłą, byśmy mogli walczyć z takimi plugawymi draniami jak ty. - Odparła wciąż spokojnie smoczyca.

- Może i potwory są draniami, ale bogowie to skończeni hipokryci. - Xellos najwyraźniej tracił cierpliwość. (Czyżby sam siebie nie uważał za drania? Ciekawe.)

- My przynajmniej nie mordujemy dla przyjemności niewinnych istot. Nie czerpiemy satysfakcji z rozlewu krwi i czyjegoś cierpienia. Potrafimy wybaczać i nie pałamy nienawiścią do wszystkiego co żyje.

Mazoku otworzył swoje perfidne oczka i z uśmiechem satysfakcji stwierdził.

- Rozumiem więc, że wybicie Starożytnych Smoków było aktem miłosierdzia.

- Xellos, przestań!! - Rzuciła wściekle Lina i z niepokojem spojrzała na smoczycę.

Filia przez chwilę siedziała niewzruszona, potem bez słowa gwałtownie wstała i wyszła z karczmy trzaskając z hukiem drzwiami. Była tak wściekła, że nie zauważała nawet mijanych ludzi, pragnęła jedynie jak najbardziej oddalić się od gospody i pewnego znienawidzonego Mazoku, którego ciemną aurę czuła nawet teraz. Z nerwów zbierało jej się na wymioty, a dłonie drżały nieznośnie. Jednak w głębi duszy nie była zła tyle na Demona, co na siebie, gdyż po raz kolejny dała się sprowokować, co więcej praktycznie sama zaczęła tą pustą dyskusję. Powinna była milczeć i puszczać mimo uszu komentarze Xellosa, wtedy nic by się nie wydarzyło, a tak stoi teraz sama na środku tłocznej ulicy i wszystkie bolesne wspomnienia powracają ze straszliwą siłą. Tak bardzo chciałaby o tym zapomnieć, albo jeszcze lepiej nigdy się o tym nie dowiedzieć. Jednak niewielka, niebieska kulka, którą cały czas ze sobą nosi, nie pozwoli jej na to.

Tłum ludzi przerzedził się, gdy smoczyca doszła do śródmiejskiego parku, jedynego zielonego miejsca w najbliższej okolicy. Wtem znów oblała ją fala gniewu, a gdy odwróciła się zobaczyła Xellosa.

- Po co te nerwy, Fi-chan? - Odezwał się kapłan uśmiechając przyjaźnie.

- Ani słowa więcej, panie Metallium. Powiedziałeś już wystarczająco. - Odpowiedziała nader spokojnie, choć w jej głosie nie brak było determinacji. - Doskonale wiem, co zaraz powiesz. Że nie mam prawa być na ciebie wściekła, bo stwierdziłeś jedynie fakt, że jestem tak samo odpowiedzialna, jak każdy inny Złoty Smok, który chodzi po tej ziemi, i że nie mogę w żaden sposób zaprzeczyć, gdyż jajo Valgarva świadczy przeciwko mnie. Masz rację, to wszystko prawda. Ale przyjmij do wiadomości, że ja to wiem i nie musisz przypominać mi o tych wydarzeniach przy każdej nadarzającej się sposobności. Chyba, że naprawdę tak bardzo cię to bawi.

W ostatnich słowach głos Filii przeszedł niemal w syk. Tymczasem Xellos stał niewzruszony, choć wyraz jego twarzy nieco spoważniał.

- Będę ci bardzo wdzięczna jeśli zostawisz mnie teraz samą, gdyż muszę uporać się z własnymi wyrzutami sumienia. - Dodała z naciskiem smoczyca.

Mazoku nic nie odpowiedział, jedynie wzruszył ramionami, po czym zniknął.

Filia z głośnym westchnieniem opadła na pobliską ławeczkę. Zachowanie względnego spokoju było dla niej w tamtej chwili bardzo wielkim wyzwaniem. Szczerze mówiąc najchętniej zalałaby się łzami, ale miała jeszcze tę odrobinę smoczej dumy, która kazała jej do końca zachować twarz. Poza tym nie chciała dać Xellosowi tej ostatecznej satysfakcji. Teraz jednak, gdy została sama całe napięcie musiało znaleźć ujście i smoczyca zaniosła się płaczem. Trwało to do czasu, aż poczuła rękę na swoim ramieniu. Nieco zaskoczona podniosła wzrok i zobaczyła przed sobą Edwarda. Pechowy egzorcysta podał jej chusteczkę i uśmiechając się przyjaźnie usiadł obok.

- Aż tak bardzo przejmujesz się słowami Xellosa? - Spytał po chwili. - Przecież to Mazoku, gada co mu ślina na język przyniesie.

Filia wytarła zapłakane oczy i spojrzała na maga.

- Gdyby miał choć odrobinę wyrozumiałości, wiedziałby, że nie powinien poruszać tej kwestii.

- Wymagasz wyrozumiałości od Demona? To raczej naiwność.

- Wiem, ale… - Smoczyca urwała.

- Ale co?

- W chwilach, gdy nie zachowuje się jak skończony drań, potrafi być naprawdę miły. Wtedy można bardzo łatwo zapomnieć, że jest Mazoku. Och, jak ja go czasami nienawidzę. - Dodała Filia łapiąc się za głowę. - Jest dwulicowy, perfidny i samolubny! Szlak mnie trafia, jak o nim myślę!

- Więc nie myśl o nim. - Skwitował bez wahania Edward.

Filia westchnęła jeszcze ciężej.

- Łatwo powiedzieć. Chciałabym, ale zwyczajnie nie potrafię.

- Rozumiem.

Wyraz twarzy mężczyzny stał się dziwnie nieodgadniony.

- Filio, chciałbym ci jakoś pomóc. - Dodał.

Rozmawiali jeszcze przez dłuższy czas siedząc na ławeczce w parku. Smoczyca powoli wracała do równowagi, a pod koniec nawet zaczęła się śmiać. Dopiero niespodziewany deszcz wygonił ich stamtąd.

Lina wraz z przyjaciółmi siedziała wciąż w gospodzie i z utęsknieniem czekała na powrót Filii (lub raczej jej pieniędzy). Czarodziejce zupełnie nie uśmiechało się odpracowywanie tego co zjedli, gdyż musieliby zmywać naczynia chyba przez dekadę. Świadomość tego powodowała jedynie, że z coraz większą żądzą mordu wpatrywała się w tajemniczego kapłana, który jakby nigdy nic lustrował gości gospody.

Humor Liny poprawił się dopiero, gdy w drzwiach dostrzegła smoczycę wraz z Edwardem. Z powodu deszczu Filia miała na ramionach szaro-niebieski płaszcz maga, którym się szczelnie opatulała. Weszła do środka i usiadła na swoim dawnym miejscu nie zaszczycając Mazoku nawet jednym spojrzeniem. Gdyby to zrobiła może dostrzegłaby, jak Demon ukradkiem spogląda na nią spod przymrużonych oczu.

- Dobrze, że pani wróciła, bo gospodarz zaczął na nas patrzyć już nieco dziwnie. - Odezwała się księżniczka.

- Stajesz się taką samą materialistką jak Lina, Amelio. - Skarciła ją smoczyca uśmiechając się lekko.

- Proszę przestać, panno Filio, nie jestem, aż taka skąpa i interesowna.

- Twierdzisz, że jestem skąpa?! - Obruszyła się ruda czarodziejka.

- Nie… nie to miałam na myśli, ja tylko… - Zacięła się, wyraźnie zdezorientowana Amelia.

- Chciałaś tylko powiedzieć, - mówiła Lina wstając z krzesła i patrząc zabójczym wzrokiem na księżniczkę. - Że ja wielka i potężna mistrzyni czarnej magii Lina Inverse, jestem skąpą, zachłanną, bezduszną materialistką, która interesuje się jedynie zawartością swojej sakiewki.

- … gulp

- Jeśli rzeczywiście to chciałaś powiedzieć, to… masz sporo racji.

gleba

- Jedno co pewne, Linie nie można odmówić szczerości. - Stwierdził Edward siadając obok Filii.

- To prawda.

Trwało jeszcze trochę, nim ustalili plan działania. Ponieważ zbliżał się wieczór, a do tego siąpił deszcz, więc postanowili odłożyć poszukiwania wróżki na następny dzień. Zel i Amelia wyrazili chęć odwiedzenia tej Wielkiej Karneńskiej Biblioteki, a po chwili przyłączył się do nich Xellos, który jak stwierdził bardziej interesuje się starożytnymi manuskryptami, niż wysłuchiwaniem zrzędzenia jakiejś starej wiedźmy. Pozostali zgodnie uchwalili, że z samego rana wyruszą na miasto.

- Skoro już wszystko jasne, to ja idę spać, jestem bardzo zmęczona. - Stwierdziła Filia wstając do stołu.

Jednocześnie zaczęła zdejmować pelerynę Edwarda, ale ten ją powstrzymał.

- Zatrzymaj, oddasz mi później.

- Dziękuję. - Odparła z uśmiechem i po chwili znikła na schodach.

Pozostali przyjaciele jeszcze trochę zabawili w karczmie, ale szybko również poczuli znużenie i rozeszli się do swoich pokojów. Tak więc na sali pozostał jedynie Xellos, którego humor, jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności wyraźnie się popsuł.

Następnego dnia z samego rana (czyt. coś koło południa.) drużyna rozdzieliła się na dwie grupki podążające w różne części miasta. Zel, Amelia i Xellos wyposażeni w mapę narysowaną przez maga-egzorcystę ruszyli na północ, gdzie znajdować się miała Wielka Publiczna Biblioteka Karneńska im. Figora Marłata (kimkolwiek on był). Natomiast Lina, Gourry, Filia i Edward wzięli na swoje barki odnalezienie wróżbitki Celesty.

Szybko okazało się, że nie jest to zadanie specjalnie trudne. Kilku zapytanych przechodniów, parę złotych monet ofiarowanych z wdzięczności i już mieli adres wróżki wypisany czarno na białym.

Dom Celesty był bardzo stary i obrośnięty bujnymi winoroślami. Niezbyt wysoki, zbudowany z czerwonej cegły, z czarną dachówką wieńczącą górę, wydawał się raczej przytulnym gniazdkiem dla wielodzietnej rodziny, niż domem jasnowidzki. Jedynie duży napis zawieszony ponad drzwiami "Wróżka Celesta, przepowiednie, wizje i horoskopy na każdą kieszeń", sugerował, że trafili pod właściwy adres.

Lina bez wahania zapukała do drzwi, a po chwili otworzyła jej siwowłosa, leciwa staruszka, o łagodnej twarzy, w kwiecistej sukience i wełnianej chustce zarzuconej na plecy.

- Ach, witam Lino Inverse! - Odezwała się z radością. - Zapraszam do środka.

Gestem ręki wskazała im drzwi do pokoju.

- Spodziewałam się was, więc zawczasu przygotowałam mały poczęstunek.

Rzeczywiście na stole stały talerze z różnymi ciasteczkami i dzbanek z herbatą.

- A wy to zapewne Gourry Gabriev, Filia Ul Copt i Edward Grey.

Wszyscy pokiwali przytakująco głowami.

- Siadajcie, siadajcie, nie krępujcie się. (Szkoda sznurka).

- Widzę, że pogłoski o pani talencie nie są ani trochę przesadzone. - Stwierdziła z zadowoleniem Lina, sięgając po kokosowe herbatniki.

Staruszka usiadła w dużym, bujanym fotelu i z przyjemnością obserwowała, jak goście częstują się łakociami.

- Ludzie opowiadają często niestworzone rzeczy, ale istotnie, dobrotliwa LoN obdarzyła mnie pewnymi niecodziennymi zdolnościami. - Odparła w końcu.

- A czy my będziemy mogli skorzystać z tych umiejętności? - Spytał Filia.

- Ależ oczywiście, przecież po to właśnie się do mnie pofatygowaliście, czyż nie? Jednak wiecie, że życie staruszki w wielkim mieście nie jest łatwe, dlatego zmuszona jestem prosić was o jakiś skromny zadatek.

- To znaczy ile?

- Myślę, że pięćset sztuk złota w zupełności wystarczy. - Stwierdziła Celesta uśmiechając się słodko.

- Pięćset sztuk złota?! - Krzyknęły równocześnie Lina i Filia.

- Wiem, że kwota jest dość wygórowana, ale w końcu jestem najlepsza.

- Umówmy się tak - zaczęła ruda czarodziejka, w której gotowała się jej skąpa (a jednak) krew. - Dasz odpowiedzi na nasze pytania, a ja ocenię czy warte są takiej sumy. Zgoda?

- Niech tak będzie. I tak wiem, że będziecie zadowoleni.

Staruszka podeszła do niewielkiej komódki z której wyciągnęła jakiś woreczek. W nim to znajdowały się dwa pierścienie, które założyła na wskazujące palce.

- Pytaj więc. - Zachęciła siadając z powrotem na bujanym fotelu. - Pamiętaj jednak, iż odpowiedź w dużym stopniu uzależniona jest od sformułowanego pytania.

- Rozumiem. Pierwsze pytanie: co wiesz na temat Miecza Prawdy?

- Pominę to co już jest wam wiadome. Otóż jak słusznie założyliście Zguba Niedowiarków, jak niektórzy nazywają tą broń, jest w posiadaniu jednego z siedmiu fragmentów Rubinookiego Lorda, gdyż otacza ją złowroga aura pana ciemności. Jednak wiedza o tym kto konkretnie posiada ją teraz jest otoczona mgłą tajemnicy. Żaden jasnowidz, czy wróżbita nie zdoła wskazać wam konkretnej osoby.

- Dlaczego tak się dzieje?

- Sam Shabranigdo nałożył na miecze pieczęć, by nikt niepowołany nie mógł odkryć ich położenia.

- To jakaś bariera?

- Bardzo potężna bariera.

- Dobrze drugie pytanie: Jaka jest prawdziwa moc obu mieczy?

- Żaden śmiertelnik nie ogarnie tego rozumem, tak samo jak nie zdoła pojąć wszystkich pobudek Mrocznego Lorda, które zadecydowały o stworzeniu tej broni. Pamiętaj jednak, że Shabranigdo, jak niczego innego pragnął pokonać Cephieda i jego sługi, a miecze miały mu to umożliwić.

- Czyli rzeczywiście posiadają one olbrzymią moc?

- Niewyobrażalną moc.

Oczy Liny zalśniły, jak zawsze gdy słyszała o czymś podobnym.

- Trzecie pytanie: gdzie obecnie znajdują się ludzie mający w sobie fragmenty Shabranigdo?

- Jest ich pięciu, pierwszy mieszka w mieście Torra na zachodnim wybrzeżu, jest uzdrowicielem i nie zdaje sobie sprawy z tego co drzemie w jego ciele. Nazywa się Bernard. Drugi to podróżnik o imieniu Talid, przemierzający cały kontynent. Ostatnio widziano go w prowincji Mejichi. Są jeszcze dwie kobiety Elea i Iriana, które wiodą spokojne życie w Seiluun, jako, o ironio, kapłanki Cephieda. Piątą osobę okrywa mgła, tak, że nie jestem w stanie powiedzieć kim jest, ani gdzie się znajduje.

- Możliwe więc, że to ona posiada Miecz Prawdy.

- Możliwe, choć równie dobrze może po prostu już nie żyć i dlatego nie potrafię jej zlokalizować. Pamiętaj, że posiadanie fragmentu Mrocznego Lorda przedłuża życie, ale nie zapewnia nieśmiertelności. Zresztą ty wiesz o tym najlepiej, gdyż sama zabiłaś Rezo.

Zapadła chwila ciszy. Lina w skupieniu trawiła otrzymane informacje, by w końcu odezwać się zdecydowanie.

- W takim razie nie pozostaje nam nic innego, jak odnaleźć te osoby i sprawdzić, które z nich jest w posiadaniu miecza. - Powiedziawszy to, rzuciła na stół mieszek ze złotem. - Oto zapłata za dane nam odpowiedzi.

- Cieszę się, że mogłam być pomocna. - Odparła staruszka uśmiechając się serdecznie.

Przyjaciele wstali od stołu i ruszyli do wyjścia.

- Panno Lino. - Zatrzymała ich Celesta. - Przyjmij jeszcze moje ostrzeżenie. Wśród twoich przyjaciół jest kłamca.

Ruda czarodziejka uśmiechnęła się ze zrozumieniem.

- Doskonale zdaje sobie z tego sprawę.

Po czym wszyscy opuścili dom wróżbitki.

- Sądzisz, że tym kłamcą jest Xellos? - Spytała Filia, gdy wmieszali się w uliczny tłum.

- Bądźmy realistami, on nigdy nie jest z nami do końca szczery. - Odparła pewnie Lina. - Trzeba brać poprawkę na to, że realizuje swoje własne plany.

- Racja, w końcu to ostatnia szuja.

- Widzę, że wciąż masz mu za złe wczorajsze słowa.

- Może nie poruszajmy tego tematu.

- W porządku.

Trochę z tyłu za dziewczętami szedł Edward i Gourry. Szermierz oczywiście niewiele zrozumiał ze słów wróżbitki, jednak w obawie przed Liną wolał nie ujawniać swojej niewiedzy, natomiast mag był wyraźnie mocno zamyślony i przez to całkiem nieobecny.

Gdy wrócili do gospody okazało się, że ich przyjaciele jeszcze nie opuścili gmachu biblioteki i wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, iż nie nastąpi to szybko. Tak więc po skromnym obiedzie (raptem pięć podwójnych porcji), Lina zadecydowała, że najwyższy czas poznać się bliżej z miastem Karna. W obliczu tylu rozrywek nie było sensu reszty dnia przesiedzieć w gospodzie.

W bardzo dobrych nastrojach ruszyli do centrum, gdzie kwitło właśnie życie towarzyskie. Na głównym placu odbywały się właśnie pokazy cyrkowe i przeróżne konkursy dla spragnionych rozrywki przechodniów, a wokoło na kolorowych straganach można było kupić przeróżne cudeńka. Prawie natychmiast Lina zgłosiła Gourrego do konkursu w podnoszeniu ciężarów, w którym to szermierz zajął zaszczytne trzecie miejsce. Obojgu znacznie lepiej poszedł turniej w jedzeniu obwarzanków na czas, gdzie nie mieli sobie równych (cóż, praktyka czyni mistrza). Filia z przyjemnością oglądała różnorakie świecidełka i wyroby ceramiczne, jakie można było tam znaleźć. W sumie cieszyła się, że nie ma zbyt wiele pieniędzy, gdyż w przeciwnym razie musiałby jeszcze dokupić jucznego muła, by przewoził jej nabytki. Niedaleko niej Edward podziwiał wielokolorowe rybki, wystawione w ogromnym akwarium przy jednym ze straganów. Mag wydawał się nimi zafascynowany, choć z drugiej strony wyglądał na zmartwionego.

- Coś się stało? - Spytała Filia podchodząc do niego.

Egzorcysta pokręcił głową.

- Nie, po prostu odzwyczaiłem się od takiego tłumu i jestem nieco zdezorientowany.

Rzeczywiście na placu kręciły się dziesiątki, jeśli nie setki ludzi, których przyciągnęły tutejsze atrakcje.

- W takim razie chodź ze mną na przedstawienie, tam powinno być nieco spokojniej. - Zaproponowała smoczyca i pociągła maga za rękaw. - Lina i Gourry raczej nie skończą szybko, więc nie musimy się śpieszyć.

Oboje weszli do dużego namiotu rozstawionego nieco z boku. Tam na scenie rozgrywały się właśnie pierwsze akty sztuki pod tytułem: "Jak Józio Muchomor zawojował świat". Przedstawienie nie należało do najmądrzejszych, ale w sumie było bardzo zabawne, więc po godzinie oboje opuszczali namiot całkiem zadowoleni. Wtedy też znaleźli przyjaciół zabawiających się łowieniem złotych rybek z sadzawki, za pomocą papierowych sitek. Ponieważ zajęcie to wymagało zręczności i cierpliwości, zarówno szermierz, jak i czarodziejka bardzo szybko dali sobie z tym spokój.

- Filia, Edward, nareszcie jesteście, wszędzie was szukamy. - Rzuciła Lina podchodząc do nich.

- A sprawdzałaś w obwoźnym teatrze? - Odparł z uśmiechem Edward.

- Kultury im się zachciało. Ale mniejsza o to. Amelia i Zel będą nam zazdrościć, że my się tu zabawiamy, kiedy oni ślęczą nad książkami.

- Wątpię czy Zelgadis czułby się tutaj dobrze. - Stwierdził Gourry.

- Wyjątkowo masz chyba rację.

Lina poklepała szermierza po ramieniu.

Niespodziewanie czarodziejka i smoczyca spojrzały w niebo. Stamtąd wprost na nich leciały dwie kule energii, a moment później potężna eksplozja podniosła wokoło tumany kurzu. Jedynie szybka interwencja Filii uchroniła ich od poniesienia, jakiś dotkliwszych obrażeń. W jednej chwili na rynku zapanowała panika, ludzie krzycząc, uciekali we wszystkich kierunkach, pozostawiając swoje rzeczy i dobytek. Jeden z namiotów stanął w płomieniach. W niespełna minutę cały plac opustoszał, tak, że na środku pozostali jedynie nasi przyjaciele, gotowi zmierzyć się z niewidocznym wrogiem. Dosłownie sekundę później przed nimi pojawiły się dwa potwory.

Koniec części trzeciej.

c.d.n.

To się nazywa nieoczekiwany zwrot akcji. Bardzo przyjemnie pisało mi się tą część, gdyż uwielbiam przedstawiać takie sielankowe miasteczka i rozrywki. Wiem jednak, że takie opisy na dłuższą metę są nudne, więc postaram się je w przyszłości ograniczyć. Pozdrawiam i do przeczytania w następnej części.

Miko-chan

Dziś zamiast motta będzie ciekawostka: każdy Polak jest honorowym obywatelem Haiti.

22.10.2006r.