W pierwszej chwili miał ochotę krzyknąć, gdy napotkał się ze spojrzeniem oczu tajemniczego jegomościa. Tęczówki w kolorze lodowatego błękitu zwrócone były wprost na niego; odniósł wręcz wrażenie, że chcą przeszyć jego duszę na wylot. Przyprawiało go to o dziwne mrowienie na skórze, zwłaszcza w okolicach karku... Był już gotów otworzyć usta i uraczyć nieznajomego swoim krzykiem, gdy ujrzał w jego oczach ledwo zauważalne iskierki ciepła i radości, co ujęło całemu spojrzeniu chłodu. W sumie można powiedzieć, że teraz stało się ono przyjacielskie.

Kiedy z głowy Antonia ulotniło się niejasne przekonanie o negatywnym nastawieniu tajemniczego chłopaka w stosunku do niego, skupił się na reszcie jego twarzy. Miała ona łagodne, lecz wyraziste rysy. Drobny, lekko zadarty do góry nos, duże oczy otoczone gęstymi rzęsami, a także wąskie i na chwilę obecną uśmiechnięte usta były dlań dość intrygującą kombinacją. Dodajmy do tego jasnobrązowe, niemalże wpadające już w ciemniejsze odcienie blond gęste włosy. Każdy ich kosmyk sterczał w inną stronę co sprawiało wrażenie, iż nie były czesane od dłuższego czasu. Ponadto jegomość był dosyć blady jak na mieszkańca kraju śródziemnomorskiego. Gdyby nasz dwudziestoparolatek spotkał go gdzieś na ulicy, wziąłby go zapewne za mieszkańca Europy Środkowej, który przyjechał sobie na wakacje...
- Coś się stało? Wyglądasz jakoś dziwnie... - ponownie odezwał się nieznajomy, przekręcając głowę trochę w bok. W jego głosie pobrzmiewała nutka troski, ale także zaciekawienia.
- A-a nic mi nie jest. - wreszcie Antoś przypomniał sobie, jak się mówi. Podrapał się w tył głowy z zakłopotania, którego źródło znajdowało się w obecnej sytuacji. Była ona w końcu dość... niecodzienna. - Jeśli mogę spytać... Kim jesteś? - tak, to pytanie nasunęło mu się jako pierwsze. Zaraz po nim na liście "O co muszę zapytać" widniało: to ty rzuciłeś we mnie wczoraj kartką papieru?
Tymczasem chłopak w oknie zrobił zaskoczoną minę, jakby to pytanie było dziwnie nie na miejscu, po czym zaśmiał się krótko. Jego śmiech miał w sobie jakąś specyficzną nutkę, która wywołała na twarzy Hiszpana uśmiech.
- Wiesz, to bardzo dobre pytanie~ Z chęcią na nie odpowiem, ale tylko jeśli wejdziesz do środka. - tu wskazał na drzwi za plecami Antonia, które to prowadziły do wnętrza kamienicy.
Chłopak nie był pewny, co ma zrobić. Z jednej strony kusiło go bliższe poznanie nieznajomego, jednak z drugiej trochę się obawiał tego, kim ta osoba może się okazać. Mógł to równie dobrze być przyjazny Włoch, jak i jakiś psychopata...

Po krótkim zastanowieniu doszedł do wniosku, że pójdzie za głosem ciekawości. W końcu, zawsze może mu jakoś uciec, prawda? Ma do wyboru drzwi i okno - czyli nie jest tak źle! Ku widocznej uciesze jegomościa w oknie, Antonio wstał ze schodków i otrzepując sobie spodnie udał się do wnętrza budynku. W środku zastał względny porządek, a chłodne powietrze przesiąknięte nieco zapachem alkoholu owionęło jego twarz. Naraz otworzyły się drzwi po prawej stronie, a zza nich wychyliła się znana mu już twarz. Chłopak zaprosił go gestem ręki do mieszkania, a Hiszpan z niego niepewnie skorzystał. Będąc już w środku uderzyło w niego kilka zapachów. Jednym z nich był aromat świeżo zrobionej kawy. Dało się także wyczuć jakieś zioła, jak na przykład bazylia czy tymianek.

Wtem, jego uwaga została zwrócona na właściciela mieszkania. Miał już co prawda okazję przyjrzeć się jego twarzy, ale teraz mógł zobaczyć całą postać. Nieznajomy był ciut wyższy od niego, czyli mierzył jakieś niecałe metr osiemdziesziąt. Miał ubrany pasiasty, granatowo-biały sweter, a do tego wytarte w niektórych miejscach i poplamione gdzieniegdzie farbą jasne jeansy. Rękawy swetra były podwinięte do okolic łokcia i z pobieżnych oględzin Antonio wywnioskował, że jest on dosyć cienki, a także znoszony. Do tego udało mu się zauważyć, że chłopak stojący przed nim jest boso. Nie, żeby to było coś dziwnego, ale...
Muszę przyznać, że wygląda dość ekscentrycznie.
- Tak więc, zapraszam cię do salonu~ - od razu wskazał na najbliższe przejście, gdy tylko brunet ściągnął buty. - Ja tymczasem zrobię ci coś do picia. Na co masz ochotę? - sprawiał wrażenie bardzo uprzejmego i dobrze wychowanego. Niemniej dalej miało się dziwne wrażenie, że w jego osobowości jest coś odmiennego...
- Wiesz... Poproszę herbatę, jeśli to nie problem. - uśmiechnął się nieco zakłopotany, po czym udał się we wskazaną mu wcześniej stronę.
W całym swym życiu młody Carriedo nigdy chyba nie widział takiego bajzlu. Pokój był niewielkich rozmiarów, jednak bałagan w nim panujący jeszcze bardziej go pomniejszał. Pod jedną ścianą zostały ustawione regały pełne książek, które były poukładane w porządku znanym chyba tylko właścicielowi. Jedne z nich były stare, a drugie całkiem nowe. Z niektórych wystawały wyrwane kartki, a z innych sterczały różnokolorowe zakładki. Pomiędzy co poniektóre egzemplarze postawione w pionie powstawiano ramki ze zdjęciami. Naprzeciwko regałów znajdowały się średniej wielkości kanapa i fotel. Meble te zostały zagracone jakimiś papierami, materiałami i pudełkami o nieznanej zawartości. Jeśli się dobrze przypatrzyło, można było dostrzec skrawki purpurowego materiału, którym to były obite. Przed nimi stał nieduży stolik do kawy, który obładowano przyborami malarskimi. Na parapecie okna, które to znajdowało się naprzeciwko wejścia, swoje miejsce miały dwie doniczki z kwiatami, a także słoik z pędzlami. Dodajmy do tego, że po podłodze walały się różne papierzyska i nawet części garderoby, a w jednym rogu zdawało się coś ruszać...

Hiszpan był pewien jednego - tu mieszkał kawaler. Jeszcze raz powiódł swoim wzrokiem po zagraconym pomieszczeniu, kiedy jego oczy znowu wypatrzyły jakiś ruch w kącie pomiędzy kanapą, a fotelem. Zamarł. Zaczął podejrzewać, że został tu zwabiony, jako pożywienie dla nowego gatunku monstra powstałego w niewyjaśnionych okolicznościach, gdy z cienia wyłoniła się sylwetka kota. Naraz ulotnił się z niego cały strach, robiąc miejsce rozczuleniu. Antonio bardzo lubił zwierzęta. Przebrnąwszy przez obładowaną różnoraką zawartością podłogę, kucnął przy puchatym, szaro-białym stworzonku z wąsami chcąc je pogłaskać. Na samym początku kot zdawał się pałać niechęcią do nowej osobistości w tym domu i jej pomysłu, jednak po chwili skusił się na krótką pieszczotę. Mruczenie było dla Hiszpana oznaką aprobaty ze strony zwierzaka pomimo, że ten w ciągu chwili obrócił się do niego tyłem i wdrapał na oparcie fotela.

Tymczasem, do salonu wkroczył Włoch, niosąc najpewniej dwie herbaty. Zgrabnie ominął przeszkody na podłodze, a także wprawnie zrobił na stoliku miejsce dla kubków.
- O, widzę, że już zapoznałeś się z Figaro~ - odparł, robiąc szybko i sprawnie miejsca na kanapie, aby można było na niej jakoś usiąść.
- Figaro? Tak się nazywa ten kot? - zapytał Antoś, siadając i wskazując jednocześnie na drzemiącego kota.
- Tak~ I śmiem twierdzić, że to nie kot, a diabeł wcielony. Nikogo jakoś specjalnie nie darzy sympatią. Do mnie odnosi się z chłodem, a obcych po prostu drapie i gryzie. - odpowiedział mu chłopak, siadając obok i biorąc napój do ręki. Wnioskując po zapachu, była to kawa.
- Serio? Dla mnie był miły. Nawet dał się pogłaskać! - nie chciało mu się wierzyć, że ta puszysta kulka na oparciu fotela była tak agresywna w stosunku do nieznajomych... Chociaż nie mógł nie przyznać racji, co do tego chłodnego zachowania.
- Naprawdę? No, to musisz być spoko gość. - chłopak ukazał teraz Hiszpanowi rząd śnieżnobiałych i równiutkich zębów. - Figaro to dość nietowarzyski zwierzak i ciężko mu się przyzwyczaić do obcych. Ale skoro dał ci się pogłaskać, to jest to znak, że darzy cię sympatią! - napił się kawy, po czym odstawił kubek na stolik i spojrzał w stronę naszego dwudziestoparolatka. - A więc chciałeś mnie o coś zapytać, zdaje się?
- A tak... Chciałem wiedzieć kim jesteś. W końcu, tak trochę głupio sobie gawędzić, nie znając swojego rozmówcy... - Antonio podrapał się w tył głowy i uśmiechnął zakłopotany. Bardzo dobrze mu się z siedzącym obok jegomościem rozmawiało. Zupełnie, jakby znali się już od lat i widzieli nie po raz pierwszy w życiu... Dziwne to było uczucie, ale całkiem przyjemne.
- No fakt... Jestem Piero. Piero Desimone dokładniej. - uśmiechnął się do niego ponownie. - A mam przyjemność z...?
- A! Ja jestem Antonio. Antonio Fernandez Carriedo. - Hiszpan także się uśmiechnął. Miło było wreszcie poznać swojego rozmówcę chociażby z imienia i nazwiska. Sięgnął po swój kubek i wziął potężny łyk herbaty. Zdziwił się tym, jak bardzo chciało mu się pić.
- Hmm... Encantado de conocerte, mi Amigo. - odparł Piero, biorąc kolejny łyk aromatycznej kawy. Tymczasem nasz młody Carriedo o mało co nie zakrztusił się swoim piciem.
- Habla usted español? - odparł zdziwiony. Zdanie wypowiedziane przez Włocha tak płynnym hiszpańskim zaskoczyło go bardziej, aniżeli jego niecodzienny wygląd.
- Trochę. Mam kuzyna w Hiszpanii i czasem do niego wpadam. - oparł się wygodnie o oparcie kanapy i jakby zapatrzył w coś na suficie. Antonio jakoś dziwnie się czuł patrząc teraz na swojego rozmówcę, dlatego też przeniósł wzrok na śpiącego Figaro.
- Wiesz, chciałbym cię o coś jeszcze spytać. - odparł Hiszpan po chwili milczenia. Pociągnął kilka łyków herbaty, po czym spojrzał z ukosa na Włocha. Ten odezwał się, nie zmieniając swojej dotychczasowej pozycji.
- Wal śmiało, mi Amigo.
- To ty rzuciłeś wczoraj we mnie tą papierową kulką? - palnął prosto z mostu. W końcu, co on będzie owijał w bawełnę... Chciał się przecież dowiedzieć konkretów, a to pytanie nurtowało go od chwili, w którym ujrzał Desimona w oknie.
- Tak, to byłem ja.
- Dlaczego to zrobiłeś?
- Cóż... - tutaj zrobił krótką przerwę, w czasie której, kot nagle się rozbudził i przeniósł z fotela, na kolana swego pana. - Miałem okazję słyszeć twoje niezadowolenie wywołane ustaniem muzyki. Za pomocą tej krótkiej informacji chciałem sprawdzić, jak bardzo lubisz twórczość naszego Feline musicista.
- Feli co? - może i umiał się dogadać po włosku, ale niektóre zwroty dalej sprawiały mu trudność. Kiedy nie potrafił się wysłowić, chwilę myślał nad zamiennikiem danego słowa lub też się poddawał i mówił co miał na myśli, ale w swoim rodzimym języku.
- Po twojemu będzie to znaczyć Koci muzyk, grajek. A przynajmniej tak mi się wydaje. - uśmiechnął się do niego po przyjacielsku, drapiąc jednocześnie szaro-biały kłębek za uchem. Nie zniechęcał go nawet fakt, iż wbijał mu on pazury w nogi.
Antonio wpatrywał się w tą scenkę, a w jego głowie pobrzmiewała echem ostatnia wypowiedź Włocha. Oczywiście jego pierwszym odruchem było parsknięcie śmiechem, lecz po chwili się opanował i spytał z niekrytą ciekawością:
- Ale skąd takie określenie? Przecież kocia muzyka to coś okropnego i niemiłego dla ucha, a to, co on wyczynia ze skrzypcami... To czysta magia!
- Miło mi, że tak sądzisz. Jednak musisz wiedzieć, że w tej kamienicy mieszkają ludzie, którzy uważają zupełnie inaczej... - Piero jakby sposępniał; uśmiech zniknął z jego twarzy, a w głosie przestała pobrzmiewać nutka wesołości. - Są niewrażliwi na piękno tkwiące w jakiejkolwiek sztuce. Stąd właśnie się wzięło określenie "Koci grajek" - dla nich to po prostu kocia muzyka i nic więcej. - westchnął przeciągle i jakoby smutno, po czym spojrzał na Hiszpana. Jego twarz zdobił delikatny uśmiech. - Ale skończmy temat tych ślepych kretynów i pomówmy o czymś innym... Na przykład mnie nurtuje pytanie, skąd się właściwie wziąłeś w Rzymie? A konkretniej, skąd się wziąłeś taki przybity pod tą kamienicą?
Intensywne spojrzenie niebieskich oczu Włocha w bardzo szybkim tempie nakłoniło naszego dwudziestoparolatka do streszczenia swej historii, począwszy od przybycia na włoskie lotnisko, a skończywszy na chwili obecnej. Jasnowłosy chłopak słuchał go z uwagą, głaszcząc jednocześnie Figaro. Raz po raz używał mimiki twarzy do wyrażenia swych odczuć, a propos jakiegoś zdarzenia. Antosiowi nie umknęło wyraźne zdziwienie na twarzy kolegi, gdy wymówił nazwisko Fischetti, jednak po chwili przybrała ona już normalny wyraz.

Kiedy skończył, Piero dopił swoją kawę i pogrążył się w zadumie. Tymczasem kot zeskoczył z jego kolan, pomrukując niezbyt przyjaźnie. W całym mieszkaniu zapadła chwila ciszy, która wydawała się dla Hiszpana wiecznością.
- Mówiąc w skrócie, przydarzyło ci się dużo niemiłych niespodzianek, mi amigo. Ale nie martw się, ze mną nie zginiesz! - Piero wyszczerzył się do niego, chcąc zapewne mu poprawić nastrój i dać nadzieję na polepszenie się sytuacji.

I udało się. Brunet odpowiedział mu szczerym i szerokim uśmiechem, ukazującym jego białe zęby. Natomiast reszta wieczoru upłynęła im na wspólnej rozmowie, śmianiu się i dopieszczaniu markotnego Figaro. Antonio dzięki temu dowiedział się, iż Piero ma dwadzieścia sześć lat, mieszka sam, z zawodu jest malarzem specjalizującym się w portretach, że ma kuzyna w Hiszpanii, ciotkę w Mediolanie i siostrę w Austrii oraz tego, że utrzymuje się z rysowania ilustracji do książek, a także projektowania okładek różnych czasopism, magazynów i im pokrewnych. Całkiem sporo informacji, jak na około dwugodzinną rozmowę o niczym, prawda?
Gdyby Desimone nie poszedł do kuchni i nie zerknął tam na zegar, Hiszpan nawet by nie przypuszczał, że dochodziło już wpół do jedenastej...
Ale ten czas szybko leci... Zdecydowanie za szybko.
Z chwilą, gdy uświadomił on sobie jak późna jest teraz godzina, powróciły do niego tak bardzo znienawidzone czarne myśli, dotyczące dobijającego pytania: „gdzie ja będę spał?" W chwili, gdy do jego uszu napłynęła zaczarowana melodia skrzypiec, zapomniał o Bożym świecie i wszystkich swoich zmartwieniach. Potem spotkał Piera, odwiedził go w mieszkaniu i tak jakoś się rozgadali, że kompletnie zapomniał o wszystkim tym, co zaprzątało jego głowę cały dzisiejszy dzień. Nie minęła nawet minuta, jak stwierdził, że wolał żyć w błogiej nieświadomości, tymczasowej amnezji. Przynajmniej był wesoły i beztroski. A teraz... Najwidoczniej uwadze Włocha nie uszła zmiana nastroju towarzysza, gdyż momentalnie położył mu rękę na ramieniu i odparł pokrzepiająco:
- Wspominałeś, że nie masz gdzie spać, prawda? A co jeśli ci powiem, że znam miejsce, gdzie mógłbyś przenocować? - naraz na twarzy Antonia wykwitł uśmiech, a oczy spojrzały na nowego kolegę z nadzieją. - Wiesz, u mnie co prawda nie ma miejsca, gdzie mógłbyś spać, lecz mój przyjaciel... On ma czyściej niż ja i jestem pewny, że jeśli go ładnie poproszę, to cię weźmie na współlokatora! Jednak... - tutaj Piero na moment przerwał, jakby chcąc odpowiednio dobrać słowa. - On nie lubi, jak go nachodzę wieczorem, dlatego muszę się wstrzymać do jutra. Dasz radę przenocować na kanapie tę jedną noc?
Nasz dwudziestoparolatek nigdy by nie przypuszczał, że nowo poznana osoba okaże mu tyle życzliwości. Może Bóg naprawdę postanowił go nagrodzić za tak niezłomną wiarę? Albo może porządnie ukarał świętego, który był odpowiedzialny za ostatnie pasmo niepowodzeń w jego życiu? A może po prostu los postanowił się wreszcie odmienić na lepsze?

Jakkolwiek by sobie tego nasz chłopaczyna nie tłumaczył, jego radości nie było końca. W jej nagłym przypływie, uściskał mocno Włocha nazwiskiem Desimone, po czym pomógł mu trochę ogarnąć kanapę. Walały się w końcu po niej niezliczone ilości kartek papieru, które to okazały się być rysunkami i zdjęciami.
Tak więc nasz drogi Antonio spędził noc w mieszkaniu dwudziestosześcioletniego, nowego kolegi. Nie mógł narzekać na warunki w jakich spał - kanapa była o dziwo bardzo wygodna. No, może poza jednym fragmentem w okolicach, gdzie miał biodro - wystawała tam jakaś mała sprężynka. Mógł za to poskarżyć się na kota - ten mały sierściuch zawsze sypiał na kanapie (tak mu powiedział jego właściciel) i ani mu się odwidziało zmienić swój zwyczaj ze względu na gościa... Figaro po prostu spał na nim. Naszemu Hiszpanowi dosyć ciężko się przez to oddychało, bo zwierzak upodobał sobie jego klatkę piersiową, jako miejsce spoczynku... Ale czymże są takie małe niedogodności, w porównaniu do takiego dobra jakie go spotkało pod postacią niejakiego Piero Desimone?

Poranek i popołudnie minęły naszemu brunetowi dosyć samotnie... Figaro co prawda się szwendał po mieszkaniu, domagając się co jakiś czas pieszczot, ale dwudziestosześcioletni chłopak wybył z samego rana. Zostawił mu tylko karteczkę z napisem "Poszedłem na miasto, wrócę wieczorem". Antonio nie bardzo wiedział, co ma zrobić ze swoim wolnym czasem, dlatego po krótkim namyśle postanowił, iż też gdzieś wyjdzie. Pozwiedza jeszcze trochę, poszuka sobie jakiejś pracy (tak, przypomniała mu się nagle rada starszej siostry) i ogólnie poszwenda. Na całe szczęście nowy znajomy pozostawił adnotację, gdzie jest schowany zapasowy klucz do mieszkania.
I tak właśnie nasz kochany Antoś spędził trzeci dzień pobytu w stolicy Italii. Schodził chyba z pół Rzymu zanim zorientował się, że powinien już wracać. W drodze powrotnej rozmyślał sobie o wczorajszej rozmowie z Pierrem. Zaczął się szczególnie zastanawiać zwłaszcza nad jednym jej fragmentem. Spytał go w pewnym momencie, czy to on jest tym całym "Feline musicista". Jasnowłosy kolega spojrzał wtedy na niego zdumiony, zaśmiał się i odparł wesoło: "Schlebiasz mi tym, ale pudło. Jestem malarzem, nie muzykiem". Niby prosta wymiana zdań, a jednak coś nie dawało młodemu Carriedo spokoju. Kiedy Desimone opowiadał o owym tajemniczym skrzypku, był bardzo poruszony nieczułością swoich sąsiadów. Nawet za bardzo. Zupełnie, jakby to była jakaś osobista uraza; jakby ten chłód i niewrażliwość na sztukę, była skierowana przeciwko jego dziełom. A przecież z rozmowy wywnioskował, że jego rysunki są uważane za całkiem ładne w tej ślepej na piękno społeczności... Więc o co tak naprawdę chodziło? Nim się spostrzegł, był już wewnątrz jego mieszkania, robiąc sobie herbatę.
Jak to myśli potrafią zająć człowieka...
I wtedy to usłyszał. Magiczne dźwięki dobiegające z oddali, a jednak tak bardzo wyraziste... Podbiegł do okna, które otwarł na oścież. Teraz melodia była znacznie głośniejsza. Przyjemny dreszczyk przebiegł po całym jego ciele, a umysł dał się porwać zaczarowanej rzece dźwięków skrzypiec. Jego wyobraźnia działała teraz na pełnych obrotach i naraz stanął przed nim obraz wielkiego oraz przepięknego miasta. Dokładniej rzecz ujmując, ujrzał oczami wyobraźni Rzym. Ale wyglądał on nieco inaczej. Jasne, budynki te same, ale atmosfera, którą się wyczuwało, a także postrzeganie całokształtu... Miało się wrażenie, że to jakaś równoległa, bardziej magiczna rzeczywistość. Niebo zdawało się mienić kolorami tęczy, choć to tylko słońce chowało się za horyzontem. Zabytki zdawały się bić jakimś niewytłumaczalnym blaskiem, wręcz emanowały aurą dawnej świetności. Dodajmy do tego aurę spokoju i niesamowitości... Do takiego Rzymu każdy chciałby pojechać. I zostać w nim na stałe.

Wtem wszystko powoli zaczęło znikać za mgłą, by po chwili przemienić się w zwykłą ciemność. Antonio otworzył oczy mając ponurą świadomość, że Koci grajek zakończył swój występ na dziś. Dlatego też westchnął przeciągle, zamknął okno i udał się do kuchni po swoją herbatę. Nie minęło jednak pięć minut, jak usłyszał trzask zamykanych drzwi. Poszedł w ich stronę, a jego oczom ukazał się Piero. Nie mógł dojrzeć jego twarzy, ponieważ miał pochyloną głowę i włosy zasłaniały widok. Lecz nasz młody dorosły dostrzegł, że na odsłoniętym fragmencie ręki widniał spory siniak i kilka mniejszych, a po policzku spływała stróżka krwi...