Od autora: Nie spodziewałam się tak licznych komentarzy, bardzo za nie dziękuję!


Rozdział 3


Holmes pędził korytarzami Yardu, nie bacząc, czy inspektor za nim nadąża. Zawahał się dopiero wtedy, kiedy Lestrade zatrzymał się przy drzwiach do pokoju przesłuchań, a nie do ogólnej sali, ale nie skomentował tego nawet słowem. Wszedł, nadal w milczeniu odsunął od stołu krzesło i usiadł bez zaproszenia. Lestrade zaczekał na sierżant Donovan, a potem sam zajął miejsce po drugiej stronie stołu.

Cisza w pomieszczeniu wydawała się wibrować w uszach. Inspektor wiedział, że ma niewiele czasu, nim po drugiej stronie, za weneckim lustrem, zbiorą się nie tylko wszyscy jego współpracownicy, ale i koledzy z innych wydziałów, ciekawi, co się wydarzyło. Było kwestią czasu, by nowina o śmierci Andersona obiegła Yard i dotarła do zwierzchników, a rozmowa z Sherlockiem nie zapowiadała się na łatwą. Detektyw całą swoją postawą demonstrował niechęć do rozmowy. Ustawił krzesło tak, by siedzieć bokiem do stołu, splótł ręce, wyciągnął przed siebie nogi i podniósł kołnierz płaszcza tak, że Lestrade widział zza niego tylko jego rozwichrzone loki i czubek nosa.

Tak samo demonstracyjnie obojętnie zachowała się Donovan. Sierżant odmówiła pomocy medycznej i uparła się, by przyjechać do Yardu. Teraz stanęła przy drzwiach, opierając się o framugę i kryjąc dłonie za plecami, jakby siłą woli powstrzymywała się od ataku.

Wreszcie Lestrade miał dosyć milczenia.

- Co się, u diabła, tam wydarzyło? – zapytał.

Cisza.

- Muszę to wiedzieć, Sherlock. Proszę.

- Po co? – prychnął detektyw w swój szalik. – Już masz sprawcę.

Lestrade sapnął. Dawno nie słyszał, by Holmes odzywał się takim tonem. Donovan też nie wytrzymała.

- Słuchaj no, świrze… - zaczęła, podchodząc bliżej.

- Co? – Sherlock nawet nie obejrzał się w jej stronę. – Jesteś niezadowolona? Masz z głowy oba problemy.

Sierżant cofnęła się, jakby ją uderzył.

- Sherlock! –nie wytrzymał Lestrade.

- No co? – Detektyw wzruszył ramionami. Pozornie obojętny, nadal nie odwracał się w stronę inspektora. – I pozbyła się kochanka, i…

- HOLMES!

Donovan dopadła stołu i tylko ramię inspektora powstrzymało ją od uderzenia detektywa.

– Ty cholerny świrze, jeśli myślisz… - wydyszała.

Dopiero to wywołało jakąś reakcję. Holmes zerknął przez ramię na rozwścieczoną kobietę.

- No co? – powtórzył. – Próbowałaś załatwić mnie porwaniem, nie udało ci się, to masz teraz morderstwo. Z tego się pewnie nie wyplączę, co?

Sally osłabła gwałtownie. Lestrade objął ją w pasie i poprowadził do drzwi.

- Sherlock, nie ruszaj się stąd na razie – polecił.

Wyprowadził sierżant na korytarz i do sąsiedniego pokoju. Donovan usiadła ciężko na pierwszym z brzegu krześle, kryjąc twarz w dłoniach.

- Donovan?

- Chcę zostać sama, szefie – wykrztusiła. – Na chwilę. Proszę…

Lestrade wyszedł więc. Na schodach zauważył znajomą sylwetkę.

- John? Ty tutaj?

- Co się dzieje? – odpowiedział mu pytaniem doktor.

- Anderson nie żyje.

- Wiem, Ned mi powiedział. Co z Sherlockiem?

- Chwilowo jest zatrzymany do wyjaśnienia.

- Greg…

- Tylko do wyjaśnienia – zastrzegł inspektor pospiesznie - więc nie rób głupot.

Watson odetchnął głęboko, by się uspokoić i rozluźnił ramiona. Lestrade też pozwolił sobie na westchnienie ulgi. Z tego, co zdążył zauważyć, doktor, mimo niskiego wzrostu, miał solidne pięści. Swego czasu szef Grega, obecnie już były szef, obnosił się przez dłuższy czas z pięknym sińcem. Inspektorowi to się teraz nie uśmiechało.

- Powiedz, co wiesz – poprosił John łudząco spokojnie.

- Andersona zakłuto nożem. Piątka świadków, w tym Donovan i ja, widziała, jak Sherlock go trzymał. A dwie godziny wcześniej prawie się pobili.

Doktor poderwał gwałtownie głowę.

- O co poszło?!

Inspektor skrzywił się mimowolnie. To nie było coś, co powinien mówić osobie postronnej. Jednak John był częścią zespołu, może nieformalnie, ale był.

- Według Sherlocka Anderson schrzanił zabezpieczenie dowodów i spróbował zwalić to na Molly.

- O cholera… - Watson aż sapnął.

Lestrade nie dziwił się jego reakcji. W duecie detektywów to John był zawsze tym bardziej kontaktowym, ale pewne rzeczy nie podlegały w jego obecności dyskusji.

- Macie motyw, macie go prawie na gorącym uczynku… Cholera! – Doktor przetarł dłonią czoło. – Donovan się wściekła?

- Na razie to on się wścieka, że go tu z miejsca przywieźliśmy. A Sally…

- Już jest ok, szefie – odezwała się sierżant.

Obaj mężczyźni obejrzeli się. Stała w progu i tylko rozmazany tusz w kąciku oka świadczył o tym, że przed chwilą płakała.

John poruszył się pierwszy.

- Skłamałbym mówiąc, że go lubiłem – oświadczył. – Ale mimo wszystko współczuję, Sally.

Donovan kiwnęła głową.

- Dziękuję za szczerość – powiedziała. – Szefie, pogadajmy z… - urwała, spojrzała na doktora i dokończyła z wysiłkiem – z Holmesem, zanim naprawdę zrobi się dym.

- Jeśli będzie chciał się do nas odezwać.

- Będzie musiał. – Watson okręcił się na pięcie i ruszył do pokoju przesłuchań.

Lestrade zawahał się, ale nie zaprotestował. Doktor złapał za wolne krzesło i ustawił je tak, by siedzieć obok przyjaciela. Donovan znów zajęła miejsce przy drzwiach.

W pomieszczeniu nadal panowała cisza. Holmes nie drgnął nawet, ignorując zarówno moment krzątaniny, jak i obecność ludzi.

- Nie oberwałeś? – John zdecydował się pierwszy przerwać ciszę.

Brak odpowiedzi.

Doktor wychylił się nieco, by popatrzyć w twarz przyjacielowi.

- Masz jakieś podejrzenia? – spytał.

Znów cisza.

Sierżant ruszyła się spod drzwi. Stanęła przed detektywem i nachyliła się, by zajrzeć mu w oczy.

- Ej! Odpowiadaj! – zażądała.

Nadal brak reakcji.

- Sherlock, do cholery ciężkiej! – zirytował się Lestrade. – Zacznij wreszcie gadać, zanim ktoś z góry się o tym dowie i każe założyć ci obrączki! Nie mam ochoty na powtórkę!

- A co mam powiedzieć? – Holmes okręcił się nagle na krześle. – Tak, zabiłem? Nie, nie zabiłem? Ty, Donovan, trzech innych, krzyk w nocy, biegniecie, trzymam go, odciski palców na nożu, tamta awantura – mówił coraz szybciej. – Macie sprawcę, narzędzie i motyw. Koniec sprawy. Pojechaliśmy razem, wyczekałem, aż się znajdziemy sam na sam, złapałem za nóż…

- Nie chrzań, Sherlock – przerwał mu John. – To się kupy nie trzyma.

- Och, doprawdy? – Detektyw spojrzał na przyjaciela. – Obraził Molly, chciał ją oskarżyć o zniszczenie dowodów, nie pozwoliłem mu na to, więc co? Miałem zostać obojętny? A może to był jego nóż i to on chciał mnie pchnąć, tylko ja byłem lepszy?

- Nie chrzań! – zirytował się z kolei Lestrade. – Przecież wiemy, że to nie ty zabiłeś!

- Doprawdy? To dlaczego siedzimy tutaj, a nie szukamy zabójcy?

Donovan szarpnęła się, jak uderzona.

- Bo… - zaczęła.

- Daruj sobie. – Sherlock nie dał jej dojść do słowa. – Nadal wolisz działać zamiast myśleć, Donovan. Nic się nie uczysz.

- Słuchaj, świrze…

Holmes poderwał się z miejsca.

- Och, zacznij wreszcie myśleć! Wiesz doskonale, że nie miałem noża! Mieliśmy zbierać ślady, nie urządzać obławę! I nie mam w zwyczaju zabijać nawet takich durniów jak Anderson. Ktoś pchnął go nożem, ja byłem najbliżej, wy zjawiliście się o parę chwil za późno, wiesz o tym równie dobrze, jak ja, więc nie gadaj więcej głupot!

- Sherlock! – syknął John. – Opanuj się!

Detektyw popatrzył na niego z zaskoczeniem.

- Musimy zachować spokój – sprecyzował doktor.

Sherlock tylko wzruszył ramionami. Ale odetchnął głęboko.

- To co dokładnie się wydarzyło? – zapytała Donovan.

- Usłyszałem krzyk, odwróciłem się, był między mną a wejściem, chwiał się. Póki nie wpadłaś z latarką, nie widziałem, kogo trzymam.

- Akurat! A twoja latarka, świrze?

- Upadła i się rozbiła, Donovan.

Potrząsnęła głową.

- Jakoś ci nie wierzę.

- Twoja sprawa. – Holmes znowu usiadł i zapatrzył się przed siebie.

Watson na ten widok potrząsnął głową z rezygnacją.

- Do niczego tak nie dojdziemy. - Lestrade oparł się ciężko o stół. – Sherlock, jakieś podejrzenia? Naprawdę nikogo nie widziałeś? Nikt nie uciekał?

- Nie – skrzywił się detektyw. – Nikogo nie widziałem, nikogo nie słyszałem. Więc albo ja zabiłem, albo… - Holmes urwał nagle.

- Sherlock? – zaniepokoił się John. – Sherlock?!

- Ktoś… - odpowiedział detektyw nieprzytomnym tonem.

Watson i Lestrade wymienili spojrzenia. Któreś wypowiedziane słowo właśnie uruchomiło ciąg skojarzeń w umyśle Sherlocka i Holmes podążył za nim, nie interesując się już otoczeniem. Ocknął się po chwili.

- Chciałeś oświadczenia, Lestrade – powiedział. – Nie, nie zabiłem Andersona.

- Nie zabiłeś, czy się nie przyznajesz? – odezwała się Donovan.

- Nie zabiłem. Uważaj to za oficjalne oświadczenie. Ale to jedynie do twojej wiadomości, Donovan. - Sherlock uśmiechnął się tak, jak tylko on potrafił, krzywiąc w grymasie, który postronnym nasuwał skojarzenia z niebezpiecznym maniakiem.

Lestrade potrząsnął głową.

- Sherlock… - zaczął reprymendę, ale najwyraźniej zrezygnował i zmienił temat. – Wierzę ci na słowo, ale jak to dotrze do moich przełożonych, to twoje oświadczenie nie będzie miało większego znaczenia wobec dowodów i zeznań świadków. Jesteś więc chwilowo podejrzany. Będziesz uprzejmy nie znikać nam z oczu, czy od razu mam cię zamknąć do wyjaśnienia?

Wbrew obawom inspektora detektyw nie wybuchł furią, jak parę chwil przedtem, tylko pokiwał głową, jakby spodziewał się takiego obrotu sprawy.

- Ciało jak zwykle zabrali do Bart's? – spytał.

- Co? – Lestrade nie zrozumiał. Potem skojarzył. – O, cholera. Tak.

- Molly musi nas wpuścić do kostnicy.

- Nas?

Holmes zatrzymał się w połowie drogi do drzwi.

- Chyba nie puścisz podejrzanego samego? – Ku zaskoczeniu inspektora, mrugnął.

x x x

Molly Hooper czekała na nich w korytarzu przed kostnicą, z trudem tłumiąc ziewanie. Widocznie dziś nie miała dyżuru i została do późna ze względu na śledztwo.

Sherlock, w podejrzanie dobrym humorze, złapał klucze i popędził do przodu, a Watson zatrzymał dziewczynę, nim weszła za detektywem do kostnicy.

- Zaczekaj – powiedział łagodnie. - Greg, czy możesz zabrać Molly na kawę? Sherlock i ja poradzimy sobie.

- Nie powinniście… - zaprotestowała.

Lestrade ujął ją za ramię.

- John ma rację. Pomijając wszystko inne, nie byłabyś obiektywna… - zaczął tłumaczyć.

- A oni będą! – prychnęła z powątpiewaniem Molly. – Tym bardziej muszę zostać. Zamiast martwić się o mnie, Greg, zajmij się Sally. – Wskazała na sierżant, stojącą w korytarzu. – To ona nie powinna tu wchodzić. Zrób jej kawy, dobrze? Jest na zapleczu. Dla mnie też.

Lestrade zawahał się.

- Molly, nie musisz robić od razu sekcji – wtrącił się John. - Sherlock tylko poszuka śladów, a ja chcę obejrzeć ranę. To zajmie nam chwilę. Dobrze?

- Nie – powtórzyła. – Dzięki, John, za dobre chęci, ale zostaję. Nie mogę was pozostawić bez nadzoru, zapomniałeś?

Koniec końców Lestrade i Donovan usiedli sami z kawą w pokoiku za kostnicą, służącym Molly za biuro. Sierżant wpatrywała się w podłogę, a inspektor nawet nie starał się podtrzymywać rozmowy, póki nie dołączył do nich John.

- Możesz poczekać na oficjalne dokumenty, Greg – stwierdził doktor – ale już mówię, że przyczyną śmierci była rana kłuta osierdzia.

- Miał szansę? – odezwała się nieoczekiwanie Sally.

Watson delikatnie dotknął jej ramienia w pocieszającym geście.

- Raczej nie – powiedział. – Może gdyby natychmiast znalazł się na stole operacyjnym… Ale wtedy też nie gwarantowałbym, że mu się uda. Tu trzeba by było szyć samo serce, Sally. A on próbował jeszcze iść. Sherlock i tak zrobił, co mógł, by przedłużyć mu życie.

- Zrobił?

- Gdyby wyjął nóż, Alex – John pierwszy raz użył imienia zmarłego – umarłby znacznie wcześniej.

- Rozumiem…

- Wiesz, że nie czuł bólu…

- Wiem – Sally nie odrywała wzroku od podłogi.

Watson tylko kiwnął głową. Oboje, i on, i Donovan, wiedzieli, jak reaguje ludzkie ciało na nagłe naruszenie jego integralności, znali wstrząs i oszołomienie towarzyszące ranom. Anderson nie żył dostatecznie długo, by poczuć to, co następowało później.

- A gdzie Sherlock? – zaniepokoił się Lestrade.

- W laboratorium.

- Wolałbym, byś nie zostawiał go samego. Wiesz, jedyny świadek, podejrzany i tak dalej… I tak naginamy regulamin do granic rozsądku. Wolę, by nie latał bez eskorty, gdy go olśni i zacznie szukać podejrzanego na ulicy.

Doktor bez słowa poderwał się i ruszył do wyjścia.

- Molly… - Lestrade zwrócił się do patolożki. – Dziękuję, że nas wpuściłaś. Ale teraz wracaj do domu. Już i tak zajęliśmy ci za wiele czasu.

- To nic, Greg – uśmiechnęła się smutno. – Należę do zespołu. Ale dziękuję, że o mnie pomyślałeś.

x x x

Śmierć Andersona odbiła się niemal tak szerokim echem, jak się tego obawiał Lestrade. Komunikat, że technik Scotland Yardu zginął podczas pełnienia obowiązków służbowych ukazał się w prasie i wiadomościach, i już po godzinie linia telefoniczna na biurku inspektora niemal rozgrzała się do przysłowiowej czerwoności. Dzwonili nie tylko dziennikarze, którzy usiłowali zdobyć więcej informacji, niż podano w oficjalnym komunikacie, ale i koledzy z innych wydziałów, chcący wyrazić wsparcie, czy po prostu ciekawi. Greg mógł tylko być wdzięczny, że Donovan i Anderson utrzymywali swój związek w tajemnicy. Na razie Sally konsekwentnie odmawiała wyjaśnienia swojej reakcji z miejsca zbrodni, gdy to sterroryzowała Holmesa pistoletem i zmusiła inspektora do zabrania go do Yardu.

Może też było to niesprawiedliwe, ale zainteresowanie mediów skupiło się na pani Anderson. Niewysoka, trochę nieśmiała kobieta, postawiona nagle w świetle reflektorów, z trudem radziła sobie z odpowiedziami. Na jej nieszczęście dziennikarze zdążyli przeprowadzić solidny research, więc pytania, jakie padały, były coraz bardziej i bardziej bezpośrednie i napastliwe, aż wreszcie wdowa, zapytana o powody separacji, wybuchła płaczem i odmówiła odpowiedzi. Komentarze, jakie to wywołało, wahały się od pozornie pełnych zrozumienia i przychylnych po jawnie napastliwe, jednak Greg miał wątpliwości, czy Sally nie wolałaby znaleźć się pod takim pręgierzem, niż zachowywać wymuszony spokój.

Tymczasem sprawa „Mściciela" weszła w nową fazę. Sherlock Holmes stwierdził, że umie już określić, w którym barze można się na niego natknąć i uparł się, by zastawić tam pułapkę. Jeśli nawet nie policyjną zasadzkę, to ktoś z Yardu ma się tam z nim wybrać, by można było wskazać podejrzanego.

Lestrade tylko się złapał za głowę.

Jakimś cudem media wciąż były nieświadome udziału detektywa w śledztwie, ale policyjna akcja, przy ilości koniecznych do jej zorganizowania papierów i pozwoleń, właściwie gwarantowała, że jego udział wyjdzie na jaw. Jednak z drugiej strony, to już nie mogło potrwać długo. Było kwestią dni, jeśli nie godzin, że ktoś z Yardu uzna za słuszne szepnąć kilka słów dziennikarzom, być może ze smakowitym komentarzem na temat okoliczności śmierci Andersona. W tej sytuacji nad głową Lestrade'a zbierał się prawdziwy huragan, z kategorii tych, na które Watson znał typowo żołnierski, nieelegancki, ale i obrazowy opis.

Inspektor, jeśli chciał zakończyć szybko sprawę, musiał zgodzić się na propozycję Holmesa, czego detektyw był, rzecz jasna, świadomy.

Akcja miała być więc cicha i dyskretna, rozegrana tak, jakby to było przypadkowe natknięcie się na poszukiwanego. Lestrade wykorzystał kilka długów wdzięczności, jakie mieli wobec niego koledzy, by paru policjantom wyznaczono dyżury w okolicy baru; wciągnął też znajomych z Yardu jako wsparcie akcji. Sam miał się spotkać w lokalu z Holmesem i Watsonem, niby przypadkowo i nieoficjalnie na piątkowe piwo. Co oczywiście było ukartowane, po śmierci Andersona powinni zaniechać takich wspólnych wypadów, przynajmniej do czasu, aż Sherlock zostanie oczyszczony z zarzutów, jednak nikt nie miał lepszego pomysłu na wytłumaczenie ich obecności w lokalu.

Sierżant Donovan zgłosiła się na przynętę, lecz kiedy przyjechała do Scotland Yardu w cywilnym ubraniu, detektyw zaczął wysuwać zastrzeżenia.

- Jeśli masz z nami iść, przebierz się.

- Słucham? –Donovan wydawała się nie wierzyć własnym uszom.

- Którego słowa nie rozumiesz? Zmień ciuchy.

- Możesz mi powiedzieć, co jest w nich złego?

- Śmierdzisz gliną. Nikt się nie nabierze, póki twoje ubranie będzie krzyczeć na milę, że jesteś gliną. – Jak na Sherlocka rozmawiającego z Donovan, to było bardzo uprzejme wyjaśnienie.

- Ty…

- On ma rację, sierżancie - wtrącił się John.

Sierżant Donovan obejrzała się zaskoczona w jego stronę. Doktor zwykle nie zabierał głosu w dyskusjach między nią, a detektywem.

– Wyglądasz bardzo atrakcyjnie. – Tu doktor uśmiechnął się lekko. – Ale każdy, kto choć raz naraził się prawu, rozpozna w tobie policjanta. Nie ma szans, by zasadzka nam się udała, gdy będzie widać, że jesteśmy z gliną.

- Jeszcze mi powiedz, że sam wybierzesz dla mnie ubranie! – Sierżant obróciła się w stronę detektywa.

- Nie, ale powiem, gdy będzie nie pasować do roli.

Donovan wzniosła oczy ku niebu, a raczej ku zakurzonemu sufitowi i westchnęła ciężko.

- To pojedziesz teraz ze mną do domu i będziesz mi to mówił, gdy tylko wyjdę z garderoby, nie, gdy już tu przyjadę! – oświadczyła.

Detektyw tylko wzruszył ramionami.

- Nie moja wina, że nie umiesz się zamaskować.

- Już naginamy przepisy – wtrącił się Lestrade. – Więc… Donovan, jesteś za niego odpowiedzialna. Jedźcie do ciebie i przebierz się, wieczór nie będzie na nas czekać.

John na moment zasłonił dłonią oczy, a sierżant wyraźnie ugryzła się w język, by nie odpowiedzieć przełożonemu inaczej, niż przewidywał to regulamin służby.

CDN.

Jeszcze raz od autora: Myszyno, uwzględniłam większość Twoich uwag, ale Watson przyłożył nadinspektorowi w „The Reichenbach Fall", choć też to nie było za rozsądne. Łatwo założyć, że przy ponownym aresztowaniu Sherlocka doktor może znów przejść do rękoczynów.