ALEX'S STORY, PART I

Alex obudziła się koło siódmej rano i szybko wzięła prysznic. Po wczorajszej imprezie czuła tylko przyjemne zmęczenie. Nastawiła wodę na kawę i poszła do pokoju Erici, gdzie ulokowała Riley i Diane. Dziewczyn jednak tam nie zastała. Wyszła do ogrodu.

- Dobry! – przywitała ją córka Eddiego, przeciągając się. – Czekałyśmy aż wstaniesz. Musimy się zbierać.

- Już? – Alex zawiązała szlafrok.

- Pan Bradley będzie zły – wyjaśniła Riley.

- Skoro tak. Chcecie jakieś śniadanie?

Odpowiedź usłyszała przeczącą i jej goście przyznali się do skorzystania z zawartości lodówki. Alex nie miała im tego za złe. Wróciła do kuchni i zalała sobie kawę w ulubionym kubku. Kończyła ją pić na ganku, machając odjeżdżającym dziewczynom. Widziała jasną głowę Justine z tyłu auta. Blaszanka była z nimi na imprezie; nie odstępowała Diane na krok, gdyż tak była zaprogramowana. Tańczyła jednak naprawdę super; głównie układami z najnowszej Dance Dance Revolution i trzej faceci chcieli postawić jej drinka. Alex patrząc na nią, czuła się nieco dziwnie. W głowie miała ciągle ten stereotyp groźnego, śmiercionośnego terminatora, który wpoiła jej Erica i nawet mając przed oczami tańczącą Justine, śliczną Cameron czy konkretnego, cichego Einsteina, nie mogła tego zmienić.

Zamknęła drzwi, dopijając zimnawą już kawę. Umyła naczynia i włączyła laptopa z zamiarem popracowania nad zadaniem self-access. Miała jednak problem z dostępem do Internetu, a wyładowana komórka musiała leżeć pod łóżkiem, gdzie chyba ją kopnęła, ściągając spodnie po powrocie z dyskoteki.

Włączyła Worda i wystukała swoje nazwisko oraz numer grupy ćwiczeniowej. Pomyślała o Erice; była bardzo ciekawa, czy coś ruszyło się między nią a Damienem, czego oczywiście bardzo im życzyła.

Nagle usłyszała pukanie do drzwi. Nikogo się nie spodziewała, ale może to Diane i Riley czegoś zapomniały. Poprawiła jednak szlafrok na wypadek, gdyby na ganku stał ten nowy listonosz-Latynos.

Podeszła do drzwi i przekręciła zamki, otwierając.

- Alex Lightwood. – Mężczyzna był wyjątkowo przystojny i miał piękny uśmiech. Nie przestał się nawet uśmiechać, kiedy uderzył ją z całej siły w brzuch. Zaskoczona runęła na ziemię. Zatrzasnął za sobą drzwi. – Znowu się spotykamy, piękna.

- Pieprz się. Kimkolwiek jesteś – syknęła, cofając się po podłodze w stronę stojaka na parasole. Shotgun nadal tam był. Przynajmniej taką miała nadzieję.

Był. Podniosła się szybkim ruchem, sięgając po broń. Mężczyzna jednak chwycił ją za ramię i pchnął na ścianę. Parasole wysypały się na podłogę. Shotgun poleciał gdzieś pod drzwi. Napastnik zacisnął silną dłoń na jej szyi i podniósł do góry, przyciskając kobietę do ściany. Poczuła, jak brakuje jej powietrza w płucach.

- Cullen, dosyć. – Obcy głos usłyszała z własnej kuchni. Palce na jej krtani zacisnęły się mocniej. – Puść ją, słyszysz?

Dłoń wreszcie cofnęła się niechętnie. Alex osunęła się na podłogę, oddychając łapczywie.

Mężczyzna z nazwiskiem Cullen przykucnął naprzeciwko niej. Podsunęła szybko nogi pod brodę. Chwycił ją za twarz, wbijając palce w jej policzki. Przesunął kciukiem po jej ustach tak mocno, że poczuła gorzki smak jego brudnej skóry. Wreszcie gwizdnął przeciągle i puścił ją; wziął shotguna i wyjął naboje, ciskając go w pusty teraz stojak.

- Ubierz się. – Usłyszała. Drugi nieznajomy o krótko ostrzyżonych włosach, długich rzęsach i bardzo ciemnych, niebieskich oczach był wysoki i chudy, podczas gdy ten, który ją zaatakował, był przysadzisty i dobrze zbudowany. Nie ruszyła się.

- Mogę jej pomóc się ubrać – zaoferował się Cullen.

- Poradzi sobie. Wstawaj, Lightwood.

- Podziwiam twoją wiarę w ludzi, Sam.

- Dzięki – prychnął pochwalony, poprawiając pasek od długiej tuby na dokumenty przerzuconej przez ramię. Alex spojrzała na pojemnik podejrzliwie, ale ostrożnie wstała i ruszyła do swojego pokoju.

Sam był tuż za nią. Zamknął za nimi drzwi, każąc swojemu towarzyszowi rozejrzeć się po domu.

Zadrżała, podchodząc do komody. Broń była w drugiej szufladzie. Szybko ją otworzyła, sięgając po pistolet. Jej palce ledwie zdążyły go musnąć, kiedy została niezbyt brutalnie pchnięta na łóżko. W przypływie adrenaliny szybko zsunęła się z materaca, dopadając okna. Zdążyła je tylko otworzyć, kiedy została schwytana i wciągnięta do środka.

- Przestań, Lightwood! Nie uciekniesz. Po prostu się ubierz, jasne?!

Mężczyzna puścił ją, popychając w stronę łóżka. Cała drżała z emocji.

- Ubrania mam w komodzie – powiedziała szybko.

- Co ci podać? – Stanął przy meblu, otwierając szuflady.

- Stanik, szare rybaczki z drugiej, t-shirt i ten fioletowy kardigan – wymieniła.

Patrzyła, jak obcy grzebie w jej prywatnych rzeczach, żeby po chwili podać jej to, co chciała.

- Ubierz się. Nie mogę się odwrócić, bo możesz próbować mnie zaatakować albo coś. – W jego głosie dosłyszała kpinę, ale miała dziwne wrażenie, że mężczyzna czuje przed nią strach i respekt, co ją zdumiało. – Ubieraj się.

Odwróciła się do niego plecami, widząc, jak bierze jej szminkę i otwiera ją.

- Na co czekasz? – zapytał niecierpliwym tonem, wyczuwając na sobie jej spojrzenie.

- Nikogo więcej nie ma! – Usłyszeli zza drzwi. – Znalazłem pizzę. Chyba świeża.

- Zaraz do ciebie dołączymy. Ubieraj się, Lightwood – powtórzył, przyciskając czerwoną pomadkę do gładkiej tafli lustra i ku jej zdziwieniu, zaczął pisać.

JESTEM PRZYJACIELEM. Litery był wąskie i wysokie, podobnie jak mężczyzna, który je stawiał szybkimi ruchami ręki. POMOGĘ. A potem się podpisał. SAM GILLES. To nazwisko wydało się jej znajome.

- Myślisz, że ci uwierzę? – syknęła, nadal próbując sobie skojarzyć, skąd znała jego nazwisko.

Uśmiechnął się i napisał NIE, PANI GENERAŁ, po czym sięgnął po jej koszulę nocną i zaczął wycierać lustro. Ledwo skończył, kiedy do pokoju wszedł Cullen.

- Nieubrana? Może jednak jej pomogę.

- Nie. – Sam uśmiechnął się. Alex zauważyła, że nie robił tego tak ładnie, jak jego towarzysz. – Nie chce mi uwierzyć, że widziałem już ładniejsze. Damy jej minutkę, co?

- Minutkę. A potem jej pomogę.

- Słyszałaś, Lightwood?

- Tak – syknęła. Nie wiedziała, czy kazać Samowi wyprosić Cullena; w końcu jednak odwróciła się do obu tyłem i ubrała się tak szybko, że naprawdę była ciekawa, czy choć jeden z nich dostrzegł tatuaż na jej plecach. Cała drżała, miała mętlik w głowie i nic nie mogła poradzić na to, że Cullen był w jej typie.

Została wepchnięta na tylne siedzenie jeepa z przyciemnianymi szybami, który przypomniał jej pierwsze auto kupione przez Ericę za wygraną na loterii. Miała kajdanki i usta zaklejone taśmą. Usiadła wygodniej, kiedy Sam wsunął się do środka, zapinając ją pasem. Sposób, w jaki to zrobił – szybko i starając się jej nie dotykać – potwierdził jej wcześniejsze przypuszczenia: mężczyzna się jej bał, a jeśli nie, to bardzo szanował. Miała mieszane uczucia.

Jej porywacze rozmawiali na jakieś błahe tematy; prowadził Sam.

Wiedziała od razu, że są od Eddiego z przyszłości. Nie miała pojęcia, jak ją znaleźli. Albo mieli wiele szczęścia, albo Mózg lepszy niż ten Erici. Jednego była pewna: będą chcieli użyć jej jako przynęty.

Cały czas próbowała skojarzyć sobie nazwisko Gilles. Bez skutku.

Jechali dosyć długo, kiedy wreszcie zatrzymali się na stacji benzynowej.

- Chcesz do łazienki? – Sam spojrzał na nią znad ramienia, wyłączając silnik. Kiwnęła głową.

Mężczyzna pomógł jej wysiąść z samochodu i poprowadził w stronę budynku. Widziała, jak wyjął policyjną odznakę i zaczepił ją o pasek spodni. Sprytnie, pomyślała. Zerwał taśmę z jej ust, ale krzyki już by jej nic nie pomogły, bo oto prowadził ją stróż prawa. Takiego scenariusza z Ericą nie przerobiła.

Zamknęła drzwi kabiny.

- Powiem jasno: próbujesz uciec – dobiegł ją głos Sama – łapiemy cię, Cullen robi ci krzywdę, ja go zabijam i nici z planu, rozumiesz, Lightwood?

- Planu? – zapytała, odkręcając wodę i myjąc ręce, co było dosyć trudne w kajdankach. Kiwnął głową bez słowa. – Ranyści! Wiesz co? Pieprz się, Gilles. Albo nie, najpierw powiedz mi, co tu się dzieje.

Uśmiechnął się, zakręcając kran. Wyprowadził ją z toalety. Kobieta za ladą zmierzyła się lekceważącym wzrokiem w stylu jak to dobrze: kolejna czarna złodziejka pójdzie za kratki. Miała ochotę jej przygadać. Tej wrednej rasistce z nieudaną trwałą, ale wtedy zobaczyła na ekranie telewizora nad kasą twarz swojej ukochanej przyjaciółki. Zdjęcie Erici Williams – jej prawdziwe zdjęcie, nie to zedytowane, które było w bazie danych policjantów! – było na czerwono podpisane słowem POSZUKIWANA.

- Ranyści... – wyszeptała Alex poruszona, nie wierząc własnym oczom.

- Lepiej bym tego nie ujął. – Sam siłą wypchnął ją za zewnątrz i pociągnął w stronę auta.

Obejrzała się jeszcze. Serce podeszło jej do gardła.