R O Z D Z I A Ł D R U G I

We're so different!

Kurt siedział na kanapie owinięty szerokim, puchatym kocem i popijał gorącą herbatę. Smakowała trochę jak mięta, chociaż Kurt był pewien, że czuje też pomarańcze i grejpfruty, które zawsze bardzo lubił.

Kurt – odezwał się jakiś miękki, cichy głos zaraz przy jego uchu.

Kurt uśmiechnął się leniwie, odstawiając kubek z herbatą na stolik przed sobą i westchnął cicho. Odwrócił głowę w bok, żeby spojrzeć na osobę, która wymawiała jego imię w ten słodki, podniecający sposób, jakby z francuskim akcentem, trochę zbyt długo przeciągając „r".

Blaine – mruknął nieco niewyraźnie, uśmiechając się lekko. Wyciągnął przed siebie rękę, żeby zanurzyć ją w burzy miękkich, czarnych loków. – Mhm... Blaine.

Blaine odprężył się pod jego dotykiem, przymykając oczy i delikatnie rozchylając usta. Kurt był tak blisko niego, że na szyi czuł gorący, nieco przyśpieszony oddech i mógł zobaczyć pięć małych pieprzyków na jego policzkach, których z większej odległości nie sposób było dostrzec. Był pewien, że nigdy wcześniej nie spotkał kogoś tak pięknego.

Kurt westchnął cicho, zmniejszając dzielącą ich odległość na taką, w której rzeczywiście stykali się nosami i oddychali tym samym, gorącym powietrzem. Nie całkiem świadomie nawijał na palec kosmyk włosów Blaine'a, kiedy ten nieśpiesznie wodził ręką po jego plecach.

Nie całowali się, ale Blaine czuł zapach mięty, grejpfrutów i jakichś drogich perfum, które Kurt kupił kilka dni wcześniej i był pewien, że już nigdy nie spotka nikogo lepszego od Kurta. To było po prostu niemożliwe. Dla Blaine'a nie istniał nikt inny.

Kocham cię – szepnął z przejęciem, podnosząc rękę do policzka Kurta. Jego głos załamał się w połowie tego wyznania, jakby sprawiło mu ono ogromny ból. – Tak bardzo cię kocham… – dodał jeszcze ciszej, zamykając oczy.

Kurt ze strachem obserwował kilka łez zostawiających mokre ślady na policzkach Blaine'a. Chciał je zetrzeć, scałować i zadeklarować, że ich miłość nie jest i nigdy nie była jednostronna, ale coś go powstrzymało. Rzeczywistość.

Obudził się. To był tylko kolejny sen. Sen, zostawiający po sobie znajome uczucie paniki i strachu. Sen, po którym Kurt na chwilę tracił nad sobą kontrolę.

Przez kilka minut wiercił się na łóżku, balansując gdzieś na granicy snu i jawy, ale kiedy wszystkie wspomnienia i uczucia wróciły na swoje miejsce, natychmiast usiadł i prawie krzyknął. Przed oczami zatańczyło mu kilka drobnych mroczków, pewnie przez zbyt gwałtowny ruch. Oddychał szybko i zdecydowanie zbyt płytko, zaciskając szczęki. Spokojnie, to tylko sen, spokojnie, to tylko sen, spokojnie… powtarzał jak mantrę, jakby mogło to pomóc mu w uspokojeniu się. Niestety nie pomogło.

Kurt zastanawiał się, dlaczego nie może po prostu mieć koszmarów o wielkich, włochatych pająkach albo niekończących się korytarzach. Dlaczego nie może wydawać mu się, że ucieka przez jakiś straszny las albo spotyka ogromnego, błotnego potwora? To znacznie ułatwiłoby mu życie. Naprawdę, oddałby wszystko za zwykły sen. Lub przynajmniej taki, którego następnego dnia by nie pamiętał. Ale nie. To musiał być akurat on. Wpychał się do jego snów zupełnie bez zaproszenia i bezwstydnie mówił mu, że go kocha. Kurt z irytacją pomyślał, że nadal ma wielki tupet, ale szybko odgonił tę myśl.

Zacisnął zęby i schował twarz w dłoniach, starając się myśleć o czymkolwiek, tylko nie o Blainie, choć zdawał sobie sprawę z tego, że nie ma praktycznie żadnych szans. Jego umysł zdawał się z niego szydzić i wyrzucać mu wszystkie najlepsze, a jednocześnie najgorsze wspomnienia, jakby chciał przekazać Kurtowi, że ten nie ma wystarczającej mocy, aby nad nim zapanować.

Kurt nie był pewien, kiedy zaczął płakać. Wiedział tylko, że kiedy znów odzyskał kontrolę nad swoim ciałem, wszystkie poduszki leżały porozrzucane po całym pokoju, a on sam łkał cicho, zaciskając pięści na prześcieradle. Nie pamiętał, żeby zrzucał kołdrę z łóżka i nie pamiętał nawet, żeby kiedykolwiek wcześniej płakał, więc był tym wszystkim tak zszokowany, że aż wstrzymał oddech i uspokoił się w ułamku sekundy.

Słyszał szum krwi w swoich żyłach i serce, które biło szaleńczym, nierównym rytmem. Łzy nadal paliły go pod powiekami, więc zamrugał kilkukrotnie i przetarł oczy drżącymi dłońmi. Bardzo wolno podszedł do leżących na podłodze poduszek i głośno przełknął ślinę, po czym ułożył je z powrotem na łóżku. To ja to zrobiłem? myślał z przerażeniem i zamrugał kilka razy, żeby upewnić się, że naprawdę rzucał poduszkami przez jeden, głupi sen. Serio?

Kurt miał nadzieję, że jego ojca nie było w domu, a nawet jeśli był – że ściany jego pokoju są dostatecznie grube, żeby niczego nie słyszał. Nie mógł pozwolić sobie na to, żeby ktokolwiek niepotrzebnie się o niego martwił. Bo nie było o co, naprawdę. To tylko kilka poduszek, to tylko kołdra, to tylko trochę płaczu, wmawiał sobie, wycierając nadal mokre od łez policzki. Zastanawiał się, czy istnieją jakieś specjalne sposoby na zapominanie snów.

– Palisz – powiedział smutno wysoki, czarnowłosy chłopak, zamykając za sobą szerokie, balkonowe drzwi. Jego brat stał lekko przygarbiony, opierając się na barierce w jakimś dziwnym, wyblakłym odcieniu brązu i powoli zaciągał się papierosem. – Palenie zabija – dodał cicho, chociaż był pewien, że taka argumentacja nie przekona go do rzucenia nałogu.

– Życie zabija – odparł ponuro niższy chłopak. Jego uwaga była całkowicie skupiona na jakimś odległym punkcie za horyzontem. Słońce już dawno zaszło, ale on zdawał się tego nie zauważać. – Kiedy idę ulicą, w każdej chwili może spaść na mnie wielkie, ciężkie pianino. Albo meteoryt. Za chwilę mogę wpaść pod samochód albo wylecieć przez balkon. Nie mieszaj do tego papierosów.

– Nie lubiłeś tego – odezwał się po chwili drugi chłopak, zakładając za ucho kilka czarnych kosmyków. W jego głosie zabrzmiała nutka desperacji. – Rok temu wyrwałbyś mi peta z ręki i spuścił w kiblu. Co się z tobą stało, Blainie? – zapytał ze smutkiem, wzdychając ciężko. – Nigdy wcześniej nie zachowywałeś się tak jak teraz.

Blaine tylko wzruszył ramionami, nawet nie odwracając się w stronę swojego rozmówcy. Zgniótł dymiący niedopałek pomiędzy dwoma palcami i wyrzucił go przez balustradę. Odchrząknął, nerwowo poprawiając rozwiane włosy i wkładając czarną, skórzaną kurtkę leżącą na plastikowym krześle obok.

– Przykro mi, że cię zawiodłem, Coop – powiedział tonem, który wcale na to nie wskazywał. Zacisnął zęby. – Tak mi przykro, naprawdę. Zawiodłem moich idealnych rodziców, idealnego brata i idealnych nauczycieli – mówił z coraz to większą irytacją, szarpiąc się z klamką. – Naprawdę bardzo mi, kurwa, przykro! – krzyknął, w końcu otwierając drzwi i prawie wyrywając je z zawiasów. Wpadł do mieszkania, założył buty i głośno trzasnął drzwiami, wychodząc na zewnątrz.

Cooper spojrzał z rozżaleniem na drzwi, za którymi zniknął jego brat i rozłożył ręce w geście rezygnacji. Za każdym razem, kiedy próbował nawiązać jakąkolwiek konwersację, było tylko gorzej. Próbował być delikatny. Próbował prosić, a nawet żądać i krzyczeć. Ale nie mógł dotrzeć do Blaine'a w żaden sposób. Był po prostu całkowicie odizolowany od świata. Od niego. Od rodziców. Zaczynało mu już brakować pomysłów i cierpliwości do jakiejkolwiek wymiany zdań z bratem. Zaczynał bać się nawet, że jeśli Blaine wkrótce nie zacznie z nimi współpracować, rodzice zrealizują swoją groźbę odnoście leczenia psychiatrycznego. A Cooper nie chciał nawet myśleć, jak na coś takiego zareagowałby jego młodszy brat.

3 lata wcześniej

Blaine, już jestem! Wołałeś mnie, czy… zaraz… Blaine, czy to jest papieros?

Blaine szybko schował niedopałek za plecy, próbując wyglądać na niewinnego.

Nie – skłamał automatycznie, próbując nie zacząć kaszleć od drażniącego nozdrza dymu. – To tylko… to… nie… ja tylko… i… tak, może i tak – westchnął przymykając oczy. No to się wpakował.

Zacisnął powieki w oczekiwaniu na jakikolwiek wybuch ze strony drugiego chłopaka, ale kiedy otworzył oczy, twarz Kurta była zaraz przy jego i bynajmniej nie wyglądała jak twarz kogoś, kto ma zamiar zacząć krzyczeć. Bardziej jak twarz kogoś ciekawego, kto… wącha swojego najlepszego przyjaciela?

Śmierdzisz – skomentował Kurt, marszcząc uroczo nos, na co Blaine uśmiechnął się delikatnie. Przy Kurcie trudno mu było się nie uśmiechać. – Wiesz, że palenie jest niezdrowe, prawda?

Tak – zgodził się z lekkim zażenowaniem, wbijając wzrok w czubki swoich butów. – Nie robię tego często. Miałeś tego nie zobaczyć. Przepraszam, Kurt, to…

Nie – powiedział Kurt cicho, kładąc palec na ustach drugiego chłopaka. Opracował już plan. Uśmiechnął się szeroko. – Musisz przestać palić – zarządził twardo. – Nie mam zamiaru zbliżać się do ciebie na więcej niż pięć metrów, jeśli będziesz śmierdział tym gównem. Co oznacza, że nie będę cię całował… już nigdy więcej. – Kurt zachichotał radośnie nad genialnością swojego pomysłu.

Blaine ze zdziwienia szerzej otworzył oczy i wydał z siebie cichy jęk. Tego się nie spodziewał.

I przez następne trzy lata Blaine nie miał w ustach papierosa. Ale ludzie się zmieniają, a Kurt i tak już go nie całuje i jest dużo dalej niż pięć metrów od niego.

Musi wyglądać idealnie – powiedział Kurt do swojego odbicia w lustrze, zakładając szeroką, materiałową opaskę, która przytrzymywała jego włosy. – Co zrobić, żeby było idealnie?

Nic – mruknął Blaine, znienacka wyskakując gdzieś zza pleców Kurta. Uśmiechnął się szeroko. – Jesteś idealny bez żadnego makijażu. – Kurt prychnął cicho. – Ale jeśli chcesz być aż taki uparty, mogę pomóc ci się umalować. Jestem w tym lepszy od Elizabeth.

Kurt westchnął ciężko, kręcąc głową i zanurzył różowy puszek w pudrze. Zamknął oczy.

Nigdy – powiedział z teatralnym przejęciem, otwierając jedno oko. Spojrzał na Blaine'a podejrzliwie. – Namalowałbyś mi wąsy. Nie mogę zmarnować następnej kredki od Maybelline.

Och, daj spokój – burknął czarnowłosy, przewracając oczami z wyraźnym rozbawieniem. – Już przepraszałem za tamto. I to jakieś dziesięć razy. Pozwól mi – poprosił, łagodnie wyjmując z dłoni Kurta puder. – Mogę to zrobić – powiedział miękko, delikatnie przejeżdżając dłonią po policzku przyjaciela. Uśmiechnął się delikatnie, patrząc mu w oczy. – Wiesz, prawda?

Tak. – Kurt zamrugał kilka razy, jednak nie poruszył się nawet o milimetr. Nie był pewien, o czym właściwie mówili. – Wiem – szepnął.

Kurt uniósł dłoń i przytrzymał ją przy swoim policzku, jakby spodziewał się znaleźć tam rękę Blaine'a. Kiedy tak się nie stało, westchnął ciężko i przechylił głowę w bok, patrząc na swoje lustrzane odbicie.

Doskonale pamiętał dotyk rąk Blaine'a na swojej skórze. Próbował zapomnieć. Nie mógł. Próbował się go pozbyć. Nie był w stanie. Próbował go z siebie zmyć, ale tylko się podrapał i prawie zdarł sobie duży kawałek skóry na udzie. Na szczęście w porę się wtedy opamiętał.

Siedział na małym, plastikowym krześle, zupełnie spokojnie wpatrując się w lustro przed sobą. Elizabeth powiedziałaby pewnie, że powinien teraz wszystko z siebie wyrzucić. Cały żal, smutek i złość. Ale Kurt tego nie zrobił.

Być może dlatego, iż obawiał się, że jeśli pozwoli jednemu kamykowi spaść, zaraz za nim stoczy się cała lawina głazów. Obawiał się, że ciche łkanie przerodzi się w dziką furię, a niewinne rzucanie poduszkami w tłuczenie luster. Obawiał się, że wtedy straci kontrolę. A Kurt nie mógł sobie na to pozwolić. Nigdy więcej.

Uśmiechnął się, chociaż w tym uśmiechu nie było nic wesołego. Spokojnie, nakazał sobie w myślach, sięgając do kosmetyczki. On nigdy nie istniał, więc nie możesz po nim płakać.

– Sam potrafię się umalować – powiedział cicho, podnosząc tubkę podkładu. – Nie potrzebuję pomocy.

Kurt uśmiechnął się delikatnie, ale po chwili zmarszczył brwi i pokręcił głową z niesmakiem. Było coraz trudniej. Coraz trudniej utrzymać zadowolony wyraz twarzy, coraz trudniej mówić „Wszystko w porządku, dzięki" i nie wybuchnąć przy tym płaczem, coraz trudniej unikać kontaktu wzrokowego podczas rozmów z Elizabeth.

– Nie smakuje ci?

Kurt skrzywił się lekko, grzebiąc widelcem w swoim talerzu tak, żeby przynajmniej wyglądało na to, że cokolwiek zjadł.

– Przepraszam, nie jestem głodny – mruknął, w końcu zostawiając zapiekankę z serem w spokoju i odkładając widelec na bok.

Pamiętał, że kilka lat wcześniej miał wspaniały kontakt ze swoim tatą. Chodzili razem na mecze, śmiali się i na każdą kolację zamawiali pizzę z dodatkowym serem. Jak każdy ojciec z synem. Ale później to wszystko stało się dla Kurta zbyt bolesne. Więc się odciął. Musiał. Ale z dnia na dzień słowa „Czuje się świetnie, dzięki, że pytasz" raniły jego gardło coraz bardziej. I jedynym sposobem dla Kurta, żeby sobie z tym poradzić zdawało się być zachowywanie jeszcze większego spokoju i dystansu.

Burt wzruszył ramionami, nie komentując zachowania swojego syna ani słowem. Rozumiał, że przechodzi ciężki okres i, że każde rozstanie jest bardzo bolesne i zostawia trwały ślad w psychice człowieka, ale… to już nie był jego Kurt. Nie ten wesoły, odważny chłopak, który śmiało ubierał wszystkie te fikuśne marynarki i kolorowe krawaty, nie przejmując się opinią innych. To był ktoś, kto coraz mniej się uśmiechał i zamiast odpowiadać, odburkiwał coś pod nosem i twierdził, że wszystko w porządku. Ktoś, kto zaczął nawet nosić swetry w coraz to bardziej stonowanych kolorach, bez żadnych dodatków. Burt bał się, że jeśli tak dalej pójdzie za kilka lat Kurt całkowicie przestanie się odzywać, a jego garderoba będzie składała się wyłącznie z czarnych ubrań. Ta wizja była naprawdę okropna, bo Burt zawsze starał się być dobrym ojcem, starał się nie naciskać i nie wywierać presji, ale sytuacja zaczynała wymykać się spod kontroli. A kiedy ojciec chce, żeby jego syn był szczęśliwy – zrobi wszystko, żeby tak się stało.

– Kurt..? – Chłopak uniósł wzrok znad swojego talerza i posłał tacie pytające spojrzenie. – Przyjdź do mojego warsztatu po szkole. Muszę ci coś pokazać – powiedział Burt z wyraźnym zadowoleniem w głosie, wstając od stołu.

– Gdzie on jest?

Cooper przygryzł dolną wargę.

– Wyszedł.

– Dokąd?

– Do kolegi.

– Którego?

– Nie mam pojęcia.

– O której wróci?

Brunet posłał swojej matce poirytowane spojrzenie. Nie dość, że znowu krył Blaine'a i jego pijacką dupę, kiedy ten szlajał się po jakichś knajpach, to jeszcze był przesłuchiwany przez swoich rodziców, jakby tylko czekali na to aż się złamie i wszystko wygada.

– Nie powiedział – oznajmił, siląc się na spokój. – Cud, że w ogóle się do mnie odezwał…

– Krzyczał?

– Słucham?

– Kiedy się do ciebie odzywał – ponaglił ojciec. – Krzyczał?

Cooper zacisnął powieki. Nie mógł okłamywać swoich rodziców, kiedy patrzyli mu prosto w oczy z niemą groźbą wymalowaną na twarzy. Być może Blaine mógł, być może on rzeczywiście mógł, tak jak mu się wydawało, robić i mówić wszystko, co tylko chciał, o każdej porze dnia i nocy. I być może, ale tylko być może, jednak nie był to najlepszy sposób na życie.

– Nie – powiedział tonem trochę głośniejszym od szeptu. – Tylko trochę uniósł głos.

– Ile masz lat?

Blaine uśmiechnął się ironicznie.

– Osiemnaście! – krzyknął nieco kąśliwie, unosząc swój plastikowy kubek z piwem. Rozejrzał się wokół. – Tutaj wszyscy mają osiemnaście lat!

Blaine imprezował. To był trzeci raz w tym tygodniu, kiedy stał przy barze w Scandals i zaczepiał go jakiś napalony, słodki dwudziestoparolatek. Niech żyją bary dla gejów!

– Chcesz się pieprzyć?

Blaine uniósł brwi.

– Nie – odpowiedział zimno.

– Chcesz zatańczyć?

– Nie tańczę.

– Dobra. Postawić ci drinka?

– Myślałem, że nigdy nie zapytasz! – krzyknął wesoło, wreszcie odwracając się do swojego rozmówcy. Wyglądał dobrze, więc… – Duże Daiquiri* z plasterkiem ananasa. A, i zamiast jednej łyżeczki cukru, możesz śmiało wsypać dwie – poinstruował, a na jego usta wpłynął szeroki, leniwy uśmieszek. – Lubię słodkie rzeczy.

*Daiquiri – drink, podawany w wysokim, koktajlowym kieliszku, składający się z białego rumu, soku z limonki i łyżeczki cukru trzcinowego.