beta : nieoceniona Dredzio
miłego czytania
Chichot Emmetta roznosił się wokół szerokim echem. Edward wciąż zdezorientowany, pocierał obolały policzek patrząc w ślad za oddalającą się kobietą. Tak szybko jak się pokazała, tak szybko odeszła.
Nie pierwsza, nie ostatnia – pomyślał.
Wraz z tą myślą przyszedł smutek. Taka głęboka melancholia, która częściowo pozwoliła mu zapomnieć o puchnącej twarzy, ale jednocześnie, właściwie to ona była najgorsza. Czasem czuł się w ten sposób, ale żył zbyt szybko, by móc na chwilę przystanąć i przemyśleć to wszystko. Obejrzał się w stronę recepcji, ale Veronica nie zwracała już na nich tak bacznej uwagi, jak jeszcze kilka minut temu.
Od plotek się teraz nie opędzi, ale powinien być już przyzwyczajony. Samotny mężczyzna w Nowym Jorku, policzkowany w miejscu pracy przez piękną kobietę. Teraz dopiero zaczynał się naprawdę wściekać. Rozczochrał już i tak rozwiane włosy, i ponownie zaczął zastanawiać się, kim jest dziewczyna.
- To zdradzisz mi, kto to był? – Emmett zdążył się opanować na tyle, by zadać pytanie i przywrócić Edwarda na ziemię.
- Nie mam pojęcia – odpowiedział trochę zakłopotany.
- Przedstawiła się jak James Bond. Na twoim miejscu, następnym razem bym uważał – ponownie zaniósł się śmiechem. – Kto wie, co może ci jeszcze zrobić.
Edward przemilczał ostatnie zdanie, zdając sobie sprawę, że ciągnięcie tego tematu nie leży w jego interesie. Nie sądził zresztą, że może spotkać kobietę jeszcze raz. W chwili obecnej, Cullen miał tylko dwa życzenia: żeby jego twarz przestała puchnąć; i, żeby Emmett nie obrobił mu tyłka w ich małym, literackim światku.
Oba życzenia były niestety tak samo prawdopodobne do spełnienia jak to, że uda mu się w końcu spotkać z Szekspirem. Zresztą, jego życie od zawsze było splotem bliżej nieokreślonych wypadków, powiązanych ze sobą wprost niemożliwymi do przewidzenia wydarzeniami, które dla niego samego, jak i dla jego bliskich, nie miały najmniejszego znaczenia w przeszłości.
W wieku pięciu lat poznał Marię, dziewczynę z sąsiedztwa. Zaprzyjaźnili się. Dwanaście lat później stał się świadkiem jej sprzeczki z chłopakiem. Drań ją popchnął, Edward nie popchnął go… wtedy. Dorwał go tydzień później i wyjaśnili sobie parę spraw. Jemu została blizna, a Edwardowi ultimatum. Zawieszenie albo praca na rzecz szkoły. Wybrał to drugie i pisanie do szkolnej gazetki włącznie. Do tej pory zastanawia się, jaki poważny redaktor czytuje licealne brednie oraz, na Boga, po cóż to robi. Grunt, że zaprowadziło go to do Nowego Jorku, ciepłego mieszkania i pracy niewymagającej od niego zbytniego wysiłku, ale niespodzianki nie opuszczały go nawet tu.
Dowodem był cały dzisiejszy poranek. Został dwukrotnie spoliczkowany, i choć chrześcijaństwo zaleca nadstawienie drugiego policzka, on sam nie uważał się za zbytnio religijnego.
- Eddie, przyłóż lód – doradził Emmett, ponownie wyrywając Edwarda z zamyślenia.
- Tak, jasne. Jadę do góry – powiedział i ruszył w stronę wind.
Nie czekał na odpowiedź brata. Był zbyt zdenerwowany, poruszony… Właśnie sobie przypomniał, skąd powinien kojarzyć nazwisko kobiety…
ooo
Jakoś dała sobie radę z komputerem, choć nie obyło się bez ingerencji Losu. Mogła sięgnąć do wspólnych przeżyć każdej z nich, ale nigdy nie lubiła tego robić. Wspólnota miała swoje dodatnie strony, bo jedno doświadczenie przeżywała każda, ale z drugiej ona sama wolała do wszystkiego dojść. Wiedziała, że niektóre zaskoczone są jej ambicją, lecz taką ją stworzono. Jak ma być inną?
Pulpit powitał ją przyjemną, szafirową barwą i niezwykłą systematycznością. Zaskoczona obejrzała się za siebie, obejmując wzrokiem bałagan na podłodze, sięgający progu drzwi. Nie wiedziała jak wiele ma czasu, więc o razu zabrała się do przeszukiwania plików. Początkowo trafiła na kilka zakończonych książek i opowiadań, ale to nie było jej celem, więc nie poświęciła temu też należytej uwagi. Zirytowana przeszukała prywatne maile sięgające nawet roku wstecz, ale i to nie przyniosło odpowiedzi. Musiała dowiedzieć się kim jest mężczyzna. To zawsze było ważne. Natomiast kobieta nie miała żadnych zdjęć. Nie plotkowała. Nic.
Czas płynął nieubłaganie. Postanowiła przeszukać mieszkanie po raz kolejny. Zabałaganiony pokój zostawiła w spokoju. Zbyt wiele ciężkich przeżyć wiązało się z tym pomieszczeniem i postanowiła tam wrócić tylko w ostateczności.
Pierwszym celem była kuchnia. Urządzona o dziwo w ciepłych barwach pomarańczu i żółci, nie była za duża. Za mała też nie. Zwykłe wyposażenie z wbudowaną kuchenką nie zaimponowało jej. Widywała kuchnie ogromne i urządzone z przepychem. Szybko lustrowała pomieszczenie, ale nie dostrzegła nic pomocnego. Nawet na stole, na którym stała patera z owocami i bukiet świeżych kwiatów, nie było listów czy zdjęć.
Skierowała się dalej, ale łazienka to nie był dobry pomysł. Chłodne płytki w błękitnym odcieniu i znowu pedantyczna czystość uświadomiły jej, że nic tu nie znajdzie.
Wróciła do salonu, którego nowoczesność zdziwiła ją na nowo. Prostota kształtu i minimalizm barw. Szklany stół, na nim czarny laptop. Czarny dywan, białe ściany i również w tym kolorze kanapa. Brak telewizora czy sprzętu grającego. Obracała się w powietrzu wokół własnej osi po, trosze zrezygnowana, a po trosze zirytowana, gdy kątem oka zobaczyła zmieniający się obraz na monitorze.
Jej serce szybciej zabiło, a oddech stał się urywany.
Wygaszacz ekranu oznajmiał światu wszem i wobec: „NIENAWIDZĘ EDWARDA CULLENA"…
W tym samym momencie usłyszała dźwięk przekręcanego klucza, ale to nie było już ważne.
ooo
Bella podniecona i zarumieniona, skakała po łóżku robiąc – jeśli to jeszcze możliwe – jeszcze większy bałagan.
- Idę na bal, idę na bal – powtarzała w kółko, trochę rozgorączkowanym głosem.
Po chwili zeskoczyła na podłogę i pognała co sił do telefonu. Musiała, po prostu musiała się z kimś podzielić świetną informacją. Nowojorskie Towarzystwo Literackie postanowiło ją wreszcie dostrzec. To najlepsza wiadomość jaką dostała od tygodnia. Szybko wyklepała numer przyjaciółki. Po kilku sygnałach, usłyszała jej głos i przerażające dźwięki w tle.
Bliźniaki znowu rozrabiają – pomyślała i uśmiechnęła się.
- Hej, Angie – przywitała się.
-Cześć, Bells, co tam u ciebie? – spokój w jej głosie wydawał się nierealny w stosunku do odgłosów, które mu towarzyszyły.
Angie wyszła za mąż tuż po skończeniu liceum za swoją wieloletnią miłość. Obie były sobie bardzo bliskie i nawet po przeprowadzce Belli, dzwoniły do siebie. Choć Angela nie miała już tak dużo czasu, wiedziały na bieżąco o tym, co się dzieje w życiu drugiej i nieustannie się wspierały.
- Mam dwie wiadomości – Bella zaczęła tajemniczo. – Obie dobre – dodała po chwili milczenia.
- Dawaj – rzuciła szybko Angie, głosem pełnym napięcia. – Alex złaź natychmiast z tej szafy!... – do Belli doleciały słowa przyjaciółki upominającej swojego pięcioletniego syna.
- Idę na bal! – wykrzyczała te słowa.
- Jaki bal?
- Nowojorskie Towarzystwo Literackie corocznie urządza taką zamkniętą imprezę dla światka literackiego… - nie musiała kończyć.
- Boże! Bella! To cudowne! – teraz krzyczały już obie. – A co z drugą dobrą wiadomością?
Swan wzięła głęboki oddech i już miała odpowiedzieć, gdy przerwał jej krzyk przyjaciółki: - Mark, nie skaczemy po stole!
- Hahaha – nie mogła się nie roześmiać. – Dają popalić…
- Będziesz miała swoje, to się dowiesz – odgryzła się Angela. – To co z tym drugim?
- Pamiętasz tego faceta, którego chciałam dopaść?
- Tak, udało się?
- I to jeszcze jak… - zrobiła pauzę. – Sprzedałam mu liścia… - dokończyła tryumfalnie.
- Jest botanikiem?! –spytała zdumiona Angela.
Bella zaskoczona wpatrywała się w słuchawkę telefonu. Nie bardzo wiedziała co ma powiedzieć.
- Ang, nie botanikiem, tylko krytykiem – wyjaśniła powoli.
- To co mi wyjeżdżasz z liśćmi? – Zdumienie przeszło w odrobinę irytacji.
- Spoliczkowałam go.
- No i dobrze, to czemu nie mówisz od razu? – Wydawała się urażona. – No tak, kolejna książka ze slangiem? – dodała tonem pełnym zrozumienia.
- Angie, świetnie mnie znasz – roześmiała się, a przyjaciółka dołączyła do niej.
Poplotkowały jeszcze, ale doskonale wiedziały, że bliźniaki bez stałej opieki oznaczają zbyt wielkie straty w ludziach, by móc na to pozwolić za długo. Pożegnały się i Bella w doskonałym humorze zabrała się do sprzątania sypialni.
