- To należycie do szlachetnie urodzonych? - zapytał Gowen gdy pokonywali korytarz za korytarzem, idąc obok siebie, z Merlinem i Samem z przodu.

- Nah - rzucił na to Dean. - Jesteśmy zwykłymi... uh, najemnikami.

- Skąd jesteście? Wysławiasz się w nieznany mi sposób – a zwiedziłem wszystkie krainy Albionu.

- Oh, dużo podróżowaliśmy w dzieciństwie.

- No tak, ale-

- A ty? - przerwał mu Dean. - Urodziłeś się w Kamelocie?

- Nie, gdzie indziej.

- To jak tu trafiłeś?

- Spotkałem Merlina podczas karczemnej bijatyki – Gowen uśmiechnął się szeroko, czule waląc Merlina w ramię i przerywając tym samym rozmowę jego i Sama na temat tego jak Artur prowadził spotkania rady. - Przypadkowo uratowałem królewski tył Artura – no a potem jedno poszło za drugim i nagle już przysięgam wierność Arturowi i Kamelotowi i szturmuję zamek. Czego ja nie robię dla Merlina, powiadam ci – zanim go spotkałem przysięgałem, że do śmierci nigdy nie będę służył żadnemu królowi.

- Ucisz się. - Merlin przewrócił oczami. - Uwielbiasz bycie rycerzem i zrobiłeś to dla Artura, a nie dla mnie.

- Jasne – Gowen mrugnął.

Potężne drzwi u stóp schodów otwarte zostały przez strażników gdy się zbliżyli. Dean próbował zatrzymać swoją szczękę zanim uderzyła o posadzkę gdy na wejściu zastali Artura i rycerzy Kamelotu usadzonych woków gigantycznego okrągłego stołu. Zerknęli na siebie z Samem i Dean widział, że ten jest równie podniecony.

- Nareszcie – odezwał się Artur. - Zasiądźcie, proszę i możemy zaczynać. - Trzy wolne miejsca czekały przy stole i Dean ledwo powstrzymywał uśmiech na myśl o tym, że razem z Samem będą siedzieli wokół okrągłego stołu razem z Królem Arturem.

- Daruj, Panie – powiedział Gowen. - Nasze spóźnienie jest oczywiście całkowicie winą Merlina.

- Oczywiście – westchnął Artur patrząc na Merlina z dezaprobatą. Zajęło to chwilkę zanim Dean ogarnął dlaczego Merlin poszedł stanąć za Arturem, a nie usiadł. Dean musiał przypomnieć sobie, że ten Merlin był służącym, a nie szanowanym doradcą, a służącym najwyraźniej nie przysługiwały krzesła.

- Rycerze, oto są najemnicy, oferujący swoją pomoc, bracia Dean i Sam. - Artur wskazał każdego gestem przedstawiając ich. - Twierdzą, że polowali na stwory takie, jak te nękające Kamelot. Będą mieszkać w Kwaterach Rycerzy do czasu gdy potwory zostaną unicestwione. Oczekuję, że powitacie ich w sposób godny rycerzy Kamelotu. Dean, Sam, powiedzcie, proszę, wszystkim co wiecie o stworzeniach terroryzujących moje królestwo.

- Tak, no- - zaczął Dean.

- Wstawaj – syknął na niego Sam, dźgając go łokciem w bok. Dean spojrzał na niego krzywo, ale wstał. Gdy to uczynił, Król usiadł.

- Tak... - zaczął znowu Dean. - Są dwa różne rodzaje stworzeń, które mordują waszą ludność. Jedno to wilkołak. We dnie wilkołaki przyjmują ludzką postać, ale w noce najbliższe pełni zmieniają się w wilko-podobne monstra zjadające serca tych, których zabiją. Drugim typem stworzeń są wampiry. Wampiry także wyglądają jak ludzie, ale mają drugi zestaw zębów ukryty w dziąsłach. Żywią się wysysając krew swoich ofiar, zazwyczaj gryząc ich szyje. Nie lubią słońca, więc są najbardziej aktywne nocą.

- Nigdy nie słyszałem o takich stworach – oznajmił Artur.

- Nie są- - zaczął Sam, urwał by wstać i kontynuował – Nie są naturalne dla tego świata, Panie.

- Więc jak tu trafiły? - spytał Artur.

- Uh, - wyartykułował Dean, ze wszystkich sił starając się nie patrzeć na Merlina. - Zostały przyzwane tu za pomocą magii.

- Morgana? - spytał Artur i Dean ujrzał jak wszyscy rycerze się spinają.

- Kt- - zaczął pytać Dean, ale Sam znowu dziabnął go łokciem, patrząc na niego złym wzrokiem, który jasno mówił „patrz na Merlina, debilu". Merlin patrzył się na Deana wielkimi oczami i powolutku kręcił głową.

- Uh, nie, Wasza Wysokość – odparł Dean, trzymając się historii, którą dał im Merlin. - To był inny czarownik. Zabiliśmy go, ale niestety dopiero po tym jak przyzwał potwory.

- Morgana wciąż może być w to zamieszana – oświadczył Artur i zwrócił się do starszych rycerzy zgromadzonych wokół stołu. - Sir Glynie, chcę wiedzieć czy ktokolwiek słyszał o ostatnim miejscu pobytu Morgany. Zabierz ludzi na patrol do okolicznych wiosek i popytajcie dyskretnie – nie noście barw Kamelotu. Zdajcie raport Sir Leonowi kiedy wrócicie.

- Tak jest, Panie – odparł Sir Glyn.

- A teraz, Dean, Sam, jak mamy odnaleźć te potwory? - zapytał Artur.

- Sam i ja musimy popytać ludzi mieszkających w okolicy, w której morderstwa zostały popełnione – powiedział Dean. - Pierwotne stwory powinno być łatwo znaleźć, bo muszą być nowe w mieście. Byłoby łatwiej gdybyśmy mieli mapę miejsc, w których znaleziono ciała. Będzie trudniej jeśli zaczęły się już pomnażać – ale Sam i ja radziliśmy sobie już i z takimi sytuacjami. A jak już je znajdziemy-

- Co masz na myśli mówiąc, że się pomnażają? Nie mogą wszak rozmnażać się tak szybko – przerwał mu Artur.

- Uh, to nie tak- - zaczął Sam i Dean musiał przygryźć wargę, by nie roześmiać się na widok jego rumieńca.

- Pomnażają się zamieniając ludzi w potwory – wyjaśnił. - Każdy ugryziony przez wilkołaka staje się wilkołakiem. Z wampirami – jeśli przełknie się wampirzą krew, zostaje się wampirem.

- Któż uczyniłby coś takiego? - zapytał zupełnie odrzucony Artur.

- Nigdy nie spotkałem nikogo, kto zrobiłby to z własnej woli – odrzekł Dean. - Wampiry są nadnaturalnie silne i działają dość przymusowo. Jeśli wampir zdecyduje się kogoś zmienić niedużo można zrobić, żeby go powstrzymać.

- Rozumiem – odparł Artur.

- Więc im szybciej stąd wyjdziemy i pójdziemy szukać, tym lepiej – zakończył Dean.

- Oh, i będziemy potrzebowali srebra – dodał Sam.

Artur zmarszczył brwi.

- Sądziłem, że trzeba wam jedynie wiktu i opierunku - rzekł zimno. - Mieliście odmianę?

- Nie! - wycofał się Sam. - Nie, uh, nie srebro... uh, do... uh, kupowania rzeczy...

- Potrzebujemy srebra na broń – powiedział Dean. - Miecze wystarczą na wampiry. Na wampiry wystarczy odciąć im głowy, ale wilkołaka zabić da się tylko strzelając- uh, przebijając im serca srebrem. Zazwyczaj używamy, um... kusz ze srebrnymi grotami bełtów. Ale nie, uh, nie mamy żadnych... w tej chwili.

- Właśnie – Artur rzucił wyzywająco. - Twierdzicie, że polowaliście już wcześniej na te stwory; że przybyliście do Kamelotu specjalnie by oferować nam swoje umiejętności; nie macie jednak potrzebnych do tego narzędzi?

- Uh, my, um... - jąkał się Dean i spojrzał ku Samowi, który wzruszył ramionami. - Niezręcznie... um, widzicie, to dość wstydliwe...

- Pozwól, że zgadnę – odezwał się nagle Merlin. - Bandyci? W lesie Ascetir?

- Skąd wiedziałeś? - spytał Sam, wybornie grając.

- Wspominaliście, że podróżowaliście tamtędy kiedy prowadziłem was do waszej komnaty. No i nikt nie lubi przyznawać się, że został pokonany przez bandytów.

- Hej, wcale nie zostaliśmy pokonani! - odparł Dean. - Siedźże cicho.

- Panowie, proszę – przerwał im wpół słowa Artur. - Merlin, nie odzywaj się, chyba że pytany.

- Wybacz mi, Panie – odrzekł Merlin wcale nie wyglądając na skarconego, bo ukrywał uśmiech.

- Wykradli nasze rzeczy gdy spaliśmy, Panie – zaimprowizował Sam. - Planowaliśmy podążyć ich tropem i odzyskać naszą własność, ale doszły do nas wieści, że w Kamelocie są potwory i poczuliśmy, że musimy przybyć tu bez zwłoki. Żywiliśmy jednak nadzieję, że będziesz w stanie udostępnić nam niezbędną broń. Zwrócimy ją gdy zabijemy potwory i upewnimy się co do bezpieczeństwa twoich poddanych. Masz nasze słowo.

- Dobrze więc – rzekł Artur. - Sir Percewalu, zamów u mistrza metalurga srebrne groty do bełtów. - Rzucił Samowi pytające spojrzenie. - Srebrne sztylety także wystarczą by uśmiercić monstra?

- Trzeba by zbliżyć się na niebezpiecznie bliską odległość, żeby móc dźgnąć w serce, ale tak.

- Dobrze, od tej chwili każdy rycerz znajdujący się w posiadaniu srebrnego noża ma go mieć przy sobie o każdej porze dnia i nocy.

- Tak jest, Panie – odpowiedziało kilku rycerzy, a duża część pozostałych pokiwała głowami. - A ty, Sir Leonie, przekaż, proszę, Samowi i Deanowi gdzie znaleziono ciała.

- Super – odezwał się Dean. - To jeśli to już wszystko – Sam i ja zaczniemy podpytywać ludzi, zobaczymy czy uda nam się znaleźć jakieś potwory do odstrzału.

- Będziecie mogli odejść dopiero kiedy ja wam na to pozwolę – przerwał mu ostro Artur. - To ja jestem Królem.

- Oczywiście – kajał się Dean. - Oczywiście, wybacz, Panie... zazwyczaj nie... uh, nie jesteśmy przyzwyczajeni do... Królów.

- Dobry Panie, jesteś niczym Gowen i Merlin w jednej osobie – wymamrotał Artur. Potem urwał i kontynuował już mocniejszym głosem. - Nie pozwolę wam wypytywać mieszkańców mojego królestwa bez nadzoru. Nie znam was – a mieliśmy tu już szarlatańskich łowców wiedźm i nie pozwolę, żeby taka sytuacja się powtórzyła.

- Z całym szacunkiem, Panie – wyartykułował z irytacją Dean – Sam i ja zwykliśmy pracować tylko we dwóch. Jak wmaszerujemy do miasta w towarzystwie gromady facetów w czerwonych pelerynkach to wszystkie potwory się pochowają i będzie nam znacznie trudniej je dostać.

- Z całym szacunkiem, Dean – Artur odpowiedział wściekłym spojrzeniem – nie jestem głupcem. Sir Gowen oraz Merlin będą wam towarzyszyć, a w trakcie tego zadania nie będą mieli na sobie czerwonych peleryn. I nie wiem czym jest „facet", ale jeśli obrażasz moich rycerzy to pozwól, że przypomnę ci, że w tej chwili to ty jesteś zdany na łaskę moich ludzi, a nie ja na twoją.

- Wybacz nam, Panie – odezwał się szybko Sam. - Nie chcieliśmy nikogo urazić. Będziemy wdzięczni za pomoc Merlina i Sir Gowena.

- Facet to nie jest forma obraźliwa – dodał Dean.

- Zamknij się, Dean – syknął na niego Sam, - zanim wyjedziesz z czymś jeszcze gorszym.

- Ale to nie jest obraźliwe – bąknął Dean patrząc wokół stołu. - Naprawdę szanuję tych facetów... Znaczy mężczyzn – szanuję tych mężczyzn.

Zarówna Sam jak i Merlin masowali czoła, ale Gowen otwarcie uśmiechał się do niego szeroko, więc Dean stwierdził, że wszystko gra.

Merlin odetchnął z ulgą gdy zgromadzenie zajęło się innymi sprawami. Zadecydowano, że Artur spotka się ponownie z braćmi oraz z rycerzami po kolacji by poznać wyniki ich misji oraz by zdecydować, czy zapolować na stwory tej nocy, czy potrzebne będzie więcej przygotowań.

To oznaczało, że Merlin spędzi popołudnie w dolnym mieście z Samem, Deanem i Gowenem. Napisał już przemówienie Artura na spotkanie z Cechem Tkaczy, które odbywało się w tym samym czasie, a Artur wcale go tam nie potrzebował. Merlin planował spędzić ten czas na zrobienie Królewskiego prania i wyczyszczenie jego zbroi, ale teraz będzie to musiało zaczekać.

Jeśli zapolowaliby tego wieczoru to Artur uparłby się, żeby samemu rzucić się w niebezpieczeństwo – co znaczyło, że Merlin musiałby towarzyszyć jego ludziom by upewnić się co do jego bezpieczeństwa. Niewątpliwie potwór, który potrafi przenieść zły urok jednym ugryzieniem to nie przeciwnik, z którym Artur mógłby zmierzyć się jeden na jednego. Merlin nie mógł nie pomyśleć o Ujadającej Bestii i jak mało brakowało, żeby wszystko skończyło się śmiercią Artura.

Po zakończeniu spotkania Artur skinięciem nakazał Gowenowi i Merlinowi by zostali jeszcze w pomieszczeniu, gdy Elyan oferował Samowi i Deanowi, że pokaże im, w której sali spożywa się posiłki, żeby zjedli coś zanim pójdą do miasta.

- Twoja mowa dla Cechu Tkaczy jest na twoim biurku, Panie – powiedział Merlin. - Jest krótka i z łatwością powinieneś spamiętać ją podczas lunchu. Jeśli chcesz mogę poprosić George'a by ci towarzyszył, ale to spotkanie nie powinno być zbyt wymagające – w zasadzie niepokoją się jedynie sytuacją na szlakach handlowych z Mercji i jak może ona wpłynąć na ceny towarów tu, w Kamelocie. Musisz ich tylko zapewnić, że-

- Tak, Merlinie, pewien jestem, że wszystko jest w mowie, jak zawsze – przerwał mu Artur. - Nie ma potrzeby nasyłać na mnie George'a. Poradzę sobie z jednym spotkaniem samodzielnie.

- Tak, oczywiście, Panie – odparł Merlin.

- Ważniejsi od Cechu Tkaczy są ci dwaj najemnicy – kontynuował Artur. - Chcę, żebyście ty i Gowen bardzo uważnie się im przyglądali. Upewnijcie się, że są tymi, za których się podają. Nie pozwolę, żeby kolejny łowca wiedźm torturował i mordował moich ludzi na podstawie fałszywych oskarżeń – ani na to, by w tych murach kręcili się kolejni szpiedzy Morgany.

- Tak jest, Panie – odparł kiwając głową Gowen.

- Tak, Panie – zgodził się Merlin. - Ale spędziłem już z nimi trochę czasu i mogę cię zapewnić, że nie ma powodu wątpić w to, że chcą jedynie pomóc – dowiedli także, że mają odpowiednią wiedzę.

- Jakkolwiek wiedzę mają, ale wciąż muszą zdobyć moje zaufanie – rzekł Artur. - A skoro nie mogę towarzyszyć im samodzielnie, ufam, że wy dwaj będziecie moimi oczami i uszami. Zrozumiano?

- Oczywiście. – Merlin kiwnął głową.

- Świetnie, możecie odejść. - Artur machnął ręką w kierunku drzwi.

Gowen odszedł, ale Merlin nie poruszył się.

- Merlinie? - spytał Artur unosząc brwi.

- Miałem zaserwować ci lunch, Arturze.

- Oh. Nie, powinieneś dołączyć do Gowena i naszych gości. Clarissa może usługiwać mi podczas lunchu. Nieźle poradziła sobie dziś rano kiedy się spóźniłeś.

Merlin przewrócił oczami.

- Tylko upewnij się, że masz na sobie tę niebieską, tkaną koszulę zanim zobaczysz się z Tkaczami.

- Niebieską koszulę? - jęknął Artur. - Ale ja jej nie cierpię! Dlaczego muszę zakładać to tkane okropieństwo?

- Bo to Cech Tkaczy, i zrobili ją specjalnie dla ciebie w zeszłym roku, Arturze. - Merlin spojrzał na niego z dezaprobatą. - Nie chcemy, żeby tkacze uznali, że jesteś niewdzięczny, prawda?

- Prawda. - Artur wydął wargi.

- Wiecie – odezwał się Elyan gdy odbierali talerze z jedzeniem od surowo wyglądającej kobiety, - przypominacie mi nieco tych braci z legend.

- Legend? - zapytał Sam z wymuszoną niewinnością w głosie.

- Tak, musicie je znać – dwóch braci walczących ze złymi duchami, których oddanie wobec siebie nawzajem pokonuje wszystkie przeciwności – to klasyk!

Dean rozkasłał się.

- Wybacz, musiałem coś źle połknąć.

- Chyba wiele ludzi wam to mówi. – Elyan wzruszył ramionami, gdy znaleźli wreszcie pusty stół w sali jadalnej.

- Uh, zdarza się – odparł Sam. Z jednej strony bardzo chciał dowiedzieć się więcej na temat tych historii, ale jeśli ktokolwiek nabrał podejrzeń co do pochodzenia jego i Deana, to konsekwencje spadłyby na Merlina. Na wszelki wypadek zmienił więc temat. - A więc podoba ci się życie rycerza Kamelotu?

- No jasne – odparł Elyan. - Utrzymuje mnie z dala od kłopotów, a przynajmniej tak twierdzi Gwen.

- Królowa? - dopytał Dean. - To twoja przyjaciółka?

- Moja siostra. - Elyan uśmiechnął się. - Zawsze wiedziałem, że zajdzie wyżej ode mnie, no ale Artur nie jest w moim typie – dodał, śmiejąc się.

- Ach tak - uśmiechnął się Sam.

Właśnie wtedy Gowen dotarł do ich stołu, stawiając swoją miskę gulaszu ze stukiem.

- Wyjdziemy po lunchu – oznajmił. - Musimy tylko poczekać, aż Merlin skończy usługiwać jego Królewskiej Wysokości.

Sam skinął głową, zauważając sarkazm, z jakim Gowen wypowiedział tytuł Artura.

- Albo i nie – odezwał się Elyan, wskazując brodą drzwi. Cała trójka odwróciła się by zobaczyć jak Merlin obok kilku rycerzy wchodzi do sali.

- A to dopiero niecodzienny widok – rzekł Gowen.

Obserwowali jak Merlin złapał bułkę i podszedł do stanowiska kucharki.

- Hej! Uciekaj stąd! To jest jedzenie dla rycerzy! - krzyknęła waląc Merlina po ręce chochlą, przez co jego pusta miska wylądowała ze stukiem na stole. Merlin skrzywił się, ale większość rycerzy tylko się roześmiała.

- Ale Artur powiedział-

- Uważaj na słowa, chłopcze, i odłóż tę bułkę! - krzyknęła kucharka znowu unosząc chochlę. Merlin uciekł.

- I tak nie chcę twojego obrzydliwego gulaszu – odkrzyknął. Gowen roześmiał się, kręcąc głową.

- Merlin! - zawołał go. - Czyżby Księżniczka uznała, że nie musisz jej dziś towarzyszyć?

Merlin uśmiechnął się siadając na ławie obok niego.

- Na razie – odparł. - Będę się jakoś musiał odwdzięczyć Clarissie – jest służką Gwen, a nie Artura, a usługiwała mu też rano, kiedy spóźniłem się ze śniadaniem. To niesprawiedliwe wobec niej, ale chciał się upewnić, że nic nie opóźni naszego wyjścia do miasta. Tak więc jak już skończycie wszyscy jeść to możemy ruszać.

Merlin odgryzł kawał swojej bułki, zerkając ze złością na kobietę rozdającą posiłki.

- Zdaje się, że kucharka nie przepada za tobą – rzekł Dean.

- Jest trollicą – wymruczał Merlin.

- No z tym się zgodzę – powiedział Gowen, odkładając łyżkę do miski. - Chyba nie dam rady dokończyć tego paskudztwa.

Sam zmarszczył brwi – może po prostu był bardzo głodny, ale nie uważał, żeby gulasz był taki znowu zły – trochę nijaki i może odrobinę przesolony, ale nie można powiedzieć, żeby nie dało się go zjeść. Dean już skończył swoją porcję.

- Więc dzisiaj wyjątkowo źle smakuje? - spytał Merlin.

- Nie wierzysz? - Gowen podsunął mu swoją miskę. - Sam spróbuj.

Merlin wziął do ust pełną łyżkę.

- Uch, tak, potworność.

- Mówiłem – powiedział Gowen. - No cóż, panowie, spotkamy się pod bramą. Muszę się przebrać, żeby ta peleryna nie przyciągała zbyt dużo uwagi. - Mrugnął do Deana.

Gdy tylko Gowen sobie poszedł, Elyan zaczął opowiadać zabawną historię o tym jak to raz Gowen nie miał czym zapłacić w karczmie i Sam śmiał się szczerze do końca posiłku. Kiedy wstawali, zauważył, że Merlin nie pozostawił ani śladu gulaszu w misce.

/txtbreak/

Hej! Darujcie wszystkie błędy, nie mam nikogo do sprawdzania i czasem coś mi umyka, choć staram się edytować jak najlepiej. Jak tam nowy rok szkolny? Dla mnie to maturalny, więc nie obiecuję, że dam radę dodawać rozdziały regularnie, jeśli ktoś to czyta...