Jennifer obudziła się z dziwnym przeczuciem. Usiadła na łóżku i już wiedziała, że coś jej nie tak. Szybko rozejrzała się dookoła; wszędzie panował normalny, kontrolowany mniej lub bardziej, bałagan; Alex siedział na parapecie, obserwując gołębie. Wstała i ruszyła do łazienki. Nagle zdała sobie sprawę, co jest nie tak. Światło. Promienie słońca wpadały do jej pokoju pod dziwnym kątem. Potykając się o własne, rzucone niedbale na podłogę spodnie, dopadła komórki. Na wyświetlaczu widniała godzina jedenasta czternaście.

- Alex, rany, jestem spóźniona! – wykrzyknęła spanikowana; trzy godziny temu powinna być na komisariacie. Przez chwilę biegała bez konkretnego pomysłu po mieszkaniu, zastanawiając się, czy lepiej wziąć prysznic, czy coś zjeść. Wreszcie nie zrobiła żadnej z tych rzeczy, tylko ubrała się i wybiegła na korytarz. Piętro niżej przypomniała sobie, że nie zamknęła drzwi; wróciła się, przeklinając.

Dwadzieścia minut stała w korku, a kolejnych dziesięć szukała miejsca na podziemnym parkingu. Kiedy wreszcie wpadła do hallu komendy głównej, dochodziła dwunasta. Wbiegła do windy i pojechała na czwarte piętro. Zziajana i zarumieniona ze zdenerwowania i od wysiłku wbiegła między boksy i zawalone papierami biurka. Kilka zaciekawionych spojrzeń poprowadziło ją przez rozległe pomieszczenie, a kiedy zderzyła się z jakąś kobietą niosącą dwa kubki z kawą, których zawartość błyskawicznie przemieściła się na piersi Jennifer obleczone szarym t-shirtem, rozległy się pierwsze śmiechy i głośne komentarze.

- Przepraszam! – wykrzyknęła płaczliwie. – Strasznie mi przykro! Odkupię pani kawę!

- Nie trzeba. – Starsza policjantka z kokiem na głowie wpatrywała się w nią rozbawiona. – Jakoś przeżyję. Ale tobie potrzeba nowej koszulki, skarbie.

Jennifer uśmiechnęła się blado, kiwając głową.

- Jen? – Usłyszała nagle. Przeszył ją dreszcz, a serce zabiło szybciej. Colin znalazł się tuż obok niej. – Co ty tutaj robisz, wariatko?

- Zamieszanie – mruknęła zażenowana, wbijając wzrok w rozległą plamę na piersiach. To był błąd, bo zauważyła, że ma na stopach dwa różne adidasy. – A tak przy okazji zjawiłam się do pracy. Mocno spóźniona.

- Do pracy? Zaraz, zaraz. Ty jesteś tą nową dla Browna? – Colin skrzyżował ramiona na piersiach; na szyi wisiała mu połyskująca odznaka. – No nie, miałem nadzieję, że dostaniemy jakąś laskę.

- Przykro mi – syknęła.

- Czemu nic nie mówiłaś? I czemu zerwałaś się wczoraj przed szampanem i toastami?

Zauważył, pomyślała uradowana, niemal zapominając o Pani Aktorce w jego ramionach.

- Nie było okazji, żeby powiedzieć...

- Żartujesz? – Zmarszczył brwi. – Opilibyśmy to wczoraj z chłopakami! Zresztą, nieważne, opijemy to dziś, okej, Jen? Po pracy?

- Jak jakąś pracę sobie tutaj zorganizuję – mruknęła.

- Faktycznie! – Klasnął w dłonie. – Zaprowadzę cię do Browna. Czeka od rana. Macie już przydział. Jakaś malutka, urocza sprawka. W sam raz dla ciebie.

Jego słowa ukłuły ją, ale sam ton pozbawiony był ironii czy złośliwości. Poprowadził ją korytarzem. Wreszcie stanęli przed biurem z tabliczką DET. J. BROWN; okienko w drzwiach zasunięte było żaluzją.

Colin nachylił się na jej uchem; poczuła intensywny zapach jego wody kolońskiej.

- To stary dziwak dwa kroki przed emeryturą. Jakiś tydzień temu stracił partnera. Bądź grzeczna.

Klepnął ją w plecy i wycofał się.

- Po-wo-dze-nia – wyrecytował z uśmiechem.

Zapukała; nie było żadnego odzewu. Spróbowała ponownie, tym razem głośniej i pewniej.

- Wejść. – Usłyszała ostry rozkaz i nacisnęła klamkę.

- Dzień dobry. Nazywam się...

- Jennifer Stark, wiem, wiem. Zamknij drzwi i podejdź tutaj.

Pomieszczenie było dosyć małe, ale mieściły się tutaj bez problemu dwa biurka i wąska szafa. To większe, zabałaganione, zajmował przysadzisty mężczyzna pod pięćdziesiątkę z zupełnie siwymi, ale gęstymi włosami, który teraz śledził ją czujnym spojrzeniem bystrych, zielonych oczu. Mniejsze było starannie posprzątane; wszystkie papiery leżały w zgrabnej kupce, a długopisy tkwiły w kubku z napisem F.B.I. – Female Body Inspector, spinacze natomiast sterczały powsuwane w brzeg tekturowej makaty zapełnionej różnymi notatkami. Nad blatem wisiała tablica korkowa z taką ilością przybitych do niej papierów, że całość odstawała na kilka centymetrów od ściany.

Detektyw Brown splótł palce potężnych, pomarszczonych już dłoni, nie spuszczając oczu z Jennifer.

- Prze-przepraszam za spóźnienie – wydukała, spuszczając wzrok.

- Myślałem, że Starkowie zawsze są punktualni. I noszą czyste, świeżo wyprane i wyprasowane koszulki.

- Przepraszam. To... ja... Kawa – mruknęła, rumieniąc się. – Kawa – powtórzyła.

- To akurat widzę. Ale czemu ta kawa nie jest w kubku?

- Długa historia.

- Nie wątpię. – Wstał i podszedł do szafy; przez chwilę w niej grzebał. Wreszcie podał jej czarny t-shirt. – Mam nadzieję, że słyszałaś o Bad Company. Pożyczam ci ją. Ma wrócić, rozumiemy się?

- Tak jest, sir. – Spojrzała na materiał z kolorowym nadrukiem tekstu jakiejś piosenki. – Słyszałam o nich.

- A słuchałaś? – Pokręciła przecząco głową. – Taa, to byłoby za proste. No nic, przebierz się. Mamy sporo do roboty.

Kiedy wróciła w zbyt dużym jak dla niej t-shirt, Brown narzucał na ramiona kurtkę. Kiedy szła za nim do windy, wpychała koszulkę w dżinsy. Wreszcie poprawiła bluzę i kaburę. Zanim drzwi zasunęły się z sykiem, dostrzegła przez szparę Colina z uniesionym do góry kciukiem. Poczuła się pewniej.

Stary detektyw poprowadził ją przez parking do nienowego już volvo. Kiedy zapięła pasy, odpalił silnik.

- Nie byłaś orłem w akademii. – Usłyszała nagle; zjeżyła się nieco: był to dla niej drażliwy temat. – Ale przynajmniej ją skończyłaś, a to się chwali. Nie paplaj zbyt dużo, nie jedz cebuli i nie używaj perfum z paczulą, a na pewno się dogadamy. – Uśmiechnął się. – I jeśli już masz się spóźniać, to pół godziny najwięcej.

- Nie, sir! – wykrzyknęła szybko. – To już się więcej nie powtórzy!

- Skoro tak mówisz. – Zatrzymał się na światłach. – Mogę do ciebie mówić „Jen"? Ty do mnie „Joe".

- Oczywiście, sir... Joe! – poprawiła się gorączkowo. – Joe.

Znowu włączył się do ruchu.

- Jeśli chodzi o nasz przydział... Zabito pokojówkę senatora Millesa. Tego tlenionego dupka, co to nie może się zdecydować, czy głosować na tak, czy na nie, dlatego rzadko cokolwiek robi. Kojarzysz go? – Pokiwała szybko głową. – To świetnie. Pokojówkę uderzono ze skutkiem śmiertelnym ciężkim narzędziem w głowę. Milles sądzi, że ta zginęła, bo ktoś chciał go ostrzec: „możesz skończysz jako ona". Tak uważa, oczywiście. Bo kto by chciał śmierci faceta, który tylko dupą grzeje stołek i nic poza tym? No ale Milles to szycha, więc przy tym śledztwie nas przypilnują. Poprosiłem techników, żeby niczego nie ruszali do naszego przyjazdu. Pewnie nieźle się tam wynudzili, biedacy.

- Przepraszam – mruknęła.

- Nie. Dobrze im tak, zwłaszcza, że to ekipa Pillowa.

Zatrzymali się przy okazałej willi. Brown zamknął samochód i zapalił papierosa, opierając się o maskę.

- Trzy minuty więcej ich nie zbawią – mruknął, zaciągając się.

Do domu wpuścił ich chuderlawy policjant; Brown wziął z pudełka na podłodze rękawiczki i podał parę nowej partnerce. Ruszyli korytarzem do salonu.

- Dobry wszystkim – przywitał się detektyw, wiodąc spojrzeniem po piątce techników, siedzących na podłodze pod ścianą. Najstarszy z nich przeklął głośno, wstając.

- A niech cię, Brown! – syknął, spoglądając przelotnie na Jennifer.

- U mnie prawie w porządku, pozbierałem się. Dzięki, że pytasz, Pillow. Co my tutaj mamy?

Przykucnął nad ciałem szczupłej Latynoski.

- Monica Cruz – pośpieszył z odpowiedzią policjant, który ich wpuścił do środku. – Pracowała u Millesów od dwóch lat. Państwa nie było w domu przez weekend, a kiedy wrócili dziś rano, znaleźli ją martwą. Drzwi kuchenne mają ślady włamania, ale nic nie zginęło.

Jennifer nachyliła się nad kobietą. Leżała na brzuchu, a jej ciemne włosy posklejane były krwią.

- Zaskoczyli ją – powiedziała cicho. – Nie ma śladów walki.

- Dokładnie, Jen – pochwalił ją Brown, przyglądając się ranie na głowie denatki. – Narzędzie zbrodni? Jakiś pomysł? Przez te trzy ekstra lata w akademii chyba nie uzupełniałaś tylko notatek, co?

- Nie, głównie zastanawiała się, jak zaliczyć testy sprawnościowe. Nie wiem.

- Ja też nie. Jeszcze nie. – Wyprostował się. – Wasza kolej – rzucił do techników.

- Niech cię szlag! – syknął Pillow; zgrzytnęły otwierane zamki walizek ze sprzętem. – Trzy minuty oględzin po tylu godzinach ślęczenia tutaj?! Kiedyś się doigrasz, Brown.

- Gdzie Milles? – Brown spojrzał na mundurowego stojącego cierpliwie w drzwiach.

- Razem z żoną są u jej znajomych. – Wyjął z kieszeni notes i wyrwał z niego kartkę. – To adres.

Kiedy przesłuchali senatora i jego małżonkę (Jennifer robiła własne notatki), dowiedzieli się tylko tyle, co usłyszeli już wcześniej: o weekendzie poza miastem i makabrycznym odkryciu po powrocie. Milles panicznie bał się o własne życie, zastanawiając się głośno, czy ten atak ma związek z jego poparciem ustawy antynikotynowej. Brown cały czas wpatrywał się w mężczyznę niechętnym wzrokiem.

- Teraz poczekamy na wyniki z laboratorium – powiedział Brown, kiedy wrócili na komisariat. – Może technicy coś znajdą. Bądźmy dobrej myśli.