Drzwi tawerny wydały żałosny jęk, a wraz z pokrytym białym puchem gościem do środka wleciał przeraźliwie lodowaty wiatr, który rozwiał kartki opasłej księgi, w której Gabriel miał zwyczaj zapisywać nazwiska gości. Nie miał pamięci do liczb, więc starał się tam zapisywać wszystkie przychody i wydatki, by być w stanie podsumować każdy dzień pracy. Jednak z powodu braku jakiegokolwiek snu, od kilku dni rubryka z podsumowaniem stała pusta, bo dodanie tych wszystkich liczb do siebie wydawało się równie trudne, co zdobycie Mont Everest.
Ciężkie obcasy uderzyły o podłogę, a z gardła mężczyzny wydobyło się jakby warczenie, po czym całe jego potężne ciało zadrżało, zrzucając z siebie biały płaszcz śniegu. Dopiero teraz można było dostrzec jego długą, ciemną brodę i dziesiątki blizn, które pokrywały jego zmęczoną twarz. Nie można było jednak wyłapać koloru jego oczu, gdyż wiał z nich mrok i chłód. Otaczały je krzaczaste brwi, jeszcze pokryte kryształkami lodu, które powoli roztapiały się, omywając jego twarz cienkimi strumieniami wody.
Mężczyzna ponownie zadrżał, po czym zatarł ręce i chuchnął w nie strumieniem ciepłego powietrza. Zmęczonym krokiem podszedł do znajdującego się w rogu pomieszczenia stołu i opadł masywnym ciałem na drewnianą ławkę, która zaskrzypiała pod jego ciężarem, jakby błagając o odrobinę odpoczynku po całonocnej pracy. Łokcie oparł na blacie stołu i oparł na nich kwadratową brodę, rozglądając się po pomieszczeniu i szukając jakiejkolwiek żywej duszy. Kiedy wreszcie dojrzał wątłe plecy białowłosego chłopaka, machnął na niego ręką i chciał zawołać, jednak głos zatrzymał się w jego gardle, które postanowiło zbuntować się po tym, jak przez kilkanaście godzin było wystawione na przenikliwy wiatr z północy.
Gabriel zerknął w tył i podziękował w duchu za gościa, który był wspaniałym powodem, by zakończyć niezręczną rozmowę, która już dawno zeszła na tory, na które chłopak nigdy nie chciał się zapuścić. Spojrzał na mężczyznę wymownie, po czym westchnął i odwrócił się na pięcie, wchodząc do obszernej sali. Pierwszy raz w swoim życiu miał styczność z kimś tak przerażającym i fascynującym jednocześnie. Zazwyczaj jego chłopięca uroda była tematem żartów i kpin. Zaśmiał się pod nosem, przypominając sobie propozycję Godryka. Wyjechać. Jakby nic go z tym miejscem nie łączyło. Jakby nie mieszkał tu od dzieciństwa. Zapomnieć o tym, że karczmę, której jest teraz właścicielem, budował jego ojciec. Że oszczędzał na nią całe swoje życie, by móc się nią cieszyć jedynie przez ostatnich kilka lat swej egzystencji.
Miejsce to powstało, by zbierali się tu ludzie z całego świata i zostawiali tu swe historie, część swego życia. Pasją ojca były podróże, jednak, z racji braku środków i zdrowia, które pozwoliłoby mu zwiedzić choć część kontynentu, musiał on znaleźć inny sposób na poznanie świata. Dlatego wizja tawerny, gdzie mógłby poznawać ludzi i wysłuchiwać ich historii o krainach tak niesamowitych, że aż trudno uwierzyć w ich istnienie, wydawała się czymś idealnym. I rzeczywiście tak było przez pierwszych kilka lat, kiedy jeszcze żył ojciec. Karczma była tłumnie odwiedzana przez podróżników z całego globu, bo znajdowała się na przecięciu wielu istotnych szlaków handlowych. Ojciec twierdził, że interes ma się świetnie, jednak nie wiedział, że jest tak tylko i wyłącznie dlatego, że Gabriel zajmował się finansami. Gdyby nie on, wszystko by upadło po kilku miesiącach, bo mężczyzna był tak zafascynowany historiami, że najchętniej pozwalałby każdemu pić i jeść na swój koszt. Gdy ojciec zmarł, a jego syn nie okazywał aż tak wielkiego zainteresowania historiami, które (aż głupio przyznać, ale często były przerysowane, lub po prostu zmyślone) opowiadali podróżni, tawerna zmieniła się w przystań samotnych pijaków i ludzi, którzy zatrzymywali się tu tylko dlatego, że w pobliżu nie było żadnego innego schronienia.
Ojciec nigdy nie wspominał, jak zyskał zdolności magiczne. Właściwie, niewiele mówił o swojej rodzinie, jakby nigdy nie istniała. A przecież musiał mieć jakichś rodziców, albo chociaż kogoś, kto by go wychował. Jednak na jakiekolwiek wspomnienie Gabriela, ten szybko zmieniał temat, przypominając mu, że musi posprzątać pokoje na górze, albo prosząc, by zagotował wodę. O matce chłopaka też niewiele mówił. Jedynie napomknął kiedyś, że miała blond włosy i pochodziła z Australii. Uciekła od rodziców, gdy była nastolatką, bo mieli jej za złe, że nie jest czarodziejką, jak oni. I to tyle, co Gabriel wiedział na temat swojej rodziny. Czasem wręcz zastanawiał się, czy na pewno Albert, bo tak miał na imię jego brat, na pewno jest z nim spokrewniony. Nie mając podstaw drzewa genealogicznego można było z łatwością doczepić gałąź, która tylko z pozoru wygląda tak samo.
-Witam –powiedział, usiłując wydobyć z siebie resztki uprzejmości, choć na widok mężczyzny miał ochotę uciekać jak najdalej się dało.
Brodacz tylko skinął głową i wycharczał coś w niezrozumiałym języku. Gabriel westchnął i wzruszył ramionami, modląc się w ciszy, by to był jeden z tych klientów, którym wystarczy do szczęścia kufel piwa i gruby kawał chleba. Jednak najwyraźniej niebiosa nie miały zamiaru go dziś słuchać, gdyż podróżny zaczął wylewać z siebie potok niezrozumiałych chrząknięć i kaszlnięć, nie zważając na to, że chłopak go nie rozumie.
-Przepraszam, ale nie mam pojęcia o czym pan mówi… -wymamrotał zmieszany, jakby cokolwiek mogło to zmienić. Przecież i tak go nie zrozumie. Równie dobrze mógłby mu powiedzieć, żeby polizał jego stopę.
-Pozwól, że ja się tym zajmę.
Z kuchennego pomieszczenia wyszedł Godryk, przeszedł zamaszystymi krokami całą długość pomieszczenia i stanął obok niego, jakby chciał po raz kolejny pokazać mu, że rozmiary i wiedza chłopaka są śmieszne, gdy znajduje się w jego pobliżu. Mężczyzna zaczął machać rękami, próbując wytłumaczyć coś podróżnemu, a ten uśmiechnął się nieznacznie, choć trudno było mówić o tym, by tak zniszczona twarz, która była odzwierciedleniem pewnie jeszcze bardziej zdegenerowanej duszy, była zdolna do uśmiechu. Jednak z jego gardła wydobyło się szczeknięcie, które w dziwny sposób przypominało śmiech, więc najwyraźniej podobało mu się towarzystwo Godryka. Wskazał mu masywną ręką miejsce naprzeciwko siebie, tym samym prosząc go, by chwilę z nim porozmawiał.
-Przynieś coś ciepłego do picia i kawałek mięsa. –Godryk zerknął na chłopaka, uśmiechnął się i usiadł przy stole.
-Mówiłem już, że nie mam mięsa…
-Masz, leży w spiżarni – odparł mężczyzna, jakby lepiej znał zawartość kuchni.
-Byłem tam dziś rano. Chyba wiem, co kupuję, prawda?
-Magia –wyszeptał Godryk, machając w powietrzu dłońmi, co miało chyba dodać słowu tajemniczości, zamiast tego – sprawiło, że wyglądał komicznie.
Gabriel wzruszył ramionami, po czym ruszył w stronę kuchni. Z jednej strony podobało mu się, że mężczyzna wybawił go z opresji i był w stanie porozumieć się z podróżnym. Z drugiej jednak – nie lubił, gdy wydawało mu się polecenia. Zwłaszcza, że to on był właścicielem tawerny i to on nią zarządzał. Może praca nie należała to wymarzonych, jednak nie zmieniało to faktu, że był synem karczmarza, więc, jak nakazywał zwyczaj, i on musiał zajmować się tym, czym jego rodzic. Przecież tak było od stuleci. Kim on jest, by zmieniać tradycję? W dodatku – nie miał żadnego ukrytego talentu, w niczym nie czuł się wyjątkowy, więc zajmował się tym, co potrafił najlepiej i co zapewniało mu utrzymanie.
-Nie wiem skąd znasz ten rodzaj magii, ale lepiej nie chwal się nią lokalnemu rzeźnikowi –mruknął Gabriel, kładąc na stole spory kawałek mięsa, pajdę chleba i kufel gorącego piwa.
Choć nie był do końca pewien zamiarów Godryka, miał dziwne przeczucie, że może mu zaufać na tyle, by wykorzystać czas, gdy to on zabawiał gościa i chwilę się zdrzemnąć. Nie chciał jednak opuszczać karczmy, więc powłóczył się po schodach na górę i wszedł do pokoju, w którym poprzednią noc spędził jego nowy „przyjaciel". W momencie przekroczenia progu urwała się jego pamięć, bo nie pamiętał jak zdjął buty i koszulę oraz jak dotarł do łóżka. Jedyne, co kojarzy to starą, potarganą poduszkę, która wydawała mu się najdelikatniejszym oparciem dla zmęczonej głowy. Wsunął zmarznięte stopy pod gruby koc i zwinął się w kłębek, bo tak czuł się najbezpieczniej. Ostatnią rzeczą jaką wykonał, zanim zapadł w głęboki sen, było wsunięcie dłoni pod głowę i ulokowanie małego palca pod językiem. Tym zachowaniem okazał resztki dzieciństwa, które w nim tkwiły.
Dzieciństwa nigdy miał. Tak naprawdę nie miał czasu na zabawy z rówieśnikami, bieganie po polu i gonienie koni podróżnych. Od młodych lat pomagał ojcu, traktując to jak część swojego życia. Nie narzekał, nie szukał zrozumienia. Po prostu robił to, o co był proszony. Nawet nie myślał o tym, że gdzieś tam, na drugim końcu świata dzieci chodzą do szkół, a po ich ukończeniu zajmują się tym, co sprawia im przyjemność. Że tacy jak on, obdarzeni talentem magicznym, byli szkoleni, a później żyli w luksusach, ucząc kolejne pokolenia. On nawet nie wiedział, co sprawiało mu radość. Każdy jego dzień wyglądał dokładnie tak samo, od kilkunastu lat. Jedynym wyznacznikiem płynącego czasu były zmieniające się pory roku, które w tej części północnej Anglii ograniczały się właściwie do dwóch pór: lodowatej zimy i dziesięciomiesięcznej ulewy. Jedyną rzeczą, która go cieszyła był widok latających za nim kufli, albo wody, która tryskała z końca jego różdżki. Radował go fakt, że magia czyniła go kimś wyjątkowym. Jednak nie potrafił jej rozwijać. Nie znał zasad, a wszelkie próby nauczenia się czegoś nowego kończyły się stłuczonym szkłem albo siniakami.
W pamięci tkwił mu wieczór, kiedy razem z Albertem próbowali rzucić urok na jedną z najbardziej kształtnych dziewczyn z ich wioski. Po zmroku wymknęli się z karczmy, korzystając z tego, że większość gości była już pijana, a ojciec zajęty był rozmową z jakimś staruszkiem z Niemiec. Bezszelestnie przemierzyli uliczki wsi, kryjąc się przed światłem księżyca, aż dotarli do szopy, w której często przebywała dziewczyna. Nie zastali jej tam jednak samej. Najwyraźniej wszystkie opowieści, w których ukazywano ją jako wrażliwą, niewiele miały wspólnego z rzeczywistością. Bo zamiast siedzieć i rozmyślać nad sensem życia, była o krok od stworzenia nowego życia, a rzeczy, które tu wyprawiała z chłopakami, a często nawet o wiele starszymi od niej mężczyznami niewiele miały wspólnego z myśleniem. I tak oto próba rzucenia miłosnego uroku skończyła się na tym, że dziewczynie wyrosły ośle uszy, których nie potrafiły zrekompensować jej kształtne piersi. Albert tłumaczył bratu, że wyświadczyli przysługę jej i innej dziewczynie, która zawsze żyła w tle „najpiękniejszej". Od tamtej pory Gabriel bał się używać zaklęć, jeżeli nie znał do końca ich przeznaczenia.
W młodości chłopak miał w zwyczaju podkradać ojcu różdżkę i strzelać z niej iskry. Gdy tylko udało mu się znaleźć chwilę ciszy w karczmie, brał drewniane źródło magii z szafki ojca, do której klucz sobie dorobił i gnał na polanę nieopodal, gdzie siadał między drzewami i strzelał różnorakiej barwy światła, które rozpryskiwały się na niebie, tworząc kolorowe widowisko. Kładł się czasem na plecach i, bawiąc się różdżką jak pędzlem, malował na ciemnych chmurach kształty, które akurat przychodziły mu do głowy. Zazwyczaj były to zwierzęta, z którymi był bardzo związany. Częstym motywem był jego pies, który był jego najwierniejszym przyjacielem. Być może to dziecięca fantazja, ale często miał wrażenie, że zwierzak w jakiś sposób go rozumie i doradza w chwilach niepewności. Jednak, miał wtedy tylko kilka lat, więc ojciec tłumaczył, że to mu się tylko zdaje, bo zwierzęta nie potrafią mówić.
Jego wątłe ciało delikatnie drgnęło, gdy materac obok niego się załamał, jednak tkwił zbyt głęboko w krainie pełnej magii, by się z niej wybudzić. Choć czuł ciepły dotyk na ramieniu, nie otworzył oczu, by sprawdzić jego źródło, lecz kontynuował swą podróż przez las pełen niesamowitych stworzeń, które wyglądały jak pół ludzie, pół konie. Wciąż frunął między drzewami uczepiony miękkiego futra stwora o twarzy lwa. Poczuł jak delikatnie skręca, kierując się w stronę starego, kamiennego budynku, więc przewrócił się na bok i wtulił się mocniej w ciało zwierzęcia, zaciskając dłoń na ciemnobrązowym futrze. Wciągnął powietrze nosem i uśmiechnął się jak dziecko, rozkoszując się słońcem, które padało na jego policzki. Drgnął delikatnie, gdy poczuł jak stwór odwraca na moment głowę i muska wilgotnym nosem jego czoło. Zaśmiał się cicho i podciągnął się, wtulając w jego szyję.
Mocny podmuch wiatru uderzył w jego prawy bok, zrzucając go z grzbietu zwierzęcia, jednak ten szybko się odwrócił i przytrzymał go jednym skrzydłem przy swoim brzuchu, a drugim próbował sterować w trakcie lotu. Skóra na jego pysku poruszyła się, ukazując białe kły, jakby się uśmiechał. Wysunął długi język, którym musnął jego twarz, wywołując szczery śmiech chłopca. Poczuł jak jego biodra unoszą się, pchane od dołu czymś dziwnie twardym i niewygodnym, a twarz stworzenia przybiera nadzwyczaj ludzki wyraz.
Otrząsnął się, przerywając sen i powoli rozsunął powieki, przyzwyczajając oczy do ciemności panującej dookoła. Pierwszym, co dostrzegł był nos mężczyzny, na którym leżał. Zaraz później poczuł ostry zarost i rozgrzane policzki pod swą dłonią. I ten ciepły zapach, który powodował, że miał ochotę na nowo oddać się w objęcia Orfeusza i wrócić do krainy, w której robił co chciał i był pośród zwierząt, które w pełni go rozumiały i nie oceniały. Jednak jakaś wewnętrzna bariera nakazała mu wydostać się z uścisku mężczyzny, bo samo przebywanie z nim nie wróżyło nic dobrego. Pozbawiony sił, jak niemowlę oparł się na twardej piersi, która była rozgrzana od jego policzka i uniósł na tyle, by móc w pełni przyjrzeć się twarzy Godryka.
Mężczyzna uśmiechał się do niego opiekuńczo. Mógł dostrzec lekki żal w jego oczach, jednak nie był on spowodowany tym, że czuł się winny temu, że znajduje się z nim w łóżku, choć ten już kilka razy mówił mu, że to nienaturalne, lecz miał sobie za złe, że wybudził go ze snu, który z pewnością był mu potrzebny. Jego ciepła dłoń powędrowała do policzka i pogłaskała go, a powieki chłopca mimowolnie opadły. Łokcie się pod nim ugięły, jednak nie wciąż walczył z siłą, która ciągnęła go w dół. Przecież na dole mogli czekać klienci. Musiał do nich zejść. Przecież to mężczyzna. Spojrzał raz jeszcze w przepełnione błękitem oczy Godryka i jęknął przenikliwie, zawierając w tym prostym dźwięku prośbę o zrozumienie jego sytuacji i nie utrudnianie mu, i tak już pełnego przeszkód życia. Ten tylko uśmiechnął się czule i uniósł głowę, po czym złożył na jego czole miękki pocałunek.
Głowa chłopca opadła na jego nagą pierś, a dłoń powędrowała tuż obok, przytrzymując się jego ramienia, jakby bał się, że w śnie może stracić równowagę. Jego próby zapewnienia sobie odrobiny stabilności na ciele Godryka i tak spełzły na niczym, bo mężczyzna wsunął dłoń pod jego bok i delikatnie przeniósł go na materac obok, po czym sam przewrócił się na bok i, kładąc dłoń na jego nagim brzuchu, przyciągnął do swego przyjemnie rozpalonego ciała. Wsunął twarz we włosy chłopaka, rozkoszując się ich zapachem. Gabriel, pogrążony już w półśnie, przyciągnął jego dłoń i zaplótł palce, przyciskając ją do swej piersi. Zwinął się w kłębek, mocno otulając się ciałem Godryka. Odetchnął głęboko i uniósł na moment głowę, by wsunąć ją pod ramię mężczyzny. W tej chwili nie zwracał uwagę na to, że cały jego dotychczasowy świat, przepełniony normami, które narzucili mu inni upadł. W tej chwili był człowiekiem, który po wielu latach samotności wreszcie odnalazł czułość i po raz pierwszy czuł, że może zasnąć spokojnie, bo jest obok niego ktoś, kto się nim zaopiekuje.
