Jestem chora i z tego korzystam. Enjoy.


Oddychając głęboko, przycisnęła prawą dłoń do serca. Zamrugała gwałtownie, by przegnać cisnące się do oczu łzy i zacisnęła wargi, patrząc na swój nieduży pokoik, na osłonięte półprzezroczystymi kotarami łóżko, a potem skierowała wzrok na leżący na poduszeczce diadem. Nigdy go nie nosiła. Jako młodsza córka króla i jako członkini dynastii, która była związana z ludem bardziej, niż wszystkie inne, zawsze miała większą swobodę niż jej brat. Jak dotąd wolno jej było przebywać w mieście nawet całe dnie, samej, bez strażników, o ile wracała przed wzejściem Krzyża Południa. Gdy ta gwiazda pojawiała się na niebie, wiedziała, że należy wracać do pałacu. Teraz jednak ją ograniczono. Przeszła szybką powtórkę tego, co powinna umieć jako księżniczka i gdy wróciła z komnaty, w której ćwiczyła taniec wraz z nauczycielem, postawiono ją przed faktem dokonanym. Jej rzeczy były już spakowane w duże, pojemne kufry.

Jedyną rzeczą, która nie była spakowana, była biała jedwabna sukienka. Uśmiechnęła się słabo, wiedząc, że to Touya wymusił na Radzie ten strój. To była suknia matki, ozdobiona złotymi motywami, o kroju przypominającym nihońskie kimono, w której przybyła do Clow, mają wyjść za jej ojca. Z ciężkim sercem założyła ją na siebie. Pasowała idealnie. Na głowę założyła diadem, na którym iskrzyły się trzy krwawe rubiny.

Spojrzała w lustro, nie rozpoznając siebie. Widziała nie Księżniczkę Ludu, jak czasem mówiono o niej w mieście, ale arystokratkę, wyrosłą wśród bogactwa. Poprawiła długie białe rękawiczki i w tym momencie znienawidziła swoje odbicie. Nie chciała grać kogoś, kim nie była.

- Już czas, księżniczko – stara służka, która kołysała ją do snu, kiedy była dzieckiem, wychyliła się zza drzwi. Oczy miała szkliste. – Powóz czeka…

- Dzisiaj o zmroku pod ruiny przyjdzie pewien chłopiec – powiedziała cicho Sakura, nie odwracając się do niej. W odbiciu widziała przygaszone, zielone oczy, umalowane lekko, ale wyraźnie. – Na komodzie leży zapieczętowany list. Proszę, daj mu go. To ostatnia prośba.

- Dobrze, księżniczko.

Minęła służbę i przeszła na korytarz, gdzie znalazła się w otoczeniu dwóch żołnierzy. Na jej widok skłonili głowę. W ich towarzystwie wyszła na dziedziniec, gdzie już czekała kareta. Obok niej stał najwyraźniej z siebie zadowolony starzec z Rady i wypełniony tłumioną wściekłością Touya.

Podeszła do nich.

- Miłej podróży, księżniczko Sakuro – starzec rzucił szybkie pozdrowienie. Touya podszedł do niej i niespodziewanie delikatnym ruchem ujął jej dłonie.

- Siostrzyczko – szepnął miękko. Pochylił się i z czułością ucałował ją z czoło. – Pamiętaj, że zawsze będę cię kochać.

Zamrugała, wzruszona tym jawnym wyznaniem. Ostatni raz Touya powiedział jej coś takiego, gdy miała sześć lat.

- Ja ciebie też, braciszku – odparła, czując że głos jej drży. Książę pokręcił głową.

- Jedź już.

Woźnica otworzył przed nią drzwi, a gdy weszła, zatrzasnął je lekko. Ledwo zdążyła usiąść i poczekać, aż jej bagaże zostaną wniesione do środka, powóz ruszył, a końskie kopyta zadudniły na bruku. Przez oszklone okno patrzyła na zmniejszającą się postać brata, który stał z wyciągniętą ręką bez ruchu. W pewnym momencie starzec odszedł, a obok księcia pojawiła się chłopięca sylwetka. Poczuła ciepło w sercu, gdy Touya rozczochrał włosy Syaorana, a potem pałac królewski znikł za zakrętem.

Zasunęła zasłonę i dopiero, gdy pod końskimi kopytami zachrzęścił piasek, odsunęła je, by ostatni raz spojrzeć na Clow.


Pustynne królestwo nigdy nie utrzymywało dużego dworu, zatem pojechała jedynie w towarzystwie dwóch strażników. Podczas trzech dni jazdy, przerywanej jedynie na nocleg, miała wiele czasu, by rozmyślać, co okazało się przekleństwem, ponieważ strach ciągle ją atakował i nękał. Próbowała nie myśleć o zamążpójściu, oglądając przez okno karety mijane okolice i rozmawiając z woźnicą. W końcu ciepłe powietrze Południa zniknęło, zastąpione mroźnym oddechem Północy, zatem zaprzestała przesiadywania na koźle obok kierującego końmi i schowała się we wnętrzu powozu. Ubrała się w specjalnie uszyte na jej podróż obrania – eleganckie, ale ciepłe szaty, bez których zmarzłaby na kość. Za każdym razem, gdy się zatrzymywali, widziała zaczerwieniony nos woźnicy i jego zmarznięte ręce, ale zarówno on, jak i żołnierze odmawiali ogrzania się we wnętrzu powozu, który specjalnie dla niej Yukito oznaczył kilkoma zaklęciami. Dzięki jego magii, mogła siedzieć w środku, nie trzęsąc się z zimna – clowiańskie powozy, zbudowane z lekkiego drewna, nie były przystosowane do takiego klimatu, budowane raczej tak, żeby nie zatrzymywać w środku ciepła.

Cieszyła ją jedna rzecz – że od zrękowin do właściwej ceremonii upłynie sporo czasu. Chociaż wiedziała, że jej serce zawsze będzie należeć do Syaorana, miała nadzieję, że zdoła jakoś przywyknąć do myśli… że wkrótce będzie dzielić łoże z obcym mężczyzną.

O księciu Fayu słyszała jedynie to, że jest silnym magiem, oraz kilka dziwnych, powtarzanych szeptem plotkach, w które aż nie chciało się wierzyć. Co niektórzy powątpiewali w czystość jego krwi, inni wygadywali o dewiacjach… Z tym, że gdy pytało się ich o dowody, uciekali wzrokiem i zaczynali rozmowę o czym innym, co czyniło ich zupełnie niewiarygodnymi. Sama nie wiedziała, co o tym sądzić, odrzuciła więc rozmyślania na bok, obserwując przez okienko powozu ciemny, ośnieżony las, do którego wjechali. Twardy śnieg zatrzeszczał pod kopytami koni. Uniosła się z siedzenia i zapukała w maleńkie, zamykane drzwiczki, będące droga komunikacji między woźnicą a pasażerami.

- Tak, Wasza Wysokość? – usłyszała usłużny głos mężczyzny.

- Czy to już Celes? – spytała, ciesząc się, że jej głos zabrzmiał pewnie.

- Tak, księżniczko. Właśnie przekraczamy granicę. W Laverze powinniśmy być o zmroku.

- Dziękuję.

Skuliła się na siedzeniu, schowała głowę w fałdach sukni i zacisnęła mocno wargi, by się nie rozpłakać. A zatem stało się, nie ma już odwrotu. Gdyby tylko tata był zdrowy… Nagle pomyślała, że być może już nie żyje i łza potoczyła się po jej pobladłym policzku. Nie mogła odpędzić od siebie ponurych myśli na temat tego, że już nigdy nie zobaczy rodziny i przyjaciół. Kolejne słone krople spłynęły w dół.

Nisko wiszące, zamglone słońce nie mogło przedrzeć się przez gęste igliwie drzew, do barwnego powozu, w którym łkała królewska córka.


Obudziła się z krótkiej drzemki, wywołanej płaczem, gdy odgłosy towarzyszące podróży się zmieniły. Skrzypienie śniegu zamieniło się w stukot,gdy końskie kopyta uderzały o bruk. Zerwała się i przypadła do okna, patrząc na pomarańczowe i błękitne latarnie miasta, przez które przejeżdżali, rzucające kolorowy blask na bajeczne, ośnieżone dachy. Niebo było bezchmurne, rozjaśnione jakimiś niezwykłymi, zielono-błękitnymi smugami, wokół których migotały nieznane jej konstelacje. Gdzieś za masywnymi, białymi domami majaczyło się jakieś rogate zwierzę, grzebiące kopytem w ziemi, na zadbanej ulicy mignęła jej postać ciemnowłosego dziecka i pięknej, młodej kobiety o włosach upiętych do góry, odzianej w migoczące, srebrne futro, bawiącej się z latoroślami przy drodze. Patrzyła z zaciekawieniem, jak dzieci lepią ze śniegu kulki i obrzucają się nimi wzajemnie, a biały puch unosi się w powietrzu. Ten obrazek tak ją zauroczył, że na moment zapomniała o własnych problemach, a potem pomyślała, jak dobrze, że resztę życia spędzi w pięknym miejscu. To miało być jakieś pocieszenie.

Kareta skręciła, a jej oczom ukazało się ciemne wzgórze. Uniosła wzrok i westchnęła. Słyszała wiele o wspaniałości celeskiego zamku, jednak nawet najwierniejsze opowieści nie mogły odwzorować dokładnie tego, co widziała. Smukłe dwie wieże, kolumny, droga pnąca się w górę i oświetlona magicznymi lampionami, a do tego ten przecudowny blask magii, układający się w kształt skrzydeł czule otulających zamek…

Jej nowy dom.

Ostatnia myśl zmroziła ją i przerwała zachwyty nad pięknem tego miejsca. Powóz zaczął jechać pod górę, a na ulice wysypali się ludzie z okolicznych domów. Usłyszała swoje imię, wykrzyczane serdecznym tonem i zrobiło się jej jakoś raźniej na sercu. Twarze ludzi wykazywały zaciekawienie i nigdzie nie widziała niechęci.

W niespodziewanie szybkim czasie konie poradziły sobie ze wzgórzem. Nim się spostrzegła, kareta zwolniła, aż w końcu zatrzymała się. Uniosła się z miejsca, mając nadzieję, że nie widać po niej wcześniejszego płaczu i poprawiła biały płaszczyk na ramionach. Woźnica otworzył przed nią drzwi i pomógł wysiąść.

Dotknęła srebrzystymi pantofelkami śliskiego bruku i podniosła wzrok. Przed wrotami zamku zgromadził się niewielki tłumek, za to była naprawdę bardzo wdzięczna. Pośrodku, wysunięty przed innymi, stał mężczyzna w wieku jej ojca, z długimi, kruczoczarnymi włosami, na których spoczywała niebieska korona. Na jej widok ruszył w jej stronę, samotnie. Nigdzie nie widziała kogoś, kto mógłby być księciem.

- Witam w Laverze, księżniczko Sakuro – odezwał się król Ashura, unosząc jej dłoń do ust. – Niezwykle miło mi cię poznać.

- Mi również – dygnęła lekko, czując, że trema odpływa. Król miał smutne, ale ciepłe oczy.

- Wybacz, że Jego Książęca Mość nie może cię przywitać osobiście – powiedział Ashura, stając obok niej. Podała mu swoją dłoń, pozwalając się prowadzić. – Niestety książę Fay nie czuje się dziś najlepiej.

- Nie czuję się urażona – odparła, świadoma, że zgromadzony dwór pilnie słucha ich dworskiej rozmowy. – Czy dolega mu coś poważnego?

- Nie, księżniczko – wargi Ashury zadrżały lekko, a kąciki ust nieco się uniosły. – Wydaje mi się, że ktoś nie dopilnował procesu pędzenia bimbru i teraz to się mści – rzucił szeptem, gdy wrota zamku rozwarły się przed nimi. Zachichotała cicho z jego uwagi i jednocześnie poczuła się dużo lepiej. Król już przypadł jej do serca.

- Zgodnie z tradycją, jutro o zmroku rozpocznie się bal powitalny, na którym odbędą się zrękowiny – powiedział jej, prowadząc dziewczynę poprzez salę wejściową. Ukradkiem rozejrzała się dookoła, widząc bogactwo, z którego słynęło Celes. – Dwór chciał wyprawić je jeszcze dzisiaj, ale przekonałem, że to nie jest dobry pomysł. Musisz odpocząć po podróży.

- Dziękuję – odpowiedziała, ośmielając się uśmiechnąć do władcy. – Podróż była naprawdę bardzo męcząca.

- Księżniczko – odezwał się, gdy prowadził ją schodami w górę. – Jutro, po zrękowinach, chciałbym z tobą porozmawiać. Nie będziesz miała nic przeciwko temu?

- Skądże – odparła Sakura. Król zaprowadził ją na samą górę, na najwyższe piętro. Wyżej były już tylko wieże.

- Tutaj znajdują się moje prywatne komnaty i wspólne pomieszczenia królewskiej rodziny, z których masz oczywiste prawo korzystać – łaźnie, salon muzyczny i biblioteka. W Zachodniej Wieży przygotowano twoją sypialnię, we Wschodniej natomiast mieszka książę Fay. Z reguły to piętro i wieże nie są strzeżone, gdyż cenimy sobie prywatność, jeśli jednak zechcesz mieć przy sobie strażników, nie będzie to problemem.

- Dziękuję, ale nie – odpowiedziała. Uśmiechnęła się lekko do króla. – Jest dobrze tak, jak jest.

Ashura skinął głową i wydawał się zadowolony z jej odpowiedzi.

- Służba pojawi się, gdy zadzwonisz dzwonkiem w którymkolwiek z pomieszczeń. Teraz muszę zostawić cię samą. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko?

Pokręciła głową, a król zniknął w swoich apartamentach.


- Magu? – był środek nocy, a Kurogane właśnie wślizgiwał się do sypialni księcia.

- Jeśli przyszedłeś się ze mną pieprzyć, to możesz od razu wrócić do siebie – burknął na niego Fay, zwinięty w ciasny kłębek pod kołdrą. Kurogane uniósł brwi, nie przejmując się bardzo złym humorem blondyna – książę zwykle unikał określania fizycznej miłości na sposób wulgarny.

- Ten bimber musiał być naprawdę mocno zepsuty, skoro tak cię rozłożył – zauważył.

- Zdołałem sam to zauważyć – wymamrotał książę, a strażnik przysiadł na jego łóżku i jedną ręką opierając się o pościel, drugą zaczął głaskać jasne włosy, czyniąc na nich jeszcze większy bałagan.

- Twoja narzeczona przyjechała – brunet niemal wypluł to słowo, krzywiąc się. – Dobra pora na zatrucie, nie?

- Na zatrucie nigdy nie jest dobra pora – sprostował Fay, nadal nie zmieniając pozycji. – Boję się – dodał po chwili.

- I dlatego chciałeś się uchlać tym bimbrem?

- Chciałem się uchlać dopiero wieczorem, czerwonym winem, ale jak widzisz plany się zmieniły.

Kurogane wywrócił oczami, przesunął palcem po skórze za uchem blondyna. Fay spojrzał na niego i blado się uśmiechnął, obracając na plecy.

- Więc mam iść w cholerę czy zostać? – spytał wojownik, po czym pochylił się lekko i pocałował przezroczysty policzek.

- Przepraszam – Fay uniósł się do pozycji siedzącej, podkulając nogi. – Nie powinienem tak warczeć. Chociaż o to trudno, jak wszystkie flaki się w środku przewracają – zrobił żałosną minę. – Zostań, jeśli chcesz, ale przygotuj się na niemile doznania zmysłowe. Wymiotuję średnio co pół godziny.

- Nie takie rzeczy już przeżyłem – Kurogane wlazł pod kołdrę. rozłożył się na plecach, zakładając ręce za głowę. Książę skulił się przy jego boku.

- Widziałem grafik straży na jutrzejszy bal – odezwał się po chwili wojownik. – Odmówiłem udziału.

Fay poruszył się lekko.

- Chciałbym, byś tam był.

- Nie wymagaj tego ode mnie – odpowiedział mu brunet. – Nie będę patrzył, jak z nią siedzisz, usługujesz jej przy stole i tańczysz. Nie jestem masochistą.

Mag westchnął.

- To czekaj na mnie tutaj, gdy bal się skończy. Chcę spędzić z tobą jutrzejszą noc.

- Tyle ci mogę obiecać.


Długa podróż sprawiła, że zasnęła szybko. Dopiero gdy się obudziła, mogła szczegółowo obejrzeć swoją komnatkę. Pokój był nieco większy niż jej własny w pustynnym mieście, ale za to urządzony w zupełnie odmiennej kolorystyce. W Celes królowały barwy zimne – biele, błękitny, srebra, czasem blade złoto, natomiast Clow kojarzono z żywymi kolorami, a zwłaszcza z czerwienią i intensywną żółcią. Mimo tego nie mogła nie powiedzieć, że ten stonowany, chłodny wystrój jej się nie podoba. Wszystko urządzone tutaj było ze smakiem, duże łóżko i sofa obita białą skórą były bardzo wygodne, duże łukowate okna ukazywały zaśnieżony krajobraz i niebo ozdobione nocami tym, co tutaj nazywano zorzą – jak dowiedziała się od służki. Łakocie, które zastała w komnatce były słodkie, gruba pościel miękka i miła dla skóry, a piękny obraz na jednej ze ścian niemal zachwycał. Chwilę po przebudzeniu wpatrywała się przez chwilę w uroczą, przysypaną śniegiem wioskę, malowaną chyba z perspektywy dziecka – o czym świadczyło to, jak duże były budynki i jak nisko patrzyły oczy malującego, a także drobne ślady na śniegu. Jednak mimo pozornej idylli w cieniu jednej z chat czaiło się coś ciemnego. Gdy wstała i podeszła, by przyjrzeć się temu czemuś, w kłębach ciemności mogła już dostrzec zarysy ludzkiej sylwetki, jakiegoś mężczyzny. Odgadła, że to, co trzyma w dużych, żylastych rękach, to skórzany pas i mimowolnie zadrżała.

Potworne wyobrażenie.

Gdy zerknęła na mężczyznę raz jeszcze, zauważyła, jak mocno podkreślono jego niebieskie, zimne oczy.


Godziny wlokły się niemiłosiernie, a gdy Fay poczuł, że w końcu mógł się podnieść z łóżka bez ryzyka zwrócenia poprzedniego posiłku, zbliżał się bal. Siedząc ociężale na łóżku, skupił zmęczony wzrok na złotym dzwonku leżącym na komodzie. Wysłał troszkę magii, by poruszyła przedmiotem i w komnatce rozległ się cichy dźwięk. Odczekał chwilę, a gdy rozległo się delikatne pukanie do drzwi, rzucił:

- Proszę.

W drzwiach pojawiła się głowa służącego.

- Czym mogę służyć, Wasza Książęca Mość?

- Przynieś mi jakiś lekki posiłek – Fay wstał z łóżka, mając nadzieję, że nie wygląda tak źle, jak się czuje. – I… gorącego mleka z miodem. Za pół godziny proszę przygotować kąpiel.

- Do usług, książę.

Służący zniknął z pola widzenia, a Fay pokręcił głową. Dotąd, po tylu latach, nie mógł przyzwyczaić się do wydawania rozkazów. Od dawna mieszkał w zamku, a dotąd miał trudności z uświadomieniem sobie, że stoi wyżej od innych ludzi. Wzdrygnął się, gdy przypomniał sobie bolesne słowa z przeszłości. Bękart. Śmieć.

Nie chcąc rozpamiętywać dawnych wydarzeń, udał się do małej garderoby przylegającej do jego sypialni, by znaleźć coś bardziej stosownego niż pomięta, wygodna szata. Zaklęciem zamaskował bladość twarzy i podkrążone oczy, zanotowując w myślach, żeby nie używać tych czarów za często, by nie narobić sobie później problemów. Gdy przygotował sobie ubranie, usłyszał stukot stawianego naczynia w sypialni. Powracając tam, zastał już posiłek i kubek jego ulubionego napoju. Znaczy się, pod tym względem wygrywało celeskie wino, więc blondyn uznał mleko z miodem za ulubiony, bezalkoholowy napój.

Zjadł posiłek i przewiesiwszy ubrania przez rękę, udał się do łaźni. W pomieszczeniach wspólnych nie było nikogo, co powitał z ulgą. Nie miał ochoty spotkać księżniczki wcześniej, niż na balu.

Łaźnie składały się z kilku pomieszczeń, odmiennych pod względem wielkości i głębokości basenów. Dawno temu upodobał sobie jedno z nich – nieduże, ale za to wyposażone w ogromny kominek. Zamykając za sobą drzwi na klucz, zsunął buty z nóg i stanął boso na kamiennej posadzce, przyjemnie rozgrzanej huczącym, żywym ogniem. Przez chwilę patrzył w płomienie, umiejętnie podsycane zarówno drewnem, jak i magią, by płonęły przez długie godziny, po czym odłożył swoje rzeczy na niską, długą drewnianą ławę wzdłuż jednej ze ścian, pełniącej jednocześnie rolę schowka i siedziska. Obok leżały już przygotowane białe ręczniki i wybór wszelkich dodatków do kąpieli. Jeśli chodziło o taplanie się w gorącej wodzie, Fay uwielbiał luksusy.

Zdjął z siebie ubrania, czując ciepło unoszące się w powietrzu. Obok, wpuszczony w podłogę, znajdował się basen mogący pomieścić dwie osoby. Fay uśmiechnął się pod nosem, wsuwając się do wody, z buteleczką w dłoni. Ciepłe kamienie grzały jego plecy, gdy oparł się wygodnie o ściankę basenu, by woda sięgała mu prawie do piersi. Od niechcenia wysunął korek z buteleczki i gorąca woda przybrała lekko perłowy odcień, a przyjemny zapach sprawił, że Fay przymknął oczy.

Czy ty zawsze wlewasz do wody połowę pracowni alchemicznej? Książę uśmiechnął się pod nosem, przypominając sobie jedną ze wspólnych kąpieli z Kurogane, po czym uśmiech przygasł. Wiedział, że chęć bycia blisko niego jest jednym z dwóch powodów, dla których Kurogane tak chętnie przebywał w łaźniach. Drugim było upodobanie Nihończyków do gorących źródeł i chociaż brunet nigdy by się do tego nie przyznał, Fay wiedział, jak bardzo Kurogane tęskni za ojczyzną.

Myśli Faya powędrowały do ich pierwszej kąpieli.


- Ouji-sama – Fay usłyszał ciche mamrotanie pod drzwiami łaźni. – Książę? – zapytał Kurogane przez drewno. Blondyn pokręcił głową z lekkim uśmiechem, wiedząc, że niełatwo będzie oduczyć wojownika nihońskiego szacunku do władzy. W końcu przebywał w Celes zaledwie miesiąc.

- Mówiłem, żebyś się tak do mnie nie zwracał – odparł pogodnie Fay, podchodząc do drzwi i dotykając klucza w zamku i przekręcając go. – Nie żądam czci.

- Jesteś synem króla – burknął Kurogane, przestępując próg. Fay dojrzał jego zmęczone oczy i dłoń kurczowo przyciśniętą do brzucha i zrozumiał, że ból zmusił bruneta do przerwania mu kąpieli. – Nie wiem, jak mam do ciebie mówić. Nie znam waszych zwyczajów… - Kurogane zwolnił, a jego spojrzenie przebiegło po nagich ramionach, torsie ociekającym wodą i białym ręczniku nisko zawiązanym na biodrach. Szybko uciekł wzrokiem, a Fay tylko radośnie się uśmiechnął.

- Mów mi po imieniu – puścił oko do bruneta, który zmieszany zainteresował się buteleczkami na szafkach. Fay spoważniał, widząc skrywany spazm bólu na jego twarzy. Położył mu dłoń na ramieniu i lekko popchnął, by usiadł na ławie. – Rana? Bardzo boli? – spytał z troską, przykucając przy nim.

- Bywało gorzej – mruknął wojownik nieustępliwie, ale Fay dojrzał wszystko w pobladłej twarzy i szklistych oczach. Czule dotknął policzka Kurogane, który znieruchomiał pod tym dotykiem.

- Powinien mieć tutaj eliksir przeciwbólowy – udając, że nie widzi zmieszania Nihończyka, zaczął grzebać w szafce. Odnalazł sporą fiolkę i odkorkował ją. – Wypij łyk, nie więcej. To bardzo silne – ostrzegł, podając fiolkę Kurogane. Po krótkiej chwili brunet, dotąd nieco skulony, wyprostował się i odetchnął z ulgą.

- Dzięki – wymamrotał Kurogane, a Fay usiadł obok. Mag od niechcenia bawił się wystającą nitką swojego ręcznika, zawijając ją na palec. Przez chwilę siedzieli w ciszy, mimo że Kurogane wiedział, że powinien odejść. Ale jak, na bogów, skoro tak bardzo go ciągnęło do księcia?

- Masz ochotę na kąpiel? – zapytał niespodziewanie Fay.

- C-co? – Kurogane spojrzał na niego, a mag zachichotał z jego miny i wstając, pociągnął go do góry, tak, by stali naprzeciw siebie. Bardzo blisko, Kurogane widział każda iskrę w tych niebieskich oczach. Wilgotne, jasne włosy przyklejały się do smukłej szyi.

- Otoczę ranę zaklęciem, by nie dostała się do niej woda – dłoń Faya dotknęła brzucha Kurogane w miejscu, w którym pod ubraniem znajdował się gruby bandaż. – Przyda ci się trochę relaksu.

- Z tobą?

Fay uniósł się na palcach.

- Bardzo chętnie, jeśli proponujesz – szepnął zmysłowo w ucho wojownika, widząc kątem oka czerwień, która zagościła na jego policzkach. Mimo wahania, ręce bruneta mocno otoczyły czarodzieja w pasie, przyciskając do siebie. Fay przymknął oczy, czując dotyk warg na swojej szyi. Więc w końcu sobie pozwoliłeś.

- Widzisz, nie jestem taki straszny.

- Zamknij się, majutsu-shi – mruknął Kurogane, a jego palce zatańczyły przy węźle ręcznika. – Za dużo gadasz.

Blondyn zarzucił mu ręce na ramiona, inicjując pocałunek w usta.


Tłumaczenia:

Ouji-sama - książę (zwrot do księcia)

majutsu-shi - mag