(listopad)
Cisza pomiędzy nimi jest szokująco głośna.
John rzuca okiem na swoją współpasażerkę. Dzisiaj ubrana jest w grafitowy, bardzo kobiecy kostium, który co prawda odcina się od czerni siedzeń, za to doskonale wtapia w z rzadka tylko przecinany jasnymi prostokątami okien krajobraz na zewnątrz. John ma absurdalne podejrzenie, że Dziewczyna-W-Szarościach ubiera się pod kolor pór roku.
Rząd świec płonących w oknie na parapecie któregoś z mijanych domów przypomina mu nagle, że pojutrze Halloween.
Oświetlona komórką twarz Ostatnio-Lisy jest widmowo biała. Dziewczyna-Mycrofta wygląda jak duch. John krzywi się w mroku, bo te słowa w jego głowie brzmią źle z dwóch powodów. Pierwszy to podobieństwo do Dziewczyny Bonda. Myśląc o drugim, czuje w głowie zamęt.
John nigdy nie lubił Bonda. Pozer.
- Jak ci na imię? – pyta zamiast przywitania. Przez okna limuzyny wlewa się szarość, to nic niezwykłego. Anglia przyciąga deszcz jak magnes. Dziewczyna-Która-Go-Porwała niechętnie odrywa wzrok od wyświetlacza komórki. Jej oczy błyszczą zagadkowo, kiedy zaglądają w nie sodowe latarnie.
- Kiedyś już mnie o to spytałeś, wiesz?
John czuje nagłe zniecierpliwienie. Ciężkie krople deszczu bębnią o szyby, a on wolałby wrócić do domu, zamiast jechać w nieznane.
- Czego tym razem chce ode mnie inkarnacja Mary Poppins?
- Isabel. Mam na imię Isabel – mówi w tej samej chwili Nie-Lisa-Ani-Nie-Anthea. Uśmiecha się przy tym kątem ust, jakby wymyślanie coraz to nowych imion i mieszanie mu w głowie całkiem ją bawiło. Jej palce jak zwykle tańczą po klawiaturze, przywołując z nicości słowa, całą rzekę słów. Nie patrzy na niego. Jak zwykle.
- Wolałem Antheę – mówi John, bezmyślnie licząc zębate głowy dyń w oknach, ogniście pomarańczowe kule płonące w mroku. Od-Dzisiaj-Isabel marszczy brwi.
- Przedstawiłam ci się jako Anthea?
- Za pierwszym razem.
Dłuższa chwila ciszy.
- Nie pamiętam.
- M-hm – potwierdza John mruknięciem – Za pierwszym razem powiedziałaś mi też, że wiesz kim jestem.
- Mycroft Holmes – John zauważa, że Dziewczyna-O-Tysiącu-Imion najwyraźniej nie czuje potrzeby używania oficjalnych tytułów, i zaczyna lubić ją nieco bardziej niż przedtem – pokazał mi twoje akta.
Mimo chłodnej uprzejmości tego wyjaśnienia, John wyczuwa dystans Anthei-Lisy-Isabel. Nie wie, czy to niechęć do niego, czy lojalność względem Mycrofta i nie stara się tego rozgryźć. Wiadomość pozostaje ta sama. Wiem o tobie wszystko. Ty nie wiesz o mnie nic. Trudno zgodzić się na taki układ, myśli John z rozgoryczeniem. Gdyby był Sherlockiem – ta myśl boli bardziej, niż się spodziewał - wystarczyłoby jedno spojrzenie, żeby wyrecytować jej życiorys.
Będąc Johnem Watsonem nie wie o niej nic.
- Nie powinno cię to dziwić, John– mówi Dziewczyna-Która-Pozostaje-Tajemnicą. John wyczuwa w jej głosie kpiącąnutę. - Stając się osobą publiczną zaakceptowałeś fakt, że wszystko, co dotyczy ciebie, twoich spraw zawodowych i prywatnych jest dostępne szerokiemu ogółowi. Niektórzy marzą o takim rozgłosie.
- Osobą publiczną? – prycha zaskoczony John. Dziewczyna-Z-Limuzyny zerka na niego z politowaniem i, nawet jeśli wcześniej nie uważała go za kompletnego kretyna, teraz już pewnie uważa.
- Blog Johna H. Watsona. Hatman i Robin. Miliony odwiedzin. Tyle, że ktoś zdołał wyłączyć licznik wyświetleń przy ich zaskakująco niskiej liczbie. Niesłabnąca popularność na Facebooku i Tumblrze. Czy ostatnio w ogóle sprawdzał pan statystyki bloga, doktorze Watson?
John z całych sił stara się nie wyglądać głupio. Nie sprawdzał. Pisanie bloga – bez Sherlocka zerkającego mu przez ramię i komentującego co trafniejsze tytuły – jest niemożliwe. John mruga, patrząc na Nie-Isabel jakby opowiadała mu historię science-fiction, którą trudno sobie nawet wyobrazić.
- Hamish – mówi w końcu, głos ma cichy i przytłumiony.
W odpowiedzi Na-Zawsze-Anthea unosi brwi i na dobre odrywa się od telefonu.
- Hamish – powtarza John, obiecując sobie sprawdzić te informacje gdy tylko wróci do mieszkania i czując się, jakby trafił go piorun. W obecności Tej-Niemożliwej-Dziewczyny to zaskakująco częste uczucie. Co dziwne, wcale mu ono nie przeszkadza. – Nie doktor Watson. John H. Watson. John Hamish Watson. Jeśli mówimy o nietrafionych imionach.
- Hamish? – upewnia się Niemożliwa-Dziewczyna z pewnym rozbawieniem, które John rozpoznaje po leciutkim uniesieniu prawego kącika ust. Niezobowiązujący uśmiech. Całkiem do niej pasuje.
- Harriet ma gorzej. Wszyscy – John zacina się na moment, a wyraz jego twarzy twardnieje – z jakiegoś powodu sądzą, że mam brata.
Nagłe zatrzymanie samochodu przerywa mu te rozważania.
- Jesteśmy na miejscu – oświadcza Anthea-Isabel niemal radośnie, po czym wraca do pisania. John patrzy na nią oszołomiony nagłym końcem dobrze zapowiadającej się konwersacji. Siedzi w milczeniu, aż w końcu Dziewczyna-Z-Setką-Imion spogląda na niego niecierpliwie.
- Do zobaczenia za miesiąc, doktorze Watson – mówi z naciskiem.
- Eee… a gdzie dokładnie jesteśmy? – pyta zdezorientowany John, próbując dojrzeć cokolwiek przez czarne jak atrament okno. Odpowiedź jest dosyć zaskakująca.
- W Hutton Hall, rezydencji sir Holmesa.
John wysiada prosto w rzęsistąulewę, próbuje utrzymać równowagę na śliskim trawniku, deszcz z pasją siecze go po plecach i głowie i wtedy dogania go głos Od-Dzisiaj-Isabel.
- Och, jeszcze jedno.
Zakład, że patrzy nie na niego, tylko w ten przeklęty telefon?
- Sir Holmes prosił o przekazanie zaproszenia na świąteczną kolację… John.
John niemal przewraca się, wykonując odruchowy, żołnierski półobrót tylko po to, by zobaczyć tył odjeżdżającego samochodu.
Wchodzi do środka Hutton Hall, olbrzymiej, zakurzonej i wyblakłej posiadłości - czy można udusić się stęchłym powietrzem? – utykając jakby nieco mniej, niż zwykle.
