Tłumaczenie za zgodą autorki.
Link do wersji oryginalnej znajduje się na moim profilu.
Godryk delikatnie ścisnął moją dłoń i pociągnął mnie w dół, przez co oboje siedzieliśmy teraz na dachu. Chwilę później oderwałam wzrok od naszych złączonych palców i skupiłam się na jego twarzy. Rozszyfrowanie, co chodziło mu po głowie, zawsze przychodziło mi z niemałym trudem.
— Jeśli nie przybyłeś tu, by mnie zabić, to czemu zawdzięczam tę wizytę? — zapytałam w celu podtrzymania rozmowy, ponieważ on wyraźnie się do tego nie palił.
Westchnąwszy cicho, odparł: — Zdaję sobie sprawę, Julianno, że mnie nienawidzisz i masz do tego pełne prawo. Wyrządziłem ci tyle krzywd, że do niektórych wolałbym nie przyznawać się nawet przed samym sobą. Popełniłem tak dużo błędów...
Darzę cię uczuciem, którego, jak przypuszczam, nigdy nie odwzajemnisz. I nie oczekuję tego od ciebie. Ale chciałbym, byś wiedziała, że zawsze wiele dla mnie znaczyłaś. Jesteś najsilniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek, w ciągu dwóch tysięcy lat swego pobytu na tym świecie, spotkałem. I wszystko, co uczyniłem, uczyniłem dlatego, że tak rozpaczliwie cię pragnąłem.
Wiem, że nie traktowałem cię godziwie. Przecierpiałaś przeze mnie stulecia katuszy. I chcę cię dziś za to, za te wszystkie lata, przeprosić.
Umilkł, podczas gdy ja duchem przebywałam gdzieindziej. Przyprowadzanie się do porządku zajęło mi dłuższą chwilę. Kiedy wreszcie tego dokonałam, mimowolnie zmarszczyłam brwi. — Spodziewasz się, że ot tak przyjmę za to wszystko jedne, proste przeprosiny? — spytałam z niedowierzaniem i wyrwałam dłoń z jego uścisku. — Po tym, co zrobiłeś, zakładasz, że jedne przeprosiny wszystko naprawią?
Założywszy ręce na piersi, żeby nie próbował po raz kolejny ująć mojej dłoni, poderwałam się na nogi. Godryk z kolei pozostał na swym miejscu i ze smutkiem wzruszył ramionami. — Nie powiedziałem, że musisz je przyjąć.
Ale wiedziałam, że tylko tego pragnął. Ja jednak oczekiwałam znacznie więcej.
(stulecia wcześniej)
— Kiedy się pobierzecie — przemówił Mariusz, unosząc kielich tak, jakby chciał wznieść toast — spędzicie razem całą wieczność. — Spostrzegłszy na mej twarzy jawne przerażenie, kontynuował: — Godryk to odważny wojownik i silny wampir. Ochroni cię i nauczy wszystkiego, co musisz wiedzieć o naszym życiu.
Powoli przeniosłam spojrzenie z Mariusza na Godryka. Wpatrując się w młodzieńca, którego przeznaczono mi na męża, nieznacznie rozdziawiłam usta. To przez niego świat, w którym dotychczas żyłam, popadł w dokumentną ruinę.
— Poślubię... ciebie? — słowa te wykrztusiłam z siebie niczym gorący olej. Na samą myśl o małżeństwie z Godrykiem miałam ochotę wrzeszczeć, pluć i wymiotować. Nikogo nie nienawidziłam bardziej od niego.
W reakcji na moje pytanie zmrużył swoje czarne oczy. Wyraźnie nie spodobało mu się, jak zareagowałam na wieść, że będziemy razem „przez wieczność". Ja z kolei nie potrafiłam nawet zrozumieć tego pojęcia; wątpiłam, czy jego sens komukolwiek mieścił się w głowie. Tak czy owak, odrzucał mnie pomysł spędzenia z Godrykiem choćby chwili dłużej, nie wspominając o niezmiernie długim życiu, które kryło się zapewne pod terminem „wieczność".
Z powrotem obróciłam się ku Mariuszowi. — Ale to niemożliwe. Zostałam już przyrzeczona komuś innemu. — Zamiast odpowiedzieć, sięgnął do jednej z kieszeni swojej szaty i wyciągnął z niej małe, białe zawiniątko, po czym położył je na stole i przesunął w moją stronę.
Rozejrzawszy się po izbie, zorientowałam się, że wszyscy uważnie mi się przyglądali. Po chwili wzięłam głęboki oddech i rozłożyłam tkaninę.
Tuż przede mną leżał mój srebrny pierścień; musiałam użyć całej swej powściągliwości, by stłumić głośne westchnienie ulgi. Gdy tylko spróbowałam go podnieść, okazało się jednak, że popełniłam poważny błąd.
Pisnąwszy z bólu, natychmiast cofnęłam rękę i zerwałam się z miejsca — w momencie, kiedy dotknęłam pierścienia, przez dłoń przebiegł mi okropny, palący impuls, a czubki palców roztopiły się i przywarły do metalu. Chociaż skóra szybko wróciła do pierwotnego stanu, ból zwlekał z odejściem jeszcze przez dłuższą chwilę. Przyciskając przedramię do klatki piersiowej, zlustrowałam pomieszczenie wzrokiem.
Ani jeden z gości się nie zaśmiał, ale po wyrazach ich twarzy odgadłam, że obserwowanie mojej niefortunnej przygody sprawiło im jakąś chorą przyjemność. Kasjusz, mężczyzna-wilk, uśmiechał się nawet drwiąco. Gdybym musiała wybierać, kogo nie cierpię tak mocno jak Godryka, z pewnością padłoby na niego.
Krzywiąc się, wskazałam na pierścień. — To nie należy do mnie. Gdzie jest mój pierścień?
Mariusz wygiął wargi w lekkim uśmiechu. — Przed tobą. Nie on się zmienił, tylko ty.
— Srebro parzy wampiry. Każdy o tym wie — usłyszałam z lewej strony szept Godryka. Musiałam ugryźć się w język, żeby nie odparować mu czymś, czego później bym żałowała. Złapawszy moją dłoń, spróbował na powrót usadowić mnie na krześle. Był silny, ale ja też nie zaliczałam się do najsłabszych.
— Nie dotykaj mnie, kiedy nie życzę sobie, żeby mnie dotykano! — warknęłam na niego i wyswobodziłam rękę. W mgnieniu oka poderwał się na nogi, obnażając kły. Nie zdawałam sobie sprawy, że ja także je posiadałam, dopóki nie poczułam, że coś dziwnego stało się z moimi zębami. Pospiesznie zakrywszy usta lewą dłonią, prawą, wykorzystując tkaninę, chwyciłam pierścień i zamachnęłam się dziko. Godryk musiał się odsunąć, żeby uniknąć kontaktu z niebezpiecznym srebrem.
Do drzwi dotarłam nadludzko szybko, wykorzystując potencjał swego nowego ciała. Już zamierzałam opuścić izbę, gdy Godryk zawołał: — Jako twój twórca nakazuję ci zostać! — przez co znienacka nie mogłam posunąć się do przodu. Obróciłam się na pięcie, żeby stanąć z nim twarzą w twarz; dolna część mojej sukni zawirowała wokół kostek.
— Co mi zrobiłeś? Pozwól mi odejść! — wrzasnęłam.
Mariusz znalazł się przy mnie w ułamek sekundy i położył mi dłoń na ramieniu. — Julianno — mruknął — życie z nami nie będzie aż takie złe.
Zapewne chciał, aby słowa te zabrzmiały pocieszająco, lecz za ich sprawą przeraziłam się tylko jeszcze bardziej. Zaślepiona panicznym strachem i nie do końca świadoma własnej siły, jednym płynnym ruchem strąciłam z siebie jego rękę. Następnie pod wpływem impulsu wskoczyłam Mariuszowi na plecy i przycisnęłam mu srebrny pierścień do karku. Zwinął się z bólu.
Dostrzegłszy, że Godryk już otworzył usta, żeby wydać następny rozkaz, pospiesznie krzyknęłam: — Nie waż się niczego mówić! Jeśli zażądasz ode mnie czegoś jeszcze, wbiję mu to w szyję!
Młodzieniec warknął i posunął się o krok naprzód. Parę sekund później jego wzrok prześlizgnął się ze mnie na Mariusza. — Mistrzu? — odezwał się ostrożnie.
Tymczasem Mariusz ponownie skręcił się pode mną z bólu. Wiedziałam jednak, że gdyby chciał, z łatwością wyratowałby się z opresji bez niczyjej pomocy. — Czego pragniesz, Julianno? Życia pozbawionego przyjaciół i związków międzyludzkich? Bo w swym starym życiu nie masz już czego szukać. Dobiegło ono końca.
— To ty je zniszczyłeś!
— Ale w zamian oferuję ci lepsze. Z Godrykiem.
Na krótki moment przeniosłam spojrzenie na miejsce, w którym stał Godryk. Nie ujrzałam tam jednak żadnej nadziei na dobrą przyszłość. — Nie chcę Godryka. Nie chcę ciebie. W ogóle nie chcę tego życia.
Wiedziałam, że teraz nie było już odwrotu. Przycisnąwszy pierścień do skóry Mariusza z nieco większą siłą, wydyszałam: — Potrafię stworzyć własną przyszłość. Jako twórca Godryka rozkaż mu uwolnić mnie spod jakiejkolwiek władzy, jaką nade mną ma.
— Nie! Nie rób tego! — zawył Godryk i rzucił się w naszym kierunku. Mariusz okazał się szybszy.
— Godryku! Dość! — Młodzieniec zatrzymał się zaledwie o stopę od nas. Zastygły w bezruchu tak samo jak ja wcześniej, wpatrywał się we mnie swoimi ciemnymi oczami, które przywodziły na myśl dwie bezdenne jamy wypełnione wściekłością. — Nakazuję ci uwolnić Juliannę.
Przez chwilę milczał. I w ciągu tej jednej chwili wydawało mi się, że wyczułam w nim coś innego poza brutalnością i nienawiścią. Sprawiał wrażenie... smutnego.
Wkrótce westchnął: — Jesteś wolna.
Jedynie to pragnęłam usłyszeć. Zeskoczywszy z Mariusza, zostawiłam palące srebro przywarte do jego karku i w mgnieniu oka opuściłam pokój.
Chociaż nie miałam pojęcia, dokąd zmierzałam, niebawem udało mi się odszukać wyjście. Kiedy znalazłam się na zewnątrz, uświadomiłam sobie, że mogłam poruszać się z niewiarygodną prędkością. Wbiegłam zatem do lasu znacznie szybciej, niż poruszało się jakiekolwiek ze znanych mi zwierząt.
Godzinami błąkałam się po gęstej puszczy, szukając jakiegoś znajomego punktu, aż w końcu natrafiłam na ścieżkę, która prowadziła do najbliższego miasteczka; stamtąd dotarcie do domu stanowiło już tylko kwestię czasu.
Pędząc przed siebie z nadludzką szybkością, czułam się dziwnie silna i potężna. Nareszcie odzyskałam wolność, lecz nie wiedziałam jeszcze, ile przyjdzie mi za nią zapłacić.
Okna mojej rodzinnej chaty jarzyły się w mroku nikłym światłem. Gdy gnałam w jej stronę przez zagrodzone pastwisko, owce z popłochem ustępowały mi z drogi. Nie było to ich typowe zachowanie — zazwyczaj wręcz się do mnie garnęły — ale nie przejęłam się tym zbytnio, uznając, że bały się po prostu moich nowych zdolności.
Opuściwszy pole, zwolniłam kroku; nie chciałam przestraszyć rodziny. Gdy dotarłam do drzwi, dostrzegłam, że ktoś zerkał na mnie ukradkiem zza rogu budynku. Pomimo ciemności szybko rozpoznałam Antonię, jedną z mych młodszych sióstr, która przyglądała mi się zmrużonymi oczyma. — Julianna? — szepnęła z niedowierzaniem.
— Antonia!
— Julianna! — pisnęła i popędziła ku mnie. Tuż przed tym, gdy rzuciła mi się w ramiona, upuściła na ziemię ten sam pasterski kij, który zostawiłam w lesie; nie ulegało żadnej wątpliwości, że po zniknięciu Ireny, Heleny i moim to ona przejęła pieczę na stadem. Fakt, że ojciec zastąpił nas tak szybko, zaszokował mnie o wiele mniej niż to, że wypasaniem owiec zajmowała się teraz dziewięcioletnia dziewczynka.
Obejmując mnie, Antonia mówiła tak prędko, że trudno było odgadnąć, gdzie kończyła się jedna myśl, a zaczynała druga: — Julianno! Julianno! Tak się cieszę, że wróciłaś! Nie było cię przez trzy dni i matka, i ojciec, i Delicja, i Kamila, i Portia... wszyscy przypuszczaliśmy, że zginęłaś! Ale stoisz tu! I żyjesz! W przeciwieństwie do Heleny i Ireny, znaleźliśmy je w puszczy, to było takie smutne... Powiedzieliśmy już Teodozjuszowi, że umarłaś, ale myliliśmy się! Tak się cieszę, że...
Jednakże im więcej Antonia paplała, tym mniej uwagi poświęcałam jej słowom. Z sekundy na sekundę jej głos zdawał się dochodzić z coraz większej odległości, mimo że nasze twarze niezmiennie dzieliło zaledwie parę cali; koniuszkami palców wyczuwałam każdą zmianę napięcia mięśni jej pleców. Oddychała dość głośno, ale za sprawą łoskotu w uszach słyszałam to bardzo niewyraźnie. Początkowo sądziłam, że to moje serce biło tak szybko z radości, że z powrotem znalazłam się w domu. Tylko że ja nie byłam rozradowana. Byłam głodna.
W uszach dudnił mi nie własny puls, lecz puls Antonii. Co więcej — widziałam nawet delikatne ruchy żył w jej gardle i odnosiłam wrażenie, że czuję, jak krew w jej ciele płynie wartko pod moimi palcami. Doskwierał mi potworny głód, lecz nie miałam ochoty na nic, co do tej pory jadałam. Ale czegoś łaknęłam. I moje wnętrzności wrzeszczały, że znajdę to pod skórą Antonii.
— Julianno? — spytała nagle Antonia, usiłując się ode mnie odsunąć. — Julianno? Co się stało, siostro? — Jej niebieskie oczy z trwogą spoglądały w moje. — Nie wyglądasz dobrze, Julianno. — Wciąż starała się wyrwać, ale byłam od niej znacznie silniejsza. — Puść mnie! Julianno, przestań!
Ja jednak nie potrafiłam nad sobą zapanować — gwałtownie zatopiłam twarz w jej szyi i wbiłam się kłami w młodą, gładką skórę; nie mogąc oprzeć się pokusie, pożywiłam się z własnej siostry, plądrując jej gardło tak doszczętnie, że nie miała nawet szansy zawołać o pomoc.
Kiedy, nasyciwszy się krwią Antonii, pozbyłam się wreszcie tego dziwnego głodu, położyłam ją na ziemi i spróbowałam ocucić. Na próżno. Nie żyła. I to ja ją zabiłam.
Nie wierzyłam w to, co uczyniłam; zalała mnie fala wyrzutów sumienia tak potężna, że nie pragnęłam niczego innego poza śmiercią. Nie byłam w stanie oderwać wzroku od nieruchomego ciała Antonii: od jej oblicza zastygłego w wyrazie skrajnego przerażenia, od głowy niemalże oderwanej od wątłego tułowia... Gdy w pewnym momencie zapłakałam, z oczu, zamiast łez, pociekła mi jej krew. Szkarłatne krople pokryły wkrótce całą mą twarz, trawę wokół niej i kołnierz mojej quasi-ślubnej sukni.
Z bólem pogłaskałam jasne włosy siostry, po czym mocno ją do siebie przycisnęłam; pragnęłam ją przytulić, w podobny sposób jak wcześniej, tyle że teraz z uczuciem. Ale tamten moment już się skończył. Podobnie jak zakończyło się jej życie.
Niebawem zaniosłam Antonię do lasu. Tam pochowałam ją własnymi rękami, żeby oszczędzić rodzinie cierpienia na pogrzebie kolejnej córki i siostry. Przez jakiś czas sterczałam przy jej nieoznaczonym grobie, podpierając się na swoim pasterskim kiju, żeby z rozpaczy nie osunąć się na ziemię.
Noc powoli przechodziła w świt; niebo było już raczej granatowe niż czarne jak węgiel. Instynkt podpowiadał mi, że powinnam odejść. Wiedziałam, że w przeciągu godziny obudzi się reszta mych sióstr, a nie chciałam narażać nikogo więcej na żadne niebezpieczeństwo. Z żalem obróciłam się zatem ku puszczy, by na zawsze zostawić swój dom daleko w tyle.
Oddaliłam się jedynie o kilka kroków, gdy znienacka usłyszałam za plecami donośne, zwierzęce kichnięcie. Odwróciwszy się, ujrzałam Kasjusza w postaci wielkiego, czarnego wilka. Bydlę stało na grobie Antonii, węsząc w skopanej ziemi. Po chwili podniosło swój wielki łeb i warknęło.
W ciągu ostatnich paru godzin mój strach przed wilkami nie zdążył jeszcze zmaleć, lecz patrząc na Kasjusza, czułam raczej nienawiść niż trwogę. Obróciwszy w dłoni laskę, grożąco wycelowałam nią w bestię. — Opuść to miejsce, Kasjuszu. — Gdy znowu warknął, wygiął górną wargę tak mocno, że odsłonił wszystkie swoje ostre zębiska.
Nagle ja również obnażyłam kły, chociaż wcale nie zamierzałam tego zrobić. Nie mogłam pozwolić, by ten brak kontroli objął także moją psychikę.
Wyczułam Godryka, nim go zobaczyłam: przycupnął na drzewie nad grobem Antonii niczym kruk. Kiedy zwinnie stamtąd zeskoczył, skierowałam swój kij na niego. — Zostawcie mój dom w spokoju, obydwaj! To nie wasza ziemia!
— Cały świat jest moją ziemią — odparł stanowczo młodzieniec, po czym lewą stopą trącił grudkę piasku z kopca nagrobnego Antonii. Moje oko drgnęło lekko w reakcji na ten jawny brak szacunku. — A to nie jest już twój dom. Zmieniłaś się. Jesteś wampirem.
Dokądkolwiek się udasz, sprowadzisz tam ze sobą śmierć i zniszczenie. Będziesz tylko krzywdzić tych, których kiedyś zwykłaś kochać. Widzę, że już to zrobiłaś.
Rozwścieczona do granic możliwości, zacisnęłam zęby. — Albo z własnej woli zejdziesz z grobu mojej siostry, albo cię do tego zmuszę. — Nie zdziwiłabym się, gdyby Godryk mnie zaatakował, lecz on po prostu zszedł z kopca ze zdegustowanym wyrazem twarzy.
— Mariusz zakazał mi fizycznej konfrontacji z tobą. Nie zrobię ci krzywdy. Jestem tu tylko po to, by udowodnić ci, że mnie potrzebujesz. Jeśli postanowiłabyś zostać ze mną i stać się moją żoną, nigdy nie zamordowałabyś swej siostry, aby zaspokoić głód. Zadbalibyśmy o to, byś miała tyle krwi, ile byś potrzebowała. Zgubił cię twój egoizm.
Po raz kolejny zebrało mi się na płacz, ale powstrzymałam łzy, skoro wiedziałam już, że wypłyną jako krew.
— Ponosisz za mnie odpowiedzialność — mruknęłam. Godryk skinął głową. Zapewne sądził, że w końcu udało mu się do mnie dotrzeć. — Zatem wszystko, co mi zrobiłeś, a co później ja zrobiłam w rezultacie, to tylko i wyłącznie twoja wina.
Ciemne oczy Godryka niebezpiecznie się zwęziły. — Jakież to osobliwe, że jesteś taka niezależna i uparta jedynie dopóty, dopóki musisz zmierzyć się z konsekwencjami własnych czynów. Ponosiłem za ciebie pełną odpowiedzialność do chwili, w której Mariusz polecił mi cię uwolnić. Jednakże teraz możesz robić to, co ci się żywnie podoba.
Ale wiedz, że potrafię wyczuć, gdzie przebywasz, bez względu na to, jak daleko uciekniesz. Zawsze będę częścią ciebie, a ty mnie.
Mariusz nakazał mi zostawić cię całą i zdrową, więc tak uczynię, gdyż ja zamierzam wypełniać wolę mego mistrza aż do dnia jego śmierci.
Godryk przybliżył się do mnie, stając w miejscu, w którym jedynie mój kij trzymał go na dystans. — Po raz ostatni składam ci propozycję wiedzenia życia u mego boku — przemówił cicho. — Przyjmujesz ją? — Jego ciemne oczy popatrzyły na mnie z nadzieją, lecz zaledwie przez sekundę.
— Odmawiam — wydusiłam przez zaciśnięte zęby.
Oblicze młodzieńca natychmiast pociemniało, a on sam wskazał na mnie palcem i rzekł jadowicie: — Wiedz zatem, Julianno, iż dzień, w którym Mariusz opuści ten świat, będzie dniem, w którym po ciebie przyjdę. A wtedy żaden rozkaz nie powstrzyma mojego gniewu.
Po tych słowach odwrócił się i zwrócił do mężczyzny-wilka: — W drogę, Kasjuszu. Nasza misja jest zakończona.
Godryk bezzwłocznie pomknął w gęstwinę drzew. Kasjusz zerknął za nim, lecz zamiast od razu odejść, spojrzał jeszcze w moją stronę; pysk wilka przywodził na myśl drwiąco uśmiechnięte oblicze człowieka. Gdy znienacka podniósł nogę, jakby chciał ulżyć sobie na grobie Antonii, straciłam resztki samokontroli, nie czując absolutnie niczego poza ślepą furią.
Wrzeszcząc niczym jakaś dzikuska, uniosłam laskę i wbiłam ją w czaszkę zwierza jak łyżkę w brzoskwinię. Bydlę w ułamek sekundy przemieniło się w nagiego mężczyznę. Po krótkiej chwili wrócił Godryk; w wyrazie zdumienia moim niespodziewanym okrucieństwem szeroko otworzył oczy.
— Godryku! — zawołałam do niego, obracając zakrwawiony kij w dłoni. Popatrzył na mnie dopiero wówczas, gdy zdołał oderwać wzrok od zmasakrowanego ciała Kasjusza. — Ty z kolei wiedz, że nie jestem taka słaba, za jaką mnie uważasz. A kiedy po mnie przyjdziesz, nic nie uchroni ciebie przed moim gniewem.
Kiedy spojrzenie wampira z powrotem wylądowało na martwym Kasjuszu, dostrzegłam, że nie było w nim ani krzty żalu. Co więcej, Godryk wydawał się wręcz zadowolony ze śmierci swego towarzysza. Wkrótce ponownie zerknął w moim kierunku; na jego ustach igrał nikły uśmiech. — Nigdy nie uważałem cię za słabą, Julianno.
