Betowała Aevenien. Dziękuję!

ROZDZIAŁ III

Harry cieszył się, że następnym dniem po wyjeździe Malfoya była sobota, bo mógł odreagować swoją frustrację w inny sposób, niż na Bogu ducha winnych klientach. Czyli na swoich znajomych, jak z przekąsem zauważyła Alma, z czym Harry absolutnie się nie zgadzał. Żeby ich oszczędzić, zaraz po zniknięciu Malfoya poszedł pobiegać po plaży, by wyładować złość. Potem wrócił do hotelu i wziął długi, chłodny prysznic dla uspokojenia. Kilka minut przed południem opuścił Hilton Paradise i wrócił do Porto Torres okrężną drogą, a dopiero potem spotkał się z przyjaciółmi na lunchu. Wszystko po to, by nie musieli się z nim zanadto użerać. Ale jego dobra wola, jak zwykle, nie została doceniona. I bądź tu człowieku dobry! Rzecz jasna, nadal nie był w najlepszym humorze. Malfoy po raz kolejny spławił go po wspólnie spędzonej nocy. Co prawda tym razem po przebudzeniu Harry zastał go jeszcze w tym samym pomieszczeniu, ale już sam nie wiedział, co było lepsze. Co najgorsze nie rozumiał też, dlaczego tak bardzo to wszystko go obchodzi i jak, do diabła, w ogóle znalazł się w tej całej sytuacji. Chciał wiedzieć, co Malfoy knuje. (Jak zawsze zresztą, to akurat nic nowego w ich wzajemnej, dość już w tej chwili skomplikowanej, relacji.) Niemniej to chyba wcale go nie usprawiedliwiało? Chciał zdobyć informacje? W porządku, mógł się z nim spotkać raz czy dwa. Dlaczego jednak zgadzał się na coś więcej? Co nim kierowało? Co powodowało, że nie potrafił i nie chciał się opierać, pakując się w jakąś totalnie absurdalną relację? Niby zdawał sobie z tego sprawę, a jednak nie umiał sobie z tym poradzić. Najprościej byłoby pójść do Malfoya i zagrać w otwarte karty. Zadać dręczące pytania. Harry nie lubił krętactw i kłamstw. Wolał prawdę, nawet jeśli była niebezpieczna czy popieprzona. W końcu był Gryfonem. A w takim razie bez problemu mógłby postarać się o chwilę prywatności i, mając różdżkę w pogotowiu, oświadczyć: Cześć, Malfoy. To ja, Potter. Myślę, że obaj o tym doskonale wiemy, więc albo mi powiedz, czego chcesz, albo się odwal. I wtedy wszystko byłoby jasne. Jeśli Malfoy jest tu tylko na wakacjach i jest zupełnie nieświadomy paranoi całej sytuacji, w co Harry jakoś mimo wszystko nie mógł uwierzyć, po takim odkryciu zapewne zakończyłby urlop na Sardynii, a jeśli nie… cóż, musiałoby dojść do konfrontacji. Zwykle Harry był zwolennikiem właśnie takich, przejrzystych rozwiązań. Tym razem jednak nie mógł się na to zdobyć. I to nie dlatego, że bał się o swoje życie, czy coś równie niedorzecznego. Po prostu…
Jego rozmyślania przerwał sygnał smsa. Na wyświetlaczu pojawił się numer Francesco.

Kolacja u Almy 19:30.
PS. Wiesz, że to chore siedzieć w pracy w sobotę popołudniu?

Harry uśmiechnął się do telefonu. Nie pracował, po prostu przyszedł się zrelaksować. Ktoś z jego znajomych musiał zobaczyć, jak wchodzi do księgarni i oczywiście plotka poniosła się przez pół miasta, jak to w Porto Torres. Potwierdził swoją obecność na kolacji krótkim smsem i zerknął na zegarek. Była osiemnasta. Aportował się prosto do swojej łazienki, by przygotować się do wyjścia. Kiedy nikt nie mógł go na tym przyłapać, często używał magii. Nie potrafiłby się już z nią rozstać, poza tym nie chciał wyjść z wprawy. Nie wiedział, czy to możliwe, ale wolał nie ryzykować.

— No dobrze, wyjechał w interesach. Prawdopodobnie było to coś pilnego. Dlaczego tak się wściekasz? — zapytał Claudio.
Siedzieli na tarasie, z pięknym widokiem na morze, w otoczeniu wypielęgnowanych agaw i miniaturowych drzewek cytrynowych i zajadali krewetki z masłem czosnkowym, przegryzając smakowitą sałatką z serem feta, jedną ze specjalności Almy.
— Wcale się nie wściekam — odparł Harry, wzruszając ramionami. Wolnym krokiem podszedł do barierki i wpatrzył się w oświetlone uliczki, nadal pełne ludzi. Kramy z biżuterią i pamiątkami wciąż były otwarte, spacerujące pary przechadzały się między nimi, trzymając się za ręce, śmiejąc i rozmawiając głośno. Sardynia nigdy nie spała i to było w niej piękne.
— To turysta, James. Chyba nie liczyłeś na stały związek? — zainteresowała się Alma.
— To skomplikowane — odpowiedział, wciąż nie odrywając wzroku od urzekającego widoku, ale Alma podeszła do niego, zmuszając go lekkim szturchnięciem, by na nią spojrzał.
— Jak bardzo? — zapytała.
— Bardzo. — Nie wiedział, co więcej mógłby powiedzieć.
Alma uniosła brwi. Harry'emu skojarzyła się w tym momencie z Minerwą McGonagall, która zadała pytanie, ale odpowiedź w żadnej mierze jej nie usatysfakcjonowała.
— Może nas nieco oświecisz? — podpowiedział Francesco.
Merlinie, jęknął Harry w duchu. Jak miał im to wytłumaczyć? Nie chodziło tylko o to, że przespał się z przystojniakiem, który przyleciał na Sardynię na urlop, i chwilę później lekko go olał, a on teraz czuł się z tym nieszczególnie (chociaż myśl, że jest to część prawdy, szczerze go przerażała). Na całość obrazu składało się przede wszystkim to, że był z innego świata, z którego Harry uciekł, bo czuł się w nim osaczony i załamany. Że zmienił tożsamość i w pewnym sensie się ukrywał. Że facet, z którym się pieprzył (i to dwa razy!) był jego szkolnym wrogiem i choć ostatnio przestali rzucać w siebie klątwami (bo zeszli sobie z oczu na dłuższy czas), wciąż się przecież nie lubili. Na dodatek nie wiedział, czy ten facet zdaje sobie sprawę, z kim faktycznie ma do czynienia i jakie mogą wyniknąć z tego konsekwencje. Należało jednak założyć, że być może zjawił się tu z jego powodu, w intencjach z goła odmiennych, niż dobranie się do jego tyłka (a przynajmniej w mniej dosłownym tego słowa znaczeniu). Bardzo chciałby się podzielić tymi wszystkimi wątpliwościami z przyjaciółmi, ale nie mógł. Ufał im, ale wiedział, że mimo szczerych chęci, byłoby to dla nich za dużo. Stanowczo za dużo.
— Wiesz, takie znajomości rządzą się swoimi prawami? — zauważył ostrożnie Claudio. — Nie należy się w nie zbytnio angażować. Dla niektórych to dość trudne, dlatego powinni się trzymać z daleka od tego typu rozrywek. — Mina Claudia wyraźnie świadczyła, że Harry należy do „niektórych".
— Daj spokój, Claudio. Wcześniej czy później każdemu z nas się to tutaj przytrafia. Takie jest życie — stwierdziła Alma.
Harry westchnął. Dla jego przyjaciół Draco Malfoy był tylko bogaczem na wakacjach, korzystającym z okazji. Dla niego zaś zarozumiałym, dwulicowym, kłamliwym, czarodziejskim gnojkiem o świetnym tyłku i niesamowitych ustach, przy czym dwie ostatnie rzeczy odkrył w ciągu mijających czterdziestu ośmiu godzin, więc nadal stanowiły dla niego urok nowości. Właściwie sam nie rozumiał, dlaczego to wszystko między nimi się działo. Bo przecież nie chodziło o seks. To znaczy jasne, że chodziło! Seks z Malfoyem był świetny. Ale tak naprawdę nie powinien nigdy się nawet o tym dowiedzieć. Rzadko dawał się omamić zwykłemu pociągowi fizycznemu. Owszem, miało to miejsce choćby w przypadku Dominika, ale szybko się z tego wyplątali, rozumiejąc, że obydwaj szukają w związkach zupełnie czego innego. A przecież on i Dominik bardzo się lubili! Czego niestety nie da się, a przynajmniej nigdy nie dało, powiedzieć o nim i Draco. Ale skoro nie chodziło tylko o seks, to co tak bardzo przyciągało go do Malfoya? Czyżby aż tak tęsknił za magią, tajemnicami, ryzykiem, adrenaliną i wszystkim, co zdecydował się zostawić w Londynie, że nagłe pojawienie się Malfoya sprawiło, iż stracił nad sobą kontrolę? Czy traktował mężczyznę, jak uosobienie czegoś, co utracił i czego, wbrew sobie wciąż podświadomie pożądał? I jeśli tak, czy to już tłumaczyło wszystko?
— Miałaś romans z turystą? — zainteresował się tymczasem Francesco, a Harry zrezygnował chwilowo z analizowania pytań bez odpowiedzi.
— Żeby z jednym! — Alma wydęła wargi w charakterystycznym dla siebie grymasie, po czym poklepała Harry'ego po dłoni. — Przejdzie ci. Chodź, krewetki stygną. — Pociągnęła go z powrotem do stolika.
— No jasne, że mu przejdzie! Jutro wychodzimy do „Costy". Powinieneś wyrwać jakiegoś przystojniaka, James. — Mrugnął do niego Fran.
— Byle miejscowego — ostrzegł go Claudio, rzucając w niego zerwaną z drzewka cytryną.
Harry złapał owoc bez najmniejszego problemu. W końcu refleks szukającego to coś, o czym szybko się nie zapomina.
— Hej, moje cytryny! — zawołała z oburzeniem Alma, a Claudio wyszczerzył się do niej w uśmiechu, nie prezentując cienia skruchy.
Byle jakiego! — Francesco machnął ręką, wracając do tematu. — Ale przystojnego.
— Miejscowi dawno się skończyli — zauważyła Alma.
— A ja, to co? — W drzwiach tarasu stanął Dominic z szampanem w ręku.
— Ty to zupełnie inna bajka. — Alma uśmiechnęła się promiennie do nowego gościa. — Jak wszedłeś?
— Drzwi były otwarte — odparł Dominic i przywitał się z gospodynią, składając na jej dłoni pocałunek. — Cześć chłopaki.
Harry przyjrzał się mu uważniej. Lubił Dominica, ale w tej chwili miał niejasne wrażenie, że coś mu nie pasuje. Ponieważ jednak nie bardzo wiedział, o co chodzi, dał sobie spokój z analizowaniem. I tak miał dość zagadek. Och, czyżby?, zapytał złośliwy głosik w jego głowie.
— Przyniosę truskawki z lodówki — zaproponował, by odpędzić natrętne myśli. — Najwyższy czas przejść do deseru.
Towarzystwo przyjęło jego propozycję z aplauzem.

Muzyka dudniła, kolorowe światła migały do rytmu, tłum rozpalonych ciał szalał na parkiecie, wśród buchającej pary. Impreza wrzała w najlepsze. W końcu „Costa" była jednym z najgorętszych klubów, zjeżdżały się tu tłumy turystów i rdzennych mieszkańców z całej Sardynii. Zwłaszcza na słynne niedzielne „seXnight", z różnymi „artystycznymi" atrakcjami.
Harry jednak po raz pierwszy odkąd pamiętał, nie bawił się najlepiej na niedzielnej imprezie. Humor zupełnie mu nie dopisywał. Nawet występ „Italian cats", striptizerów o ognistej południowej urodzie, nie przypadł mu tym razem do gustu. Drinki wydawały mu się bezbarwne i co gorsza bezalkoholowe, a towarzystwo, poza jego znajomymi, bezpłciowe.
— Przestań być już nadętą marudą i chodź potańczyć! — Francesco uszczypnął go w tyłek. — Pamiętasz, miałeś wyrwać jakieś ciacho.
— Nie mam ochoty, naprawdę — mruknął Harry, zanurzając usta w szklance i marząc o porządnej porcji Ognistej Whisky.
— Zatańczysz? — Jakiś nieznajomy zaczepił Francesco, tym samym przychodząc Harry'emu z pomocą.
Kumpel posłał mu pytające spojrzenie.
— Idź, poradzę sobie — zapewnił go Harry, posyłając nieznajomemu przyzwalający uśmiech.
— Ok., ale następnego tańca ci nie daruję! — zagroził Francesco.
— Jasne, idź już. — Harry popchnął go lekko w stronę mężczyzny i odetchnął z ulgą, kiedy para zniknęła w tłumie.
— Na co masz ochotę? Ja stawiam? — usłyszał zmysłowy głos, tuż przy swoim uchu. Zanim zdążył spojrzeć w oczy jego właścicielowi, wyobraźnia podsunęła mu odpowiedź, która sprawiła, że spłonął rumieńcem.
— Malfoy? Co tutaj robisz? — zapytał jednak obojętnie.
— Podejrzewam, że to samo, co ty. Bawię się. Choć tobie aktualnie dość kiepsko idzie.
— Kiedy wróciłeś? — Harry nie zareagował na docinkę.
— Dziś rano.
I nie zadzwoniłeś do mnie?, chciał zawołać, ale w porę uświadomił sobie, że Malfoy nie miał właściwie żadnego powodu, by do niego dzwonić. Zwłaszcza w niedzielny poranek.
— Tęskniłeś za mną? — Blondyn prowokował dalej.
— A powinienem? — Harry spojrzał uważnie na Malfoya.
Chłopak wzruszył ramionami i wyglądał na lekko urażonego.
— Ja tęskniłem. Wizja porannego seksu z tobą zepsuła mi cały weekend.
— Następnym razem nie wyobrażaj sobie takich koszmarów — odparł Harry z sarkazmem. Czuł się do głębi urażony słowami Malfoya. Dlaczego w ogóle zadawał się z tym kretynem? Szukał kolejnego guza? I zrujnowania swojego od nowa ułożonego życia? Hermiona z pewnością powiedziałaby mu, co o tym sądzi, nie przebierając w słowach. Harry aż wzdrygnął się na samą myśl.
— Chodziło mi o to, że wizja porannego seksu, którego sobie resztkami woli odmówiłem, nękała mnie do chwili, kiedy cię znów zobaczyłem.
— Teraz zniknęła? — zaciekawił się Harry. Delikatny dreszczyk podniecenia przebiegł mu wzdłuż kręgosłupa.
— Teraz nęka mnie wizja seksu w toalecie — odparł Malfoy z błyskiem w oku.
Harry zachichotał jak nastolatka na pierwszej dyskotece, myśląc jednocześnie, że jest totalnym idiotą, ale nic nie mógł poradzić na to, że jego humor nagle znacząco się poprawił.
— Dwie whisky z lodem — zamówił tymczasem Malfoy, a kelner postawił przed nimi szklaneczki z kształtnymi kostkami i zalał je na ich oczach złocistym płynem. Harry z entuzjazmem sięgnął po jedną z nich. Nie smakowała co prawda jak Ognista, ale w tej chwili nie miało to już dla niego większego znaczenia.
— Przez ciebie będzie mnie nękała podobna wizja — oświadczył Harry, w jednej chwili czując, że wszystkie bardzo kolorowe drinki, które do tej pory w siebie wlał, były jednak mocno alkoholowe, bo świat zaczynał mu wirować.
— Mam wrażenie — odparł Malfoy powoli, delektując się whisky — że razem moglibyśmy jakoś temu zaradzić.
— Tak? — zapytał Harry, zaczynając niebezpiecznie intensywnie wpatrywać się w oczy Malfoya.
— Tak. — Malfoy zdecydowanym ruchem przechylił swoją szklaneczkę i opróżnił jej zawartość.
Chwilę później przedzierali się w kierunku toalet. Po drodze przemknęło Harry'emu, że jest niespełna rozumu, ale w tej chwili nic nie mogło go już powstrzymać, nawet złowione w tłumie ostrzegawcze spojrzenie Almy.
Zaraz za progiem jego usta odnalazły wargi Malfoya. Nie obchodziły go obściskujące się po kątach pary, ani absurdalność całej sytuacji. Świat wirował mu niczym zwariowana karuzela, a podniecenie rosło z sekundy na sekundę. Pocałunki ani przez chwilę nie były delikatne. Raczej gwałtowne i zaborcze, jakby próbowali nadrobić stracony czas. Po chwili i one przestały im wystarczać, a ręce zaczęły niecierpliwie błądzić w poszukiwaniu intensywniejszych doznań. Z sekundy na sekundę coraz bardziej spleceni ze sobą, wpadli do jednej z kabin. Gdyby Harry był przy zdrowych zmysłach, musiałoby mu przeszkadzać, że ma zamiar uprawiać seks w publicznej toalecie. Do kurwy nędzy, powinno mu przede wszystkim przeszkadzać, że zamierza uprawiać seks z Malfoyem, nie ważne gdzie! Ale to przecież Malfoy sprawiał, że zupełnie się zatracał, zwłaszcza, kiedy wyczyniał te wszystkie rzeczy swoimi sprawnymi dłońmi, więc jak miał temu przeciwdziałać? Jedynym, co mogłoby mu teraz jeszcze przeszkadzać, to fakt, że wciąż miał mało doznań, za mało Malfoya. Chciał więcej. Więcej!
— Weź mnie — wydyszał ochrypłym z podniecenia głosem, a chwilę później poczuł go w sobie. Świat mu wirował, kiedy zaciskał dłonie na umywalce i przygryzał wargi, by nie krzyczeć, gdy Malfoy trafiał w jego najczulsze miejsce, jednocześnie pieszcząc go palcami. O, Merlinie! Czas i przestrzeń przestały istnieć, aż do momentu, gdy rozkosz eksplodowała mu tysiącem barw pod przymkniętymi powiekami i kiedy zrozumiał, że Draco doszedł chwilę po nim.
— Hej, nie mdlej mi tu — szepnął do niego Malfoy, jednocześnie przytrzymując go lekko i odwracając do siebie. — Noc jeszcze młoda — dodał z uśmiechem i pocałował Harry'ego w usta. Zabójcza mieszanka imbiru i orgazmu, jaką pachniał mężczyzna oszołomiła go zupełnie. Niemal bez tchu obserwował, jak Malfoy doprowadza się do stanu używalności, ubiera spodnie i rusza w stronę drzwi.
— Do zobaczenia za jakiś czas przy barze! — zawołał i już go nie było. Harry powoli wypuścił powietrze wciąż wpatrując się w miejsce, w którym zniknął mężczyzna.
Harry pomyślał, że gdyby tak wyglądało jego codzienne życie, z pewnością miałby problemy z sercem. Nie tylko w przenośni. Kolana nadal się pod nim uginały i pozostawał w stanie lekkiego niebytu, powodującym przemożną chęć rzucenia na siebie kilku praktycznych, postkoitalnych zaklęć, niestety lokalizacja w publicznej toalecie bezwzględnie to wykluczała. Co prawda większość znajdujących się tu osób była dość zajęta, ale i tak wciąż obecna.

Kiedy tylko opuścił łazienkę, czekała już na niego Święta Inkwizycja pod postacią Almy z groźnie ściągniętymi brwiami i zaciśniętymi ustami. Ta mina jednoznacznie wróżyła kłopoty. Harry jęknął w duchu, próbując ją ominąć, ale najwyraźniej dziewczyna nie uprawiała właśnie obezwładniającego, dzikiego seksu w toalecie (bądź miała w tej kwestii większą wprawę niż Harry) i wykazała się lepszym refleksem.
— Jamsie Radcliffie, przestań przede mną uciekać! — rozkazała, łapiąc go za ramię.
— Co też ci chodzi po głowie. Jakżeż bym mógł uciekać przed najpiękniejszą kobietą, jaką znam? — Zrobił niewinną minę.
— Widocznie włączył ci się syndrom geja — zauważyła, wciąż nie puszczając jego ramienia i prowadząc w stronę baru.
— Syndrom geja? — zapytał Harry, ciesząc się, że zyskuje na czasie.
— Wszyscy homoseksualni mężczyźni, panicznie boją się pięknych kobiet, które mogłyby zachwiać ich słabo ugruntowaną orientacją seksualną.
— Cóż, w takim razie jesteś dla mnie wielkim zagrożeniem — odparł z udaną powagą Harry. — Nie zdawałem sobie sprawy z istnienia owego syndromu, ale myślę, że w pełni usprawiedliwi on, jeśli teraz się oddalę. Lubię swoją orientację. Nawet jeśli jest słabo ugruntowana.
Harry usiłował wstać z krzesełka, na którym usadziła go przed chwilą Alma, ale przytrzymała go natychmiast.
— Nie myśl, że ujdzie ci to na sucho — syknęła.
— To znaczy? — próbował udawać, że nie rozumie.
— Pakujesz się w zdecydowanie śmierdzącą historię, Jamie.
Cóż, w tej kwestii Harry nie mógł się nie zgodzić z przyjaciółką. Ale czy ten nieziemski seks, nie był tego warty?
— Nie jesteś chłopcem, z którym pieprzy się w toalecie. Malfoy to wie, ale z jakiegoś powodu sprawia mu to frajdę. Ale, do diabła, ty też powinieneś o tym wiedzieć i wykazać się większym rozsądkiem.
— Almo, proszę, nie jestem dzieckiem — westchnął Harry.
— To dlaczego tak się zachowujesz, do jasnej cholery?
Alma była zła. Wystarczyło na nią popatrzeć. Aż iskry leciały. Ale o co aż tak się piekliła? Harry nie mógł zrozumieć. Przecież był dorosły, wiedział, co robi. Najwyżej trochę się poparzy, to potem weźmie zimny prysznic i po krzyku. Wielkie rzeczy.
— Kurwa, jesteś idiotą, James — warknęła.
— Dzięki. — Spróbował się uśmiechnąć, ale mu nie wyszło. Nie chciał jej denerwować. — Nie martw się o mnie.
— Nie będę — zapewniła go szorstko. — Zrobiłam swoje. Jeśli nadal zechcesz zachowywać się jak skończony kretyn, twoja sprawa. Tylko potem nie przylatuj do nas z płaczem.
— W porządku — odparł Harry lekko urażonym tonem.
— Świetnie. — Alma zsunęła się z krzesła. — Rozumiem, że twoja nowa postawa „chodzi mi tylko o zajebisty seks" akceptuje, że właściciel wciąż ciepłego od twojej dupy kutasa obmacuje się właśnie z jakimś palantem na środku parkietu?
Harry natychmiast skierował swój wzrok na dancefloor i zamarł, czując jak żelazna obręcz zgniata mu żołądek. Malfoy naprawdę obściskiwał się właśnie z jakimś żigolakiem w takt namiętnej rumby. Kurwa.
— Tak myślałam — skwitowała Alma.

Harry pośpiesznie opuścił „Costę" i nie zważając na bezpieczeństwo, aportował się wprost do swojego domu. Czuł się potwornie. Tak jak za najgorszych dni w powojennym Londynie. Nie mógł zrozumieć, jak do tego dopuścił, ale tak właśnie przedstawiała się prawda. Może to była kwestia magicznego świata? Kiedy tylko dopuszczał do siebie jego istnienie, życie wywracało się do góry nogami. Na początku działo się tak za sprawą Voldemorta. Później, znalazło się wielu godnych następców w kategorii czynienia jego egzystencji zwyczajnie nie do zniesienia. Dopiero, kiedy wyrzekł się magii i swojej czarodziejskiej tożsamości odzyskał spokój. A teraz, gdy jak skończony idiota pozwolił wtargnąć do swojego życia Malfoyowi, wszystko zaczęło się od nowa. Przeklęty Ślizgon! Czego od niego chciał? Chociaż tak naprawdę to była jego własna wina. Naprawdę zachowywał się jak debil. Nie rozumiał sam siebie i to napawało go jeszcze większą frustracją, niż gdyby mógł zwalić całą winę na Malfoya.
Otworzył barek z zamiarem nalania sobie Ognistej, ale w ostatniej chwili się rozmyślił i rzucił na siebie zaklęcie trzeźwiące, po czym ruszył do swojej sypialni i w pięć minut miał spakowaną walizkę. Kiedy wyszedł na ulicę, zaczynało świtać.
— Dokąd to, Jamie? — Rose wychyliła się z kuchennego okna, kiedy wkładał walizkę do bagażnika.
— A ty, czemu nie śpisz, Rosie?
— Zaraz wychodzę na targ, jak to w poniedziałki. Gdzie się wybierasz o tak wczesnej porze?
— Postanowiłem zrobić sobie kilka dni urlopu — odpowiedział zgodnie z prawdą.
— Słusznie. A mój Francuz jedzie z tobą? — Uśmiechnęła się do Harry'ego promiennie. Nigdy nie nazywała Malfoya inaczej niż „swoim Francuzem".
— Nie śmiałbym ci go zabierać, Rose.
— E tam, zabierać — obruszyła się kobieta. — Ja tam swoje wiem, widziałam, jak na siebie zerkaliście.
— Masz zdecydowanie zbyt bujną wyobraźnię — zaśmiał się z przymusem.
— Akurat! Mnie nie oszukasz. Mam mu coś przekazać?
— Nie, Rosie. Żadnych wiadomości.
Kobieta wyglądała na rozczarowaną.
— W porządku — westchnęła. — Baw się dobrze.
— Taki mam zamiar — odparł Harry i wsiadł do samochodu.
Jego zamiarem była jednak przede wszystkim ucieczka. Wiedział, że jeśli zostanie, wpakuje się w kłopoty, a nie chciał tracić tego, co tutaj osiągnął. Spokojnego życia i przyjaciół. Nie chciał po raz kolejny ryzykować wszystkiego. Nie dla Malfoya.