Czwartek, 27 lutego
Po wczorajszym słońcu na walijskim wybrzeżu nie zostało ani śladu. Powiedzieć, że w Londynie padało, byłoby karygodnym niedopowiedzeniem: w Londynie lało jak z cebra. Woda płynęła ulicami, rynsztokami, rynnami, uderzała wściekle w dachy i w okna i z impetem spływała do studzienek. Idąc ulicami miasta, Neville patrzył na spłukany deszczem śliski bruk, pamiętając, że tylko w zeszłym tygodniu do Świętego Munga dotarły trzy osoby, którym wskutek poślizgnięcia się na mokrej powierzchni różdżka wpadła w różne miejsca ciała, w każdym wypadku nieprzystosowane do jej przechowywania. Ten zbieg okoliczności był na tyle interesujący, że „Prorok" poświęcił mu pełne siedemset pięćdziesiąt słów plus gigantyczny nagłówek. Neville, który wpadł w stan lekkiego szoku, zobaczywszy tak fascynujący artykuł, przeczytał całość jednym tchem, pozwalając, by gotujące się mleko wykipiało na płytę kuchenki. Potem przejrzał resztę „Proroka", na szczęście jednak nie znalazł ani jednej wzmianki o niezwykłym znalezisku w walijskim hoteliku. I bardzo dobrze. Neville zdążył już wypracować w sobie głęboką i całkowicie uzasadnioną nienawiść dla dziennikarzy pokroju Rity Skeeter, których, niestety, ostatnio przybywało. Przeważnie ich kariera przedstawiała się następująco: wypływali na tematach dotyczących procesów śmierciożerców, a im bardziej krwawe były ich sprawozdania, tym lepiej. Potem, poczuwszy żądzę krwi, przerzucali się na „zwykłe" procesy karne, najchętniej relacjonując seryjne morderstwa i wyjątkowo obrzydliwe zbrodnie, czyniąc to w stylu, który sugerował, że czerpią wyjątkową przyjemność z tego, co piszą. Nie mówiąc już o tym, że uwielbiali snuć domysły, propagować niesprawdzone informacje i generalnie przysparzać Biuru Aurorów mnóstwa problemów.
Czasy się zmieniały, ale „Prorok" nigdy.
Neville dotarł do Ministerstwa Magii mokry, zziębnięty i poirytowany. Nie spał dobrze tej nocy. Nie potrafił powiedzieć, czy chodziło tylko o sprawę i detale, które nie dawały mu spokoju, czy może także o nieznośny ból gardła. Tyle, jeśli chodzi o romantyczną walijską scenerię.
Wstąpił do apteki po pastylki na ból gardła i połknął jedną, gdy odszedł od kasy, czując ulgę tylko w nikłym stopniu. Zaledwie przekroczył progi Biura Aurorów, skierował się prosto do klaustrofobicznej kuchenki ukrytej za wieszakami na płaszcze, gdzie zaparzył sobie kubek gorącej, czarnej jak smoła kawy. W myślach słyszał pełen protestu jęk Hanny, która ostatnio zaczęła napomykać, że powinien ograniczyć ilość kofeiny. Albo, jeśli już naprawdę musi pić tyle kawy, powinien zwiększyć ilość magnezu i wapnia w diecie.
Neville nie miał serca powiedzieć jej, że kawa i miętówki to podstawowe produkty w jadłospisie każdego aurora.
Zamieszał kawę łyżeczką, którą potem opłukał pod kranem i wrzucił do pojemnika na sztućce i już miał iść do swojego biurka, kiedy do kuchennej klitki wszedł Harry. Wyglądał, jakby nie spał od tygodnia. Co zresztą było możliwe, przypomniał sobie Neville, biorąc pod uwagę, że James miał dopiero siedem miesięcy.
— Jak wasza nowa sprawa? — zapytał Harry, wydusiwszy z siebie mrukliwe powitanie i tłumiąc ziewnięcie. — Słyszałem, że to następne sielskie morderstwo…
„Sielskie morderstwo" było terminem, który ukuł się niejako sam, prawdopodobnie podczas jakiejś terapii, na której aurorzy usiłowali poradzić sobie z tym, że śmierciożercy wprost lubują się w wyszukiwaniu jak najpiękniejszych miejsc na wsiach, w lasach i w górach tylko po to, by dokonać tam krwawych, poprzedzonych torturami mordów. W najprostszym przekładzie oznaczał „zwłoki w malowniczej okolicy".
— Istotnie, bardzo sielskie — potwierdził Neville. — I… cóż, inne od tych, które miałem okazję oglądać do tej pory.
— Dlaczego? — zapytał Harry, wciskając przycisk na ekspresie do kawy.
— Przede wszystkim, wydaje się, że nie torturował ofiary przed śmiercią — powiedział Neville, patrząc przed siebie. — Naprawdę wyglądała, jakby spała. Miejsce, w którym ją znaleźliśmy, też wyjątkowo czyste i uporządkowane. No i przy denatce nie było żadnych rzeczy osobistych. To zupełnie inny modus operandi niż ten przeciętnego śmierciożercy.
— To chyba dobrze? — zaryzykował Harry, wyjmując kubek z napisem „Pożądany nr 1" z podajnika.
— Pewnie że dobrze — odparł Neville. — Ale dla mnie dość nietypowe. Za długo goniłem opętanych żądzą mordu psychopatów…
Harry pokiwał głową ze zrozumieniem. Sam zbyt dobrze znał to uczucie — czasami rozmawiali o nim w czwartkowe wieczory nad trzecim piwem — i właśnie dlatego przyjął propozycję, by przyjąć posadę, na której do jego obowiązków należała przede wszystkim prewencja pewnych zdarzeń, a nie ściganie przestępców. Harry twierdził, że świadomość, iż może powstrzymać pewne wypadki dzięki odpowiednim środkom bezpieczeństwa, przynosi niezwykły komfort psychiczny. Neville trochę mu tego zazdrościł, ale za bardzo lubił swoją pracę, by starać się o podobny awans.
— Nie wiem, czy cię to pocieszy, Nev, ale psychopaci istnieją także poza szeregami śmierciożerców.
Neville prychnął i skinął głową.
— A ty nad czym pracujesz?
Harry spojrzał beznadziejnie w swój kubek i wrzucił do parującej cieczy dwie kostki cukru.
— Na szczęście nad niczym specjalnym, boję się, że nad bardziej ambitnym zadaniem mógłbym zasnąć w nieodpowiednim momencie i puścić coś z dymem. Trafiła nam się robota w Szkocji, pod Edynburgiem. Włamanie i kradzież, chociaż można by podciągnąć pod rozbój. Nikomu nic się tak naprawdę nie stało, właściciel właściwie sam się przewrócił i uderzył w głowę, no ale użycie magii jest bezsprzeczne. Właściwie mogłaby to załatwić policja, ale właściciel poprosił, żebyśmy założyli zabezpieczenia. Więcej z tym papierkowej roboty niż czegokolwiek innego, ale dzisiaj jeszcze tam lecę posprawdzać wszystkie zaklęcia.
Harry upił łyk kawy i skrzywił się, po czym wrzucił do kubka jeszcze jedną kostkę cukru.
— Cóż, powodzenia — rzucił Neville i poklepał go po ramieniu, po czym zaczął się przeciskać z kawą w stronę wejścia.
— Dzięki i nawzajem — odparł Harry z roztargnieniem, wciąż patrząc w swoją kawę, jakby szukał tam odpowiedzi na pytanie o sens życia.
Neville przeszedł przez długi, depresyjny korytarz, ustępując z drogi jednemu z młodszych urzędników, biegnącemu przed siebie ze stosem papierów w ramionach, po czym wszedł do pokoju, który dzielił z Ronem. Biurko Rona było jednak puste, czego o tej godzinie należało się spodziewać, biorąc pod uwagę, że prawdopodobnie ziewał gdzieś na ławce osiem pięter niżej, przyglądając się, jak Wizengamot rozkłada na czynniki pierwsze sprawę Whiteshawa.
Gdyby to był inny, być może bardziej słoneczny czwartek, Neville przyjrzałby się krytycznie pokojowi i bałaganowi, który, trzeba uczciwie przyznać, kultywowali z Ronem od samego początku. Akta i papiery walały się wszędzie, a jednak, cudownym zrządzeniem losu, nic im nigdy nie zginęło. Na szafce obok niedużej kanapy, umieszczonej w ich pokoju podstępem, piętrzyły się kodeksy, procedury i segregatory z interesującymi ekspertyzami, które zbierali przez lata, przekonani, że pewnego dnia mogą im się przydać. Na parapecie, ledwo już widocznym, pysznił się ogromnej urody fikus, który podlewali nieregularnie resztkami napojów, które zdążyły ostygnąć w ich kubkach. To znaczy, głównie Ron podlewał. Neville co jakiś czas przynosił z domu narzędzia, nawóz i fundował biednej roślinie terapię oczyszczającą.
Na biurku Nevilla, pośród rozwiniętych pergaminów, stosów akt i końcówek piór, leżało kilka wściekle różowych wiadomości wewnętrznych. Jedna z nich informowała, że sekcja domniemanej Alice Ryder jest zaplanowana na szesnastą.
Neville łokciem przesunął stos akt z biurka na stojącą obok szafkę, po czym postawił kubek na podstawce i opadł na fotel na kółkach. Wyciągnął z szuflady arkusik w kolorze fuksji i nabazgrał krótką notatkę do Departamentu Transportu Magicznego z prośbą o sprawdzenie, czy w rejonie Milford Haven ktoś teleportował się lub używał świstoklika albo sieci Fiuu we wtorek bądź w środę. Zaledwie papierowy samolocik wyleciał na korytarz, Neville wyciągnął ze swojej sfatygowanej czarnej torby teczkę z materiałami sprawy i rozłożył ją sobie na kolanach.
Nogi oparł na podłokietniku kanapy — naprawdę, jak na ilość zgromadzonych w nim rzeczy, ten pokój był mikroskopijny — i zaczął przeglądać protokoły przesłuchań świadków, spisane wczorajszego wieczora. Z jakiegoś powodu nie mógł przestać o nich myśleć i nawet przeczytał je ponownie w środku nocy, ale wciąż nie potrafił zidentyfikować przyczyny pewnego dziwnego uczucia, które towarzyszyło mu od wczoraj.
ZEZNANIE ŚWIADKA
ŚWIADEK: Dylan Ackerman
WIEK: powyżej 18 lat (51)
ZAWÓD: nauczyciel (urlop zdrowotny)
Oświadczam, że niniejsze zeznanie (składające się z 1 stron/y, z których każda opatrzona jest moim podpisem) jest prawdziwe zgodnie z moją najlepszą wiedzą i przekonaniem i świadom jestem, że jeśli zostanie przedłożone w charakterze dowodu, podlegam odpowiedzialności karnej za umyślne podanie w nim informacji nieprawdziwych lub takich, które wedle mych przekonań nie są prawdziwe.
Denatkę poznałem osobiście we wtorek, 25 lutego bieżącego roku, dlatego że zajęła pokój na tym samym piętrze. Przywitała się ze mną, kiedy przechodziłem korytarzem, na co ja odpowiedziałem. Nie przedstawiła się, poza wymianą grzeczności nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa. W noc jej śmierci spałem. Mam głęboki sen, nie słyszałem żadnych hałasów dochodzących z pokoju denatki. Nic mnie nie zaniepokoiło ani wieczorem, ani rano, kiedy poszedłem skorzystać z toalety.
Nie potrafię wyrazić żadnej opinii na jej temat, poza tą, że była cichą, niekonfliktową osobą, gdyż w ogóle nie zauważyłem jej obecności w hotelu. Wszystko wydawało mi się całkowicie zwyczajne i mogę jedynie wyrazić ubolewanie z powodu jej śmierci.
Protokół, którego długość nawet na Neville'u zrobiła wrażenie, był owocem półgodzinnej rozmowy, w trakcie której Dylan Ackerman zapewniał go kilkakrotnie swoim wyćwiczonym, profesorskim głosem, że nic nie widział, nic go nie zaniepokoiło i wszystko wydawało się absolutnie zwyczajne. W przeciwieństwie do panny Kendrick nie było po nim widać ani śladu szoku, ale, jak wyjaśnił, wziął urlop właśnie z powodu wypalenia zawodowego, gdyż jako nauczyciel angielskiego w szkole średniej w Birmingham widział już wszystko, łącznie z wyjątkową brutalnością, i jego mózg nie był w stanie przejąć się na tyle, by coś takiego jak zawał nieznanej Dylanowi osoby, mogło go wpędzić w niepokój.
Neville przyglądał mu się podczas przesłuchania i później i rzeczywiście nie zauważył, by wyraz idealnej obojętności kiedykolwiek opuścił jego twarz. Nawet wciągnięty w rozmowę przez policjanta, rozhisteryzowaną pannę Kendrick lub jej znajomych, z jakiegoś powodu plączących się pod nogami, sprawiał wrażenie zdystansowanego i chłodnego. Nie okazywał rozbawienia, irytacji, smutku czy w ogóle jakichkolwiek emocji innej niż widoczne na jego twarzy przemożne pragnienie, by zaszyć się samotnie gdzieś w opuszczonej chatce w lesie.
O wiele bardziej interesująca pod tym względem była Marianne Baxter, drugi i ostatni gość. Samotna kobieta podchodząca pod czterdziestkę, która cały czas miała na twarzy wyraz kogoś prześladowanego. Podczas przesłuchania była tak nerwowa i tak często zerkała w stronę drzwi, że Neville w końcu wstał i je otworzył. Potem, tknięty nagłym impulsem, zaprosił do środka także jedną z policjantek, która usiadła na kanapie obok panny Baxter. Ku jego zasmuceniu, to wydawało się wystarczyć, by panna Baxter mogła się trochę odprężyć.
Marianne Baxter również zapewniała, że nie widziała nic niezwykłego i nie znała Alice Ryder bliżej. Robiła to jednak bez przekonania, jakby bardzo chciała coś powiedzieć, ale jednocześnie trochę się tego bała. Neville zaczekał, aż powie wszystko, co pamięta — nie było tego dużo — po czym zaczął ją przyciskać, szukając odpowiedzi na pytania, których nie zadał, ale które, widział wyraźnie, Marianne Baxter obracała we własnej głowie. Zaledwie jednak wydusił z niej, z nadludzkim wysiłkiem, że tak naprawdę zamieniły kilka niezobowiązujących słów po południu, kiedy pani Baxter pokazywała pani Ryder drogę na pocztę, Marianne zablokowała się i nie chciała powiedzieć ani słowa więcej. Neville w końcu machnął ręką, wiedząc, że nic nie może zrobić, i kilka razy prosił ją o kontakt z miejscowym posterunkiem policji, gdyby sobie coś przypomniała.
Normalnie Neville byłby ostatnią osobą skłonną powiedzieć coś takiego, ale wtedy naprawdę żałował, że nie wolno mu użyć wobec świadka magicznych środków przymusu.
Neville schował protokół z przesłuchania Marianne Baxter do teczki i upił łyk kawy, która w międzyczasie zdążyła trochę ostygnąć, a potem wstał i podlał fikusa, czując, że żeby pomyśleć, musi dać rękom coś do roboty.
— Niestety, mam dla ciebie same złe wiadomości — powiedziała Sandra Beck, potrząsając grzywą płomiennorudych włosów i pochylając się nad wózkiem z aktami. — Zaproponowałabym, żebyś sobie usiadł, ale nie mam żadnej dostępnej powierzchni płaskiej, więc klapnij sobie gdziekolwiek.
Neville osunął się posłusznie na przedmiot, który trzy tony dokumentów wcześniej musiał przypominać blat. Archiwum Ewidencji Magicznej Ludności zawsze kojarzyło mu się z miejscem schludnym i pachnącym starymi dokumentami — prawdopodobnie dlatego, że tak wyglądał hol ich biura. Duże, przestronne pomieszczenie wyłożone linoleum, gdzie za długą, białą ladą stali uśmiechnięci urzędnicy, którzy otwierali przepastną kartotekę i wyszukiwali odpowiednie nazwisko, po czym wysyłali zapytanie na jego temat do archiwum, gdzie Prawdziwi Archiwiści czynili swoją magię. Tacy właśnie archiwiści jak Sandra Beck, ruda piękność, historyk, mistrzyni brytyjskiej kadry juniorów w pływaniu kraulem, która z jakiegoś powodu żywiła pasję do zakurzonych, niedoświetlonych pomieszczeń i starych książek.
Sandra i inni, nieco niepokojący ludzie jej profesji, pracowali w wielkim, szarym pomieszczeniu, skrzyżowaniu biblioteki z magazynem. Regały piętrzyły się tu aż pod sam dość wysoko umieszczony, sufit, a wszędzie co chwilę przebiegali ludzie, lewitując przed lub za sobą wielkie, srebrne wózki, na których zawsze spoczywało mnóstwo akt, teczek, a nawet całych kartonów. Neville był tu już kilka razy, a jednak jego szok nigdy nie mijał, zwłaszcza kiedy, tak jak teraz, miał okazję oglądać ludzi, którzy bez najmniejszego strachu jeździli wzdłuż długich rzędów półek na najwyższych szczeblach wysokich drabin, trzymając się ich niekiedy tylko jedną ręką.
Sandra zaprowadziła go w sam środek tego chaosu, między dwa wielkie, stare regały, po czym zaprosiła go, żeby sobie usiadł. Co też Neville właśnie uczynił.
— Pierwsza zła wiadomość jest taka, że twoja Alice Ryder nie istnieje — poinformowała go Sandra, prostując się i wygładzając niewidzialną zmarszczkę na przedzie zielonego sweterka. — Oczywiście, mówię tylko o Alice Ryder z magicznymi korzeniami. Wysłaliśmy zapytanie do mugolskiej ewidencji ludności, jutro powinni nam odpowiedzieć.
Neville pokiwał głową, niespecjalnie przejęty.
— Jednak na wszelki wypadek, ponieważ wiem, jak niedoskonały jest system, a także dlatego, że jestem tak zjawiskową archiwistką — tutaj posłała mu szeroki uśmiech — sprawdziłam ci inne Alice, urodzone w latach 1968-1990. Stwierdziłam, że to i tak duży margines jak na kobietę, którą opisujesz jako, cytuję, „około dwudziestopięcioletnią".
Sandra obróciła się i wyciągnęła z kieszeni dżinsów długą listę, którą mu podała.
— Znalazłam piętnaście Alice magicznego pochodzenia — poinformowała go rzeczowo. — Nazwiska ani trochę nie są podobne do „Ryder", ale biorę pod uwagę ewentualność, że wyszła za mugola i nie zgłosiła u nas tego faktu. Teoretycznie mamy łączność z ewidencją mugolską, ale w praktyce oni muszą sporządzić specjalną listę i sprawdzić, czyje rekordy muszą uzupełnić też u nas, potem wysyłają nam te informacje, my teoretycznie uzupełniamy je u siebie… — przewróciła oczami. — Jest z tym bałagan, więc dopuszczam możliwość, że twoja Alice mogła nam gdzieś zginąć.
— Dzięki, Sandro — powiedział z wdzięcznością Neville, oglądając te piętnaście nazwisk.
— Tu są też wszystkie Alice, które zdążyły już umrzeć — dodała Sandra, a jej głos stracił trochę profesjonalnej beznamiętności. — Ale pomyślałam, że i tak ci się przydadzą, w wymiarze sprawiedliwości spotyka się różne historie.
Wzruszyła ramionami, chociaż Neville wiedział, że tak naprawdę uwielbia okazje, kiedy może współpracować z aurorami. I wcale nie dlatego, że, jak sama twierdziła, trudno spotkać inteligentnego czarodzieja, który dobrze wygląda w mundurze.
— Jesteś naprawdę niesamowitą archiwistką — przyznał jej Neville, chowając listę do kieszeni.
— Zjawiskową — poprawiła Sandra, zaczynając przekładać akta z wózka na regał. — Jeśli mogę dać ci dobrą radę, naprawdę zaczekaj ze sprawdzaniem tych kobiet, aż dostaniemy odpowiedź z mugolskiej strony.
— Najważniejsza dzisiaj jest sekcja — westchnął Neville, wstając z zagraconego blatu. — Tak zrobię, dzięki.
Przecisnął się za nią w stronę przejścia, oceniając, którędy będzie najbezpieczniej dostać się do wyjścia.
— Nigdy nie myślałaś o zmianie pracy? — zagadnął jeszcze Sandrę, kiedy kilka centymetrów od niego przebiegł człowiek, pchający przed sobą prawie pusty wózek.
Sandra roześmiała się i przerwała na chwilę wyjmowanie akt.
— Zmienić pracę? Coś ty. Ja uwielbiam ten bajzel.
Sieć Fiuu przeżywała przed szesnastą prawdziwe oblężenie, więc Neville spóźnił się na sekcję, co jednocześnie bardzo go ucieszyło i sprawiło, że zarobił ujemne punkty u patologa ze Świętego Munga.
Ron był już na miejscu, opierając się o ścianę i wyglądając na niemal tak zielonego jak kitel, którym musiał się owinąć. Ręce założył na piersi i przyciskał łokcie do boków, jakby starając się powstrzymać nadchodzące mdłości. Neville podziękował Merlinowi, że nie zdążył jeszcze zjeść obiadu.
Uzdrowiciel Rogers zdążyła już zaszyć ofiarę. Neville z ulgą zauważył brak krwi i innych płynów, których pochodzenia nie chciałby znać. Pomimo kilku już dobrych lat pracy w zawodzie nie potrafił spokojnie przypatrywać się sekcji, nie bojąc się, że za chwilę zwymiotuje. Teoretycznie widział już gorsze rzeczy: patrzył, jak żyjący, czujący ludzie są torturowani lub zabijani, ale zwykle widokom tym towarzyszył ślepy gniew, połączony z chęcią zemsty i walki. I zazwyczaj chwilę po tym, jak na oczy spadała mu czerwona zasłona, wyszarpywał skądś różdżkę lub używał gołych pięści.
Ale tutaj mógł tylko patrzeć. Usiłował wyobrazić sobie, kim była i jakie życie prowadziła ich „Alice". Jak wyglądała, kiedy jej serce i płuca jeszcze działały. Czy często się śmiała. Czy jej oczy błyszczały, kiedy ktoś opowiedział jej dowcip. Czy zmarszczki wokół jej ust to wynik zbyt częstego płaczu. Jednocześnie, jako człowiek usilnie starał się uciec od pytań, czy na tę młodą kobietę ktoś teraz czeka w domu i czy jest ktoś, komu jej brakuje i kto się o nią zamartwia.
— Więc jest tak — mruknęła uzdrowicielka odsuwając się od stołu, a jej pomruk wydawał się głośniejszy w cichym pomieszczeniu. — Ofiara zdecydowanie była czarownicą. Dałam już wam testy DNA. — Brodą wskazała w kierunku Rona, który pokiwał głową i mocniej przytulił do siebie cienką teczkę. — Protokół dostaniecie potem, nie mam całego dnia. Relacjonowałam na bieżąco, więc Ron zna szczegóły. To znaczy, od tego momentu, od którego uraczył mnie swoją obecnością.
Narzuciła prześcieradło na ciało. Neville pomyślał, że jest w tym coś finalnego i nieodwracalnego.
— Na ciele nie ma żadnych śladów walki — ciągnęła uzdrowicielka rzeczowo. — Próbki krwi zostały wysłane do analizy, wyniki dostaniecie razem z protokołem. Nie ma też oznak stosunku seksualnego.
— Czy to mogło być samobójstwo? — zapytał Ron, wciąż lekko zielony.
— Tylko jeśli sama strzeliła w siebie Avadą — mruknęła Rogers, a Neville był jej dozgonnie wdzięczny, że nie zamieniła tego komentarza w żart.
— Więc to zdecydowanie była Avada?
— Nie widzę żadnej innej przyczyny — powiedziała Rogers i poprawiła grube okulary, które spadły jej na czubek haczykowatego nosa. — Jak już wspomniałam, na ciele nie ma dosłownie żadnych innych śladów. Poza jednym.
Ponownie zbliżyła się do stołu, odsunęła prześcieradło i delikatnie obróciła ofiarę na bok, po czym gestem zaprosiła Rona i Neville'a, żeby podeszli bliżej.
— Przyjrzyjcie się jej szyi — powiedziała, po czym dla pewności wyciągnęła palec wskazujący. — Z tyłu, nad kręgiem wystającym, widzimy ślad długości około pięciu centymetrów. Wygląda to tak, jakby ktoś pociągnął za coś, co wisiało na jej szyi. Rana jest wąska i nierówna, więc przypuszczam, że był to bardziej wisiorek na łańcuszku niż chustka.
— Pociągnął… w górę czy w dół? — zastanowił się głośno Neville, a uzdrowiciel Rogers spojrzała na niego zaskoczona.
— Musiałabym się temu przyjrzeć, ale nigdy nie dam ci stuprocentowej odpowiedzi, nie przy tak wąskim śladzie — pokręciła głową. — W każdym razie pociągnięcie musiało być silne.
— Czyli wymarzony scenariusz aurora: niezidentyfikowany człowiek strzela z nieistniejącej różdżki do nieznanej kobiety, nie zostawiając absolutnie żadnych śladów — podsumował Ron, a po poziomie sarkazmu w jego głosie Neville poznał, że marzy tylko o tym, żeby wyrwać się z prosektorium.
— Być może ktoś zgłosi się po waszą nieznajomą — zauważyła Rogers. — Na palcu serdecznym widać ślad po obrączce, więc nosiła ją dość długo.
— Nawet jeśli kiedyś była mężatką, to nie znaczy, że wciąż jest z mężem w dobrych stosunkach — zauważył zgryźliwie Ron. — Nie ma przepisu, że małżonek musi zgłosić jej zaginięcie.
— Cóż, z kimś jednak mogła być w dobrych stosunkach — powiedziała beznamiętnie Rogers, zasłaniając ofiarę prześcieradłem. Dopiero po chwili spojrzała na zaskoczone tak osobistym komentarzem twarze Neville'a i Rona. — Biorąc pod uwagę, że przecież była w ciąży.
To była dla nich zupełnie nowa informacja i ręka Neville'a sama poszukała podparcia na sąsiednim stole. Z kolei Ron zbladł gwałtownie, co w połączeniu z zielenią nadało jego twarzy upiorny kolor.
— Jesteś pewna? — wydusił z siebie po chwili.
— Absolutnie pewna — potwierdziła Rogers, jakby ze smutkiem. — Ósmy tydzień.
— Myślisz, że wiedziała?
— Myślę, że mogła — mruknęła Rogers i w niezwykłym dla niej geście wygładziła prześcieradło na ciele ofiary.
W prosektorium zapadła głucha, przerażająca cisza, przerywana jedynie buczeniem zepsutych jarzeniówek.
W ich pokoju również było nienaturalnie cicho. Neville zajął się stosem papierkowej roboty, chcąc zająć czymś ręce i myśli. Stwierdził, że z emocjami poradzi sobie, kiedy będzie się musiał [się] z nimi zmierzyć, czyli najwcześniej wtedy, kiedy dostanie do rąk protokół sekcji. Do tego czasu…
Zerknął na Rona, który od blisko półgodziny, od kiedy wrócił z drugą kawą, siedział w tej samej pozycji, twarzą do okna, wpatrzony ciągle w ten sam punkt. Był głęboko zamyślony; twarz miał ściągniętą, a zęby zaciśnięte. Między palcami obracał ołówek z logo Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów.
Neville patrzył na niego przez chwilę, ale Ron nie zareagował, nie dał w ogóle żadnego znaku, że zauważa jego obecność. Neville nauczył się dawno, jeszcze w Hogwarcie, że Ron sam przychodzi do ludzi ze swoimi problemami; jakiekolwiek naciskanie go kończy się w najlepszym razie awanturą. Jedynym wyjątkiem od tej reguły była, jak się zdawało, Hermiona.
Cóż, jakikolwiek ukryty problem miał Ron, Neville czuł ulgę, że to Hermiona będzie musiała z nim się zmierzyć. Teraz naprawdę nie był w nastroju na wyciąganie z Rona bolesnych szczegółów. Zamiast tego wstał i oczyścił tablicę korkową nad kanapą.
Ron spojrzał na niego kątem oka.
— Podsumujmy, co wiemy — rzucił głośno Neville, a jego głos brzmiał mocno i zdecydowanie, czyli dokładnie odwrotnie, niż czuł się on sam.
— Gówno wiemy — mruknął Ron niechętnie.
Neville pominął ten komentarz milczeniem, po czym na samym środku korkowej tablicy przypiął różową karteczkę z ujętym w bardzo wyraźny cudzysłów „Alice Ryder".
— Co na tę chwilę możemy powiedzieć o Alice?
Ron milczał wymownie, wyraźnie nie w nastroju na gry aktywizujące.
— Miała około dwudziestu pięciu lat. — Neville przyszpilił do tablicy dużą kartkę i zaczął pisać na niej czarnym flamastrem. — Prawdopodobnie mężatka. Na pewno czarownica. W ciąży. Z jej rzeczy osobistych brakuje… wszystkiego, a zwłaszcza czegoś, co nosiła na szyi. Coś jeszcze?
Obrócił się do Rona, który wzruszył ramionami, ale nie odwrócił głowy.
— Do Milford Haven przyjechała na jedną noc. Prawdopodobnie nie pochodziła z tamtej okolicy. Czemu chciałaby się zatrzymać w pensjonacie pośrodku niczego, jeśli nawet nie miała zamiaru zwiedzać okolicy?
— Dlatego, że chciała się z kimś spotkać i nie chciała być widziana. — Ron nareszcie się ruszył, to znaczy rzucił w Neville'a teczką ze zdjęciami z miejsca, w którym znaleźli Alice. — Popatrz uważnie. Jaka samotna kobieta je kolację na dwóch talerzach, skoro w dodatku przyniesiono jej jeden? Nie wspomnę o tym, że butelka po winie jest pusta, a jak właśnie się dowiedzieliśmy, była w ciąży i jest możliwe, że o tym wiedziała. Oczywiście, dopuszczam możliwość, że też je piła, ale gdyby opróżniła sama całą tę butelkę, mam nadzieję, że sekcja by coś wykazała.
Neville przypiął odpowiednie zdjęcie w samym rogu tablicy, po czym przypiął następną karteczkę, na której napisał wyraźnie „DWA talerze".
— W dodatku nie chcę udawać, że jestem ekspertem w dziedzinie kobiecych umysłów, ale równie zastanawiający jest jej strój. W tej cienkiej sukience musiało jej być cholernie zimno.
— Właścicielka mówiła o czerwonym swetrze — przypomniał Neville, przypinając kolejne zdjęcie. — Jak rozumiem, jego też nie znaleźliśmy?
Ron potrząsnął głową.
— Myślę, że na tym etapie możemy bezpiecznie wykluczyć samobójstwo — powiedział Neville, zakładając ręce przed sobą.
— Zastanawia mnie coś jeszcze — odezwał się Ron, chociaż w jego głosie pobrzmiewała niechęć. — To się wszystko ładnie składa; kolacja dla dwóch osób, ładny, ale niepraktyczny strój, brak śladów walki… — urwał, spoglądając na Neville'a i czekając, aż ten dokończy zdanie.
— Znała mordercę — skonstatował tamten. — I nie spodziewała się, że zrobi jej krzywdę.
Zapadła cisza pełna napięcia, którą w końcu zdecydował się przerwać Ron:
— Być może. Na tym etapie to hipoteza dobra jak każda inna.
Zdając sobie sprawę, że po raz kolejny zabrnęli w ślepy zaułek, i Ron, i Neville poczuli napływającą falę zniechęcenia.
— Nie zrobimy niczego więcej, dopóki żaden ślad nie spadnie nam magicznie z nieba — nachmurzył się Ron. — Przekazałeś jej rysopis policji?
— Tak. Magicznej i mugolskiej — odparł Neville, obracając się twarzą w stronę tablicy korkowej i usiłując wypatrzyć w niej coś, czego tam nie było. — Sprawdzają ze zgłoszeniami zaginięć. Ale wiesz, ile to może potrwać…
Ron wiedział. Czasami przysięgał, że pół jego kariery zajmuje użeranie się z żałośnie przestarzałymi archiwami policji, którą – jak wszyscy aurorzy – traktował jak osobisty wydział do odwalania brudnej roboty. Neville nie był wyjątkiem od tej reguły, ale w rzadkich chwilach samoświadomości spodziewał się, że kiedyś takie podejście się na nich spektakularnie zemści.
Tymczasem jednak naprawdę miał do zrobienia poważniejsze rzeczy, pomyślał, kiedy jego wzrok znowu powędrował na teczkę, którą, dla lepszej organizacji, opatrzył chwilowo różową nalepką z wyraźnym „ALICE RYDER".
Alice, proszę, powiedz mi, kim jesteś i co ci się stało.
