Przepraszam za tak wielką i potworną dziurę w publikacji! Nie, żebym nie miała tego rozdziału, tylko zwyczajnie jestem leniem z kompleksem niższości, któremu czasami wydaje się, że wszytko jest bez sensu ._. I w końcu wyszło, jak wyszło. Jeszcze raz przepraszam i obiecuję poprawę!

A teraz, jeśli naprawdę ktoś to czyta, oferuję kolejny rozdział~


- Czy z wszystkimi wszystko w porządku?

Niemcy rozejrzała się po pomieszczeniu. Jeszcze przed chwilą leżała na ziemi, z rękoma ochraniającymi głowę. Wyglądało na to, że reszta dziewcząt zrobiła to samo. Tylko Kanada schowała się za panelem sterowania. Nie było to zbyt mądre posunięcie, lecz na szczęście nic jej się nie stało. Wszystkie były bezpieczne. A przynajmniej chciałyby tak myśleć.

Nie wiedziały, dlaczego to się stało. Chwilę po tym, gdy Grupa I wyruszyła, coś złego zaczęło dziać się z Maszyną. Najpierw temperatura wokół niej gwałtowanie poszła w górę. Marguerite zaniepokoiła się. Potem rozmaite wskaźniki, lampki i czego na panelu sterowania nie było, zaczęło migać. Następnie włączyła się syrena i subtelny, damski głos wydał ostrzeżenie o przeciążeniu systemu. Kanada resztkami nerwów i sił spróbowała uratować sytuację, ale mimo tego w pewnym momencie musiała krzyknąć „NA ZIEMIĘ!", po czym nastąpił wybuch.

Części urządzenia walały się wszędzie. Od grubych, metalowych przewodów, przez drobne śrubki i sprężyny, do odłamków szkła, które mogły wyrządzić najwięcej ran. Na szczęście, poza drobnym szokiem, nikomu nic nie dolegało.

- Co się stało? Czemu to ustrojstwo wybuchło? – Polska jako druga otrząsnęła się katastrofie. Swoje pytania rzuciła w powietrze, zupełnie nie spodziewając się odpowiedzi. Dlatego jej zdziwienie było ogromne, gdy od strony szczątek usłyszała cichy głosik:

- Popsuta chłodnica? Błąd w obliczeniach? Zbyt duży ładunek? – Kanada mówiła sama do siebie, próbując otrząsnąć się z szoku. Zawiodła wszystkich. Dopuściła do katastrofy. Jak ona spojrzy siostrze w twarz? Właśnie… W jaki sposób ma spotkać się z siostrą? Czy Jenny jest bezpieczna? A co, jeśli cofnęły się dalej niż powinny i znalazły się w centrum pola bitwy? Co robić, co robić?

Okryła twarz dłońmi. Miała ochotę się rozpłakać. Ale w ostatnim momencie się powstrzymała. Trzeba być silnym. Myśleć, nie płakać. Działać, nie żalić się nad sobą.

Podniosła się, otrzepała spódniczkę i poprawiła beret.

- Kanado, co teraz zrobimy? – spytała Litwa, rozglądając się ze zgrozą w oczach po pomieszczeniu. Choć Kantrime nie miała jakichś szczególnych relacji z tamtymi krajami, to jednak nigdy nie wiadomo, co przyniesie przyszłość…

- Odbudujemy maszynę i sprowadzimy dziewczyny z powrotem. – oświadczyła Marguerite, otrzepując białe futerko Kumako z gruzu i kurzu.

- A jak planujesz to zrobić? – odezwała się nagle Rosja.

No masz ci los! Zupełnie jakby znała odpowiedź…

- „Chwila! Planujesz… Plany! Trzeba znaleźć zapasowe plany!" – przeszło Kanadyjce przez myśl. Od razu zaczęła żywo się rozglądać. Jenny powinna gdzieś je tu zostawić!

- Najpierw trzeba znaleźć plany konstrukcyjne… - powiedziała, gdy poczuła na sobie wzrok pozostałych dziewcząt. Te szybko jej przytaknęły i przyłączyły się do poszukiwań.

Gdyby tylko wiedziały, w jak innej rzeczywistości znajdowały się szukane dokumenty…

Dlaczego je to spotkało? Dlaczego musiały zostać uwięzione w jakimś dziwnym wymiarze, w którym już były ich 'męskie' wersje? A przede wszystkim: dlaczego na tym świecie istnieje jakiś podrabiany Ameryka w dziadowskich okularkach?!

Jenny tego nie rozumiała. I chyba wolała pozostać w błogiej niewiedzy. Oczywiście jej przygnębienie nie przeszkodziło pozostałym dziewczętom zapoznać się z nowymi znajomymi. Wokół panował radosny gwar, słychać było chichoty, krzyki i ożywione dyskusje.

- Czy już nikogo nie obchodzi, że będziemy musiały zostać na dłużej? – mamrotała do siebie dziewczyna, siedząc w kącie pokoju i separując się od otoczenia. Jedynymi jej sojuszniczkami w tym boju były siostry Vargas. Chiara nie była w stanie znieść takiej ilości facetów w jednym pomieszczeniu, a Bella postanowiła zająć się siostrą – choć sama wolałaby raczej zapoznać bliżej tych uroczych bliźniaków, którzy podobno byli tutejszymi Włochami. W takiej sytuacji, mogła jedynie posyłać im co pewien czas promienne uśmiechy (ale tak, żeby siostra nie widziała). Jednakże gdy do braci podeszły obie Hiszpanie, postanowiła przyglądać się sytuacji.

- Ty musisz być Romano, prawda? – Isabel skierowała się do bardziej opalonego Włocha.

Chłopak wzdrygnął się lekko i obrócił do Latynoski.

- No tak. – odparł niezbyt grzecznie, wciąż nie będąc pewnym zamiarów kobiety. Hiszpania zawsze pozostanie Hiszpanią, cokolwiek by się nie działo.

- Rozumiem. – wymamrotała po chwili nie do końca zdając sobie z tego sprawę i patrząc Włochom Południowym prosto w oczy. Lovino odruchowo odchylił się do tyłu, co spowodowało przechylenie się Isabel.

- Czy mogę..? – brunetka nagle zwróciła się do Antonio, wskazując palcem na Romano. Chłopak wzdrygnął się jeszcze bardziej.

- Jasne! – odpowiedział jej Hiszpania, nie widząc żadnego problemu. Lovino czuł coraz bardziej, że nie skończy się to dobrze. Wtedy kobieta nagle przyskoczyła do niego i zanim chłopak zdążył się zorientować, znalazł się gdzieś pomiędzy jej klatką piersiową a ramionami.

- Nie sądziłam, że jesteś aż taki słodziusi! – krzyknęła w pełni szczęśliwa Isabel, przytulając go jeszcze mocniej. Romano nigdy wcześniej nie czuł swojego kręgosłupa tak, jak w tym momencie. Próbował powiedzieć: „Puść mnie, ty pieprzona wariatko!", ale wyszło z tego tylko niezbyt zrozumiałe mamrotanie. Jedyne, co mógł robić, to piorunować wzrokiem zupełnie zadowolonego z siebie Antonio, który po chwili sam dołączył się uścisku. Romano został otoczony. W wesołej gromadce brakowało jedynie jego brata, który najwyraźniej gdzieś wyparował.

- „Gdzie , kurna, poniosło Feliciano?!"

A poniosło wcale nie tak daleko. Zaraz po tym, jak Hiszpanie przykuły całą uwagę brata, Feliciano zebrał się w sobie i postanowił podejść do tej ślicznej dziewczyny, która tak ładnie się do niego uśmiechała.

- Ty, zobacz, idzie tu! – Bella szepnęła do siostry, która jak na komendę spojrzała w stronę chłopaka. Chiara błyskawicznie oceniła poziom zagrożenia, podniosła się i zdecydowanym ruchem pociągnęła siostrę w inne miejsce.

- „Będzie mi tu jeszcze Bellę podrywał…" – pomyślała, znajdując dwa wolne miejsca przy jednym stoliczku oddalonym od gwaru rozmów. Veneziana zdążyła jeszcze spojrzeć w kierunku chłopaka, który stanął w pół drogi, lekko skołowany. Jej twarz, okraszona delikatnym uśmiechem, mówiła „Następnym razem się uda!". Włoch odwzajemnił uśmiech, choć dziewczyna już tego nie zauważyła. Może naprawdę się uda?

Tymczasem Rose stała gdzieś z boku i lustrowała uważnym wzrokiem gaworzące personifikacje. Nie, żeby się izolowała. Po prostu nie odczuwała potrzeby rozmowy. Wystarczyło jej obserwowanie innych, to wszystko.

„O, proszę – Prusy znalazła sobie nową ofiarę pod postacią tego blond chłopaczka z lisimi oczami. Feliks? Feliks. Polska, jak dobrze pamiętam. W sumie… Nawet z samej aparycji jest do Jadwigi podobny. Z kolei wnioskując z jego reakcji na pruskie zaczepki, charakterologicznie też nie dużo się różnią. O, właśnie tak – Julchen znowu dostała po łapach.

Obok nich stoi Austria. Rozmawia z jakąś zielonooką szatynką. Czyżby Węgry? Całkiem możliwe, biorąc pod uwagę, w jaki sposób patrzą na nią tamta dwójka. Jak im było? Gilbert i Roderich? Prusy i Austria, tak czy siak. Stefán jeszcze by się zdziwił, jaka ładna kobieta z niego.

Hiszpania męczy tamtego Włocha z drugim Hiszpanią.

Bliźniaczki siedzą i gadają.

Dziecko udaje, że jest niewidzialne.

A gdzie poskakało tamto żabsko? O, kokietuje tamtego zarośniętego bubka. Aż się człowiekowi ciepło na sercu robi gdy widzi, że ktoś w ogóle z taką maszkarą wytrzymuje…"

I mniej więcej w ten sposób Rose obgadywała w myślach każdą osobę obecną na sali. Oczywiście, za nic nie wyznałaby im tego publicznie, bo przecież wizerunek damy trzeba jakoś utrzymywać…

Kiedy Węgry zapraszała Eleonorę na zakupy (dwie Elki powinny trzymać się razem!), Romano obmyślał plan wyswobodzenia się z uścisku, Veneziano trajkotał Niemcom o cudowności tamten ślicznej dziewczyny, a Rose kontynuowała bezkarne obmawianie innych dla sportu, Alfredowi znudziło się ignorowanie wszystkich dookoła. Nikt z tego powodu nie zwrócił na NIEGO uwagi, więc trwanie w separacji nie miało większego sensu. Dzięki temu mógł przynajmniej zobaczyć, że Jennifer najwyraźniej nie ma lepszego pomysłu na spędzanie wolnego czasu, co trochę podłechtało jego dumę. Mimo wszystko, po chwili podszedł do Arthura, który najprawdopodobniej pilnował, aby ściana nagle nie runęła na zebranych i mruknął do niego:

- Słuchaj, wciąż się uważasz za jakiegoś wielkiego i złego czarnoksiężnika?

Anglik ugryzł się w język, żeby nie wybuchnąć. W końcu udało mu się zignorować przytyk i zapytać:

- Czego chcesz?

Amerykanin zmierzył krzywym spojrzeniem Jennifer, która akurat podniosła się i wyglądała, jakby myślała nad czymś intensywnie.

- Może byśmy tak wrzucili je do jakiegoś ciemnego lochu i zniszczyli klucz?

- A co? – Arthurowi trochę poprawił się humor. – Kradną ci czas antenowy?

Ale Alfred nie usłyszał tej odpowiedzi, gdyż druga Ameryka całkowicie ściągnęła jego uwagę. Dziewczyna wskoczyła na jedną szafkę, która robiła za zakończenie stołu, po czym krzyknęła:

- Mam coś bardzo ważnego do powiedzenia

Wszyscy jak leci spojrzeli na nią, lekko poirytowani. Ktoś gdzieś mruknął „Co znowu?, co zostało przez Jennifer zignorowane.

- Z przyczyny przez nas nieznanej, zostałyśmy zmuszone zostać tutaj na dłużej. – oznajmiła. - W takiej sytuacji powstaje pewien problem: Gdzie mamy mieszkać przez ten czas?

- Żeś wymyśliła… - wymamrotała zdenerwowana Anglia, opierając rękę na czole.

- Wcale niegłupia idea jak na ciebie, Ameryko. – po krótkim namyśle oświadczyła Austria. – Jeśli rzeczywiście mamy pozostać tu na dłuższy okres czasu, odnalezienie kwatery jest sprawą nie cierpiącą zwłoki.

Reszta podróżniczek pokiwała głowami, Rose tylko cicho prychnęła.

- No dobrze, ale gdzie miałybyśmy zamieszkać? – przypomniała Bella, pukając palcem o dolną wargę w geście skupienia. Feliciano pomyślał, że wygląda teraz wyjątkowo uroczo.

- Proponuję, – odezwał się Francis, wstając – aby w celu lepszego zapoznania ze sobą, nasi goście zamieszkali w naszych domach, w których przecież jest miejsce dla jednej osoby dodatkowo. – mrugnął przy tym prawie niezauważalnie w stronę Marianne, która ponownie delikatnie się uśmiechnęła.

W pomieszczeniu zawrzało. Wszyscy zaczęli rzucać na prawo i lewo swoje opinie na ten temat.

- W życiu! Nigdy nie zamieszkam w chlewie z dwiema świniami! Domagam się lepszych warunków!

- Nie mam zamiaru całymi dniami znosić tego dziada!

- A dlaczego akurat w jego domu?!

- U mnie też jest wolne miejsce!

- A może hotel?

- Tak! Niech ktoś wynajmie jakiś hotel!

- Właśnie! Hotel to dobry pomysł!

Kiedy już większość krajów zgodnie zatwierdziła pomysł z hotelami, odezwał się Szwajcaria.

- Nie, żeby ta sprawa mnie dotyczyła, ani tym bardziej obchodziła, – zaczął – ale kto ma zamiar za te hotele zapłacić?

W tym momencie wszystkie spojrzenia utkwiły w Niemcach. Mężczyzna szybko zrozumiał aluzję, jednakże nie pozwolił tak łatwo się w to wrobić. Podniósł się powoli i oświadczył:

- Jeszcze w zeszłym tygodniu stać by nas było na podobne przedsięwzięcie, jednakże z powodu incydentu z prądem elektrycznym, większość funduszy została przeznaczona na pobyt Grecji w szpitalu. Oczywiście na te kilka pokoi w motelu bądź niższych lotów pensjonacie wciąż nas stać, jeśli naszym gościom nie sprawi to problemu.

To był problem. Ameryce od razu przyszły na myśl różne filmy o letnich obozach, siostry Vargas pomyślały o tej kwaterze, w której zmuszone były zamieszkać, gdy zgubiły się w drodze do Warszawy w celu odwiedzenia Polski, a Austria przypomniała sobie to paskudne jedzenie, które serwowano w jakimś kiepskim hotelu. W takiej sytuacji, lepiej było posiedzieć na cudzych śmieciach.

- Niech już będzie to, co zaproponował Francis… – nieśmiało odezwała się Rose, sama mając nienajlepsze wspomnienia. Nie miała zamiaru sprawiać przyjemności temu idiocie, ale naprawdę nie widziała innego wyjścia. Nie znała też nikogo, kto mógłby ją przechować, jak na przykład Eleonora, której na pomoc od razu przybiegła Węgry.

- Może wpadłabyś do mnie na noc, jeśli będziesz chciała? Kobiety muszą trzymać się razem, zwłaszcza u nas!

„Chyba tak to powiedziała..?" – przypominała sobie Anglia, jednocześnie mierząc wzrokiem swojego przyszłego współlokatora. Kontemplację przerwał jej krzyk Chiary.

- Ale ja wciąż nie mam zamiaru u nich mieszkać! – protestowała. – Bella też tak uważa! – stwierdziła autorytatywnie. Co prawda Włochy Północne nie miała nic przeciwko, ale wolała nie zostawiać siostry samej.

- Cicho siedź! – przerwała jej Julchen. – Mi też się nie uśmiecha mieszkanie z dwoma facetami. U was przynajmniej nie mieliby przewagi liczebnej… - marudziła.

Gdyby tak dokładniej przyjrzeć się sali, jedynymi zadowolonymi z tej decyzji zdawały się Hiszpania i Francja, a reszta przyjęły ją z bólem serca. Jedynie Romana nie dawała za wygraną i wykłócała się dalej. Jakim prawem dwie, całkiem ładne młode kobiety mają zamieszkać u dwóch facetów, których praktycznie nie znają? Na dodatek Włochów. WŁOCHÓW. Jakby nie znały swojego narodu…

- Chiara, nie utrudniaj sprawy! – beształa ją Ameryka, która zdążyła już pogodzić się z myślą o oglądaniu tego idioty Alfreda całymi dniami.

- To ty na mnie nie krzycz! – piekliła się brunetka. – W życiu nie spoufalę się z jakimiś facetami! Jeśli nikt nie wpadnie na lepszy pomysł, to mogę zamieszkać chociażby tutaj. Co z tego, że nie umiem po angielsku…

Zebrani naprawdę byli gotowi na zostawienie tu dziewczyny samej sobie, kiedy w końcu odezwał się jej dubler.

- To może ty przestaniesz marudzić, do cholery, a my podrzucimy was siostrze…

Chiara uspokoiła się na chwilę, żeby przetrawić kilka informacji. Skoro one miały brata, to tutaj brat był siostrą. Jak tak teraz pomyśleć, to pewnie nawet nie ma jej dziś na spotkaniu. Jak zazwyczaj, kiedy nie działo się nic ciekawego. Rozejrzała się jeszcze po pomieszczeniu, żeby utwierdzić się w tych podejrzeniach. Nie dostrzegła nikogo, kto przypominałby braciszka.

- Niech będzie… - wydukała po chwili.

Wszyscy odetchnęli z ulgą.


- Koniec. Nie ma. Wsiąkły w powietrze.

Pozostałe kobiety obdarzyły Polskę ganiącym spojrzeniem.

- Nie wolno tak łatwo się poddawać! – zachęciła ją Chiny. – Mój szósty zmysł mówi, że te plany gdzieś tu są.

- Chiny-san, czy będzie tak samo jak wtedy, gdy twój szósty zmysł podpowiadał ci, że tamte owoce na pewno są jadalne? – spytała, nie bez pewnej satysfakcji, Japonia.

- Dawno i nie prawda! – zarzekała się Chun Yan. – Nie wyciągaj spraw sprzed ponad tysiąca lat!

- Wybacz mi, proszę, moje naganne zachowanie. – przeprosiła ją Sakura, choć w rzeczywistości miło było od czasu do czasu podenerwować Chinkę.

- A ja wam mówię, że ich tu nie ma. – wróciła do tematu Polska. – Z takim bałaganem w domu umiem ocenić, czy coś jest, czy zniknęło. A jak zniknęło, to znaczy, że nie ma po co szukać.

- Albo zwyczajnie można posprzątać. – poprawiła ją Litwa. Znała bałaganiarstwo Jadwigi lepiej od kogokolwiek, a tego, co znajdywała u niej po kątach nie dało się opisać słowami. Od przedwojennych konserw, przez bieliznę z różnych epok, na częściach rozmaitych zbroi kończąc. Normalnie bez kija nie podchodź. A najlepiej miotły.

- Mój brat zawsze mówi, żeby przypomnieć sobie, gdzie się to ostatnio widziało. – odezwała się Rosja. – Masz może klucz do tamtych szafek? – spytała Kanadę, wyrywając ją z lekkiego transu.

- Tak, proszę. – blondynka wyciągnęła srebrny przedmiot z kieszeni i podała go Anyi. Ta podziękowała i poszła szperać po szafkach. Jeśli udałoby się jej znaleźć te plany, zawsze mogła stworzyć coś podobnego w swoim domu. Tylko byłoby lepsze od tego amerykańskiego.

Marguerite postanowiła wykorzystać ukraiński sposób. Ostatnio widziała plany, gdy poszły z Ameryką przygotować prezentację.

- Na pewno chcesz to zrobić? – Kanada wciąż nie była pewna co do pomysłu siostry.

- Oczywiście! – entuzjastycznie odpowiedziała jej Ameryka. – To jedyna taka okazja, być może w całym naszym życiu! Na pewno są takie rzeczy, które chciałabyś przeżyć na nowo.

Były. Marguerite bardzo chciała. Chciała jeszcze raz zobaczyć kobietę uśmiechającą się tak ciepło do zmarzniętego dziecka, które całą swoją siłą wczepiało się w futerko białego niedźwiadka i patrzyło na nią niepewnie. Wtedy ona wyszeptała coś cicho, okryła ciepłym płaszczem, którym sama była przed chwilą owinięta. Przytuliła. Kanada naprawdę chciała znowu poczuć tamtą miłość. Ale jednocześnie czuła strach. A co, jeśli tamta chwila nie była tak piękna, jak to pamiętała?

- A jeśli coś się stanie? – dziewczyna nie dawała się przekonać. – Na przykład coś się popsuje, gdy użyjemy Maszyny?

- Nie martw się. – Jennifer spojrzała na siostrę z czułością. – Nic nam się nie będzie.

- Chciałabym w to wierzyć… - Kanadyjka mocniej przytuliła Kumako.

- Nawet jeśli, to nie bój żaby! – zakrzyknęła Ameryka. – Przecież mamy te plany konstrukcyjne! Zawsze można ich użyć w razie wypadku. – to mówiąc, pokazała jej starannie pozaginaną kartkę.

Marguerite uśmiechnęła się lekko do siostry. Amerykanka odwzajemniła uśmiech i schowała papier do kieszeni.

Do kieszeni. Kieszeni. Kieszeni kurtki lotniczej, w której pojechała. W tej kieszeni.

- Cholera! – Kanada miała ochotę zwariować, rozpłakać się i zabić Amerykę jednocześnie. Jednakże skończyło się tylko na chwyceniu się za głowę i wrzeszczeniu w niebogłosy.

- Kanado, co się stało? – zaniepokoiła się Niemcy, patrząc na histerię koleżanki.

- Ta głupia, głupia, głupia idiotka! – usłyszała w odpowiedzi. – Wzięła plany ze sobą, zamiast dać je mnie!

- Powtórz jeszcze raz, spokojniej. – Monika próbowała zrozumieć, o czym mówiła okularnica.

Marguerite uspokoiła się po chwili. Zaklęła jeszcze pod nosem, po czym odpowiedziała:

- Plany Maszyny leżą bezpiecznie w kieszeni Ameryki, więc nie ma ich po co szukać.

Kobiety znieruchomiały.

- A mówiłam, że tych planów tu nie ma? – ucieszyła się Polska. – Mogłybyście czasem posłuch-

- I co się cieszysz, jak skończona kretynka? – przerwała jej Litwa. – Planów nie ma w drugim pokoju, czy innym mieście. Są gdzieś… - Kantrime nie mogła się wysłowić. W końcu wskazała na miejsce, gdzie wcześniej stało przejście i dokończyła: - …tam. Więc nie ma się co cieszyć. Lepiej pomyśleć, co teraz zrobimy.

- Zraniłaś moje delikatne serduszko tą 'kretynką'. – Jadwiga zrobiła minę zbitego szczeniaczka, ale gdy zobaczyła twarze reszty koleżanek, przestała.

- To co teraz zrobimy?

- Trzeba odbudować maszynę. – stwierdziła Kanada. – Będziemy działać na instynkt i umiejętności.

Zebrane uśmiechnęły się, gotowe do działania. Musiały ocalić resztę krajów!