Oryginalny tytuł serii: The Progress of Sherlock Holmes
Autor: ivyblossom
Link do oryginalnego opowiadania w profilu.
Otrzymano zgodę na tłumaczenie.
Tłumaczenie z języka angielskiego: kottkvarn
Korekta: majowka
Rozdział: Penrose Man
3. Człowiek Penrose'a (1)
Morderstwo (oczywiście).
Anderson naciska, żeby nazwać je wypadkiem przy pracy. Wypadek? Z takimi śladami na nadgarstkach? (Sznurek: plastikowe włókno. Owinięty dookoła nadgarstków czternaście razy. Rozcięty po śmierci ofiary przy pomocy obcinaczek do paznokci, zdjęty w nieuważny sposób. Prawdopodobnie można go znaleźć w najbliższym śmietniku.) Z tymi śladami roboczych butów (do pracy w przemyśle, z metalowymi czubkami; pokryte kurzem i wiórami zrobionych głównie ze sklejki do mebli samodzielnego montażu) na dolnej części spodni i tam, powyżej lewego uda? Czyżby nie zauważył na wiertle odcisków palców, które wyraźnie nie pokrywają się z tymi zostawionymi przez ofiarę ani nikogo, kto pracuje w fabryce? Oburzające! Przerażające! I Scotland Yard przepuścił to, TO na testach z ekspertyzy śledczej? Na tym etapie nie powinien opuścić szkoły podstawowej! Widziałem jego raporty. Wciąż nie wie, gdzie stawia/nie stawia się apostrofu. Jest nic nie wart! Miał czelność ubliżać mi na oczach Lestrade'a i próbował pozbyć się mnie z miejsca zbrodni, a sam myśli, że to wypadek przy pracy? (Najwyraźniej głupota łatwo udziela się otoczeniu.) Nawet nie chce mi się na niego patrzeć.
- Zawsze uważałem, że jesteś ślepy i głuchy, ale głupi najwyraźniej też. – Zaczyna protestować, ale ignoruję go. Machnięcie ręki w jego stronę, nieważne. Lestrade się nim zajmie.
Klękam: żebro odzywa się ze zrozumiałą, jednak nie dokuczliwą siłą. To dobrze. Taki ból rozprasza bardziej, niż mozolny proces myślowy Andersona. (Tęsknię za uważną, niepotrzebną już opieką Johna. Zupełnie nowe, równocześnie zawstydzające i wspaniałe doświadczenie. Niemożliwe, żebym kiedykolwiek się do tego przyzwyczaił.) Wyciągam telefon z kieszeni ofiary; czytam ostatnie trzy wiadomości. Lestrade odwołuje Andersona. Dobrze, jest bezużyteczny. Więcej, niż bezużyteczny; wchodzi mi w drogę.
W powietrzu unosi się zapach płonącego lasu cedrowego. Dookoła ciała leży mnóstwo wiórów. Spadają z maszyn u góry jak płatki śniegu. Pracę na tokarkach nagle przerwano, sprzęt zaprotestował pod rękami pracowników.
W interesujący sposób wiertło wyrzeźbiło sobie drogę przez mózg; wyryło w kości nieprawdopodobny wzór. Połamało ją w każdym z możliwych kierunków w pozornie przypadkowy sposób. Jak szkło, lód. W czaszce znajduje się tyle zmiennych. Siła plus powolny, opanowany, zgodny z ruchem wskazówek zegara obrót kawałka regularnie skręconego metalu tworzy unikatowy odcisk na delikatnej kości człowieka. Prawie niezliczona liczba możliwości na każdym milimetrze. Mózg zachował się równie spektakularnie: wypływa przez otwór w czaszce jak jedwab. Piękny. Mógłbym go zebrać w bukiet i umieścić w wazie tylko po to, żeby go podziwiać. Przynajmniej dopóki nie zacząłby wydzielać zapachów. (Wymagana większa ilość eksperymentów: głowę mógłbym wziąć z Bartłomieja. Wiertło jest w pudełku pod schodami. A może korkociągiem? W szufladzie. Johna? Mój? Nie pamiętam. Czy to ważne? Równie dobrze mógłbym ukraść wiertło stąd; sugerowana opcja. Ustabilizować głowę w imadle? Czy po prostu ścisnąć ją między mikrofalówką a tosterem? To by zadziałało.)
(John. Nie pochwalałby kolejnej głowy na kuchennym blacie.)
Spoglądam w górę; jest blady, zszokowany i przygnębiony. Przenoszę spojrzenie na ciało. Próbuję zobaczyć tę scenę z perspektywy łagodnego, pełnego opiekuńczości człowieka; dziwna śmierć, to na pewno. Nieprzyjemna. Bolesna. Przerażająca. Czy John właśnie tak to postrzega? Widział wiele wnętrzności w swoim życiu, nie jest przewrażliwiony. Empatia? Czy stawia się na miejscu tego człowieka? Wyobraża sobie, że ten szeroki korkociąg powoli zbliża się do niego; te kilka minut zanim poczuje pierwsze nakłucie i chwilę, w której wiertło roztrzaskuje jego czaszkę?
(Moment. Stop. Nie. Głęboki wdech.)
Nie przepadam za wyobrażaniem sobie Johna jako ofiary. To wywołuje nagły przypływ paniki z tyłu głowy. Wina Moriarty'ego: wypali ze mnie serce, istotnie. Gdyby nie on, prawdopodobnie nawet bym nie zauważył. Przynajmniej nie tak szybko. Troska to nie zwycięstwo; moje uczucia stawiają Johna Watsona w większym niebezpieczeństwie niż cokolwiek innego. Bardziej niż nielegalna broń, bardziej niż świszczące nad głową pociski, pościgi po dachach i ukryci zabójcy. (Być na miejscu tego mężczyzny, ofiary, z rękami związanymi za plecami sznurkiem z Ikei: dziwnie przyjemna myśl. Wpadłbym na siedem różnych sposobów ucieczki, zanim wiertło poruszyłoby się o milimetr.) Ale nie. Nie wyobrażać sobie Johna w tej sytuacji. Nie jego mózg, nie jego czaszkę. Cholerny, opiekuńczy skowronek.
Obserwacje: pociera czoło, jego usta są zaciśnięte i małe. Niesmak? Dyskomfort? Współczucie. (Bardziej prawdopodobne.) Potrząsa głową, kołysze się na piętach. Jego serce (jak na dłoni). Coś załaskotało mnie w brzuchu. Nie rozumiem tego, ale wiem, że to ma związek z tym, że kocham Johna. Jego zdolność do współczucia rozciąga się na wszystkich, dotyka każdego z osobna. Chciwy głowonóg troski.
(Czy czasami wczuwa się we mnie? Kiedy? W związku z czym? Sally nazywa mnie świrem. Być może zwrócił uwagę na moją małą ilość przyjaciół i przewagę wrogów?)
Spojrzenie Johna spoczywa na wylewającym się kaskadami mózgu z artystycznie popękanej czaszki. (Tylko jedna głowa więcej w lodówce. Molly ją dla mnie zdobędzie. John jakoś sobie z tym poradzi.)
- John?
Spogląda w górę, na mnie.
- Uch – zaczyna, łapiąc ręce za plecami. – Przyczyna śmierci jest dosyć oczywista. Na pewno zauważyłeś, że ktoś przewiercił mu głowę.
Uśmiech. Nie denerwuję się, kiedy John mówi o oczywistościach. Według wszystkich praw powinienem, ale nie denerwuję. Mógłbym się kłócić, że robi to z pewnym dystansem, odrobiną czarnego humoru; tak bardzo kocham czarny humor na miejscach zbrodni. (To takie rzadkie, jest tak niewielu, z kim mogę się nim dzielić.) Ale to nie to.
Coś w Johnie wyciąga na wierzch ukrytą część mnie. Mogę tylko zgadywać: jego pełna sprzeczności natura. Sposób, w jaki potrafi połączyć przeciwności. Jego głos (mocny, miły, ale nie znoszący sprzeciwu. Głos człowieka, który (więcej niż raz) zabił, bo musiał. Głos, za którym przemawia ta złożona moralność, której nigdy nie uda mi się rozwikłać) rozchodzący się po miejscu zbrodni (ciało, morderstwo, dowody, problem do rozwiązania), jego stabilne ręce. Kwadratowe paznokcie (zawsze czyste). Oczywista siła spokoju. Szerokość ramion i proporcjonalna talia. (Nie muszę chyba wspominać o mięśniach na jego brzuchu, prawda? Zostawmy wulgarne, pełne pożądania myśli z dala od tego miejsca, od tej chwili; jesteśmy na widoku publicznym, to zbyt wiele.)
Słowa, których używa, żeby mnie opisać; czuję łaskotanie w dole kręgosłupa za każdym razem, kiedy patrzy na mnie z jawnym podziwem. Sprawia, że przepływa przeze mnie mnóstwo emocji. Wyciekają na zewnątrz w nieładzie, robią bałagan, powodują dyskomfort; coś, co należałoby posprzątać, usunąć, wyleczyć. Zająć się tym. Powinienem to nienawidzić, ale tak nie jest. Mówi o oczywistościach tym samym głosem, którym wykrzykuje, że jestem wspaniały, niesamowity; tym samym, którym w nocy broni się przed koszmarami i którym pyta rano, czy mam ochotę na herbatę. Ten głos: miejsce zetknięcia się jego wszystkich wymiarów, wszystkich poszarpanych brzegów łagodności. Właśnie teraz sięga nim ku mnie, otacza mnie swoją łagodnością na oczach Lestrade'a, Andersona i bezimiennego ciała. Dźwięk wydobywa się z jego gardła i łaskocze błonę bębenkową w moich uchu. Intymny dotyk. (Tak naprawdę nie, tak naprawdę nie jest.)
- Ma ślady na nadgarstkach – mówi John, spoglądając na Andersona, który stoi kilka metrów dalej ze swoimi głupimi rękami skrzyżowanymi na swojej głupiej klatce piersiowej. (Co Sally w nim widzi?) John zauważa to, czego nie dostrzegł Anderson. Oczywiście, że tak. Uśmiecham się szeroko. John kontynuuje, celnie dodaje: - Był związany, walczył.
Kiwam głową. Patrzy na mnie. (Pamiętam dotyk jego ust na moich wargach; dwukrotny. Ledwie, jednak pamiętam.) Widzę, jak moje przytaknięcie dodaje mu pewności siebie; to subtelna zmiana, lecz dostrzegalna. Wyprostował się, jakby brał udział w paradzie i spoglądały na niego uważnie oczy oficera. Gotowość do wywarcia na kimś wrażenia. (O czym myśli? Dlaczego nie wiem, czemu nie potrafię czytać z niego jak z książki?)
- Czas zgonu? – mój głos jest znacznie łagodniejszy, pobrzmiewa w nim intymność. Inni tego nie zauważają, ale myślę, że John tak. Zmiana. Delikatna. Niecelowa. Dająca do myślenia.
Kuca, znów uważnie przygląda się zwłokom. Dotyka ręki ofiary, przesuwa pokrytą lateksem dłonią po ciele.
- Powiedziałbym, że umarł nie więcej niż godzinę temu. – Spogląda na mnie. Jest pewien swojej odpowiedzi, widać to w jego oczach. Wstaje i przyjmuje zrelaksowaną postawę niedawno mianowanego cywila. Uśmiecham się do niego. Szczery uśmiech, spontaniczny, nieobliczony na żaden konkretny efekt, niemal nieumyślny. Odpowiada mi tym samym. Tak właśnie teraz między nami jest. Czulej? Bardziej uczuciowo? Nie wiem. (Pocałowałem go, a on mi na to pozwolił. Dwukrotnie. Przytuliłem się do niego, trzymałem palce na gumce jego bokserek; jego biodro znalazło się pod moimi rękami i wtedy też mnie nie odtrącił.) Spoglądam na twarz Johna: nieskomplikowany wyraz oczu, brak zmagań wewnętrznych, żadnego uczucia niezręczności. To wyzywająca, celowa ignorancja wobec tego, co wie (lub myśli, że wie) na mój temat czy zwyczajna akceptacja? Mały kompromis wobec życia, dzięki któremu czuje się bardziej ludzki?Ciężko powiedzieć. Uśmiecha się do mnie. Uczucie. Co dzieje się w tej jego głowie? Gdybym ją przewiercił, wciąż nie uzyskałbym odpowiedzi, prawda?
(Och, bardzo zabawne.)
To już ponad tydzień. Tydzień i prawie nic się zmieniło. Z wyjątkiem dodatkowego ciepła z jego strony, z mojej najprawdopodobniej też. I coś na kształt cichego zrozumienia. Tyle że wcale się nie rozumiemy. Ja nie rozumiem. John jest kompletnie otwarty i zamknięty jednocześnie. Zwodzi mnie. Człowiek-paradoks. Niemożliwy, a jednak stoi tutaj, istota z krwi kości. Człowiek Penrose'a.
- Więc? – Lestrade wygląda na bezradnego, uniósł jedną brew w górę. Niemal widzę pytanie wypisane nad jego głową. (Co oni by beze mnie zrobili?)
Kątem oka wychwytuję śmietnik i podchodzę do niego.
- Ślady na ciele pochodzą od butów roboczych noszonych przez pracowników fabryk, wyraźnie mają usztywniane metalem czubki. Ta konkretna para była pokryta pyłem, klejem, wiórami ze sklejki i papierem. Gdzie używa się kleju i sklejki? W Ikei, oczywiście. – Zaglądam do śmietnika. (Rzeczywiście: jest tam. Wiedziałem, że będzie. Obcinaczka do paznokci o lekko zaokrąglonych ostrzach. Przypływ dumy. To był trochę strzał w ciemno, chodziło o kształt rozcięć leżącego na podłodze sznurka.) Podnoszę śmietnik i stawiam go bliżej ciała. Lestrade spogląda na Andersona, a John patrzy na mnie z zainteresowaniem, zamyśleniem (dlaczego?), spokojem i pewnością. Gdyby tylko wystarczyło rozciąć jego głowę, żeby go zrozumieć. - Taki sznurek – zaglądam do śmietnika, żeby pokazać go Lestrade'owi i spółce. – Jest używany w Ikei do związywania pudełek razem, zanim zostaną dostarczone do klientów. Ten konkretny kawałek został użyty do spętania rąk i nóg ofiary, a także żeby przywiązać mężczyznę do miejsca w taki sposób, żeby wiertło przewierciło jego czaszkę. Na włóknie widać krew, z pewnością należy do ofiary. Więc. Szukacie magazyniera, prawdopodobnie z Ikei z Wembley, którego brakowało na stanowisku po około, powiedzmy – rzut oka na zegarek. – Pierwszej po południu, jednak nie później niż po trzeciej. – Wyciągam pędzel i przesuwam nim po wiertle; wyraźny odcisk palca aż kłuje w oczy. – Oto ślad linii papilarnych. Prawdopodobnie macie ten układ w bazie danych. To nie jest jego pierwsze przestępstwo, a biorąc pod uwagę jak nieudolnie próbował zatrzeć swoje ślady, najpewniej już kiedyś go złapaliście.
- Pobierzcie ten odcisk – rozkazuje Lestrade, a wściekły Anderson zaczyna narzekać
pod nosem. – Dlaczego morderca próbował upozorować to na wypadek przy pracy?
- Staraj się korzystać z pasujących określeń. – To było (oczywiście) do Andersona. Przewraca oczami. Rzut oka na Johna. Wyraz bezbrzeżnej fascynacji. To niewiarygodne, biorąc pod uwagę, że dokładnie wie, czego się teraz spodziewać. Wdech. I teraz pointa. – Nasza ofiara miała spędzić lunch z koleżanką. Koleżanką która ma męża lub chłopaka, to niejasne. Jeżeli miałbym obstawiać, celowałbym w męża. – Przysiad; otwieram prawą przednią kieszeń spodni ofiary tak, żeby Lestrade mógł zobaczyć jej zawartość. – Zobacz: kondomy, nie przychodzi nieprzygotowany. – Złośliwy uśmieszek. Wyciągam ze swojej kieszeni telefon mężczyzny, podaję go Lestrade'owi. – Ostatnie trzy wiadomości na jego telefonie mają naturę bardzo sugestywną, wyraźnie wskazują na romans z kobietą, której zależy na dyskrecji. Ta kobieta, oczywiście, ma zazdrosnego, skorego do stosowania przemocy męża. A ten zazdrosny mąż to nasz pracownik Ikei. Skończy swoją zmianę za około godzinę.
- Niesamowite – mówi John. Za każdym kolejnym razem brzmi to tak dobrze jak za pierwszym. – Zdumiewające. – Uśmiecha się i podchodzi do mnie. Lestrade wykrzykuje polecenia. Anderson skończył pobierać odcisk palca i ucieka z podkulonym ogonem. Koroner zabiera ciało. – Dobra robota – mówi John i wyciąga dłoń w kierunku mojego ramienia.
Przez chwilę mam wrażenie, że mnie przytuli albo przyciągnie do siebie i pocałuje. Mimo, że obie możliwości będą mile widziane, jestem przerażony. (Dlaczego? Niepewność, brak doświadczenia? Miriady (2) zasad związane z kontaktami międzyludzkimi są oszałamiające. Każdy kierunek wydaje się pomyłką. Co muszę zrobić, żeby John wiedział o moich uczuciach? Tak łatwo jest zrobić/powiedzieć coś nie tak i zawieść go, zasmucić albo (chyba jeszcze gorzej) rozśmieszyć. Mam prawo być niepewny. Mogę się trochę bać.) Chyba dostrzega wypisaną na mojej twarzy obawę, bo jego mina natychmiast się zmienia.
- Masz… - zaczyna i strzepuje coś z mojego ramienia. Wióry, drzewne loczki, pył z trocin. – Stałeś w najgorszym miejscu. Pochyl się, wytrzepię ci je z włosów.
Kłaniam się; to szczęśliwe zrządzenie losu, bo czuję, że na mojej twarzy wykwitł rumieniec. Te podchody, w których brakuje oczywistości, sprawiają że cofam się do czasów podlotka. Poświęciłbym chwilę, żeby poczuć frustrację z tego powodu, ale John mierzwi palcami moje włosy, a to znacznie bardziej przyjemne, niż ma prawo być. Zamykam oczy, żeby uchronić je od spadającego pyłu i skupiam całą swoją uwagę na jego dotyku. Łagodnie trąca moją grzywkę, przesuwa ręką w kierunku czubka mojej głowy, jej tyłu, za moimi uszami. Przejeżdża palcem po krzywiźnie mojego lewego, prawego ucha. Jego ręka zatrzymuje się na chwilę na moim karku, drugą pojedynczo wyciąga wióry z moich włosów, wyplątuje je z kosmyków i zdmuchuje ze swoich palców na ziemię. Z gardła wyrywa mi się pomruk, jednak kamufluję go chrząknięciem.
- W porządku – mówi, ostatni raz przetrzepując moją grzywkę. Otwieram oczy. Wyraz jego twarzy; idealnie spokojny, zwyczajny, jednak jest jeszcze coś. Jakieś uczucie, jestem pewien; przyjacielskie? Nie wiem. (Rozbawienie? Nie śmieje się, chociaż jego twarz zdobi delikatny uśmiech. Czułość? Prawdopodobnie.) Duma z moich osiągnięć; ślad zachwytu, którym zawsze mnie obdarza. Nic oczywistego, nic niewłaściwego. Czy to pożądanie? (Pożąda mnie?) Czy gdybym je zobaczył, rozpoznałbym to? Nie wiem. (Ucieczka/ukrycie/płacz/radość/śmiech/triumf/spłon ąć/popchnąć go na ścianę i zrobić z nim to, co zechcę?) Gdybym tylko mógł zbadać wnętrze jego mózgu z taką łatwością jak te, które otrzymuję z Bartłomieja albo ten, który koroner chowa do worka. Zbyt wiele pytań bez odpowiedzi.
Przypuszczam, że wystarczyłoby zapytać. Ale to byłoby oszustwo.
(1) Człowiek Penrose'a – człowiek niemożliwy, człowiek-paradoks. Penrose to ten facet, który opracował modele figur niemożliwych, czyli na przykład schody bez początku ani końca. To do oglądania, a nie opisywania, więc najprościej zrozumieć, googlując zdjęcia pod hasłem trójkąt Penrose'a.
(2) Miriady – z języka greckiego liczba 10 000; określenie służące do przedstawienia liczby trudnej do określenia.
