Dziękuję wspaniałej i niesamowitej Himitsu za zbetowanie tego rozdziału.

Evolution, och, nie chciałam zostać źle zrozumiana. Tłumaczenie wciąż sprawia mi szalenie dużo radości i uwielbiam je. Nie mam po prostu na nie czasu i muszę wpychać je pomiędzy masę innych rzeczy, które mam obecnie na głowie. I zgadzam się, sam pomysł pracy Dumbl. z Grind. przeciwko chłopakom mógłby zostać bardzo dobrze wykorzystany. Zwłaszcza pokazanie ich przekonywania się do siebie, przy jednoczesnym wzrastaniu problemów - wywołanych horkruksami - pomiędzy Tomem i Harrym. Myślę, że mogę pocieszyć cię na tyle, iż dowiemy się dokładnie - um, przynajmniej pozornie dokładnie - o co chodzi z tym całym testamentem. Chociaż przy okazji wprowadzi to bardzo ciekawy wątek, który niestety nie zostanie dokończony (a właściwie nawet i zaczęty). elain679 (elain, prawda? Dobrze odgadłam?), miło mi słyszeć, że rozdział się podobał. No i Tom, oczywiście, musi się rządzić - chociaż wcześniej nawet nieźle dawał sobie przy Harrym radę z ograniczaniem tej potrzeby. Co do Albusa i Gellerta, będą w dzisiejszym rozdziale, ale w następnym już się nie pojawiają - akcja skupia się na czymś innym. Niestety ta para nie zdąży się zbytnio rozrosnąć, chociaż z pewnością można wyobrazić sobie, do czego to mogło zmierzać :).

Dziękuję za komentarze i za to, że znalazłyście chwilę czasu na ich napisanie. Czytanie ich było bardzo przyjemne i podnoszące na duchu.

Miłego czytania!


Słowniczek: wężomowa, list


Triumf Jutra

Rozdział trzeci

Późnym popołudniem, albo raczej wczesnym wieczorem, przybył do niego list. Tom unikał go przez cały dzień.

Jeśli już chodzi o Toma, to nie tak, żeby zachowywał się jakoś szczególnie dziwnie, ale w jego oczach błyszczało coś ciemnego, co zwykle było w nich bardzo dobrze ukryte, mniej surowe. Tom również nie odzywał się do niego i, właściwie, nie nawiązywał z nim żadnych kontaktów, zachowując dystans.

Nie żeby było to coś, co byłoby do Toma niepodobne, kiedy ten chciał o czymś pomyśleć, ale zazwyczaj było tak, że to dziedzic Slytherina wszystkich od siebie odpychał, by zrobić sobie miejsce, a nie sam się wycofywał.

Podejrzewał, że miało to coś wspólnego z ich kłótnią w czasie śniadania, ale za żadne skarby nie potrafił rozpracować, dlaczego tak bardzo wpłynęła ona na jego przyjaciela.

No jasne, Tom zawsze miał nieco… zmienne nastroje, ale ostatnio zdawał się osiągnąć zupełnie nowy poziom „dwubiegunowości". Trochę go to niepokoiło.

Sprawiało, że znów rozmyślał, z wielkim niepokojem, o horkruksie Toma. Jak duży kawałek swojej duszy oderwał od siebie dziedzic Slytherina, skoro jego osobowość wciąż tak bardzo się zmieniała?

Nie mógł powiedzieć, że podobała mu się ta metoda – właściwie to uważał ją za całkowicie obrzydliwą – ale, no cóż, w pewnym sensie i tak był to najlepszy z możliwych scenariuszy, prawda? Namówi Toma, by znalazł jakiś nowy środek na osiągnięcie nieśmiertelności, a potem po prostu odwrócił to, co się stało lub coś w tym stylu.

Był pewien, że jakoś to przeżyje.

- Co mówi list? – zapytał Tom, a jego wzrok wyostrzył się, kiedy najwidoczniej rozpoznał pieczęć ministerstwa.

Harry zapoznał się z nim jeszcze raz, marszcząc brwi.

Panie Potter,

pojawiła się delikatna sprawa, o której pilnie musimy z panem porozmawiać, dlatego prosimy, by jutro lub w najbliższym możliwym terminie udał się pan do Ministerstwa. W przeciwnym razie jesteśmy skłonni złożyć panu wizytę.

Możemy tylko jeszcze raz podkreślić ważność tej sprawy i przepraszamy, że nie podajemy w tym liście żadnych szczegółowych informacji, ale istota problemu jest bardzo drażliwa. Jest to jednak powiązane z pańskim spadkiem z prawnego i ministerialnego punktu widzenia.

Czekamy na pańską sowę i dziękujemy za poświecony czas.

Melia Ayman, Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów

- Z moim… spadkiem? – powtórzył niezbyt pewnie Harry. Tom westchnął, sięgając po list i po prostu biorąc go, szybko przebiegając po nim wzrokiem.

- Testament. Chodzi o testament i najwyraźniej związane z nim komplikacje. I przedmioty, w których posiadanie Ministerstwo nie chce, abyś wszedł – wyjaśnił lub może raczej teoretyzował po chwili Tom, po czym oddał mu pergamin. Harry zamrugał, otwierając usta, aby coś powiedzieć, ale Tom kontynuował: - List wspomina o spadku, zatem oczywiście chodzi o testament, Harry… jakiś nowy, inaczej ta sprawa zostałaby już dawno rozwiązana. Pochodzący prawdopodobnie sprzed miesiąca – głos i wyraz twarzy Toma stał się zamyślony.

Wymienili spojrzenia. Harry zastanawiał się nad tym przez jakąś minutę, a jego myśli szalały. Niedawna śmierć. Komplikacje. Skrzywił się, zerkając na swojego towarzysza.

- Chyba nie myślisz, że chodzi o testament Voldemorta, prawda?

Istniała tylko jedna osoba, którą znał Harry, a która zmarła w ciągu ostatnich miesięcy i której testament mógłby powodować tak „delikatne" komplikacje w Ministerstwie. To było po prostu… kompletnie absurdalne.

- Właściwie to tak właśnie myślę – odparł stanowczo Tom.

Harry przez chwilę się w niego wpatrywał, po czym głośno się roześmiał.

- I co takiego Voldemort miałby mi zapisać? – zapytał z niedowierzaniem. – Truciznę? Dlaczego uważasz, że mógłby mi coś zostawić?

- Bo ja bym to zrobił.

Harry przełknął ślinę.


Tego wieczoru Harry przybył do Ministerstwa.

Czuł się zdecydowanie dziwnie, jako że z powodu kończącego się dnia, miejsce to było właściwie całkowicie puste. Po całym budynku porozrzucanych było tylko kilka pojedynczych bardzo oddanych, ambitnych lub przemęczonych pracowników. Mimowolnie stał się podejrzliwy.

Niemniej jednak, jego ciekawość pociągnęła go w głąb budynku.

To nie powinno zająć zbyt długo, prawda?

Ku jego zaskoczeniu, Tom nie nalegał na udanie się razem z nim, jak zrobiłby to normalnie, mówiąc, że ma lepsze rzeczy do roboty i że Harry wszystko mu opowie, kiedy wróci. To sprawiło, że Harry zaczął jeszcze bardziej martwić się o to, co się, do cholery, działo z dziedzicem Slytherina.

Właściwie, czuł się trochę tak, jak gdyby Tom go unikał i chociaż nie minęły jeszcze nawet dwadzieścia cztery godziny, to już zaczynało wkurzać to Harry'ego. No bo naprawdę, Tom nie miał żadnego prawa tak się na niego denerwować tylko dlatego, że Harry nie poddał się jak jakiś dobry śmierciożerca; zresztą, i tak nigdy tego nie robił.

Przez jakąś minutę z rozbawieniem wyobrażał sobie reakcję Toma, gdyby rzeczywiście zaczął zachowywać się jak wzorowy śmierciożerca… czy przypadkiem Tom nie powiedział kiedyś Harry'emu, aby nigdy nie nazywał go „Panem"? Nie chciał jednak spróbować tego zrobić, na wypadek, gdyby Tom faktycznie wolał, aby tak się właśnie zachowywał; absolutnie ulegle.

Skierował się do gabinetu, do którego powiedziano mu, aby się udał, czując zwiększającą się z powodu obecności Knota podejrzliwość i nieufność. Czuł w dłoni znajomy ciężar różdżki.

- Powiedział pan, że to ważne – stwierdził, nie witając się, nieznacznie zmuszając się do tego, aby pod lodowatą, formalną uprzejmością ukryć swoją niechęć do Ministra.

- Ach, tak – mruknęła odchrząkując blondynka, która, jak sądził Harry, musiała być Melią Ayman. Była raczej niska i szczupła, miała pulchne policzki, które wyglądały raczej dziwnie przy jej dość kościstej i poważnej postaci. – Chodzi o to, że… no cóż… Ministerstwo znalazło się ostatnio w posiadaniu testamentu Lorda V… Vol… Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać.

- I co to ma wspólnego ze mną? – zapytał, unosząc brwi. – Przypuszczam, że istnieje jakiś problem prawny? Coś w tym stylu?

Jeżeli cokolwiek miało coś wspólnego z Voldemortem, wspomnieniem jego reżimu lub Śmierciożercami, ludzie mieli w zwyczaju zwracać się z tym do niego. Jako swojego „wybawcy". No naprawdę, Tom zrobił równie wiele, by pokonać tą wężopodobną postać, ale najwyraźniej zwracali więcej uwagi na niego, bo był tym całym Chłopcem, Który Przeżył. Był czymś, czego się spodziewali i co znali. Tom był znacznie bardziej tajemniczą postacią, chociaż z tego względu również bardziej interesującą dla mediów.

- On, uch… - Ayman spojrzała na Knota. – No cóż, zostawił panu… wszystko.

Kilka sekund zajęło Harry'emu przetworzenie tych słów chociaż na tyle, aby mógł na nie odpowiedzieć.

- Słucham? – odparł ledwie szeptem.

- C-czarny Pan, Sam-Wiesz-Kto, zostawił panu wszystko, co miał… jako swojemu, errr, prawnemu spadkobiercy – mruknęła Ayman. Harry zamrugał.

- Co ma pani na myśli mówiąc… wszystko? – zażądał. – Ma pani kopię testamentu? Niech mi ją pani pokaże! – rozkazał.

Speszona Ayman zaczęła pokazywać mu dokumenty, ale Knot przerwał jej cichym odchrząknięciem.

- Niestety, ze względu na charakter twojego, ach, ofiarodawcy, istnieją pewne problemy związane z pozwoleniem na to, byś to zaakceptował.

Harry przez chwilę przyglądał się mężczyźnie.

- Czy istnieje jakiś prawny powód, który by mi na to nie zezwalał? Czy to tylko Ministerstwo ma problem z tym, co jest prawdopodobnie bardzo znaczącym majątkiem i kolekcją magicznych artefaktów? – zapytał Harry.

Wciąż nie mógł uwierzyć, że Voldemort cokolwiek mu zostawił, nie mówiąc już o wszystkim.

I nazwał go swoim spadkobiercą. Cholera jasna, czy to jakaś jego ostatnia gierka? Nie rozumiał tego.

Z pewnością byłoby to o wiele bardziej sensowne, gdyby Czarny Pan zostawił wszystko Tomowi, prawda?

Knot otworzył usta, ale to Ayman pierwsza się nieśmiało odezwała:

- Nie, nie istnieją żadne prawne powody, dla których nie może pan zaakceptować tego, co panu dał. Bardzo dokładnie wszystko sformułował, a jego kruczki… tu nie chodzi nawet o to czy to przyjmiesz, czy nie, panie Potter, nie masz wyboru. To już twoje.

- A co, jeśli tego nie chcę? – zapytał Harry.

Knot przykleił do swojej twarzy ciepły uśmiech.

- Byłoby to całkowicie zrozumiałe, Harry – stwierdził Minister, kładąc dłoń na jego ramieniu. – Rozumem, że musi być to dla ciebie niezwykle trudne, w końcu zamordował twoich rodziców…

- Zdejmij ze mnie swoją dłoń.

Palce Knota oderwały się od niego jak oparzone i Harry sięgnął po dokumenty, ostrożnie je przeglądając.

Dom Riddle'ów… skarbiec u Gringotta, w którym nawet nie wiedział, co się znajduje… i… Harry zamarł. Uniósł wzrok na Ayman.

- Wierzę, że jest pan wężousty, panie Potter – oznajmiła cicho.

Przeniósł spojrzenie na Knota, a jego oczy zaczęły błyszczeć z pewnym pokręconym rozbawieniem.

I tak oto Voldemort – lub choćby nawet i Tom, ale nie chciał myśleć o tym w ten sposób – drażnił się z Ministerstwem nawet po śmierci.

- Nie możecie tego przeczytać – stwierdził. – Nie macie pojęcia, co mi zostawił, wiecie tylko, że to wiążące z prawnego punktu widzenia i że nie możecie tego powstrzymać.

- Bylibyśmy wdzięczni, gdy mógł nam pan to przetłumaczyć – oświadczył sztywno Knot.

Harry, pomimo swojego wielkiego niepokoju, musiał oprzeć się silnej pokusie złośliwego uśmiechnięcia, chociaż i tak taki uśmieszek mógł wkraść się lekko na jego twarz.

- Nie za bardzo widzę, w czym Ministerstwo ma problem, skoro wszystko funkcjonuje zgodnie z prawem i go nie łamie – stwierdził.

Nawet jeśli chodziło o Voldemorta, nawet jeśli nie chciał niczego, co dawał mu ten mężczyzna… zrozumiał, że był to ten sam co zawsze instynkt walki przeciwko wszelkiej zewnętrznej ingerencji. Nawet wtedy, gdy w jego pobliżu był Voldemort, rzadko angażowali w swoje sprawy kogokolwiek innego. W końcu, tak jak w ostatecznym pojedynku na cmentarzu, wszystko kończyło się na prostym pojedynku pomiędzy nimi dwoma, nawet jeśli Voldemort bez problemu mógł zabić go, gdyby wykorzystał władzę i większą liczbę swoich Śmierciożerców.

Odwrócił się do wyjścia, biorąc ze sobą dokumenty, aby uważnie się z nimi zapoznać.

- Potter – warknął ostro Knot. – Zdajesz sobie sprawę z możliwych konsekwencji, jakie to ze sobą niesie? Jeżeli dojdzie to do wiadomości publicznej? Twoja reputacja może zostać zszargana.

Harry zatrzymał się, spoglądając za siebie.

- Nie jestem dziewczyną, a to nie są lata czterdzieste, Ministrze… Opieram się na czymś więcej niż tylko reputacji – powiedział. – A ty?

Knot zamarł z przerażania.

Harry z pogardą zwrócił więcej uwagi na znajdujące się w jego dłoniach dokumenty niż na nieogarniętego, niekompetentnego Ministra, który uczepił się władzy.


Harry nie udał się prosto do Pokoju Wspólnego Slytherinu. Marszczył brwi, a zdezorientowanie zaczynało rozdzierać jego umysł. Zamiast tego znalazł się w kompromisowym pomieszczeniu, które wraz z Tomem odwiedzał w pokoju Przychodź-Wychodź.

Położył się na brzuchu przed kominkiem, rozkładając przed sobą różne dokumenty i przeglądając je. Nie był ekspertem w dziedzinie żargonu prawnego, ale nie był pewien, czy był to taki rodzaj spadku, jaki mógłby skonsultować z prawnikiem… może z Tomem, właściwie on działał dokładnie na tej samej zasadzie, nawet jeśli myśl o tym wywoływała u Harry'ego chichot.

Tom… Co Tom będzie o tym wszystkim myślał?

Jak gdyby słysząc jego myśli, wspomniany dziedzic Slytherina wszedł do pomieszczenia, przez sekundę rozglądając się dookoła, bez wątpienia oceniając przez to stan jego umysłu.

Harry oparł się śmiesznej chęci powiedzenia: „myślałem, że mnie unikasz".

Zerknął w bok, kiedy Tom, zamiast zająć swoją zwykłą pozycje na kanapie, usiadł obok niego, pochylając się nad dokumentami, nic nie mówiąc.

- Nie wyglądasz na zaskoczonego – zauważył Harry.

- Dlaczego miałbym być zaskoczony? – zapytał Tom, unosząc brwi, zanim pochylił głowę. – Dał ci kontrolę nad Mrocznym Znakiem i Śmierciożercami…

Teraz, w końcu, jak oczekiwał, w tonie Toma pojawiło się coś ostrego.

- Bóg wie dlaczego – odparł. Tom zerknął na niego.

- Nie wiesz, dlaczego ci wszystko zostawił?

Harry skrzywił się, wyczuwając test.

- Oczywiście, że nie.

- Pomyśl – polecił mu Tom. – Znasz mnie. Nie różni się ode mnie aż tak bardzo.

Grymas Harry'ego zwiększył się, ostrzegawczo. Tom zignorował to, jedynie wyzywająco napotykając jego spojrzenie.

- Nie wiem – mruknął, zirytowany. – Myślał, że przeznaczone jest ci stać się nim i co za tym idzie… bez sensu byłoby zostawienie tego tobie. Przepowiednia mówi, że żaden nie może żyć, gdy drugi przeżyje… Gdybym umarł, jego testament nie musiałby zostać wprowadzony w życie, gdyby on umarł… był pewny, że wtedy ja bym przeżył.

- Nigdy nie było nikogo innego – powiedział cicho Tom. – Jesteś Harrisonem Evansem. Dokumenty mówią, że zostawił ci skrytkę u Gringotta, a także dom Riddle'ów i oficjalną kontrolę nad Śmierciożercami… - ton młodego Czarnego Pana po raz kolejny zyskał na te słowa niebezpieczny wydźwięk. – Kiedy zobaczymy, co się w niej znajduje?

Na twarzy Harry'ego pojawił się uśmieszek.

- Co masz na myśli mówiąc „my"? – zażartował. – Nie należy do ciebie.

Był zaskoczony, kiedy Tom natychmiast uderzył go w górną część głowy i to nieszczególnie w żartobliwy lub beztroski sposób. Niezaprzeczalnym celem tego uderzenia było sprawienie, by było ono bolesne.

Zmrużył podejrzliwie oczy. Coś zdecydowanie było nie w porządku. Chociaż Tom go uderzył, w jego oczach pojawił się teraz lodowaty ogień, który mówił mu, że drażniła go ta sytuacja, albo przynajmniej Harry myślał, że to o sytuację właśnie chodziło.

- Żartowałem – powiedział stanowczo. Tom milczał, przez chwilę zginając palce, podczas gdy jego postawa była sztywna. Zbyt sztywna. – Tom… - zaczął Harry.

Chłopiec znów wstał, szybko, wciąż ściskając w rękach kilka dokumentów, odsuwając się, przyjmując bardzo powściągliwą i napiętą pozycję. Harry niemal warknął, rzucając się do przodu i łapiąc mocno za ramiona chłopca.

- Co się dzisiaj, do cholery, z tobą dzieje? – zażądał, gwałtownie potrząsając Tomem. Problemy z kontrolą? Skoro miał kontrolę nad Śmierciożercami… co miał Tom? Tom był Czarnym Panem, zgodnie ze wszelkimi prawami wszystko, co było Mroczne, należało do niego. O to chodziło?

- Puszczaj mnie – syknął Tom.

- To przez horkruksa? – naciskał Harry. W następnej sekundzie magia Toma owinęła się wokół jego gardła, zaciskając, dusząc go, i dziedzic Slytherina wykorzystał to, wyszarpując się z jego rąk, niemal łamiąc mu przy tym palce.

- Powiedziałem – powtórzył, zbyt cicho – puszczaj.

Harry gapił się na niego, zupełnie zdezorientowany, zaciskając szczękę.

- Wiesz, zazwyczaj, kiedy mamy jakiś problem, jakoś, kurwa, negocjujemy – przypomniał mu krótko. – Zachowujesz się… dziwnie.

Ale wyraz twarzy Toma był teraz znów spokojny, chociaż jego oczy przeszywały postać Harry'ego. Potter ostrożnie odwzajemnił to szczegółowe przyglądanie się.

- W weekend pójdziemy do Gringotta i zobaczymy skrytkę – oświadczył Tom.

I po raz kolejny wypadł z pomieszczenia.

Harry'emu naprawdę się to nie podobało.


- Zatem, Albusie… dawno się nie widzieliśmy – mruknął Grindelwald, wpatrując się w niego, podczas gdy najokropniejszy uśmiech wykrzywiał jego wychudzoną twarz.

- Przestań – rozkazał krótko Dumbledore, z determinacją nie skupiając swojej uwagi na mężczyźnie.

- Pięćdziesiąt lat, co? – kontynuował Gellert, jak gdyby tego nie usłyszał. – Bez żadnej wizyty, bez żadnego kontaktu… bez choćby urodzinowej kartki z życzeniami. To sprawia mi ból, Albusie. Myślałem, że między nami było coś wyjątkowego.

- Powiedziałem: przestań – powtórzył chłodno. – Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego.

- Tak, doskonale dałeś mi to do zrozumienia – odparł Grindewald, tym razem z nutką jadu. Czarny Pan pochylił się nad stołem, bliżej niego. – Założę się, że zżera cię niesamowite poczucie winy…

Albus nie powiedział nic i Gellart nie wydawał się tego oczekiwać, kontynuując konwersacyjnie:

- W ciągu tych lat przyglądałem się twoim działaniom, mój drogi… orędownik mugoli, Albusie? Naprawdę? Tak bardzo próbowałeś o tym zapomnieć, że to niemal urocze, a raczej byłoby urocze, gdyby nie takie żałosne.

- Nie wiem, co próbujesz przez to osiągnąć… - zaczął znów Dumbledore, a jego oczy błyszczały wściekle.

- Złamałem ci serce, Albusie?

Talerze obiadowe rozbiły się i Gellert zakołysał się na krześle, śmiejąc się, uśmieszek rozdarł jego twarz. Ten sam chłopięcy uśmieszek, który najwyraźniej nigdy się nie zmienił, pomimo ciężkiej, kruchej goryczy mijających lat.

- Wiesz, że tak – warknął Dumbledore, a na jego twarzy widać było zmęczenie.

Uśmiech zniknął. Grindelwald wpatrywał się w niego, po czym oparł jeszcze bliżej.

- To dobrze – syknął. – Bo to ty pierwszy złamałeś moje!

Dumbledore pomyślał, że chyba wolałby już Azkaban.