Rozdział 3.

Dziwne spotkanie.

Amelia Banks ziewnęła szeroko i odchyliła się do tyłu w krześle.

Kolejny nudny dzień na Atlantydzie odkąd wrócili na Ziemię, pomyślała rozgoryczona, rozglądając się po pomieszczeniu. Nawet na nocnych wachtach nie było tutaj tak cicho i pusto jak teraz.

W końcu wstała z krzesła i podeszła do barierki promenady, spoglądając na puste pomieszczenie gwiezdnych wrót. Wszędzie panowała zupełna cisza… to takie niepodobne do tego miejsca, stwierdziła. Zawsze ktoś się tutaj krzątał i zawsze coś się działo.

Dlatego jeszcze miesiąc temu każdy, kto miał tutaj służbę, dałby wiele za taką bezczynność i ciszę… w tym i ona. A teraz… Teraz dałaby wiele, aby coś się działo… Cokolwiek.

Jej uwagę przyciągnął mężczyzna, który wyłonił się właśnie z bocznego korytarza.

Miał na sobie strój jednego z techników montujących urządzenie do teleportacji na Atlantydzie, a w dłoni trzymał niewielką walizkę. Był wysoki, szczupły o ciemnych, lekko kręconych włosach zaczesanych do tyłu.

Spojrzał na nią i uśmiechnął się lekko, wchodząc na górę po schodach.

- Witam… Nie przeszkadzam? - spytał uprzejmie.

- Żartuje pan? Jest pan pierwszą atrakcją tutaj od dwóch godzin - zażartowała.

Uśmiechnął się szerzej, zatrzymując przed nią.

- Rozumiem, że normalnie znacznie więcej się tutaj dzieje.

- Nawet na najnudniejszej nocnej zmianie nie wiało tutaj taką nudą, jak teraz… Nigdy nie przypuszczałam, że to powiem, ale zaczyna mi brakować Pegaza.

- Kto wie, może pani życzenie się spełni i niebawem tam wrócicie - odparł. - A tymczasem mogę zerknąć? Musze skalibrować tutaj system namierzający.

- Proszę bardzo… Nikt nie będzie panu przeszkadzał - rzekła wesoło, gestem ręki wskazując na centrum kontroli.

Mężczyzna skinął głową i podszedł do jednej z konsol sterowniczych, siadając za nią. Ze swojej walizki wyciągnął laptop i podłączył go do konsoli.

Amelia usadowiła się na swoim miejscu przyglądając się, jak wprowadza szybko jakieś polecenia do komputera.

- To kiedy to cacko ma działać? - spytała w końcu.

- Mam nadzieję, że za kilka minut.

- Ooo, czyli już skończyliście?

- O ile uda mi się skalibrować oba systemy… Na dole wszystko działa, ale z doświadczenia wiem, że wprowadzanie dwóch paneli sterujących zawsze powoduje jakieś niespodzianki - teraz on zażartował nieco, zerkając na nią z ukosa.

- Skąd ja to znam - niemal mruknęła, kręcąc się lekko w swoim krześle.

Znów zapadła cisza.

Słychać było jedynie cichy dźwięk palców szybko uderzających o klawiaturę laptopa.

Amelia wstała w końcu z krzesła z zamiarem ponownego przejścia na promenadę, kiedy nagle całe pomieszczenie wypełnił dobrze znany jej dźwięk - alarm.

Spojrzała zaskoczona na mężczyznę.

- Co pan zrobił?

- Nic. Właśnie skończyłem kalibrację. Wszystko powinno działać poprawnie - odparł.

- Coś musiał pan zrobić, skoro włączył się alarm - rzuciła i wróciła do swojej konsoli, przeglądając dane na monitorze podłączonego do niej laptopa. - To niemożliwe - dodała w końcu, wystukując komendy na klawiaturze.

- Co się stało?

- Włączyło się odliczanie do startu… Musieliście coś namieszać - dodała z wyrzutem i podeszła do innego panelu kontrolnego.

- Zapewniam, że to nie nasza wina. Urządzenie ma osobne zasilanie i nie jest podłączone z żadnym systemem głównym stacji. A na pewno nie z napędem czy nawet ZPM - wyjaśnił.

- Więc dlaczego stacja uruchamia silniki. Coś musieliście namieszać - rzuciła, spoglądając na niego surowo, a potem wróciła do swojego komputera. - Muszę skontaktować się z Dowództwem - dodała, wystukując kolejną komendę na klawiaturze.

- Zapewniam, że to nie ma nic wspólnego z urządzeniem teleportującym - odparł wciąż spokojnym i uprzejmym głosem mężczyzna. - Ale skoro stacja szykuje się do odlotu, to zalecałbym natychmiastowe

sprowadzenie tutaj przynajmniej podstawowej załogi… panno Banks.

Amelia nie od razu zareagowała na jego słowa, zajęta próba nawiązania łączności z lądem. Ale kiedy po chwili zdała sobie sprawę, że technik wypowiedział jej nazwisko, chociaż ona nie przedstawiała mu się, wyprostowała się i spojrzała w jego stronę.

Ale przy konsoli nie było już nikogo. Pozostał tylko otwarty laptop.

Rozejrzała się wokół, lecz w całym pomieszczeniu była tylko ona. Mężczyzna po prostu…zniknął.

Drgnęła na kolejny dźwięk alarmu i wyciszyła go ze swojego panelu kontrolnego, po czym podeszła do laptopa technika. Na ekranie widniał spis personelu Atlantydy oraz aktywny system namierzania wszczepionych im nadajników podprzestrzennych, dzięki którym statki na orbicie Ziemi mogły teleportować daną osobę na stację lub z niej.

- …Tu Dowództwo SG - powtórzył w jej słuchawce kobiecy głos. - Atlantyda? Słyszysz mnie?

Dopiero wtedy Amelia zareagowała.

- Tu Atlantyda, starszy technik Amelia Banks - odpowiedziała. - Mam sytuację awaryjną. Uruchomił się jakiś program odliczający czas do odlotu… Pozostało… piętnaście minut - zerknęła szybko na swój laptop. - Sprowadźcie tutaj natychmiast… Albo nieważne, sama to zrobię - niemal mruknęła i wróciła do laptopa z systemem namierzania załogi, ignorując nawołującą ją w słuchawce kobietę.

Wybrała szybko kilka osób z personelu technicznego i wcisnęła enter.

Na elektronicznej mapie świata pojawiło się kolejno kilka czerwonych kropek, a następnie napis: "Czy teleportować wybrane osoby?".

Amelia zawahała się na moment, ale zaraz potem nacisnęła YES.

Nie miała wyboru. Musiała ich tutaj ściągnąć bez względu na to gdzie teraz są i co robią.

.

.

Drzwi windy rozsunęły się i obie kobiety wyszły na korytarz wraz z dwuletnim chłopcem, niosąc pełno papierowych toreb.

Torren uśmiechnął się szeroko i ruszył biegiem korytarzem na widok stojącego w oddali mężczyzny. Bez wątpienia John Sheppard był jego ulubionym wujkiem, więc korzystał z każdej okazji kiedy mógł skupić na sobie jego uwagę.

Pułkownik uśmiechnął się szeroko do niego i rozpostarł ramiona, czekając aż malec podbiegnie, aby pochwycić go i podnieść.

- Widzę, że mama i ciocia wykupiły chyba pół sklepu.

Chłopczyk znowu skinął tylko energicznie głową. Był mało rozmowny, ale zawsze bez problemu potrafił okazać swoje emocje czy pragnienia.

- To chyba teraz masz zapas rzeczy na cały rok.

- Oby - rzuciła Teyla, zbliżając się do nich. - Ostatnio tak szybko rośnie, że niebawem może i te rzeczy mieć za małe.

- Niech rośnie… Będziemy razem wyruszać w teren - zażartował. - Widzę, że zakupy się udały - zerknął na papierowe torby.

- W zasadzie tak… Tylko na początku było trochę nieprzyjemnie - dodała z lekkim wahaniem kobieta.

- Dlaczego? Coś z kartą?

- Nie wszystko w porządku… Tylko… - zerknęła na Jennifer.

- W pierwszy sklepie ekspedientka była niezbyt miła - wyjaśniła spokojnie lekarka. - Zupełnie nas zignorowała… Więc poszłyśmy do innego… I ma czego żałować, bo druga pani była tak miła, że dostała od Teyli hojny napiwek.

- Czytałam, że taki macie tu zwyczaj - wyjaśniła od razu Emmagan. - A ta pani była na prawdę niezwykle uprzejma, więc sądzę, że w tym przypadku wasz zwyczaj okazał się być bardzo trafny.

- Szczególnie, ze dostała ponad dwieście dolarów napiwku i Teyla pochwaliła ją nawet przed samą właścicielką sklepu.

- …To ile wydałyście w tym sklepie? - zapytał z obawa John.

- Trochę ponad tysiąc dolarów - odparła Teyla.

- Tysiąc? Na ubranka dla dziecka?... To z czego oni je robią? Ze złota? - niemal burknął.

Obie kobiety zerknęły najpierw na siebie, ale zanim którakolwiek zdążyła mu dopowiedzieć, uprzedził ich major Lorne.

- Witaj w świecie rodziców - rzucił spokojnie, poklepując go lekko w ramię.

- Co za zdzierstwo - mruknął pułkownik. - Dobrze, że nie mam dzieci, bo bym zbankrutował.

- Jesteś zły, że tyle wydałam? - powiedziała Teyla. - Mogę to oddać…

- Nie wygłupiaj się. Przecież sam ci powiedziałem, że masz kupić dla Torrena wszystko to, czego dla niego potrzebujesz… Szczególnie, że nie wiadomo jak długo tutaj zabawimy - odparł spokojnie. - I nie jestem zły… Nie na ciebie… Tak tylko mówię, bo zazwyczaj sam na swoje ubrania tyle nie wydawałem… I chyba już zapomniałem jak to jest iść do sklepu - prychnął lekko.

- Przyznaję, że u nas jest to trochę łatwiejsze - uśmiechnęła się lekko i nagle przypomniała sobie po co tutaj przyjechały. - Ale powiedz mi co z Rononem?

Pułkownik wzruszył ramionami.

- Znasz go. Z każdej opresji wychodzi tylko z kilkoma zadrapaniami - powiedział i postawił na podłodze chłopczyka, który właśnie przechylał się w kierunku ziemi z wyciągniętymi rączkami.

- Ale mówiłeś, ze są jakieś problemy - przypomniała Jennifer.

- Generał O`Neill właśnie rozmawia z szefem tutejszej policji… Też dokładnie nie wiem o co chodzi…

Torren przyglądał się im przez chwilę, po czym spojrzał w głąb szerokiego korytarza. Rozmowy dorosłych były nudne, a przed nim znajdowało się tyle nowych rzeczy do odkrycia.

Zerknął raz jeszcze na swoją matkę. Wciąż zajęta była rozmową z pozostałymi, więc malec postanowił sam rozpocząć odkrywanie tajemnic tego miejsca. Do tej pory znał tylko Atlantydę i osadę na Athoz, ale odkąd wyruszyli w podróż, pojawiło się tak wiele nowych rzeczy i miejsc, które same się aż prosiły, aby je zbadać… Tak ja ta wielka szafa, przed która właśnie się zatrzymał, pełna różnych słodyczy.

"Torrenie Johnie Emmagan, nigdzie nie odchodź" - odezwał się niespodziewanie w jego umyśle głos matki.

Chłopczyk spojrzał w jej stronę.

Stojąc na niemal drugim końcu korytarza, zerkała właśnie na niego, wciąż rozmawiając z pozostałymi. Znów spojrzał więc na szafę ze słodyczami.

Znał słodycze. Wujek John zawsze dawał mu jakieś… i chipsy.

Oczywiście w tajemnicy przed mamą. Ona nie lubiła, kiedy wujek John karmił go takimi rzeczami, przypomniał sobie… Niestety ktoś zamknął je za przeźroczysta ścianą, pomyślał niezadowolony.

- Chciałbyś któryś? - spytał niespodziewanie miły, kobiecy głos.

Chłopczyk spojrzał do góry na wysoką, smukłą kobietę o długich ognistych włosach i jasnej skórze. Uśmiechała się do niego ciepło, patrząc na malca zielonymi oczyma.

Torren pokiwał lekko głową.

Zazwyczaj był bardzo nieśmiały wobec obcych, ale ta kobieta w ogóle go nie onieśmielała. Zarówno jej głos jak i uśmiech sprawiały, że wydawała się być jak ktoś, kogo zna od zawsze. Nawet jej umysł był dla niego przyjazny: spokojny i ciepły.

- A co byś chciał? - spytała ponownie, kucając przed nim.

- To - wskazał palcem na jeden z batoników.

Kobieta zerknęła w tamtą stronę.

- Dobry wybór - przyznała. - Też je lubię… Chodź, weźmiemy sobie po jednym… Co ty na to?

Chłopczyk znów pokiwał głową, a ona wzięła go na ręce, wstając.

- Zrobimy magiczną sztuczkę. Zapukamy przez szybę w batonik… - dodała i zastukała palcem dwa razy.

Coś zaszumiało w maszynie i po chwili batonik pojawił się w podajniku poniżej. Spojrzeli tam.

- Widzisz. Jeden już mamy. Jeszcze drugi… Spróbuj teraz ty - zachęciła go.

Torren zacisnął dłoń w piąstkę i zastukał w szybę. Maszyna znów wydała z siebie dźwięk i kolejny batonik pojawił się w podajniku. Ognistowłosa kobieta wzięła oba i rozpakowała nieco jeden, by podać go malcowi.

- Smaczny? - zapytała, kiedy ten ugryzł kawałek.

Znów pokiwał głową. Kobieta uśmiechnęła się promiennie i zerknęła w głąb korytarza na nadchodzącą Emmagan.

- Chyba twoja mama do nas idzie - oznajmiła spokojnie. - Mam nadzieję, że nie będzie na nas zła za batoniki - niemal zachichotała.

Torren spojrzał w tym samym kierunku.

- Bardzo przepraszam jeśli zawraca pani głowę - zaczęła Teyla. - Zaraz zwrócę pani pieniądze…

- Ależ nie ma o czym mówić. To drobiazg… Zresztą to ja powinnam przeprosić, ale pani synek tak wpatrywał się w te słodycze, że nie mogłam się powstrzymać, żeby mu dać jeden… Mam nadzieję, że nie gniewa się pani.

- Nie… I dziękuję za troskę. Ciężko go upilnować, kiedy coś go zainteresuje - odparła i wzięła synka na ręce.

- Jak to dzieci. Wszędzie ich pełno i wszystko je interesuje. W końcu jakoś muszą poznać otaczający je świat - powiedziała nieznajoma. - A moja matka zawsze powtarzała, że dziecko nie psoci tylko wtedy, kiedy śpi lub jest chore.

Teyla uśmiechnęła się lekko rozbawiona.

- Zabawne… ale trafne powiedzenie - przyznała.

- Tak… to prawda - rzekła kobieta z dziwna nostalgią w głosie i znów spojrzała w głąb korytarza. - Pani mąż chyba się niecierpliwi - dodała nagle, wskazując gestem głowy na stojącego tam mężczyznę.

Emmagan zerknęła w jego stronę.

Sheppard skinął na nią gestem głowy, aby wracała.

- Och, nie. To nie mój mąż… Ale bardzo serdeczny przyjaciel - wyjaśniła, jakby nieco zakłopotana jej sugestią.

- Naprawdę?... Szkoda. Bardzo urocza z was para… i widać, że mały jest bardzo do niego przywiązany… Dlatego myślał, że jesteście małżeństwem.

- Nie… Tylko się przyjaźnimy… Przepraszam, ale chyba musimy już iść - dodała, zerkając ponownie na pułkownika.

Podszedł właśnie z Jennifer i Rodneyem do generała O'Neilla i drugiego umundurowanego, starszego mężczyzny, witając się z nim.

- Oczywiście. Nie zatrzymuję już pani dłużej - powiedziała w międzyczasie nieznajoma. - Przed wami długa droga… Teylo Emmagan.

Athozianka spojrzała na nią zaskoczona… ale kobiety już tam nie było.

Rozejrzała się wokół, zdezorientowana, lecz w tej części korytarza nie było nikogo poza nią i Torrenem.

- Teyla?! - odezwał się z drugiego końca korytarza. - Możemy wracać!

- Już idę - odparła, wciąż zdezorientowana, ruszając w jego stronę.

- Ronon jest wolny…

Pułkownik nie dokończył. Wiązka teleportera zdematerializowała go wraz z Keller i McKayem na oczach Emmagan i generała. A po chwili to samo stało się z kobietą i jej synkiem.

O'Neill skrzywił się, lekko niezadowolony.

- Ta dzisiejsza młodzież… Wciąż gdzieś znikają - powiedział sam do siebie, po czym ruszył spokojnie korytarzem, sięgając do kieszeni po telefon, który właśnie zaczął dzwonić. - O'Neill… - odezwał się i przez krótką chwile słuchał. - …Jak to odlatują?! Gdzie?!