A/N: Mam nadzieję, że nie zhejtujecie mnie do reszty za tego "Złotego Rogera". Przez prawie całe anime, jak jeszcze oglądałam, tak tłumaczono jego nazwisko i nie wiedziałam, że będziecie mi grozić i że tak nie wolno XD. Wszystko zostanie dalej poprawione, nie martwcie się.
Ayo wspomniała o OC.. Hm, mam wrażenie, że mało osób polubi naszą medyczkę, ale odgrywa ona dość kluczową rolę w fabule. :)
One Piece (c) by Oda Eiichiro
Rozdział III
Zoro pędził w kierunku zaułka, z którego dochodził wcześniej żeński okrzyk. Teraz było go ledwie słychać – ofiara zapewne miała zatkane czymś usta. Wyciągnął dwie katany i wyminął wielkie, śmierdzące śmietniki. Zaułek był ciemny i całkiem spory. Krzyk coraz bardziej się oddalał, więc Zoro przyśpieszył. Ujrzał dwie postaci mniej więcej kilkanaście metrów od niego. Jedna z nich leżała na ziemi i nie ruszała się. Oby nie było za późno myślał gorączkowo, biegnąc jak najszybciej w kierunku sprawcy. Bez wątpienia był to mężczyzna, w dodatku wysoki i postawny, ale nie ma osoby, z którą nie da sobie rady ktoś, kto zostanie najlepszym szermierzem na świecie. Mężczyzna wyciągnął dwa wielkie, zdobione dziwnymi literami na rękojeści noże, którymi udało mu się zasłonić przed pierwszym ciosem.
-Dwa nożyki przeciw katanom? Masz tupet – wyszczerzył się Zoro, zerkając na nieprzytomną dziewczynę. Włosy rozsypały jej się w nieładzie na ziemi, a sukienkę i fartuch miała podciągnięte do góry. Tę chwilę rozproszenia Roronoa przypłacił głęboką raną w prawym ramieniu. Ostry i długi nóż przebił na wylot jego ramię. Zoro szarpnął, zamachnął się i udało mu się trafić przeciwnika w bok. Trysnęła krew, lecz tamten nadal trzymał się na nogach. Zoro wyciągnął sztylet ze swojej ręki i odrzucił go daleko do tyłu. Zaatakował ponownie. Sprawca był bardzo szybki, w dodatku biegał i odbijał się od ścian jakby miał kauczuk na podeszwach butów. Szermierz klął soczyście w myślach, gdy kolejny raz nie trafił w cel. Wreszcie udało mu się przechytrzyć tego drugiego i wymierzyć porządne i głębokie cięcie na klatce piersiowej. Oprawca padł pokonany. Zoro kopnął jego ciało i splunął na ziemię, mamrocząc coś o atakowaniu bezbronnych kobiet. Schował katany i podszedł szybko do dziewczyny. Przyłożył ucho do jej ust i poczuł ciepło oddechu. Lekko nią potrząsnął.
-Hmm… Hej! Obudź się, panno – czuł się jak ostatni kretyn, wymawiając te słowa, lecz po kilku minutach poklepywania poskutkowało. Dziewczyna otworzyła oczy i uniosła się do góry, łapiąc za czoło i opierając plecami o mur. Popatrzyła na Zoro z lekkim oszołomieniem. Jej błękitne tęczówki przesunęły się po twarzy i mięśniach Zoro, zatrzymując na krwawiącej ranie na ramieniu. Roronoa dopiero teraz dał sobie sprawę, jak bardzo ona piecze i boli.
-O matko – szepnęła dziewczyna, odgarniając niesfornego loka z twarzy i podsuwając do góry rękawek koszuli Zoro. –To on ci to zrobił, tak?
Rozejrzała się po zaułku i ujrzała martwego oprawcę. Szermierz wzruszył w odpowiedzi ramionami, co poskutkowało jeszcze gorszym bólem w ręce. Dziewczyna bez pytania odwiązała jego czarną chustkę z drugiego ramienia i obwiązała nią skaleczoną rękę Zoro. Czuł i widział, jak bardzo drżą jej nogi, lecz rękoma operowała sprawnie i bez najmniejszego zawahania.
-To chwilowo zatrzyma krwotok, ale będziemy musieli udać się do mojego domu, żebym mogła to porządniej opatrzyć i zszyć. Bardzo cię boli? Zawsze mam przy sobie kropelki uśmierzające ból – pogrzebała w kieszeni fartucha i zbladła. Wywróciła kieszeń na lewą stronę. –No cóż, dzisiaj jednak nie mam…
-Jesteś medyczką? – Spytał, widząc czerwony krzyżyk wyhaftowany na fartuchu na piersi dziewczyny. Skinęła głową. –Rima?
-Skąd znasz moje imię? Nie jesteś stąd. Ale tak, jestem Rima – wyciągnęła do niego dłoń. Uścisnął ją szybko.
-Roronoa Zoro – uśmiechnął się zawadiacko, czując, jak wszystkie jego myśli i rozsądek krzyczą głośno „Nie! Nie! NIE!". Ależ on nie chciał jej uwodzić. Po prostu, chciał zrobić coś miłego, żeby na jeszcze jedną chwilę zapomniała o tym przykrym zajściu. –Pirat, szermierz.
-Pirat? A to ciekawe – podnieśli się oboje. Rima zachwiała się na nogach, a z rany Zoro buchnęła świeża krew. Chusteczka była już cała nasiąknięta. –Przepraszam cię za to… I dziękuję. Gdyby nie ty, nawet nie wiem, co by się teraz ze mną działo.
-Czy wiesz, kto to jest? – Zielonowłosy wskazał stopą na nieprzytomnego, przypominając sobie słowa dwóch podejrzanych typów z gospody. Czy to był gwałciciel, czy też ktoś działający na rzecz spiskowców, mający unicestwić Rimę? Albo i to i to? To wszystko było aż nazbyt podejrzane po tym, co usłyszał przy posiłku. Rima rozglądała się uważnie po ziemi, jakby czegoś szukała i zignorowała pytanie Zoro. Podeszła do zabitego i mrużąc lewe oko zapewne oceniła w myślach jego rany. Zerknęła w prawo i ujrzała to, czego szukała: dziwną, wyglądającą na mokrą, białą szmatkę.
-Aha! – Wzięła ją i upakowała do kieszeni fartucha, bardzo z siebie zadowolona. Szermierz popatrzył na nią z uniesioną brwią. Każda dziewczyna po takim ataku byłaby załamana lub przerażona, lecz ją bardziej wydawały się obchodzić ta dziwna szmata i rana w ramieniu Zoro. Co prawda, nawet nie musiała jej zbytnio opatrywać, wystarczyło, że Roronoa utnie sobie dłuższą drzemkę i jakoś to będzie, ale lepiej, żeby ją chociaż porządnie obejrzała. Rima podeszła do szermierza nadal dziwnie drżąc i pociągnęła go w stronę rynku.
-Potem ci wszystko opowiem, nie tutaj. Staraj się nie machać tą ręką – szepnęła, rzucając zlęknione spojrzenia do tyłu i na boki. Szczęśliwie nikt nie zwracał na nich większej uwagi, chociaż co chwilę ktoś wykrzykiwał pozdrowienia i powitania do Rimy. Czerwonowłosa dziewczyna jedynie odmachiwała albo słała całusy w powietrzu do witających ją dzieci. Wreszcie wyminęli małe domki i zostawili za sobą Biały Gmach. Teraz szli dróżką przez poletka ryżowe, zalane wodą i podzielone na idealnie równe kwadraty. Domów nie było tutaj aż tak dużo jak przy rynku, lecz mieszkanie Rimy rzuciło się w oczy. Był to biały budyneczek z wymalowanym czerwonym krzyżem na drzwiach. Podwórze domu ogrodzone było niskim, białym płotkiem, a w rogu podwórka rosły drzewa wiśniowe, obsypane teraz różowymi płatkami. Gdy znaleźli się przed domem, Zoro ujrzał małą, kwadratową piaskownicę niedaleko kwitnących wiśni i bawiącą się w niej niewielką postać o identycznych włosach jak Rima. Czyżby to była jej córka?
-Anju! – Wykrzyknęła Rima, otwierając drzwi i przepuszczając Zoro do środka. –Chodź z nami, mam dla ciebie ciekawe zadanie.
Dziewczynka momentalnie podniosła się, otrzepała ręce i jak strzała pobiegła do domu. Wyglądała jak miniaturka medyczki, z tym, że Anju miała wielkie, zielone oczy, a loczki sięgały jej jedynie do ramion. Popatrzyła z ciekawością na Zoro, a na widok zakrwawionej ręki mężczyzny jej źrenice rozszerzyły się gwałtownie. Zbladła i ukryła się za prawą nogą Rimy.
-Jejku, Anju, nie patrz, ten pan został zraniony, nie wymiotuj, proszę – Rima odwróciła się tyłem do Zoro, przesłaniając Anju widok na szermierza. –Masz to. Nie wąchaj. Musisz przebadać, czym zostało to nasączone i wynaleźć coś, co zneutralizuje działanie tego otumaniacza, dobrze? Jest tak nasączone, że dasz radę wycisnąć parę kropelek. To bardzo ważne.
Anju pokiwała głową, chwyciła białą szmatkę i wyminęła siostrę, kierując się do wnętrza domu. Po chwili zniknęła za najmniejszymi drzwiami, jakie znajdowały się na korytarzu. Roronoa stał z założonymi rękoma, opierając się o ścianę i zerkając spod powiek na Rimę.
-Czy to aby na pewno rozsądne, powierzać swojej córce tak ważne zadanie? – Uniósł brwi.
-Nie wiesz, co ten dzieciak potrafi. I to nie moja córka, tylko młodsza siostra. Chodź – chwyciła go za dłoń i pociągnęła w głąb korytarza. Skręciła w drzwi z takim samym krzyżem jak na tych wejściowych i znaleźli się w bardzo jasnym pokoju. Ściany zastawione były regałami z rozmaitymi książkami i fiolkami. Na środku znajdował się drewniany stół.
-Połóż się. Czy mam ci zaaplikować znieczulenie? – Rima założyła białe rękawiczki i wyjęła zestaw skalpeli i narzędzi operacyjnych na całkiem sporej, stalowej tacy. Zoro ściągnął koszulę, która była już całkiem upaprana krwią, odwiązał bandanę i rzucił je na podłogę.
-Nie, to tylko strata czasu. Szyj tak – szermierz zerknął na ranę i jęknął w duchu. Wyglądała naprawdę paskudnie, w dodatku szczypała aż za mocno, jak na zwykłe pchnięcie sztyletem. Miał wrażenie, jakby jego mięśnie były palone żywcem tam, gdzie uprzednio wbił się chłodny metal. Rima ułożyła narzędzia na samym brzegu stołu, wetknęła sobie w oko monokl i zaczęła delikatnie dotykać cięcia.
-Jeżeli czujesz coś dziwnego, powiedz. Mam dziwne wrażenie, że ta rana się rozrosła i zaogniła… - zmrużyła charakterystycznie lewe oko.
-To nie boli jak zwykłe dźgnięcie. Okropnie mnie pali, zupełnie, jakby ostrze było natarte jakąś trucizną… - Był w stanie znieść ten ból, lecz wraz z jego wzrostem przychodziło okropne uczucie, jakoby ręka stawała się bezwładna. Był szermierzem, nie mógł sobie pozwolić na coś takiego!
-Identycznie jak z Mauricem… - Szepnęła sama do siebie i podeszła do jednego z regałów. Stojąc na palcach zaczęła macać kolby stojące na najwyższej półce. Zoro czuł dziwne rozczulenie, jak tak patrzył na jej niewielką osóbkę. Z jednej strony była taka niezdarna i nieporadna, ale z tego co słyszał, nie było dla niej rany i choroby nie do wyleczenia. Wreszcie zdjęła z półki kolbę z dziwną, żółtawą mazią. Odnalazła strzykawkę i nabrała do niej substancji.
-Wybacz, ale muszę wstrzyknąć ci to wewnątrz rany. Trucizna, którą ostrze było nasączone działa cholernie szybko – mówiąc to, wbiła igłę prosto w jeden ze zranionych mięśni. Zoro syknął cicho, lecz po chwili po jego ręce rozeszło się dziwne uczucie, jakby krew zamieniała mu się w zimną wodę.
Rima odłożyła strzykawkę i założyła na twarz białą maseczkę. Zoro starał się zasnąć na ten czas, gdy dziewczyna będzie szyć, lecz nie mógł. Gapił się na to, co robi z jego raną, nie mogąc oderwać oczu. Uważnie obserwował, jak najpierw oczyszcza cięcie, a potem pierwszy raz wbija igłę w skórę. Po dłuższym czasie rana była starannie i porządnie zszyta. Zoro przewrócił się na brzuch, by mogła zszyć też dziurę ziejącą z drugiej strony ramienia. Szczęśliwie po wstrzyknięciu tamtej substancji już niemal nic go nie bolało. Czuł się nawet dziwnie błogo, a oczy same mu się zamykały.
Wreszcie Rima skończyła. Oplotła bandażem zaszyte miejsca, uważanie je oglądając i nacierając uprzednio jakąś lepką substancją. Zoro usiadł na krawędzi stołu, zastanawiając się, która godzina. Rima spojrzała na chustę i koszulę pokryte plamami krwi i westchnęła.
-Wypiorę ci je – schyliła się po ubranie i starannie złożyła w kostkę. –Czy masz gdzie pójść? Na jak długo się tu zatrzymaliście? Gdzie jest twoja załoga?
-Koło dziewiętnastej mieliśmy się spotkać na rynku i wtedy podjąć decyzję, co robimy dalej, gdzie będziemy nocować przez te kilka dni.
-Ilu was jest?
-Pięcioro, licząc mnie.
-Chodź ze mną – poszli do pokoju, który najprawdopodobniej był sypialnią Rimy. Skromnie urządzony pokoik, choć był też lekko zabałaganiony. Rima pogrzebała chwilę w wielkiej, ciemnobrązowej szafie i wyciągnęła białą, luźną koszulę. Wręczyła ją Zoro i wyszła. Szermierz stał i patrzył na ubranie, jakie mu wręczyła. Czy ona sobie z niego kpiła i dała mu swoją koszulę? Obejrzał ją dokładnie. Koszula była prosta i w miarę przewiewna, wyraźnie za duża na Rimę. Czerwonowłosa wróciła do pokoju i warknęła na widok wyrazu jego twarzy.
-To koszula mojego ojca, więc spokojnie, możesz ją wkładać. Twoja chusta i koszulka się moczą. Krew już zaschła, ale po jakimś czasie uda mi się ją wywabić.
-Czy twój ojciec nie będzie zły, że noszę jego ubrania? – Zdziwił się szermierz, lecz narzucił na siebie koszulę. Była idealnie dopasowana.
-Mój ojciec nie żyje… Ale też był piratem, więc byłby rad, że ktoś taki jak ty ją ma. I w dodatku uratował jego córkę.
-To dlatego się mną zajęłaś… - Był pewien, że żadna normalna lekarka nie przejęłaby się rannym piratem.
-Może i tak. Co do twojego pobytu, to mam trochę wolnego miejsca, ewentualnie Anju ustąpiłaby komuś łóżka i spała ze mną. Możecie się u mnie zatrzymać, w ramach wdzięczności. Idź teraz po przyjaciół, a ja zacznę przygotowywać kolację.
Zoro skierował się do wyjścia czując na sobie uważny wzrok Rimy.
Na rynku koło godziny osiemnastej zwykle tłum ludzi się przerzedzał. Kupcy i rzemieślnicy wracali do domów, stragany się zwijały, sklepy zostawały zamykane. Koło wieczora można było spotkać jedynie samotnie spacerujące osoby, staruszki i zakochane pary, lubujące przesiadywać nad fontanną. Sanjiemu bardzo spodobała się ta fontanna. Była okrągła, a na środku naczynia na postumencie znajdował się wyrzeźbiony sokół, z którego dzioba lała się woda. Sam sokół wyrzeźbiony był niemal z chirurgiczną precyzją, na jego potężnych i rozłożonych skrzydłach widać było wyraźnie każde pióro. Ślepia ptaka były naprawdę przerażające.
Blondyn przysiadł na chwilę na brzegu fontanny. Zauważył na dnie pojedyncze monety i uśmiechnął się sam do siebie. No tak, te bzdury, jakoby forsa wrzucana do fontanny miała spełniać życzenie… Zerknął na dwójkę zakochanych siedzących niedaleko. Gdy wrócił z zatoki, poznał w jednej z kawiarni mnóstwo świetnych i pięknych dziewczyn, więc na nudę nie narzekał, jednak jednocześnie zastanawiał się, co robi teraz Zoro. Kiedy szermierza nie było obok czuł taką dziwną pustkę. Jakby… Hm, jakby wszystko, co wyczyniał, nie miało sensu. Lubił Zoro, chociaż tłukli się kilkanaście razy dziennie i wyzywali sobie nawzajem od najgorszych. Bez szermierza na pewno nie bawiłby się tak świetnie na pokładzie Going Merry.
Zastanawiał się, jaki stosunek ma do niego Zoro. Roronoa był cholernie skrytym człowiekiem i ciężko było odgadnąć, co myśli na czyjkolwiek temat. Szermierz wolał wszystko okazywać czynami, stając w czyjejś obronie czy walcząc; a przecież Sanji nie będzie celowo wystawiał się na zagrożenie, żeby się przekonać, co myśli o nim jego kompan. No i, oczywiście, Sanji poradzi sobie niemal z każdym wrogiem, więc to nie miałoby sensu.
Wiedział, że to niedorzeczne, ale wstał i pogrzebał w kieszeni, gdzie wymacał kilka monet. Myśląc życzenie zarumienił się niczym dorodny burak, lecz wypuścił z dłoni monetę. Miedziak z pluskiem wpadł do wody.
Sanji rozejrzał się wokół. Dochodziła umówiona godzina, a nikogo jeszcze nawet nie było widać. Możliwe, że będą musieli wyruszyć po nocy na poszukiwanie Luffy'ego, który miał jeszcze gorszy zmysł orientacji niż Zoro, w dodatku mógł wplątać się przez swoją głupotę w jakieś bójki. Blondyn podniósł koszyk, w którym miał składniki na dzisiejszą kolację i z bólem serca spojrzał na więdnące warzywa. Niech lepiej oni się ruszą.
Pierwsza na horyzoncie pokazała się Nami, targająca za sobą kolorowe torby z zakupami. Musiała się obłowić, gdyż wszystkie były wypchane po brzegi. Sanji poderwał się z miejsca i pomógł jej nieść zakupy, co ruda skwitowała łaskawym uśmiechem. Nami zaczęła opowiadać o genialnych sklepach, jakie tutaj są, gdy podszedł do nich Usopp. Wydawał się być całkiem zadowolony z tego, co robił – pokazał im sakiewkę ze specjalnym, nowym prochem i wiele innych wybuchowych pierdół. O przybyciu Luffy'ego zaalarmował ich okrzyk dochodzący z daleka.
-Gomu gomu no… Roketto! – Poniosło się przez rynek i cała trójka zerknęła w kierunku źródła dźwięku. Na samym końcu placu, między dwiema palmami stał nie kto inny, jak Luffy, którego kapelusz był rozpoznawalny na kilometr.
-Nie, błagam, niech on tego nie robi! – Jęknął Sanji, widząc, jak Luffy złapał pnie palm i rozciągnął swoja ręce, by wystrzelić się z miejsca jak rakieta. Kapitan leciał nad placem, śmiejąc się radośnie, a nieliczne osoby pozostałe na rynku pokazywały go sobie palcami. Luffy spadł prosto na głowę Usoppa, który pociągnął za sobą na ziemię Sanjiego. Nami zachichotała na ten widok.
-To co, czekamy tylko na Zoro? – Przysiadła na brzegu fontanny, z ulgą odstawiając resztę zakupów. Chłopaki podnieśli się z ziemi, wyzywając Luffy'emu. Sanji zaniepokojony rozejrzał się wokół.
-O, tam idzie! – Luffy wskazał na zielonowłosego mężczyznę w pirackiej, białej koszuli, która idealnie podkreślała jego mięśnie ramion. Z dala wyglądał zupełnie jak nie szermierz! Sanjiemu na moment opadła szczęka. Przecież Roronoa nie jest typem faceta, który ot tak chodzi sobie na zakupy. Zoro szedł rozglądając się uważnie na boki.
-Cześć – rzucił, stając przy reszcie swojej załogi. Usopp wytrzeszczył oczy.
-Zoro, gdzie twój ocieplacz i chusta? – Zdziwiła się Nami. Szermierz bez powodu by się z nimi nie rozstał. Zoro wzruszył ramionami i zerknął na Sanjiego, który wydawał się być tak samo zaskoczony, jak wszyscy. Z tym, że patrzył na ciało szermierza z takim błyskiem w oku, że Zoro zrobiło się dziwnie gorąco.
-Potem wam wszystko opowiem. Może – uśmiechnął się łobuzersko.
-Dobra, zgrywaj sobie tajemniczego twardziela. Kto ma propozycje odnośnie naszych dalszych poczynań? – Spytała Nami, poprawiając swoją spódniczkę. Zapadła cisza, na którą dziewczyna zareagowała podłym uśmieszkiem. –Wiedziałam, wy fajtłapy… Poradzą sobie nawet z potworami morskimi, a noclegu nie znajdą.
-Ekhm, pytałaś o nasze dalsze poczynania, a nie nocleg – zauważył Luffy, wchodząc boso do fontanny i chlapiąc wszystkich wodą. Zoro dopiero teraz przyjrzał się postumentowi przedstawiającemu sokoła. Przeszły go dreszcze, gdy ujrzał przerażające ślepia wyrzeźbionego ptaka. Wyglądały prawie jak oczy Mihawka…
-To się rozumie samo przez siebie! – Nami rąbnęła kapitana w głowę.
-Baba – mruknął Luffy, taplając się w wodzie.
-W sumie ja mam pewne miejsce. W zamian za drobną przysługę pewnej medyczce, zgodziła się nas przyjąć na jakiś czas – odezwał się po chwili ciszy Zoro.
-Medyczce? – Zdziwił się Sanji. Natychmiast przypomniał sobie fragment rozmowy tych dwóch dziwnych facetów w gospodzie. –Chyba nie mówisz o Rimie?...
-Ano, właśnie o niej.
-A kim jest Rima? – Zdziwił się Usopp.
-Jest to najlepsza medyczka na Rice Island. I z tego co wiem, najbardziej wykształcona i doświadczona – odrzekł Zoro. Sanjiemu nie spodobał się ton, jakim szermierz o niej mówił. Zupełnie, jakby ją czcił. I ta koszula… Czyżby ona mu ją dała…?
-Mniejsza. Jeśli za darmo zgadza się nas przenocować, to ruszamy – odrzekła Nami, biorąc torby. Sanji wziął część jej zakupów i ruszyli za Zoro. W postawie Roronoy coś mu się nie zgadzało i po chwili zdał sobie sprawę, co. Jego ramię było w pewnym miejscu grubsze. Pod białą koszulą odznaczały się wyraźnie grube bandaże. Co takiego zaszło, że najlepsza medyczka musiała ratować ich szermierza? Miał nadzieję, że jak najszybciej się tego dowiedzą. Na szczęście, do domu owej Rimy nie było daleko i po krótkim czasie stanęli pod drzwiami z czerwonym krzyżem. Zoro zapukał kilka razy. Otworzyła im czerwonowłosa dziewczyna. Wycierając ręce w fartuch zaprosiła całą piątkę do środka. Na widok Luffy'ego jej oczy rozwarły się szeroko.
-Jo – powitał ją Luffy, szczerząc się. –Widzieliśmy się, prawda?
-T-tak… Przepraszam za moją siostrę – skłoniła się lekko i złożyła ręce, jednak Luffy tylko się zaśmiał i poklepał ją po głowie. Rima w wyraźnie lepszym humorze rozejrzała się po przybyłych gościach. Sanjiemu w ogóle nie spodobał się wzrok ani uśmiech, jakim obdarzyła Zoro, gdy go ujrzała. Była naprawdę ładna i dość młoda jak na tak doświadczoną osobę. Wszyscy przywitali się, a Sanji wystąpił z szeregu, by paść przed medyczką na kolana i ucałować jej rękę.
-Pozwól mi olśnić się twą urodą i mądrością…! – W jego oczach zaiskrzył się ten sam błysk, jaki towarzyszył mu na widok ładnej dziewczyny. Rima wyglądała na zdezorientowaną i spłonęła rumieńcem. Nami uśmiechnęła się porozumiewawczo do medyczki.
-On tak zawsze, Rima-san.
-Och… - Zaczęła Rima, nie mogąc się ruszyć, bo Sanji nadal tarzał się u jej stóp. –Co powiecie na kolację?
-JEDZENIE! – Krzyknął Luffy i już chciał rzucić się przed siebie, gdy z malutkich drzwi wyszła Anju. Na widok Słomianego Kapelusza wyszczerzyła się bezczelnie i stanęła przy prawej nodze Rimy.
-To jest Anju, moja młodsza siostra. Szalony chemik – Anju ukłoniła się wdzięcznie, a jej loczki aż podskoczyły.
-Chemik? – Zaciekawił się Usopp. –Chyba będę musiał zadać potem parę pytań tej młodej damie!
-Czy ona nie jest za młoda…? – Sanji uniósł brew. Rimie tak bardzo skojarzyło się to z Zoro, że roześmiała się głośno. Pokręciła jedynie głową w odpowiedzi na zdziwione spojrzenia załogi.
-Ja swoje praktyki rozpoczęłam mając jedynie siedem lat. Anju ma dwanaście lat i praktykuje od trzech. Pokazać ci miejsce, gdzie zostawić zakupy? – Zwróciła się do Nami. –Anju zaprowadzi was do kuchni.
Dziewczyny zniknęły gdzieś w głębi korytarza, ale Anju nie kwapiła się, by zaprowadzić mężczyzn do kuchni. Zamiast tego patrzyła się dziwnie na Usoppa.
-Kto ci uszkodził tak nos? – Zdziwiła się, na co Słomiane Kapelusze wybuchnęły śmiechem. Dziewczynka wzruszyła ramionami i ruszyła w stronę kuchni. Kuchnia była sterylnie czysta, pomalowana na brzoskwiniowo. Przy stole stało aż dziesięć krzeseł, choć nakryte było dla siedmiu osób. W pomieszczeniu roznosił się wspaniały zapach pieczonego mięsa i owoców. Ślina z ust Luffy'ego skapywała i lała się po podłodze, tworząc malownicze zakrętasy. Luffy chciał rzucić się na zastawiony stół, lecz Zoro i Sanji w tym samym momencie złapali go za przedramię. Zoro natychmiast zabrał dłoń z dłoni Sanjiego i uciekł spojrzeniem w bok. Czuł, że policzki zaczynają go piec.
Do kuchni weszły Nami i Rima, chichocząc jak szalone. Wszyscy usiedli przy stole, a Rima odebrała kosz z jedzeniem od Sanjiego.
-Pozwolisz, że ja jutro coś przygotuję? – Spytał blondyn, patrząc, jak rozkłada wszystkie składniki na półkach w lodówce. Czerwony warkocz podskakiwał na plecach medyczki.
-Jeśli sobie życzysz, to proszę bardzo. Nie umiałabym zagwarantować wam trzech posiłków dziennie, bo nie wiem, kiedy przyjdą do mnie pacjenci.
-A jak mamy ci się odwdzięczyć za gościnę?
-Nie myśl o tym. Zoro wyświadczył mi pewną przysługę. Możecie zostać tutaj, jak długo chcecie. Usiądź, już podaję wam zupę, bo pewnie jesteście bardzo głodni.
Sanji trochę się wściekł. Znowu ta przysługa, którą wyświadczył jej Zoro, a on nic na ten temat nie wiedział, nawet nie miał pomysłu, czego mogła dotyczyć! Nienawidził nic nie wiedzieć. Miał chociaż nadzieję, że ta dziewczyna koszmarnie gotuje.
Rima zajęła miejsce między swoją siostrą i Zoro, naprzeciw Sanjiego. Blondyna nieco to rozpraszało. Całą kolację przegadali, śmiejąc się i poznając. Anju jak na dwunastolatkę była nieco przemądrzała i wygadana, lecz świetnie się z nią żartowało. W dodatku w ciągu jednego posiłku udało jej się wykręcić dwa numery Luffy'emu, którego nie wiadomo czemu darzyła szczególną sympatią. W sumie jedyną osobą, której mała zdawała się nie lubić, była Nami. Dziewczynka ignorowała wszystko, co mówiła do niej nawigator, parę razy nawet pokazała jej język, za co została skarcona przez Rimę.
Dodatkowo kolacja była przepyszna. Zupa cebulowa i kaczka pieczona z brzoskwiniami smakowała nawet Sanjiemu, choć mógł wymienić tuzin niedociągnięć w przygotowaniu dania. Po kolacji Rima pokazała chłopakom pokój, gdzie porozkładała koce i pierzyny, łazienkę i pokój Anju, w którym będzie spała Nami. Dziewczynka nie wydawała się być z tego faktu ani trochę zadowolona.
Zoro, Sanji, Usopp i Luffy układali się do snu, gdy Zoro wstał i nic nie mówiąc, wyszedł z pokoju. Sanjiemu przypadło do spania miejsce obok szermierza, co nieco go konsternowało. Coś czuł, że czeka go niespokojna noc.
-A gdzież on polazł? – Zdziwił się Luffy.
-Pewnie do Rimy. Widziałeś, jak się na siebie patrzą i jak rozmawiają? – Usopp wyciągnął się pod kołdrą i przymknął oczy. –Cholernie miło spać tutaj, a nie w hamaku.
Sanji nie odezwał się. Odwrócił się tyłem do swoich kompanów i zacisnął mocno oczy. Błagał, by Zoro nie siedział teraz u Rimy i żeby nic się między nimi nie wywiązało. Tylko ją zrani, jest piratem i nie mógłby tu dla niej zostać. Skulił się pod kołdrą, drżąc, gdy dotarło do niego znaczenie całej sytuacji. Nie chce stracić przyjaciela dla kogoś, kogo ledwo znają…
Drzwi ponownie trzasnęły. Kucharz udawał, że śpi, ale Luffy musiał wyjść spod kołdry, bo podłoga z jego strony zaczęła trzeszczeć. Sanji usłyszał szelest po swojej lewej stronie – Zoro musiał już wrócić. Uff, czyli pewnie tylko na chwilę wyszedł do łazienki. Poczuł dziwną ulgę rozlewającą się w sercu i lekko się uśmiechnął. Czas dać sobie na wstrzymanie i wreszcie się przespać…
Zoro zakopał się pod kołdrą, a Luffy wydłużył swoją rękę i zgasił światło. W pokoju zapanowała ciemność. Roronoa zerknął kątem oka na śpiącego obok Sanjiego. Szybko zasnął. Odwrócił się przodem do twarzy kucharza, uważnie obserwując jak śpi. Wyglądał tak… Niewinnie. Bezbronnie.
Serce Zoro zaczęło mocniej bić. Nie wiedział, co sobie w ogóle myśli i dlaczego reaguje tak na swojego przyjaciela. Czuł jego ciepło niedaleko siebie, słyszał jego oddech, który był w tej chwili najdrogocenniejszym dźwiękiem na świecie. Blond włosy Sanjiego odbijały światło księżyca wdzierające się przez okno. Był to widok, który szermierz chciał zapamiętać na zawsze.
Wyciągnął dłoń w kierunku twarzy śpiącego Sanjiego. Nic mu nie zrobi. Tylko go dotknie. Lekko. Musi zobaczyć, jaka jest w dotyku jego twarz. Opuszkami palców odsunął z lewego oka grzywkę, która zaraz wróciła na swoje miejsce, a następnie przesunął nimi po policzku, ledwo tykając skórę przyjaciela. Zamknął oczy, czując nadchodzącą senność i zabrał dłoń, chowając ją pod kołdrą.
Czas najwyższy się wyspać. Porządnie wyspać.
