ROZDZIAŁ 2
„Często rozgraniczanie dobra i zła równa się wyciąganiu nicości z pustki."
Huk.
- Nie chrzań, do cholery!
Przewrócone szklanki potoczyły się po wypolerowanym blacie, aż ostatecznie kilka z nich zakończyło żywot jako ostre odłamki rozsypane po podłodze. Syriusz zupełnie się tym nie przejął, skupiając całą swą uwagę na dyrektorze i wyładowując na nim swój gniew. Wściekłość szalała wewnątrz niego podobna żarłocznej pożodze, która nie zostawia za sobą kompletnie niczego prócz pustki zniszczenia.
- Syriuszu. - Tonks, w przeciwieństwie do rozsądnego Remusa, starała się uspokoić kuzyna. Jej wysiłki jednak zostały zupełnie zignorowane…
- Nie zamierzam siedzieć bezczynnie! Powinniśmy włamać się do zamku Gadziny i odbić Harry'ego! – wrzeszczał Łapa, odtrącając szarpnięciem dłoń Nimfadory. Trząsł się cały od nagromadzonej złości, której nie zamierzał ukrywać w żadnym wypadku.
To, gdzie młody Potter przebywał było już ustalone i pewne – zaklęcia namierzające stosowane w budowli należącej do Riddle'a wykazywały największą aktywność, lecz nie określały konkretnego pokoju czy chociażby piętra. Zarówno zawirowania ciemnej, negatywnej energii, jak i magiczna kopuła rozstawiona naokoło budowli skutecznie zagłuszały je i nie pozwalały prawidłowo funkcjonować. Jedynie mizerne echo świadczyło o obecności zielonookiego w głównej rezydencji samozwańczego Lorda.
- Nie zdołamy tego zrobić – odezwał się cicho, acz wyraźnie Lupin. Wilkołak wyglądał teraz o wiele gorzej niż w zeszłym roku: spojrzenie miał zmęczone i przepełnione smutkiem, zaś włosy, wcześniej ledwo muśnięte siwizną, były teraz przynajmniej w połowie popielate. – Zanim dostaniemy się do lochów, gdzie pewnie go przetrzymują, mogą go… - Głos mu się załamał, nie dając dokończyć najgorszej z opcji.
Black ni to warknął, ni zaskomlał jak zbity pies. Zaciśnięte pięści jeszcze raz uderzyły w stół, tym razem nie tyle z wściekłości, co obezwładniającej bezradności. Nie potrafił pogodzić się z tym, iż nie mógł dla chrześniaka zrobić praktycznie niczego. Jako poszukiwany morderca i szaleniec miał dodatkowo zawężone pole działania, co irytowało go coraz bardziej.
- Nie zostawię go tam – rzekł stanowczo Syriusz, odganiając depresję niczym natrętną muchę. Nie mógł się poddawać! Przysiągł to sobie lata temu i teraz, w kryzysowej sytuacji nie złamie obietnicy.
W kuchni, po tym oświadczeniu, zapanowała cisza. Pomieszczenie zdominowało milczenie, którego nikt nie przerywał, nie zakłócał. Członkowie Zakonu mierzyli się z własnymi myślami, analizowali plany czy po prostu rozpamiętywali – ostatnie tyczyło się w szczególności tych mających najbliższy kontakt z synem Potterów. Dopuszczeni do zebrania Hermiona, Ron, Ginny oraz, o dziwo poważni, bliźniacy trwali niedaleko drzwi, nie ważąc się zabrać głosu. Cała sprawa przygniatała ich niewyobrażalnym ciężarem troski oraz zmartwienia, odcisnęła trwałe piętna - blizny, które nigdy nie zblakną.
- Severusie – odezwał się łagodnym tonem Albus, zwracając na siebie uwagę reszty – jesteś w stanie zdobyć plany architektoniczne Atrer? – zwrócił się z pytaniem do Mistrza Eliksirów, który skrzywił się widocznie.
- Teoretycznie – odparł krótko i kwaśno, już wiedząc, co takiego chodzi po głowie dyrektora. Znane są przecież czary lokalizujące wysokiej klasy, do których potrzebne były wręcz mistrzowskie umiejętności, odpowiedni poziom rdzenia oraz oryginalna mapa danego miejsca. – Znajdują się w Sali Obrad, do której mam wstęp. Same dokumenty są już jednak schowane i zabezpieczone wieloma klątwami, więc jeśli ktokolwiek chciałby je wydobyć ze skrytki, uruchomiłby alarm w całym zamku.
Nadzieja, krucha i bolesna, zalęgła się w sercu Łapy niby krwiożerczy pasożyt. Nie liczyło się teraz nic – pomoc ze strony wieloletniego wroga czy niebezpieczeństwo wykraczające poza skalę – prócz możliwości wydarcia Harry'ego z łap czarnoksiężnika. Póki istniała koncepcja, samiutka iskra ratunku, Syriusz gotowy był rzucić się w ognistą paszczę uskrzydlonego smoka.
- Idę z tobą!
Martwy – określenie idealnie definiujące las rozciągnięty naokoło posiadłości Toma; las składający się z sczerniałych, pozbawionych listowia drzew, suchych konarów sterczących z ziemi niby wypalone zapałki. Powyginane, rozcapierzone jak orle szpony gałęzie sięgały rozpaczliwie ku zachmurzonemu niebu, zaś dziuple przywodziły na myśl bezdenne otwory zamieszkałe wyłącznie przez cienie. Całość ponurego, depresyjnego otoczenia dopełniały uboga ściółka zasłana kości różnej wielkości i głębokie powarkiwania dobiegające gdzieś z najodleglejszych głębin puszczy.
Donośne „pop" rozbrzmiało jak wystrzał z armaty, psując mroczną konstrukcję, wprowadzając życie w łapska śmierci. Niewzruszony widokiem Snape rozejrzał się w poszukiwaniu nieproszonych gapiów, których i tak się nie spodziewał. Tylko on wybierał akurat tę niewielką polankę na miejsce aportacji, toteż nie oczekiwał jakichkolwiek wstępnych kłopotów. Moment później powietrze zafalowało, gdy Syriusz zsunął z siebie pelerynę niewidkę i skrzywił się na nieprzyjazny krajobraz. Dał upust obrzydzeniu i niechęci, maskując w ten sposób niepokój, który pożerał go wewnętrznie.
- Załóż amulet, idioto – syknął Severus, pospieszając go ruchem ręki. Nie mieli czasu na kontemplowanie przyrody czy podziwianie skromnych włości gospodarza majaczących ponad nagimi koronami.
- Odczep się - odparł gniewnie Black, z przejęciem obracając w dłoniach łańcuszek składający się z grubych, pozłacanych ogniw, na których wyryte zostały cienkie linie układające się w skomplikowane wzory.
Stworzenie takowego artefaktu było żmudnym i ciężkim zajęciem nawet dla kogoś takiego, jak sam Dumbledore. Pomocną w tej czynności była Bathsheda – nauczycielka Starożytnych Run – której wiedza oraz koncentracja okazały się przydatne do procesu wyrobu przedmiotu. Jego działanie nie było skomplikowane – umożliwiał tymczasowe przyćmienie sygnatury noszącego medalion przez magię czarodzieja, którego krew została wmieszana w surowiec. Stanowiło to klucz do oszukania bariera, obejścia osłon rozmieszczonych na terenie Atrer, co w tej chwili było jedną ze spraw nadrzędnych.
Łapa szybkim ruchem zarzucił nietypową biżuterię na szyję i od razu poczuł dziwne, przeszywające uczucie. Zupełnie, jak gdyby coś ścisnęło jego rdzeń i narzuciło na niego szczelną płachtę. Wzdrygnął się. To nie było przyjemne pod żadnym względem, lecz nie narzekał, wznosząc bezpieczeństwo chrześniaka ponad własne samopoczucie. Nic więcej.
- Gotowy – zadeklarował, nakładając na siebie jeszcze zaklęcie kameleona. Lepiej przewrotnego losu nie kusić, zwłaszcza, jeżeli stawką było życie Harry'ego.
Snape skinął jedynie, po czym obaj ruszyli w milczeniu ku zamkowi. Wędrówka przez las nie była długa, więc w miarę prędko dotarli do granicy niewidzialnej kopuły strzegącej terytorium Toma. Przekroczyli ją równocześnie, nieświadomie wstrzymując oddechy i oczekując negatywnej, obronnej reakcji magicznego tworu. Lecz nic się nie stało, więc uspokojeni zatrzymali się dopiero na środku okrągłego, wyłożonego ciemnym marmurem dziedzińca. Posępne, krzywe posągi zdobiły jego krańce, zaś nieco dalej majaczyły pojedyncze, wyschnięte krzewy. Nic optymistycznego.
- Jeżeli wpakujesz nas w jakieś kłopoty, Black, nie będę nadstawiał karku – syknął Severus szeptem, korzystając z tego, że wokół nie było ani jednego Śmierciożercy.
Syriusz przewrócił oczyma – czego kompan nie ujrzał przez czar kamuflujący – świadom, że ślizgoński dupek prędzej wycofa się po kryjomu i zostawi go samego, niż popędzi na ratunek z bojowym okrzykiem. Nawet sama taka wizja powodowała niekontrolowane ciarki, więc błyskawicznie przerzucił się na inne tory. W sumie, teraz nie miał jak rozmyślać, ponieważ musiał dogonić oddalającego się Snape'a. Miał nieprzyjemne wrażenie, że jest teraz jak pies na smyczy. Cóż za trafne porównanie – parsknął.
Zamiast przejść przez wielkie, okute metalem wrota, do budowli dostali się przez boczne, mniejsze wejście. Ledwo pokonali wąski, oświetlony nielicznymi pochodniami korytarz, a już znaleźli się w szerokim holu, gdzie pałętali się różnej rangi poplecznicy Voldemorta. Łapa zmuszony został – ku swemu niezadowoleniu – do trzymania się bliżej „przewodnika", żeby przypadkiem nie zostać potrąconym i wykrytym. Na szczęście każdy zdawał się mieć własne sprawy do zrobienia, gdyż wszyscy spieszyli się w swoją stronę i rzadko kto witał się z innymi.
Zaintrygowany Black łapczywie rozglądał się naokoło, mając okazje przyjrzeć się wnętrzu twierdzy. Wystrój przypominał mu ten z rodzinnego domu – mnóstwo srebra, zieleni, marnych portretów oraz wizerunków węży. Zero gustu – pomyślał, wspinając się za Severusem po schodach ozdobionych szmaragdowym dywanem. Potem tylko kawałek na wprost i już byli na miejscu – bez wahania przeszli próg Sali Obrad, w której głównymi elementami były długi, prostokątny stół oraz rzeźbiony tron.
- Czarnego Pana dzisiaj nie ma, więc nie musimy się przejmować, że ktoś tu wejdzie – powiedział Snape, podchodząc do drzwi prowadzących do niewielkiego pomieszczenia, gdzie ukryte zostały plany. – Mało kto zagląda na to piętrom pod jego nieobecność – dodał, rzucając Syriuszowi ironiczny uśmiech, nim użył zaklęcia monitorującego. Nie chcieli przecież, aby ktoś przyłapał ich na kradzieży.
- A ty? Wiedzieli cię – odezwał się Black, usuwając kamuflaż i również zbliżając się do skrytki. – Niby taki Śliz…
- Mam laboratorium na tej kondygnacji – przerwał mu Mistrz Eliksirów, stukając różdżką w polerowane, dębowe drewno. – A teraz rusz się łaskawie, panie Łamaczu.
Wspólnie przystąpili do niwelowania paskudnych klątw i złośliwych uroków. To był jeden z powodów, dla których Severus nie oponował zbytnio przed zabraniem ze sobą Syriusza, który w latach szkolnych nie tylko pragnął być Aurorem, lecz również szkolił się na pracownika Gringotta. Robił to ze względu na rodzinę – pragnął dopiec im jak tylko się da oraz chciał dostać się do zapieczętowanych rzeczy, które poukrywali rodzice. Motywacja była wystarczająca, toteż uczył się chętnie i szybko.
Sforsowali pierwszą przeszkodę, dzięki czemu mogli wejść do pokoiku służącego za sejf. Ze zdumieniem odkryli, że razem pracuje im się nad wyraz dobrze, a ich współpraca przynosiła zaskakująco pozytywnie efekty. Żaden z nich jednak nie przyznałby tego głośno, nawet na torturach. Dawna zawiść nie znikła od tak, przeszłe upokorzenia oraz bójki tkwiły w umysłach jak cienkie, natarczywe szpilki.
Wkroczyli do środka ostrożnie, z bronią przygotowaną do ewentualnej kontry. Z trudem obaj zmieścili się w skromnej izbie rozmiarów schowka na miotły, wyposażonej w pojedynczą szafkę – to właśnie tam włożono mapy. Krótki test przekonał ich, że będą musieli jeszcze raz walczyć ramię w ramię z rozciągniętymi na przedmiocie zabezpieczeniami. Zajęło im to nieco więcej czasu, niż wcześniej, niemniej zdobyli wreszcie pergaminowe zwoje, które zaraz umieścili w czarnej tubie. Alarm, który rozbrzmiał w całym zamku wprawił ich w osłupienie i szok.
- Cholera!
Śmierciożercy zamarli, gdy powietrze wypełniła donośna, ogłuszająca syrena oznajmiająca włamanie do skrytki w Sali Obrad. Natychmiast porzucili swoje zajęcia, nie bacząc, jakie wywołają szkody i z różdżkami w dłoniach popędzili ku celowi. Schwytanie intruzów oraz zdrajców zawsze plasowało się w czołówce listy zadań, a możliwość zrealizowania tego punktu wnosiła możliwość awansu w oczach pana. Co rozważniejsi ludzie w białych maskach zawiadomili kompanów, nie ważąc się jednak kontaktować z samym Voldemortem – poza tym, przekonani byli, że już wyczuł sygnał i właśnie wraca. Irytujące pieczenie znaków na przedramionach było wystarczającym na to dowodem.
Gwar i hałas zagrzmiały w murach twierdzy niby ryk burzy, bariera wokół niej zamigotała krwawym szkarłatem, jakby już wiedziała, że niedługo nastąpi ciekawy spektakl, na który przybędzie także jej twórca. Podczas ogólnego zamieszania nikt nie zauważył długiego cienia przemykającego korytarzami, nikt nie zwrócił uwagi na postać zmierzającą wprost do lochów.
Ciemność w pomieszczeniu zachybotała się, gdy płomienie pochodni zadrżały przez machinacje bliźniaków. April stała przy jednym ze źródeł słabego, pomarańczowego światła i wachlowała go, chichocząc przy tym pod nosem, podczas kiedy Jake wymachiwał chaotycznie rękoma przy własnym stanowisku. Harry przyglądał się tej zabawie będącej dla niego migoczącą grą mroków, ich bitwy na ścianach celi i spory o najodleglejsze terytoria – kąty. Zlepione krwią i potem kosmyki przysłaniały nieco widok, muskając czoło oraz policzki brudnymi końcówkami. Nie dbał o to. Najważniejsze bowiem było oderwanie się od pasma bólu trawiącego ciało, wątłej ufności chwiejącej się na chorowitych nóżkach czy stalowych obręczy wpijających się w nadgarstki jak głodne bestie.
Dlaczego - mimo rund pełnych okrutnych zaklęć, uwięzienia w zimnym lochu i topiącej się stopniowo wierze w ratunek – wciąż i wciąż jego usta wykrzywiały się w lekki, acz najprawdziwszy uśmiech? Coś w nim wołało do niego, szturchało go mentalnie i nawiedzało w koszmarach, powtarzając nieustannie „Uśmiechnij się! Dość już nienawiści w życiu miałeś. No, dalej!". Nienawiść była mocnym słowem i niezwykle potężnym – jego prawdziwe znaczenie Harry dojrzał dopiero tutaj, w czeluściach Hadesu gdzie nie docierało nawet spojrzenie bezlitosnej A'tar. Miał też wiele czasu pomiędzy jednym cierpieniem a drugim, toteż mógł o tym rozmyślać – jak sądził – godzinami. W trakcie któryś z tych odciągających od rzeczywistości debat z samym sobą wreszcie doszedł do jednego wniosku – tajemniczy głos nachodzący go w snach miał kompletną rację. Negatywne uczucia, silne jak piorun Zeusa, były przy nim praktycznie zawsze odkąd pamiętał: Dursley'owie, Malfoy, Voldemort, Snape… Do worka tego mógł spokojnie wsadzić Śmierciożerców i Ślizgonów, ponieważ ci zawsze podążali za swoimi przywódcami. O konkurencji między domowej – przeistoczonej wieki temu w regularną, ignorowaną, a nawet podsycaną przez profesorów wojnę – nie wspominał, gdyż fakt ten był nazbyt oczywisty.
W ciągu zaledwie czternastu, prawie piętnastu, lat doświadczył tyle wrogości, że powinien dawno już skończyć na oddziale zamkniętym, a jednak dzielnie się trzymał. A może nie? Widząc zmarłe osoby nie objawiające się nikomu innemu czy słysząc nachalny szept w odmętach umysłu nie klasyfikował się raczej jako „normalny człowiek" czy „zdrowy psychicznie". Żaden psychiatra nie postawiłby mu pozytywnej diagnozy, gdyby zrelacjonował na wygodnej kozetce to, co męczyło go od środka, martwiło czy po prostu przytrafiło się gdzieś na drodze istnienia. Wspomnienia – te dobre oraz złe – były jak wyryte w twardym marmurze, nie dając o sobie zapomnieć, nie dając przeszłości odejść.
- To się robi nudne – powiedział Jake, wyrywając Harry'ego z krainy myśli. – Zagrałbym teraz w coś… ale nie kółko i krzyżyk! – dodał na koniec, zauważywszy zachwyconą minę siostry i jej szeroki, radosny uśmiech zwycięstwa. – Ciągle sądzę, że oszukujesz. – Nachmurzył się w udawanej irytacji, odwracając do niej plecami.
- To wymaga koncentracji – odparła obruszona jego zachowaniem April. – Nie będziesz w stanie niczego dotknąć, jeśli odpowiednio się nie skupisz – tłumaczyła dalej tonem nauczyciela, który niejednego głupca napoił wielką wiedzą. Podeszła do rozległej kałuży wysychającej już krwi i kucnęła przy niej, wyciągając palec ku gęstej cieczy. – Patrz. – Jej ręka przeniknęła bez problemów posokę, nie brudząc się przy tym nawet kropelką. – A teraz… - Wyciągnęła dłoń, przymykając powieki i biorąc głęboki oddech. Na czystych dotąd opuszkach zostały widoczne, szkarłatne ślady.
- Oszustka! – zawyrokował jedynie chłopiec, siadając pod ścianą, zaraz obok drzwi.
Potter pokręcił lekko głową z pobłażaniem, nie wtrącając się do potyczki rodzeństwa. Dobrze wiedział, że na nic się to zda, więc wolał zachować marne siły na później. Od trafienia do gościny Czarnego Pana bez przerwy czuł się zmęczony, zaspany i wyczerpany, nie mając ani ochoty, ani też możliwości do robienia czegokolwiek innego prócz smętnego zwisania na okowach i błądzenia po swoich niematerialnych światach.
Nagle, bez żadnego ostrzeżenia ciężkie, metalowe drzwi drgnęły ze zgrzytem i poczęły niespiesznie się otwierać. Jake odskoczył od swego miejsca natychmiast, aby następnie pochwycić April i razem znaleźć się przy boku przyjaciela, nim ktokolwiek zajrzy. Długa, zamazana dla Harry'ego smuga przecięła typową dla celi ciemność, przywodząc na myśl słoneczny promień wdzierający się do strzeżonej pilnie fortecy. Spiął się cały w oczekiwaniu na Śmierciożerców, chociaż w jego mniemaniu powinni przybyć po niego dopiero za jakiś czas. Za wcześnie, zjawili się zdecydowanie za wcześnie!
Do środka, ku zdumieniu trójki, nie wkroczył ani jeden człowiek – miast tego wpełzł powoli długi, ciemnoszary gad o łbie podobnym do bazyliszkowego. Kiedy wreszcie wąż znalazł się w całości w pomieszczeniu, wejście za nim zamknęło się z suchym, nieprzyjaznym trzaskiem, na powrót odcinając to miejsce od blasku mocniejszych pochodni. Potter zatrząsł się na całym ciele, szaleńczy rytm bijącego serca tętnił mu w uszach niczym wojenne bębny, setki scenariuszy przetoczyło się przez głowę jak stado mustangów. Żaden nie był pozytywny, każdy kończył się tragicznie.
- Witaj, Szmaragdowy – wysyczała Nagini, zbliżając się do więźnia mozolnymi ruchami. Nie zważała na dwójkę trzynastolatków, zachowywała się jakby ich tam w ogóle nie było.
Może ona również ich nie dostrzega.
- Nie powiem, abym spodziewał się twojej wizyty – odpowiedział Harry w potępianym przez czarodziejskie społeczeństwo dialekcie.
Co tu robisz? Czego chcesz? – pytania zostały w umyśle, nie przedostając się przez łaknące wody gardło.
- Nie mam złych zamiarów, chłopcze. Nie musisz się mnie obawiać. – Pokryta łuskami samica uniosła się w górę, zrównując trójkątny łeb z twarzą Pottera. – Mogę nawet śmiało rzec, iż przychodzę z pomocą.
Ratunek… - Dreszcz przeszedł wzdłuż kręgosłupa, lecz został całkowicie zignorowany. Niedowierzający zielony wzrok wbił się w gościa, którego słowa wprowadziły chaos i zamęt… rozpaliły na nowo ożywczą, jednocześnie kłującą nadzieję. Tyle trwał w tej lodowatej otchłani pragnąc, żeby ktoś go stąd zabrał – chociażby sama Śmierć, osobiście ścinająca jego cienką nić życia – ale nigdy, włączając w to najdziwniejsze majaki, nie przypuszczał, że jego bohaterem będzie pupil Voldemorta. Cóż za ironia…
- Dlaczego? – Tylko to był w stanie wykrztusić, usilnie hamując krystaliczne łzy. A sądził, iż wszystkich już się pozbył, każdą z nich wypłakał dawno temu i żadna nie została.
Nagini otworzyła paszczę, wpatrując się w niego jadowitymi, żółtymi ślepiami, w których zdawał się zamknięty cały kosmos. Wyglądała, choć brzmieć może to jak czyste szaleństwo, jakby oceniała Harry'ego, badała spojrzeniem jego, zaś najbliższą mu przestrzeń rozwidlonym językiem. Jake i April nie ruszyli się, przyciśnięci do ciała przyjaciela i zbyt zszokowani, by zadziałać, odezwać się chociażby krótkim wyrazem nawet wtedy, gdy ich niematerialne postacie były naruszane. Wydarzenia potoczyły się pozornie szybko, w rzeczywistości ciągnąc się i przedłużając w kwadrans, godzinę. Czas nie był ważny, nie teraz.
- Ponieważ masz w sobie to, co próbowałam odnaleźć w Tomie Riddle'u.
„Obłąkanym jest, który po nieistniejącej linie pnie się na szczyt."
