TEN FF NIE JEST MOJEGO AUTORSTWA. JEGO AUTORKĄ JEST Bronzehairedgirl620.
Link do oryginału: fanfiction(kropka)net/s/4823300/1/Hourglass
Link do profilu Bronzehairedgirl620: fanfiction(kropka)net/u/1421467/Bronzehairedgirl620
Tłumaczka: marcia993
Beta: kristenhn
Miałam zagwarantowany wywiad z Edwardem Cullenem.
Zdobyłam wywiad z Edwardem – Pieprzonym – Cullenem.
O Boże.
Nie byłam pewna, czy powinnam skakać w radosnym podnieceniu czy wymiotować. Zanim weszłam do księgarni, wbiłam sobie do głowy, że to się nie stanie i uzyskam tylko jedną odpowiedź. Dwie, jeśli dobrze pójdzie. Najwyraźniej wpadłam do garnka ze złotem, znajdującym się na końcu tęczy, i nie miałam pojęcia, jak się tam znalazłam.
Oparłam się o biurko i odetchnęłam, kiedy świadomość tego, co się wydarzyło, uderzyła we mnie z całej siły. Strona internetowa, którą wcześniej wyszukałam, nadal pozostawała zminimalizowana, ale nie potrafiłam się zmusić, aby na nią kliknąć. Nie miałam pojęcia, co mogłabym na niej znaleźć, ale sama tego perspektywa mnie przerażała.
Zachowujesz się jak idiotka, skarciłam się, zmuszając do zajęcia miejsca na fotelu. Wyprostowałam się, po czym wzięłam głęboki, wypełniający płuca wdech i odmówiłam wypuszczenia zaczerpniętego powietrza. Dzięki temu jakoś się trzymałam. Po prostu przeczytaj ten cholerny artykuł. Jesteś dziennikarką i właśnie tym się zajmujesz – zbieraniem informacji.
Powtarzając to niczym mantrę, nacisnęłam na zminimalizowaną – wydawałoby się lata temu – stronę i obserwowałam, jak ładowała się w ślimaczym tempie, a obrazki robiły to nawet wolniej. Stuknęłam końcówką pióra o powierzchnię, żeby wypełnić ciszę, będąc zbyt wystraszoną, by uczynić cokolwiek innego.
Zanim mogłam odważyć się na coś szalonego, co zmniejszyłoby moje znudzenie, strona w końcu się pokazała i zaczęłam wpatrywać się w pierwszą linijkę, wypuszczając oddech, który wstrzymywałam.
Edward Anthony Cullen, lat trzydzieści pięć, został przyłapany. Uczestniczył w skandalu narkotykowym w Seattle w sobotni wieczór...
Zdjęcie jakiegoś mężczyzny pojawiło się obok tekstu, a ja szybko opuściłam ten adres, czując równocześnie rozczarowanie i ulgę, bo nie chodziło o tę osobę. Rozczarowanie, bowiem niczego się nie dowiedziałam, a ulgę, dlatego że Edward nie był dealerem.
Edward. Prychnęłam ze wstrętem. Czyżbyśmy mówili sobie po imieniu? Zamienił ze mną zaledwie dwa słowa, a obie krótkie rozmowy, które odbyliśmy, wiązały się z wyśmiewaniem się ze mnie i wyrządzaniem krzywdy jednemu z nas. To rzeczywiście silne fundamenty do zbudowania relacji międzyludzkiej...
Spojrzałam na stronę notatnika, który czasami ze sobą zabierałam, kiedy powierzano mi napisanie artykułu, ponieważ Banner najwidoczniej uważał, że nie poradzę sobie także z wywiadem. Dał mi trzy alternatywne zadania - opisać przekręt w przemyśle dostawczym, kota, zamieszkującego otwór odpływowy i temat: „szkolne kafeterie: czy naprawdę są takie pożywne, jak się wszystkim wydaje?".
Właśnie do tego zostało zredukowane moje życie. Mimo wszystko istniały też historie o osobach takich jak Edward Cullen – warte każdej minuty pisania, pod warunkiem, że wyniosłyby mnie na piedestał.
W moim zeszycie od kilku dni widniały pytania, jakie miałam mu zadać podczas spotkania autorskiego. Potrafiłam wpatrywać się w nie w nieskończoność, zastanawiając się, czy okażą się wystarczająco zadowalające. Czytałam jego powieści. Okazał się bardziej elokwentny niż ktokolwiek, kogo słyszałam, więc te pytania wypadały przy nim dosyć blado – były płytkie i jednowymiarowe. Nie do końca wiedziałam, o co spytać, ale musiałam coś przygotować. Taka okazja zdarzała się raz w życiu, a ja byłam zdeterminowana, aby optymalnie ją wykorzystać.
- Bello, wyglądasz na wykończoną – skomentowała Angela, pukając delikatnie do drzwi i informując tym samym o swojej obecności. Podniosłam wzrok zaskoczona tym, jak wiele energii zużywa tak mały ruch.
- Czuję się dobrze. – Machnęłam nonszalancko ręką. – Jestem tylko troszkę zmęczona.
- Wróć do domu i połóż się spać – rozkazała łagodnie, wyłączając monitor mojego komputera. Zacisnęłam usta, posyłając jej najlepsze z możliwych spojrzeń, chociaż wiedziałam, że tym z nią nie wygram. Z każda przychodzącą sekundą moja stanowczość powoli się wykruszała.
- Mam... pracę do wykonania – wymamrotałam, przeszukując porozrzucane na biurku papiery, powodując jeszcze większy bałagan niż wcześniej. Zaśmiała się, krzyżując ramiona.
- To może zaczekać.
Pokręciłam głową.
– Nie, nie sądzę.
Kiedy wstałam, Angela chwyciła moją torbę i płaszcz, praktycznie zakładając mi go na ramiona. Gdy przeprowadzała mnie przez drzwi, zachwiałam się, próbując złapać równowagę.
- Prześpij się. Nic się nie stanie, jeżeli wyjdziesz na kilka godzin.
Zaśmiałam się, ściskając jej rękę.
– Dzięki, Ang. Do zobaczenia jutro.
Poszłam do furgonetki, wcisnęłam pedał gazu i westchnęłam, gdy wydała z siebie głośny warkot.
Mieszkanie było ciemne i zimne, czyli w takim stanie, w jakim je zostawiłam. Podkręciłam ogrzewanie najbardziej, jak mogłam, nie narażając przy tym moich rachunków na podwyższenie, i wzdychając, zapaliłam światło. Pusto. Jak zawsze.
Automatyczna sekretarka migała czerwonym światełkiem, powiadamiając mnie, że mam cztery nowe wiadomości. Zignorowałam je, pokrótce sprawdzając skrzynkę mailową w poszukiwaniu czegoś interesującego, zanim odgrzałam sobie przygotowane wcześniej spaghetti. Kolację zjadłam przed telewizorem i prawie zaczęłam się śmiać na myśl o tym, jakie to żałosne. Oto ja, dwudziestoczterolatka w kwiecie wieku, jak to niektórzy mawiali, jestem sama w domu i spożywam podgrzewane danie przeznaczone do konsumpcji podczas oglądania filmów.
Wiedząc, że nie mogę dłużej lekceważyć wiadomości, podeszłam do telefonu, wskoczyłam na blat i spoczywając na nim, machałam nogami, przygotowując się do ataku, który na pewno miał nastąpić.
- Isabello Marie. – Usłyszałam, a następnie sapnęłam, siadając na rękach, żeby powstrzymać się przed naciśnięciem przycisku „usuń". – Nigdy mnie o niczym nie informujesz. Dlaczego nie powiedziałaś mi, że idziesz na spotkanie z Edwardem Cullenem? Przecież strasznie ciężko się tam dostać. Zadzwoń do mnie i to szybko. Też chcę iść.
Głośny sygnał rozbrzmiał w ciszy i po chwili zaczęła odtwarzać się kolejna wiadomość.
- Bello. – To zadziwiające, że jej głos wydawał się jeszcze groźniejszy i bardziej przerażający, gdy nie używała mojego pełnego imienia. – Spotkanie zaczyna się za godzinę. Odbierz. Telefon.
Skrzywiłam się, wiedząc, że powinnam była sprawdzić telefon przed wyjściem. Pamiętam, że słyszałam dzwonienie, ale nie miałam motywacji, by wstać i na nie odpowiedzieć. Błąd numer jeden.
Następne dwa nagrania zawierały półtora minuty śmiertelnych gróźb wysłanych w moją stronę, wliczając w nie spuszczenie ze smyczy groźnych psów, jeśli nie zabiorę przyjaciółki ze sobą. Wymierzyłam sobie mentalny policzek, a następnie wykręciłam jej numer, odkładając słuchawkę dwa razy, nim chwyciłam byka za rogi i poczekałam, aż odbierze.
- Patrzcie, kto postanowił do mnie zadzwonić. – Tak wyglądała sarkastyczna odpowiedź, którą otrzymałam. – Panna „nie mam zamiaru odebrać telefonu od mojej najlepszej przyjaciółki, bo spędzam cudowny czas z niezwykle sławnym, bardzo atrakcyjnym autorem bestsellerów".
- Alice - westchnęłam. – Przepraszam, ale proszę, nie teraz.
- Nie licz na to – zadrwiła. – Już zbyt wiele razy ci odpuszczałam.
Zaśmiałam się gorzko, pozwalając jej rozprawiać o tym przez kilka minut, po czym odetchnęła, sygnalizując koniec.
- No dobra – powiedziała, brzmiąc trochę lepiej niż na początku naszej rozmowy. – Dlaczego jesteś w takim podłym nastroju?
Nie byłam przekonana, czy naprawdę ją to interesuje.
– Nie wiem, jak mam się zabrać do tego wywiadu z Edwardem. – Znowu użyłam jego imienia.
- Przeprowadzasz wywiad z Edwardem Cullenem? – zapiszczała, a ja zgromiłam się, bo nie wspomniałam o tym wcześniej.
- Tak – oświadczyłam, okręcając kabel telefoniczny na palcu i pozwalając mu co chwilę odskakiwać na swoje miejsce. – Cóż, tak jakby.
Wiedziałam, że to przykuło jej uwagę.
– Tak jakby? – zapytała. – To raczej nie jest coś, czego nie jest się pewnym.
Jęknęłam.
– Wiem – odparłam niewiarygodnie mazgajowato. – Ale to wyjątek.
Alice milczała, kiedy ja próbowałam zebrać myśli. Wreszcie odkaszlnęła, wyraźnie skłaniając mnie do dalszych wyjaśnień.
- Chodzi o to, że Edward i ja nigdy tak naprawdę nie rozmawialiśmy o wywiadzie.
Nie wydawała się tym speszona.
– A normalnie nie załatwiasz ich z agentami?
- Tak – odpowiedziałam, stąpając po cienkim lodzie. Nie wiedziałam, jak jej to wyjaśnić, aby nie wyjść na okrutną manipulantkę, która oszukuje go dla własnych korzyści. Co właśnie robiłam. – Ale w tym przypadku nie omawiałam tego z agentem, tylko z jego ojcem i bratem.
- A co Edward o tym myśli? – spytała. – Bo wiesz, on bardzo rzadko zgadza się na spotkania z dziennikarzami albo na jakiekolwiek występy. Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić, żeby był szczególnie podekscytowany z tego powodu.
- To właśnie kolejna sprawa – wymamrotałam. – Nie sądzę, żeby o tym wiedział. Wydaje mi się, że po prostu pójdę tam i będę improwizować.
- To na pewno zostanie dobrze przyjęte – rzekła z przekąsem. – Mężczyzna, który gardzi każdym rodzajem publicznej interwencji i oto zjawiasz się ty ze swoją niespodzianką.
- Zrobię wszystko, by mieć za co płacić rachunki – mruknęłam. – Boję się tylko, że będzie strasznie wkurzony. Niczego o nim nie wiem, więc co, jeżeli okaże się agresywnym typkiem? Wiesz, jacy potrafią być ci kreatywni faceci...
Alice zaśmiała się po raz pierwszy od początku rozmowy.
– Wątpię, żeby zamknął cię w ciemnej piwnicy, Bello. Nic ci się nie stanie. Musisz być wytrwała. Nie poddawaj się. Zdobądź odpowiedzi.
Westchnęłam.
- Zdajesz sobie sprawę z kim rozmawiasz, prawda?
Zachichotała.
– Możesz to zrobić. Twoja praca wisi teraz na włosku, więc albo poprawisz swoją sytuację, albo ją spieprzysz. Chcesz tego?
- Oczywiście, że nie – odparłam stanowczo. Kiedy się odezwała, słyszałam dumę w jej głosie.
- Moja dziewczynka.
Przez chwilę rozmawiałyśmy jeszcze o błahych sprawach, po czym się rozłączyłyśmy, a ja natychmiast powróciłam do swoich pytań - do deski kreślarskiej, jak zwykło się mówić. Zapisałam istotę każdego z nich, po czym wyrwałam tę kartkę, zdejmując skuwkę z pióra i przyciskając je do pierwszej linijki.
W mniej niż godzinę przygotowałam sobie trzy dobrze sformułowane pytania, z których się przynajmniej ucieszyłam. Zasługiwały na to, aby zostać zadane Edwardowi Cullenowi i wiedziałam, że w przyszłym tygodniu będę na to gotowa.
Muszę być.
Stanęłam przed biurem, na którego drzwiach wisiała tabliczka z wygrawerowanym nazwiskiem Emmetta Cullena. Nie byłam pewna, czego chciałam się tam dowiedzieć, ale wiedziałam, że powinnam zadać mu parę pytań. To prawie jak warunek wstępny do tego wywiadu. Musiałam zdobyć chociaż kilka ogólnych informacji o Edwardzie i wydawało mi się, że to jedyne miejsce, w którym miałam szansę je otrzymać.
- Wejdź – krzyknął piorunujący głos, więc śmiało tam wkroczyłam. Spojrzał na mnie, podnosząc wzrok z czegoś, w co się wpatrywał, i uśmiechnął się.
- Panna Swan! Proszę usiąść – zaoferował, wstając. Niepewnie odwzajemniłam uśmiech i zajęłam miejsce na skraju dużego, stojącego przy biurku krzesła. – Co mogę dla pani zrobić?
Rozejrzałam się dookoła, mając nadzieję, że nie jestem zbyt wścibska. Zdawałam sobie sprawę, że właśnie przekraczałam granicę między dziennikarzem, a osobą udzielającą wywiadu.
- Szukałam jakichś wiadomości do mojego jutrzejszego wywiadu – zaczęłam delikatnie, – i nie udało mi się znaleźć ich zbyt wiele.
- Och – odparł Emmett, jakby wiedział, do czego zmierzam, choć nie dał tego po sobie poznać. – Proszę, kontynuuj.
- Ja… - Wzięłam głęboki wdech. – Miałam nadzieję, że mógłbyś mi udzielić kilku informacji. Dać jakąś ogólnikową wiedzę.
Emmet przetarł twarz rękoma, a kiedy je od niej odsunął, każdy jego włos sterczał w innym kierunku, a na twarzy wymalował mu się ból i surowość, co mnie zaskoczyło.
- Panno Swan...
- Bello – przerwałam. Zachowałam się nieco swobodnie.
- Bello, Edward jest niezwykle skomplikowaną osobą – zaczął, brzmiąc jakby omawiał projekt na Targu Naukowym albo coś stworzonego w Laboratorium Biologicznym. – Nigdy nie zachowywał się jak normalne dziecko. Zawsze myślał bardzo trzeźwo i logicznie, nie spędzał ze mą zbyt dużo czasu. To nie w jego typie.
Pochyliłam się do przodu, opierając łokcie na kolanach.
– A miał ku temu powód?
- Nie jestem psychologiem – zakpił, – więc nie wiem. – Odmówił też pójścia do niego, kiedy Carlisle zasugerował, że to może być dobry pomysł. Esme też się na to nie zgodziła.
- Twoja...
- Matka.
Przytaknęłam, chociaż nie miałam pewności, czy go dobrze zrozumiałam.
– I od tamtego czasu się nie zmienił. – Zdecydowałam, że nie będę tego kontynuować, ale pomyślę o tym, co powiedział o jego dzieciństwie. Posuwanie się do przodu wydawało się moją jedyną opcją.
- Nie. A zaraz po tym, jak wyjechał do college'u, przestał z nami rozmawiać.
Moje oczy się rozszerzyły i kiedy stałam się jeszcze bardziej zdezorientowana, poczułam, że na czole pojawiła mi się mała zmarszczka.
– Przestał rozmawiać?
- Na jakiś czas – odpowiedział. – Nie wiedzieliśmy, czy skończył szkołę, nie mówiąc już o tym, czy w ogóle w niej został. Czy z kimś się spotykał, gdzie przebywał. Nie wiedzieliśmy.
- Ale oczywiście teraz z nim rozmawiacie – zauważyłam.
- On rozmawia tylko z Carlislem – wyjaśnił Emmett, a jego spokojny wyraz twarzy wydawał się wymuszony. – Raz na jakiś czas mamrocze do mnie kilka słów, ale ciężko go do tego zmusić.
- A z waszą mamą? – zapytałam. Od początku brałam za pewnik, że Edward był tajemniczy i lubił samotność, ale to nie mogło oznaczać, że...
- Nie zamienił z nią słowa przez siedem lat.
Pochyliłam się do przodu jeszcze bardziej.
– Ale... dlaczego?
- Nie mamy pojęcia. Próbowałem się z nim porozumieć. – Coś w sposobie jego mówienia pozwoliło mi stwierdzić, że robił nie tylko to, lecz nie drążyłam tego tematu. – Ale to nic nie dało. W pewnym sensie został wszystkiego pozbawiony. Jest świadomy tego, jak bardzo ją rani, ale nie przejmuje się tym.
Coraz bardziej skołowana zaczęłam obgryzać paznokieć.
- Przykro mi, że nie mogę ci bardziej pomóc – odparł, wyglądając na naprawdę współczującego. – Ale mam nadzieję, że uda ci się coś z niego wyciągnąć. On ma dobre serce, Bello. Musi je po prostu znaleźć.
- Czyniąc przy tym moją pracę niezmiernie trudną - powiedziałam, przerywając krótką ciszę. Emmett się zaśmiał.
- Mogę to sobie tylko wyobrazić.
Popatrzyłam na duży stos papierów spoczywający na biurku Emmetta i wstałam, przepraszając.
– Dziękuję za poświęcenie mi czasu – rzekłam. – Zrobię, co w mojej mocy.
Gdy tylko zeszłam ze schodów, dotarło do mnie, jak trudne zadanie na mnie czeka. Jeśli Edward nie rozmawiał o swoim życiu z własną matką, osobą, która wydała go na świat, to dlaczego miałby ujawnić mi, osobie, której nie zna, każdą ukrytą tajemnicę? I pozwolić się w niej zagłębić i zbadać?
Moja odpowiedź? Nie dojdzie do tego. Nie ma mowy, aby stało się inaczej.
Następny dzień mijał bardzo wolno, a ja obawiałam się wywiadu. Gdy opuściłam księgarnię, myśl, że Edward bał się publicznych wystąpień, nie wydawała się taka zła. Może miał fobię związaną z przebywaniem w większych grupach ludzi? Jednak już świadomość, że ledwie odzywał się do własnej rodziny, powodowała, że czułam się, jakbym wtrącała się w coś bardziej osobistego, niż mi się pierwotnie wydawało.
Wcześniej spędziłam godzinę na siedzeniu w rogu kawiarni z widokiem na Pike Place Market i ocean. Wyjątkowo słoneczny dzień w Seattle budził we mnie nadzieję. Może zmiana pogody to znak, że mój wywiad przebiegnie bezbłędnie, a Edward, jak za dotknięciem magicznej różdżki, stanie się otwartą księgą i da mi każdą odpowiedź, jaką będę chciała.
- Tylko w snach – wymamrotałam pod nosem. Wstałam, a pisk mojej nogi ocierającej się o podłogę przyprawił mnie o gęsią skórkę. Bicie mego serca przyspieszyło, a ja ciaśniej objęłam zeszyt, który trzymałam w rękach, kiedy stopy poprowadziły mnie w dół chodnika.
Wymknęłam się licznym sprzedawcom, ignorując zapach jedzenia, sprawiającego, że ciekła mi ślinka, i szczekanie psów, gdy przechodziłam wokół ich przydługich smyczy, próbując się o nie nie potknąć. Pokazanie się Edwardowi z odartymi kolanami i krwawiącymi dłońmi raczej nie byłoby niczym dobrym.
Zerknęłam na kartkę z adresem, którą wręczył mi Emmett i chwilowa myśl o tym, co by się stało, gdyby jego brat się mnie nie spodziewał, minęła. Gdy jechałam windą na górę budynku i zatrzymałam się przed drzwiami, dziecinnie skrzyżowałam palce za plecami. Wisiała na nich mosiężna liczba sześćset dwadzieścia. Przygryzając wargę, zapukałam do drzwi.
Mogę to zrobić.
- Czego? – rozległ się głos ze środka, sprawiając, że podskoczyłam. Powstrzymałam się przed bliższym podejściem i zaczęłam się zastanawiać, co powinnam powiedzieć.
- Uch, pan Cullen?
Spotkałam się z ciszą, a dźwięk ryczącej wewnątrz muzyki to wszystko, co docierało do moich uszu. Nie odezwał się ponownie.
- Nazywam się Isabella Swan. – Skuliłam się, wypowiadając swoje pełne imię, ale tak było bardziej profesjonalnie. – Miałam przeprowadzić dzisiaj z panem wywiad?
Gdy wypowiedziałam to zdanie, gwałtownie otworzył drzwi i stanął w nich zdezorientowany, ale również i zdenerwowany, mężczyzna.
- Co?
Zaczęłam się zastanawiać, czy zna jeszcze jakieś inne słowa.
– Twój... Emmett Cullen powiedział mi, żebym dzisiaj przyszła o tej porze pod ten adres.
Taktownie nie użyłam słowa „brat", na wypadek, gdyby miało go to jeszcze bardziej wyprowadzić z równowagi.
- Emmett Cullen? – zaśmiał się, piorunując mnie zwężonymi oczyma. Przytaknęłam, zerkając na skrawek papieru.
- Musiałam dostać zły adres – skłamałam. – Przepraszam, pójdę już.
- Och, nie – odparł z udawanym przerażeniem, a jego twarz wykrzywiła się w uśmieszku. – Nie chcemy przecież zrujnować twojego wywiadu, prawda?
Czekając na kolejny ruch, uniosłam brew w retorycznym pytaniu.
- Proszę, wejdź.
Mojej uwadze nie umknął jego protekcjonalny ton. Poszłam za nim do pokoju, a szybkie rozejrzenie się dookoła sprawiło, że moje serce drgnęło, oczy mi się poszerzyły, a na policzek wstąpił rumieniec. Emmett przysłał mnie do jego domu. Nic dziwnego, że się wkurzył.
- Ponieważ przerwałaś mi, gdy byłem w trakcie pisania, musisz zaczekać. Usiądź. Wrócę.
Nie powiedział mi, kiedy to nastąpi. Zniknął w pokoju, z którego dobiegała muzyka. Zatrzasnął za sobą drzwi. Usiadłam niekomfortowo na długiej, skórzanej kanapie. Byłam zaskoczona czystością panującą w pokoju. Ściany pokryto półkami z książkami, a wszędzie znajdowały się płyty. Fortepian stał dumnie w rogu, a tym, co najbardziej mnie zdziwiło, były porozklejane po całej powierzchni samoprzylepne karteczki z notatkami. Jedna wisiała na ścianie nad włącznikiem światła, kolejna na wielkim oknie z widokiem na śródmiejskie Seattle i wodę.
Muzyka się zmieniła, z dudniącego rocka przeistoczyła się w łagodniejszą, klasyczną melodię. Rozpoznałam, że to Mozart, co natychmiast wzbudziło moja ciekawość. Zapach dymu był silny, a czasami mogłam usłyszeć uderzanie jego palców o klucze. Ciągle zastanawiałam się, dlaczego to robił, a kiedy po dłuższej chwili mój umysł stał się zamglony, pojawił się Edward.
Jego ubranie śmierdziało dymem, a on wsadzając ołówek za ucho, usiadał na fotelu po mojej lewej stronie.
- Dobrze, panno Swan – powiedział z jawną pogardą w głosie. – Niech mi pani powie, co chciałaby pani wiedzieć? Wtargnęła pani już do mojego domu, więc sądzę, że odpowiedzenie na kilka pytań nie będzie niczym wielkim.
Westchnęłam, przeczesując ręką włosy, które tak bardzo próbowałam wyprostować dzisiejszego ranka, i otworzyłam notatnik z pytaniami. Ślady, gdzie wymazałam kilka starych, były wciąż widoczne. Zmrużyłam oczy, mając nadzieję, że dam radę je odczytać.
- Nie mam całego dnia – warknął. – W przeciwieństwie do mojego nierozważnego brata, który zamiast zajmować się swoją pracą, najwyraźniej spędza cały swój czas na zapraszaniu dziwnych gości do domów innych ludzi, mam parę rzeczy do zrobienia.
Wiedział, że to mnie zabolało, bo zobaczyłam wkradający się na jego twarz uśmieszek. Jego oczy śmiały się ze mnie. Drwiły. Czekały, aż się odezwę i zacznę denerwować, co z całą pewnością robiło w jego towarzystwie wiele osób.
To będzie jak wyrywanie zębów. Absolutnie koszmarne.
