Białoruś poza schematem

Rozdział 3

Sposoby na smutek

-Arthur-

Na czas Konferencji każde państwo dostaje własny pokój w hotelu niedaleko budynku, w którym odbywają się wszystkie spotkania. Trwają one zazwyczaj kilka dni, lecz tylko na pierwszym z nich obecność jest obowiązkowa. Pomijając fakt, iż w tym roku odbywało się to we Francji, można powiedzieć, że było całkiem nieźle. Znaczy, zakwaterowanie. Dostałem zwykły, nieciekawy pokój, zupełnie niczym się niewyróżniający i – co najważniejsze – nie prowokujący żadnych wspomnień. Łóżko, na którym aktualnie leżałem, było szare i nawet dosyć wygodne. Poza tym miało jedną, wielką zaletę: nie pamiętało nieprzespanych nocy, ukradkowo ocieranych łez czy też zagadkowych snów. Choć z pewnością użytkowało je wiele osób przede mną, zdawało się być czyste, niemal nowe. Co za wspaniała odmiana po przeklętym miejscu, w którym na co dzień mieszkałem.

W moim domu straszy, pomyślałem żałując, że wcale nie chodzi mi o takie filmowe duchy. Te mogłem znieść, ba, fascynowały mnie. Tylko, że „potwory", o których mówiłem, były moimi własnymi wspomnieniami; demonami godzin niepewności. Teraz będzie jeszcze gorzej.

Dlatego bałem się tam wracać, a przyszłe kilka dni, które miałem spędzić jeszcze w hotelu, cieszyły jak nigdy. O, tak cholernie się bałem. Myślałem, że wszystko jest lepsze niż ciągłe snucie domysłów pod tytułem: „co Natalia czuje?", ale, o, ironio, pomyliłem się. Kiedy wiedziałem, było jeszcze gorzej. Prawda tak paskudnie bolała. Nie mogłem znieść pamięci o jej ciemnych, okrutnych oczach i o ich przekazie. Przecież miałem już o tym nie myśleć, skarciłem się w duchu. Niestety miniony dzień Spotkania przedzierał się przez delikatną mgiełkę samozaparcia i kąsał jak osa.

- Nie pamiętam, nie pamiętam – zanuciłem starając się zagłuszyć galopujące myśli. Walka z echami z przeszłości zajmowała mnóstwo czasu i chłonęła niemal całą energię, ale opłacała się; po paru długich chwilach byłem prawie pewny, że opanowałem nieznośne „zjawy".

Wpatrywałem się w absolutnie neutralny kolorystycznie sufit. To była bardzo wygodna pozycja, leżenie na plecach. Mógłbym zostać tak na wieczność. Nie myśleć o niczym, a już zwłaszcza o nikim, tylko tak gapić się przez cały czas. Całkiem przyjemna perspektywa. Gorzej tylko, że nie miałbym czego pić. Bar z alkoholem był na parterze, a ja nie byłem skłonny nawet usiąść, a co dopiero przejść się po schodach piętro w dół czy chociaż zjechać windą. Czułem się, jakby pochłaniała mnie jakaś ciemna, lepka maź, wyżerała mnie od środka; nic mi się nie chciało.

Nagle usłyszałem dźwięk naciskanej klamki. Bardzo niechętnie uniosłem się na tyle, żeby móc dojrzeć, kto zakłóca mój spokój; to była Seszele. Wyglądała na przygnębioną.

Dziewczyna spojrzała na mnie i przystanęła. Jej mięśnie naprężyły się, a na twarzy odmalowała irytacja, co często zdarzało się na mój widok. Najwyraźniej jednak nie była w swojej szczytowej formie, bo tylko niepewnie przechyliła głowę, po czym powiedziała:

- Przepraszam, chyba pomyliłam pokoje. Już wychodzę. – Chciała się odwrócić i odejść, lecz zatrzymałem ją.

- Ej, wszystko gra? – zapytałem. Westchnęła i odpowiedziała cicho:

- Ech, nic takiego. Po prostu… - urwała i zerknęła na mnie gniewnie. Wtedy się zreflektowałem.

- Jak nie chcesz, to nie mów. – Uniosłem dłonie w obronnym geście. Nie byłem w bojowym nastroju i wolałem jej nie prowokować. – Nie zmuszam cię, tylko… - Właściwie to nie wiedziałem co powiedzieć. Może: „hej, chcę, żebyś opowiedziała mi o swoich problemach, ponieważ pragnę oderwać się od moich"? Jakoś to głupio brzmiało. – Lepiej… idź już, dobra?

Victoria* wciąż stała w miejscu. Wpatrywała się we mnie intensywnie, jakby się nad czymś głęboko zastanawiała. W jej oczach pojawił się błysk i z nagłą determinacją klapnęła na moje łóżko prawie mnie z niego zrzucając.

- No, chodzi o Francję – warknęła. – Czasami jest taki miły i czarujący i wtedy go lubię, a… niekiedy staje się chamski, głupkowaty, nieprzyzwoity… tak jak dziś! Mam go dość! Zupełnie nie wiem, na czym stoję! Jak to możliwe, żeby dwie tak różne osoby zamieszkiwały to samo ciało? – żaliła się. Poczułem nagły przypływ ciepłych uczuć w stosunku do Vicky. Oboje przeżywaliśmy coś podobnego.

- Doskonale wiem, co czujesz – mruknąłem. Jej wściekłość zastąpiło delikatne zdziwienie, a potem współczucie.

- Zgaduję, że twój dzień też nie należał do udanych, prawda? – spytała. Spróbowała mnie trochę niezdarnie objąć, jakby przez mój podły stan ducha zapomniała o dawnych urazach.

- Nawet nie przypominaj – burknąłem. Wtem zwęszyłem okazję i nie mogłem jej tak zwyczajnie przepuścić. Uśmiechnąłem się ożywiony, a Seszele spojrzała na mnie z lekkim niepokojem.

- Wiesz jak można go poprawić? – zapytałem chytrze. Uniosła brwi w niemym zdumieniu. – Alkohol – oznajmiłem triumfalnie. – Skoczyłabyś po coś na dół? Mnie już tam znają i raczej nic mi nie sprzedadzą – zażartowałem. Spojrzała na mnie sceptycznie.

- Nie jestem dziewczyną na posyłki – fuknęła prostując się. – Poza tym nie będę z tobą piła. Nie jestem aż tak głupia.

- Nie to nie – mruknąłem z rezygnacją. Victoria zamyśliła się na chwilę.

- Zmieniłam zdanie. Niech będzie! – zawołała. Zanim się obejrzałem, już wybiegła z pokoju. Pokręciłem głową z niedowierzaniem.

- Oddam ci pieniądze! – krzyknąłem za nią. – Kobiety to takie przewrotne stworzenia – powiedziałem sam do siebie.

Po niedługim czasie Seszele wróciła. Przyciskała do piersi kilka różnych butelek. Usiadła obok mnie na łóżku i rozłożyła je na pościeli. Sięgnąłem po jedną z nich.

- Wódka? – zapytałem unosząc brew. – Kogo spotkałaś na parterze, Rosję?

Dziewczyna oblała się rumieńcem i obrażona odwróciła twarz. – Skoro nie chcesz… – przyciągnęła butelkę do siebie. Pospiesznie wyjąłem jej napój z rąk i szczodrze nalałem do przygotowanych wcześniej szklanek.

- Też się nada – wymamrotałem. Popchnąłem naczynie w jej stronę. Przez kilka sekund przyglądała się przejrzystemu płynowi, a ja spoglądałem na nią sugestywnie sącząc swój napój. Rzuciła mi wyzywające spojrzenie, uniosła szklankę do ust i wypiła jej zawartość duszkiem. Zatkało mnie. Victoria oblizała wargi i uśmiechnęła się z satysfakcją. W jej oczach zapaliły się figlarne iskierki. Zapowiadało się ciekawie… Zignorowałem mgliste ostrzeżenia dobiegające gdzieś z tyłu mojej głowy, które przypominały mi, że nie należy mieszać. Otworzyłem również piwo; przecież nie może się zmarnować.

Kilka dolewek sprawiło, że obydwoje otworzyliśmy się na całego. Po którejś tam kolejce zapomnieliśmy o własnych kłopotach; nuciliśmy w różnym tempie jakieś sprośne pioseneczki. Otoczyłem ręką talię Victorii i przyciągnąłem ją do siebie. Dziewczyna nieustannie chichotała.

Nie zauważyłem nawet, kiedy znalazła się tak blisko. Tylko parę milimetrów dzieliło nasze twarze. Nagle zacząłem zwracać uwagę na zaskakująco dużo szczegółów.

Miała bardzo długie i gęste rzęsy. Rzucały urocze cienie na jej piękne, ciemne oczy, a światło nocnej lampki wydobywało złociste blaski w jej aksamitnych włosach. Sesel przysunęła się do mnie jeszcze bardziej, kruczoczarny pukiel załaskotał mnie w nos. Victoria tak ładnie pachniała. Słodko, kwiatowo i egzotycznie, wręcz upajająco. Podobała mi się jej śniada cera. Uznałem, że od dzisiaj to będzie mój ulubiony kolor. Jej kuszące, doskonale wykrojone wargi muskały mój policzek. Jak to możliwe, że dopiero teraz spostrzegłem, iż ta dziewczyna jest ideałem? Cudownym, tropikalnym aniołem.

Nasze usta złączyły się. Czy to ja ją pocałowałem, czy to ona zaczęła? Wodziłem językiem po jej miękkich wargach, wpijałem się w nią coraz bardziej natarczywie. Delikatne dłonie zacisnęły się na moich ramionach. Mocno chwyciłem jej talię, gładziłem ją po plecach, dotykałem. Wszędzie była tylko ona. Jej skóra była jedwabna w dotyku, zapach oszałamiał. Samotna myśl zawisła w powietrzu: czy to aby nie Niebo…?

Nagle znalazłem się na niej. Pieściłem dłońmi jej jędrne piersi i rozgrzane uda, a ona gładziła mnie po twarzy, po torsie, przyciskała do siebie moją głowę. W którymś momencie moja koszula wylądowała na podłodze. Gdzie się podziała jej sukienka? Teraz nic się nie liczyło, tylko pachnące, rozgrzane ciało Vicky, rumiane jagody i iskrzące się spojrzenie, którym mnie obdarowywała. Zmysłowy szept dziewczyny otaczał nas w ciemnościach. Zapomniałem o całym moim dotychczasowym życiu zupełnie się w niej zatracając. Istnieliśmy tylko my dwoje, nasze emocje i gesty, a granice naszego małego światka wyznaczała biała hotelowa kołdra.


Uniosłem powieki i natychmiast z powrotem je zacisnąłem. Jasne światło raziło w oczy, a przytłaczający ból głowy zaatakował mnie z całą mocą powracając jako echo niesprecyzowanego zdarzenia z przeszłości. Kiedy jako-tako przyzwyczaiłem się do nowych realiów, które były niemiłym następstwem przyjemnej nocy, poczułem, że jest mi ciepło. Właściwie to diabelsko gorąco. W nagłym impulsie poderwałem się do pozycji siedzącej.

Głowa mi zaciążyła i jakoś tak zawirowało przed oczami. Opadłem na poduszkę z jękiem. Shit, falstart – pomyślałem. To może by tak jeszcze raz? Nieśmiało uchyliłem powieki. Kolory wydały mi się przesadnie jaskrawe, ale dawało się to wytrzymać. Ostrożnie spróbowałem się unieść. OJ. Oj, oj. Rozluźniłem się. Odczekałem parę chwil, aż poczułem się na siłach by ponowić próbę. W końcu udało mi się usiąść. Co do mojego samopoczucia to potrafiłem znaleźć bardzo malownicze, pasujące epitety. Przetarłem twarz starając się skoncentrować. Miałem wrażenie, że coś mi wyżera sensowne myśli.

Gdzie ja, cholera jasna, właściwie jestem? – mruknąłem pod nosem, a przynajmniej tak zamierzałem, ale głos odmówił mi posłuszeństwa i finalnie wyszło z tego fiasko. Moje myśli mniej lub bardziej sprecyzowane buszowały na granicy świadomości, co doprowadzało mnie do białej gorączki. Mętlik niesamowity. Starałem się wyłowić z tego chaosu pożądane informacje, ale skonfundowany umysł miał kłopoty z przypominaniem sobie nawet podstawowych faktów. Przepraszam, jak ja się nazywam…?

Pomacałem rękami wokół siebie. Wyczułem pod palcami coś miękkiego i ciepłego w dotyku, co zdecydowanie to nie było tylko pościelą hotelową. Obok mnie spała jakaś dziewczyna. Gapiłem się na nią z zupełnym osłupieniem. Wytężyłem mózg zastanawiając się, co ja takiego robiłem wczoraj (zignorowałem nasuwające się pytanie pt.: „Co to znaczy wczoraj?" zwalając je na ospałość). Po chwili zaczęło mi coś świtać…

- O, fuck – syknąłem i było to chyba całkiem trafnym podsumowaniem wczorajszej nocy. Wydostałem się spod kołdry najszybciej jak potrafiłem i zachwiałem się niebezpiecznie. Wiele szczegółów zamazało mi się w pamięci, ale przypomniałem sobie już wystarczająco. Miałem ochotę zastrzelić się za swoją niefrasobliwość. Spojrzałem na Victorię z nieco szalonym wyrazem oczu; czułem się już zupełnie rozbudzony.

Nie do końca wiedziałem co ze sobą zrobić, więc wziąłem krótki prysznic. Rześka woda była jak zbawienie – przywróciła mi zdolność racjonalnego myślenia i pozwoliła spojrzeć na pewne sprawy z dystansem. Co prawda rozumowanie typu „alkohol rozwiązaniem wszystkich problemów" się nie sprawdzało, ale przecież nic okropnego się nie wydarzyło. Ale na przyszłość zastanowię się nie dwa, ale trzy razy zanim wcielę jakąś myśl w życie.

Kiedy wyszedłem z łazienki, Vicky jeszcze drzemała. Zwalczyłem w sobie chęć opuszczenia pokoju na kilka godzin, aby mnie przy niej nie było, gdy wreszcie wstanie tłumacząc sobie, że nie mogę zachowywać się jak tchórz, poza tym, dżentelmen nie powinien zostawić rankiem kobiety samej sobie.

Czekając aż połknięte tabletki zaczną działać (nawet przekonująco wmawiałem sobie, że wcale nie czuję się źle – lata praktyki), popijałem herbatę i zabawiałem się zgadywaniem, o której godzinie Seszele się obudzi. Pozwoliłem mojemu wzrokowi i myślom luźno błądzić wokół jej postaci.

Uznałem, że nie ma powodów by traktować to, co pomiędzy nami zaszło zbyt emocjonalnie. W końcu to nie był pierwszy raz. Za czasów kiedy jej wyspa stanowiła część moich ziem, zdarzyło nam się ze sobą spać. To była szalona noc, a wino uderzyło mi nieco do głowy. W sumie okoliczności były trochę podobne. Następnego dnia trunek już przestał działać i choć z pewnością gdybyśmy byli trzeźwi, nie zaszlibyśmy aż tak daleko, to żadne z nas nie brało tego na poważnie. Później nocami śniły mi się jej czułe dłonie, ale po paru miesiącach sny ustały, a między nami nic się nie zmieniło. Tym razem zapewne będzie tak samo. Postanowiłem postrzegać to jedynie jako próbę wzajemnego pocieszenia siebie nawzajem. Delikatny uśmiech wpełzł na moją twarz. Ale jaką!


Niebo było szare i nawet zwykły dom wydawał się być niezadowolony z powodu siąpawicy. Noga za nogą wlokłem się żwirową ścieżką w stronę ganku. W Anglii pogoda często była ponura, ale tego dnia wydawało się to mieć szczególne symboliczne znaczenie. Nie ma to jak wrócić z powrotem do siebie, co nie? – Włożyłem w tę myśl tyle ironii, na ile tylko było mnie stać. Silenie się na optymistyczne podejście nie miało sensu; nawet głupie drzwi wejściowe przypominały mi o Natalii – tyle razy żartowaliśmy tutaj razem wybierając się na wycieczki.

Uderzyłem ręką z całej siły we framugę. Natychmiast odczułem pulsujący ból, jednak nie do końca byłem go świadomy. Zamachnąłem się raz jeszcze, ale szybko tego pożałowałem, bo cierpienie tylko się wzmogło. Wywrzaskiwałem najgorsze przekleństwa z jakimi kiedykolwiek miałem styczność. W drodze do salonu potknąłem się o próg. Potok wulgaryzmów nabrał agresywniejszego wydźwięku i przy okazji podłoga też dostała. Waliłem pięścią w stół, potem w kolano, a kiedy wściekłość i udręka przerosły moją wytrzymałość, wstałem z kanapy i odrzuciłem kopniakiem mebel, który stał mi na drodze. Wyciągnąłem z regału zakurzone albumy, pomajstrowałem chwilę przy basach i sprzęcie stereo, a z głośników popłynął oczyszczająco punk. Dawno nie słuchałem tych płyt; znajome tony utworów sprawiały, że szczęśliwe i smutne wspomnienia wypływały na wierzch mojej świadomości razem tworząc melancholijny kolarz. Nie było w nim miejsca na Natalię. Zakryłem twarz poduszką i wsłuchałem się w tekst, nuciłem razem z wykonawcą. Nie ma to jak ostry kawałek, o, tak…

Po przesłuchaniu ulubionych piosenek zmieniłem muzykę na odrobinę cięższą, na metal. Nie mogłem wyjść z podziwu dla sąsiadów, że tak dzielnie mnie znoszą. Kiedy wreszcie uznałem, że mam już dość, ściemniało się, a w głowie strasznie mi dudniło.

Zamierzałem położyć się nieco wcześniej niż zazwyczaj, bo nie widziałem powodu, dla którego mógłbym to odwlekać. Postanowiłem przespać się w gabinecie – jedynym pomieszczeniu w moim domu, w jakim Białoruś nigdy nie postawiła swojej zgrabnej nóżki. Skoczyłem tylko na górę po ciuchy na zmianę. Zamiast piżamy w ręce wpadło mi coś innego, również ubranie, ale nie moje. Początkowe zdumienie przeszło w smutek, a potem w rozdzierającą rozpacz. Załkałem cicho nad materiałem wciąż przesiąkniętym jej zapachem i rzuciłem go zamaszyście na podłogę. Poczułem, że nie mogę zostać tu ani sekundy dłużej, bo kompletnie się załamię. Wybiegłem z domu chwytając w pośpiechu nierozpakowaną wcześniej walizkę. Wsiadłem do auta (popłakałem się jeszcze bardziej przypominając sobie, że to właśnie tym samochodem woziłem tę niewdzięczną dziewczynę) i ocierając kapiące łzy odjechałem hen daleko, gdzieś przed siebie, byle zostawić za sobą nieszczęsny przedmiot związany z powodem mojej bolączki.

Wygląda na to, że Natalia zostawiła u mnie swoją bluzkę.


-Natalia-

Był pogodny, letni poranek, około 120 godzin od kłótni z Feliksem. Siedziałam na zewnętrznym parapecie od okna w salonie i raźnie przebierałam nogami w powietrzu. Byłam otoczona mnóstwem chusteczek higienicznych, dwoma tabliczkami mlecznej czekolady, słoikiem nutelli i pojemnikiem orzechowych lodów, który aktualnie opróżniałam przy pomocy dużej łyżki. Spędzałam tak już któryś dzień z kolei i muszę przyznać, że mój humor uległ znacznej poprawie.

Po wyjściu Polski całą noc łkałam rozpaczliwie kuląc się pod drzwiami. Około piątej padłam wyczerpana na kanapę w salonie i zapadłam w niespokojny sen. Obudziłam się grubo po południu i byłam zdeterminowana nie dopuścić do takiej sytuacji nigdy więcej. Postanowiłam zacząć sobie radzić ze smutkiem, ale że najwyraźniej nie potrafiłam sama wziąć się w garść, to musiałam sięgnąć po skuteczną broń, a miejsce jej ukrycia – Internet. Porady zamieszczone na forach zdawały egzamin; rzeczywiście trochę cukru we krwi potrafi zdziałać cuda. Zapisałam się nawet jednorazowo na pilates, ale to chyba nie dla mnie. Zacznijmy choćby od tego, że czułam się wyjątkowo głupio w sportowym stroju.

Tak czy tak, nie skorzystałam jeszcze z wskazówki, którą polecano jako najlepszą: rozmowa z przyjaciółką. Niedziwne, że tego nie zrobiłam; po prostu takowej nie posiadałam. Co prawda kiedyś był KTOŚ dla mnie tak bliski, ale przecież o to chodziło, że GO straciłam…

Nie byłam pewna czy wybuch Łukasiewicza zaliczałby się pod tę kategorię, ale coś mi szeptało, że raczej nie. Potrzebowałam w takim razie osoby bezstronnej, która mogłaby mi pomóc. Od razu więc wykluczyłam Iwana i Katiuszę. Przy Taurysie trochę się wahałam, ale ostatecznie uznałam, że fakt, iż kiedyś byliśmy razem, czyni go wielce stronniczym. Zresztą, co jeśli Feliks już mu o tym wcześniej opowiedział? Taka możliwość nie podobała mi się wcale a wcale. Czy był jeszcze ktoś, kogo jakoś lepiej znałam? Estonia? Tu parsknęłam niespodziewanym śmiechem, czym spłoszyłam dwa zabłąkane gołębie. Ta, już to sobie wyobrażam. Z powrotem posmutniałam. Czy został ktoś jeszcze?

Nagle doznałam olśnienia. Złapałam swoją komórkę i wybrałam numer. Jednocześnie wczołgałam się do salonu uderzając czołem o framugę okna. Akurat kiedy siarczyście przeklęłam, odbiorca podniósł słuchawkę.

- P-panienko B-białoruś? – wyjąkał niepewnie Łotwa, bo to właśnie do niego telefonowałam.

- Auu… – jęknęłam rozmasowując sobie głowę. – To nie było do ciebie. Po prostu się walnęłam…

- Cz-czy t-to coś poważnego? – zaniepokoił się. – M-może mam…

- Nie, to tylko mały wypadek! Nie po to dzwonię. Ja… - Wzięłam głęboki oddech. – Potrzebuję pomocy.

- O-ode m-mnie? – zapytał niedowierzająco. Uznałam, że należą mu się pewne wyjaśnienia.

- Mam na myśli… sprawy typowo osobiste. Mogę na ciebie liczyć? – Wiedziałam, że na dobrą sprawę byliśmy dla siebie obcy, ale jak to się mówi, tonący brzytwy się chwyta. W tym przypadku to on był ostrzem, ale po prostu nie miałam innego wyjścia. Liczyłam na pozytywną odpowiedź.

- O-oczywiście – powiedział chyba trochę zmieszany. – Będę…

- Przyjadę do ciebie za kilka godzin! – zawołałam rozpromieniona. – Dziękuję!

Rozłączyłam się i pomyślałam, że może trochę przesadziłam. Miałam tylko nadzieję, że chłopak ocknie się z szoku jeszcze przed moim przyjazdem; na Boga, byłam dla niego miła i do tego mu podziękowałam!

Złapanie samolotu nawet na ostatnią chwilę nie stanowi większego problemu, jeśli jest się państwem. Tak więc wykonałam kilka krótkich telefonów i już byłam ustawiona. Pozostało tylko się spakować i w drogę.

Zastanowiłam się, co powinnam wziąć. Zamierzałam polecieć na zaledwie parę godzin, ale licho wie, czy nic się nie przeciągnie, a nóż wrócę dopiero rano? Wrzuciłam do torby kosmetyczkę, pieniądze, bieliznę na zmianę oraz parę najpotrzebniejszych drobiazgów i byłam gotowa do drogi. Zerknęłam tylko ostatni raz w lustro; moim oczom ukazała się ponura, ubrana na ciemno postać z głupią wstążką na włosach. Skrzywiłam się. To tak mam wyglądać w podróży, która ma mi pomóc oczyścić się ze smutku? Jak smętny duszek. Tak nie powinno być. Zdecydowanie nie.

Upuściłam torbę z hukiem i zabrałam się za przetrząsanie mojej szafy w poszukiwaniu czegoś odpowiedniejszego. Poddałam się po paru chwilach. To bez sensu. Rozrzuciłam po pokoju pół mojej garderoby, zrobiłam okropny bałagan, a przecież wszystkie moje ciuchy wyglądały podobnie. Chciałam paść na podłogę w rezygnacji, ale uderzyłam się mocno o róg szafy w duży palec u nogi. Krzyknęłam z bólu i ze złości i splunęłam na dywan. Zatrzasnęłam drzwiczki mebla z całej siły, jednak one odbiły się od framugi i walnęły mnie w rękę i nos. Cofnęłam się chwiejnie i położyłam się na łóżku tuląc do twarzy pościel. Jezu, co za dzień! Ile razy jeszcze coś sobie zrobię? Miałam ochotę zakryć się kołdrą i nie wychodzić spod niej do końca życia, ale było we mnie zbyt wiele wściekłości, aby leżeć spokojnie w miejscu. Wstałam z posłania i zaczęłam zbierać leżące w nieładzie ubrania. Do oczu napłynęły mi łzy.

Układając rzeczy trochę ochłonęłam. Kiedy pochyliłam się by podnieść zmiętoszoną spódnicę, dostrzegłam coś białego wciśniętego w najciemniejszy kąt szafy. Zaintrygowało mnie to i po chwili trzymałam tajemniczy przedmiot w rękach; był to pakunek. Przez chwilę przyglądałam mu się zdziwiona, gdy nagle przypomniałam sobie jego historię.

Dostałam to kiedyś na urodziny od Polski. Pamiętam, że wręczając mi prezent powiedział coś w stylu: „kupiłem ci ciuszki, myślę, że będą totalnie pasowały. Jeśli kiedyś znudzi ci się ubieranie w kolorach jak na pogrzeb, to, jakby, załóż to". Wtedy gdzieś je zawieruszyłam, nawet nie sprawdzając jak wyglądają, lecz teraz spoglądałam na paczkę z mieszaniną radości i niedowierzania. Czyżby dar z Nieba? – pomyślałam. Zaraz jednak ostudziłam nieco swój zapał. – Nie podniecaj się tak, Natalia, to przecież od Feliksa. Wcale nie wiadomo, czy nadaje się do noszenia w miejscach publicznych.

- Ryzyk-fizyk – mruknęłam. Zagryzając nerwowo wargę rozerwałam biały papier służący za opakowanie. Na moje kolana wypadło… coś. Było jasne w różowe groszki, miało trochę ozdobnych kokardek i falbanek. Kiedy rozłożyłam to na podłodze, okazało się, że jest to komplet – biała bluzka z krótkimi bufkami i spódnica sięgająca nad kolana. Przekrzywiłam głowę starając się wyobrazić sobie, jak bym w tym wyglądała.

- O, nie – powiedziałam sobie. – Za nic w świecie.

Chociaż… Uniosłam wzrok i spojrzałam na swoje lustrzane odbicie. Czy rzeczywiście tak było lepiej? Zupełnie jak to określił Polska – idealnie na stypę. Z drugiej strony nie chciałam też wyglądać jak jakaś słodziuchna dziewczyneczka. Dobrze przynajmniej, że nie jest całe różowe. Zresztą, nie zamierzam dłużej marnować czasu na bzdurne rozmyślania. Schowam to z powrotem tam, gdzie tego miejsce i…

Nagle w mojej głowie odezwał się dawno zapomniany niby-Feliks namawiając mnie, bym to założyła. Witaj znów, upierdliwcze, szkoda, że nie mogę powiedzieć: „tęskniłam", westchnęłam w myślach. Głosik nie obruszył się na to niezbyt entuzjastyczne powitanie i dalej skandował. Zaczynałam się coraz bardziej przełamywać. Chyba… nie zaszkodzi przymierzyć, co?

Odwróciłam się tyłem do lustra i powoli wciągnęłam na siebie jasne fatałaszki. Były lekkie, przewiewne i wręcz stworzone na lato. Do tego, co mnie zdziwiło, całkiem wygodne. Nawet bardzo. Nie krępowały moich ruchów, tak jak się tego obawiałam i czułam się w nich… Ja wiem… Jakoś tak… dobrze. Nie miałam jednak odwagi sprawdzić, jak się w nich prezentowałam. Ściągnęłam po prostu wstążkę z głowy z jakąś taką dziką satysfakcją, pamiętając jak Iwan ją lubił. Związałam włosy w wysoki kucyk jedyną gumką jaką miałam – recepturką – i moje serce napełniło się otuchą. Wreszcie miałam pełną swobodę. To może teraz…? Nieśmiało zerknęłam w lustro.

Efekt zaszokował mnie. Wyglądałam… ładnie, o niebo lepiej niż w moich starych ubraniach. Nie przedstawiałam się już jak w żałobie, ale też nie jak małe dziecko czy różowiutka laleczka. Byłam taka, jaka być powinnam. Zwykła dziewczyna, całkiem niebrzydka. Te wszystkie ozdobniki tylko dodawały mi uroku. Ciekawe co by powiedział Arthur, gdyby mnie teraz zobaczył, pomyślałam. Po chwili zdałam sobie sprawę, że pierwszy raz od dłuższego czasu nazwałam go po imieniu. To tylko dodało mi pewności siebie.

W przypływie szaleństwa złapałam letni kapelusz, wcisnęłam go na głowę i uśmiechnęłam się do swojego odbicia. Taki wygląd mogłam zaakceptować. Chciałam już wyjść będąc zadowolona sama z siebie, kiedy nagle mój wzrok napotkał małą przeszkodę. Kolorowy pled od Ukrainy leżał jak gdyby nigdy nic na środku łóżka i (nie pomyślcie, że wariuję, naprawdę tak to wyglądało!) obserwował mnie z surową naganą. To coś zaczynało porządnie działać mi na nerwy. Przecież obiecałam sobie, że się go pozbędę, przypomniało mi się. Spojrzałam nienawistnie na znienawidzony „prezent" i nie bez poczucia triumfu wyrzuciłam go przez okno. Zupełnie mnie nie obeszło, iż trafiłam nim w głowę przypadkowego przechodnia.

- Nie będziesz mną rządził – syknęłam. Opuściłam pokój ze swego rodzaju dumą.

Wtedy nie przyszło mi to do głowy, ale patrząc na zdarzenie z perspektywy czasu można mieć wątpliwości, czy rzeczywiście, ot, tak sobie, powiedziałam pół-żartem, pół-serio do starego pledu czy jednak podświadomie nie adresowałam zdania do… Iwana?

Na klatce schodowej prawie wpadłam na starszą kobietę, moją sąsiadkę. Zanim zdążyłam się przywitać czy choćby wydukać słowa przeprosin, staruszka zagadała mnie:

- Och, dzień dobry, dzień dobry! Jak dzisiaj urodziwie wyglądasz, moje dziecko, tak dziewczęco! W smutnych kolorach nie jest ci do twarzy!

Gadała coś dłużej na podobną modłę, ale grzecznie ją pożegnałam i pospiesznie zbiegłam po schodach na dół. Ten krótki epizod sprawił, że poczułam radość kiełkującą w sercu. Może jeszcze wszystko się ułoży, powiedziałam sobie. Być może warto mieć nadzieję i pozytywne nastawienie.


Pogoda w Rydze była piękna, ptaki ćwierkały, a wszystko to razem wzięte sprawiało, że nie mogłam przestać się uśmiechać. Promienie słońca wydobywały soczysty odcień z kwitnących nieopodal roślin, a nawet fasada domu, choć w przesadnie stonowanym odcieniu prezentowała się jaśniejąco i radośnie, ani trochę posępnie.

Zapukałam dwa razy i nerwowo obciągnęłam spódnicę. Usłyszałam skrzypnięcie odsuwanego krzesła, zbliżające się kroki i klik przekręcanego zamka. W drzwiach ukazał się chłopak niewysokiej postury z płowymi, kręconymi włosami i niepewnością wyraźnie widoczną w fiołkowych tęczówkach. Miał taką minę, jakby wcześniej nie do końca uwierzył mi, że przyjadę i teraz nie mógł się zdecydować czy się zdziwić, czy raczej przerazić. Zamiast wpuścić mnie do środka sam wyszedł na ganek i oparł dłoń o framugę zagradzając mi przejście. Kiedy dokładniej zlustrował moją postać wzrokiem, jego fioletowe oczy stały się jeszcze większe, bardziej okrągłe i dziecięce, niż były zazwyczaj. Wyglądał niczym postać z kreskówki, przesadnie zdumiona, aby odbiorca nie miał problemu z odczytaniem wymalowanych na twarzy emocji.

- C… co ty masz na sobie? – zapytał w sposób nie pozostawiający wątpliwości, że to właśnie było powodem teatralnego szoku. Gdyby to nie był on, kopnęłabym go w kostkę. Wiedziałam jednak, że wcale się nie zgrywa.

- Coś nie tak? – zmartwiłam się. Przygładziłam niespokojnie cienki materiał bluzki.

- N-nie! – gwałtownie zaprzeczył. – Po prostu wyglądasz… inaczej, nie tak jak zwykle. To mnie zdezorientowało. Wchodź, wchodź! – Gestem zaprosił mnie do środka i wycofał się w głąb mieszkania. Podążyłam za nim zastanawiając się czy mam przyjąć jego wypowiedź za dobrą monetę.

Pozostawił mnie w salonie, a sam na chwilę gdzieś wyszedł. Przysiadłam na skraju sofy i podkuliłam kolana do brody. Raivis wychylił głowę z sąsiedniego pomieszczenia.

- Chcesz coś do picia? – zapytał, przy czym jego ton sugerował, że owo „coś" może być bardzo różne.

- Wszystko byle nie herbatę – odpowiedziałam z przyzwyczajenia. – Chociaż… Zaraz, poczekaj! Niech będzie herbata.

Chłopak wytrzeszczył oczy, ale widocznie uznał, że nie ma co się dopytywać, bo tylko wzruszył ramionami i zniknął w kuchni.

Miałam trochę czasu dla siebie, więc rozejrzałam się po pokoju. Był nieduży, ale przytulny, w pastelowych i miodowych kolorach. Światło słoneczne padające na biszkoptową wykładzinę potęgowało to wrażenie nadając jej złocisty połysk. Zawieszonych było wiele obrazów, głównie akwarelek. Ciekawiło mnie, kto jej namalował. W wazonie na znajdującej się przy oknie etażerce stały suszone kwiaty, a ciemny zabytkowy regał pysznił się na tle ściany w kolorze zgaszonego różu. Podeszłam, zaciekawiona co też takiego Bałt może czytać.

Książki były różnej wielkości, pochodziły z bardzo rozległej przestrzeni wieków, a każda prezentowała inny etap swojej świetności. Łączyła je poniekąd tematyka. Większość stanowiły tomiki poezji, znalazło się też sporo powieści, głównie romanse. Dość duża ilość pozycji była po rosyjsku. Kiedy uklękłam, na najniższych półkach odkryłam kilka naukowych książek biologicznych w trzech czwartych o zwierzętach, a na samej górze (wątpiłam czy bez pomocy krzesła Łotwa tam sięgał) stały atlasy przeróżnej maści. Na chybił-trafił wyjęłam pierwszą z brzegu książkę po rosyjsku, która się napatoczyła i zaczęłam ją kartkować (kilka zawieruszonych roślin ukrywało się między stronami), ale niespecjalnie się na niej skupiłam. Po prostu potrzebowałam mieć czymś zajęte ręce.

Wszystko w salonie wskazywało na to, że Raivis jest bardzo wrażliwą osobą i gdybym nie znała osobiście gospodarza domu, założyłabym, że jest nim jakaś panna, romantyczka poszukująca wyśnionej miłości (ho, ho, ho, kto by pomyślał) i zauroczona dawnymi klimatami. Chyba powinno mnie to ucieszyć. Znaczy, to wiele ułatwiało. Taka postać spojrzy z większym zrozumieniem na moje kłopoty i lepiej wczuje się w cudze położenie. Ale jedyne co wtedy odczuwałam to postępujące zestresowanie i nerwowość z powodu zbliżającej się rozmowy. Z mojej początkowej otuchy i dobrego humoru nic nie pozostało – wygląda na to, że zostawiłam je na progu.

- Interesujesz się wędkarstwem? – Głos Łotwy wyrwał mnie z zamyślenia tak nagle, że aż podskoczyłam.

- Hm? Co? – spytałam zdezorientowana. O co mu chodzi?

- No, książka – podpowiedział wskazując brodą rzeczony przedmiot. Spojrzałam na okładkę. Rzeczywiście, był to poradnik dotyczący wędkowania.

- Ach, nie, nie – odpowiedziałam i odstawiłam tom byle gdzie na półkę. – A ty?

Pokręcił głową.

- To prezent. – Skrzywił się delikatnie. Dość często natrafia się na niechciane podarunki, pomyślałam wspominając koc od siostry.

Raivis postawił tackę z czajnikiem i filiżankami na stoliczku. Usiadłam przy nim i od razu po nalaniu wypiłam haust. Syknęłam cicho, bo oparzyłam się w język. Zapadło milczenie. Zegar obwieścił upływ dwóch najdłuższych minut w moim życiu.

- Więc… – chłopak zaczął niezręcznie. Urwał i zamieszał herbatę. – Panienko Białoruś…

Głupi nawyk nazywania mnie tak został trzem Bałtom po ZSRR. Nie lubiłam tego. Zbyt wiele wspomnień wiązało się z tamtym okresem, jak zwykle, jeśli chodziło o mojego Brata, bolesnych. Odgoniłam je jak nieznośne muchy, w czym miałam całkiem niezłą wprawę. Zastukałam niecierpliwie łyżeczką i odłożyłam ją na spodek.

- Nie nazywaj mnie tak. – Westchnęłam i założyłam niesforny kosmyk włosów za ucho. Zawahałam się na chwilę. – N… Natalia.

Fioletowe oczy zamrugały. Były podobne, a jednocześnie tak inne od tych Iwana. Może Łotwa uważa tak samo o moich, choć w tym przypadku nie ze względu na kolor?

- Raivis. – Podaliśmy sobie dłonie i było tak, jakbyśmy dopiero teraz się poznali. Panująca między nami cisza wciąż była krępująca, a przy tym niezwykła, ale przestała aż tak ciążyć. Wysączyłam łyk herbaty i opuściłam ją od ust. Dopiero wtedy on się napił. Powtórzyło się to parę razy i na odwrót. Graliśmy w tę naszą dziwną grę o niepisanych, ale sztywnych zasadach, a zegar zdobiony drewnianymi płaskorzeźbami przestawiającymi kwiaty tykał tworząc pełne wyczekiwania tło. Blondyn bębnił tylko sobie znany rytm palcami. Odgarnęłam włosy. Napięcie zaczęło nas przytłaczać z każdą minutą coraz bardziej nie do zniesienia. Nagle wybiła pełna godzina. Odgłos cichego gongu zabrzmiał niczym efekty dźwiękowe z horroru kiepskiej produkcji. Nasze spojrzenia się spotkały i jednocześnie wybuchnęliśmy śmiechem. To rozładowało elektryczną atmosferę.

- No, to o czym chciałaś porozmawiać? zapytał prostując się, nieco bardziej rozluźniony. Znów się spięłam, serce mi się ścisnęło. Raivis wyszczerzył do mnie zęby dodając mi odwagi. Jego cichy strach zastąpiło onieśmielenie. To mnie ostatecznie przełamało. Odwzajemniłam zawstydzony uśmiech.

- Widzisz, ja… – Nabrałam powietrza do płuc. Nie wiedziałam od czego zacząć. Postanowiłam więc, że od początku.


Raivis Galante jeszcze długo stał na ganku, zanim oprzytomniał na tyle, żeby zamknąć drzwi za nietypowym gościem, wejść do domu i spróbować zapomnieć o całej wizycie.

To zdecydowanie było najdziwniejsze spotkanie w jego życiu. Natalia może i była zdesperowana, samotna i smutna, opowiadała o Anglii z roztrzęsieniem, a do tego zdawała się zupełnie sobie nie radzić, ale to wszystko sprawiało tylko tyle, że była jeszcze bardziej przerażająca niż zazwyczaj, choć z całej siły starał się tego nie okazywać. Jej ciemne, niespokojne oczy błyskały, a blade, pajęcze dłonie zaciskały się w pięści na podołku. Zachrypnięty głos Białorusinki, którego Łotwa obawiał się najbardziej i nawet sam Iwan uciekał na jego brzmienie gdzie pieprz rośnie, tworzył mroczny nastrój; jakby tego było mało stał się jeszcze niższy pod wpływem buzujących w wypowiadanych zdaniach uczuć. To wszystko go przerastało.

Kto by pomyślał, że młoda (no, tu można by się spierać) zakochana dziewczyna potrafi aż tak onieśmielać nie do końca zdając sobie z tego sprawę? Poza tym, cały czas z uporem osła nazywała Arthura Kirklanda swoim „przyjacielem", chyba nie wiedząc co do niego naprawdę czuje.

- Zastanawiam się czemu przyszła z tym do mnie – mruknął Łotysz pod nosem podświadomie ubierając myśli w słowa. – Dlaczego to ja mam zawsze takiego cholernego pecha?

Pomyślał jednak, że mimo wszystko dobrze się stało. Oczywiście nikomu o tym nie powie, ale sam będzie miał cichą satysfakcję. Zobaczyć Białoruś nieporadną i proszącą JEGO o pomoc – to do prawdy widok godny zapamiętania!


Od autorki: Uff… Pisanie tej części było niewysłowioną katorgą. Nie dość, że zupełnie nie mogłam wszystkiego połączyć w sensowną całość, to jeszcze brak weny dokuczał jak nigdy. Proszę, powiedzcie, że nie zawaliłam tego na całej linii. Starałam się podać to w zjadliwej formie.

Do rozmowy z Łotwą przymierzałam się tygodniami, a za Chiny (bez obrazy dla Yao) nie mogłam sobie z nią poradzić, więc sprytnie ją wycięłam. Obiecuję, że następny rozdział nie będzie taką klapą. Postaram się o to z całych sił.

* Pozwoliłam sobie nadać jej imię, a że jestem (nie)pomysłowa to nazwałam ją od jej stolicy :).