Rozdział 3

The way that you laugh at everything that I do. Over, I'm so over you. The way that you said that you'd always be true. And maybe if I tell myself enough. Maybe if I do I'll get over you." — Ingrid Michaelson feat. A Great Big World (Over you)

Obudził się z tym charakterystycznym uczuciem, że spało się bardzo długo. Powoli otworzył oczy i dłuższą chwilę zajęło mu przypomnienie sobie, dlaczego znajduje się w dużym, dziwnie pustym łóżku, a światło wpadające przez okno nie razi go w oczy. No tak, nie był w swojej sypialni. Rozejrzał się pół-przytomnie po pokoju, do którego zaprowadziła go Rose. Wydarzenia poprzedniego uderzyły w niego niczym fala tsunami. Niemal natychmiast poczuł jak opuszczają go chęci, by wstać z łóżka. To nieuchronnie oznaczało konieczność zmierzenia się z rzeczywistością, na co nie miał w tym momencie siły. Musiałby wówczas porozmawiać z Doktorem, wyjaśnić mu sytuację, a ostatecznie wrócić do swoich czasów. Do Torchwood i do Jacka, który przez najbliższy miesiąc będzie chodził struty i przygnębiony, udając, że wszystko jest okej, ale tak naprawdę odzyska nastrój dopiero, kiedy Gwen wróci ze swojego miesiąca miodowego. Poczuł, że robi mu się niedobrze na samą myśl o tym. Po raz kolejny musiał się zastanowić, jakim cudem pozwolił tej sytuacji zabrnąć tak daleko. Napotkał na swojej drodze wszelkie znaki ostrzegawcze – zawsze był dobry w zauważaniu ich – lecz tym razem zignorował je jak kompletny idiota.

Westchnął z niezadowoleniem i podniósł rękę z zegarkiem do oczu, lecz szybko dostrzegł, że podróż przez szczelinę nie wpłynęła korzystnie na urządzenie. Wciąż odliczało ono czas, choć niekoniecznie w odpowiednią stronę. Wskazówki najzwyczajniej w świecie zaczęły chodzić do tyłu. Odpiął pasek z irytacją i mało delikatnie odłożył go na stolik nocny. Dostał ten zegarek na urodziny od Lisy – jego ostatnie urodziny, które spędzili razem. Rok później dziewczyna była już przykuta do metalowego panelu konwersji i mogła się zdobyć jedynie na krótkie życzenia, przy których składaniu jej oczy były wypełniony łzami bólu, a może upokorzenia – nie był pewien.

Wygrzebał się niezdarnie z łóżka, starając się odpędzić od siebie myśli o zmarłej dziewczynie. Wciąż były dni, podczas których tak piekielnie za nią tęsknił. Zazwyczaj odmawiał wtedy Jackowi, kiedy ten pytał, czy zostanie na noc, kupował butelkę wina, wychodził z nią na balkon i przez resztę nocy gapił się w niebo, zastanawiając się, czy jakaś malutka jej cząstka wciąż gdzieś tam istnieje. Miał taką nadzieję, bo myśl, że po tej wspaniałej kobiecie nic już nie zostało, najzwyczajniej w świecie raniła.

Rozejrzał się za swoim garniturem, który zostawił poprzedniego wieczoru schludnie złożony na krześle, choć myśl o założeniu go wywoływała u niego mdłości. Ze zdziwieniem jednak zauważył, że krzesło jest puste. Ze zmarszczonymi brwiami otworzył szafę, choć był pewien, że robi to po raz pierwszy. Czekała go tam kolejna niespodzianka. Na wieszaku, owszem, wisiał garnitur, lecz z całą pewnością nie ten, który miał na sobie dzień wcześniej. Przypomniało mu się, co Rose mówiła o TARDIS i dziwnym uczuciem doszedł do wniosku, że chyba nie pozostaje mu nic innego, jak zaakceptować go, że statek kosmiczny właśnie podarował mu nowy garnitur. Ubrał się szybko i obrzucił pokój spojrzeniem, nie do końca wiedząc, co ze sobą zrobić.

Jego spojrzenie przykuły rzeczy, które leżały niewinnie na blacie biurka. Kabura z pistoletem, portfel, klucze, stoper i... Przełknął ciężko ślinę na widok pudełka z retconem. Szybko schował wszystko do kieszeni i zapiął kaburę. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że teraz pozostaje mu już tylko poszukać Doktora lub Rose. Podejrzewał, że jeśli znajdzie jedno, to automatycznie znajdzie też to drugie.

Uchylił drzwi (uprzednio otworzywszy w nich zamek) i wyjrzał na korytarz. Był pusty, lecz zdawało mu się, że pamięta drogę, jaką przyprowadziła go tu Rose. Miał nadzieję, bo niekoniecznie marzył, by zgubić się na pokładzie statku kosmicznego, który zdawał się mieć nieograniczoną niczym wielkość. Z drugiej strony perspektywa siedzenia w pustym pokoju – sam na sam z własnymi myślami – i czekania, aż ktoś sobie o nim przypomni również nie należała do najbardziej zachęcających.

Decyzja nie była trudna do podjęcia, lecz szybko okazało się, że niezupełnie właściwa. Wystarczyło kilka minut i jeden (opcjonalnie dwa) zły zakręt, by nie miał pojęcia, gdzie się znajduje. Westchnął z irytacją, gdy wszedł po jakiś schodach, lecz miejsce w jakim się znalazł nie wyglądało ani trochę znajomo. Jak wielki mógł być ten przeklęty statek?!

Błądził po korytarzach przez dobre pół godziny, a może nieco dłużej. Nie był w stanie dokładnie stwierdzić. W końcu jednak miał już dość i opadł na ziemię, opierając się o ścianę. Kilka metrów od niego znajdowały się drzwi, lecz nie był pewien, czy powinien je otworzyć. Wolał nie narażać się Doktorowi, zwłaszcza, że mężczyzna stanowił teraz jego jedyną nadzieję na powrót do domu. Poza tym zawsze cenił cudzą prywatność i nie uśmiechało mu się myszkować po pomieszczeniach TARDIS.

Trzeba było o tym pomyśleć, zanim postanowiłeś zgrywać niezależnego — stwierdził sucho jakiś głosik w jego głowie, który niepokojąco przypominał Owena. Wzdrygnął się z przerażeniem na myśl, że nawet na drugim końcu wszechświata, na pokładzie statku kosmicznego, w jakiejś odległej przyszłości nie był bezpieczny od tego cholernego dupka.

Zignorował swój urojony komentarz. Opadł na ziemię i oparł się o ścianę, postanawiając, że prędzej czy później Rose lub Doktor natkną się tu na niego. W międzyczasie miał chwilę, by pomyśleć, co im powie. Najchętniej podałby datę i współrzędne miejsca, do którego ma go zabrać Doktor, lecz nie był pewien, czy coś takiego przejdzie. Poza tym musiał się upewnić, że z Jackiem wszystko w porządku, oczywiście jedynie ze względu na linię czasu.

Z niechęcią pomyślał, jak to będzie, kiedy wróci do swojego czasu. Nagle podróż przez wszechświat w statku kosmicznym nie wydawała się już taka zła i resztki chęci, by wstać i szukać dalej Doktora, gdzieś wyparowały. Gdyby tylko mógł rzucić wszystko w cholerę i ruszyć z mężczyzną w poszukiwanie przygód. Zazwyczaj nie był typem osoby lubującej się w adrenalinie, lecz teraz, gdy myślał o swoim życiu, perspektywa ta wydawała się całkiem kusząca. Zresztą co za różnica, na jakiej planecie narażałby swoje życie na niebezpieczeństwo? Pracując w Torchwood tak czy siak robił to każdego dnia.

W końcu doszedł do wniosku, że nie może spędzić następnych kilku godzin, siedząc na podłodze, a skoro i tak już się zgubił, to raczej nic gorszego nie mogło się stać. Raczej, bo w końcu był to statek kosmiczny, a praca dla instytutu zajmującego się poskramianiem zagrożeń pozaziemskich nauczyła go, że nigdy nic nie wiadomo, a przezorny ubezpieczony. Podniósł się więc na nogi, zdecydowany odnaleźć jakąś żywą duszę, nawet jeśli czyjeś towarzystwo było teraz ostatnią rzeczą, na jaką miał ochotę.

Spojrzał niepewnie na drzwi, które wciąż znajdowały się w tym samym miejscu co wcześniej. Cóż, może szczęście mu dopisze nie kryje się za nimi nic, co chciałoby mu odebrać życie ani, co spowodowałoby, że Doktor wyrzuci go w przestrzeń kosmiczną. Pokonał dzielącą go od nich odległość i nacisnął klamkę, zebrawszy w sobie resztki pewności siebie.

Wypuścił powietrze, które wstrzymał wbrew sobie, gdy dostrzegł, że pomieszczenie, w którym się znajduje jest dokładnie tym samym, do którego poprzedniego dnia przetransportowali rannego Jacka. Sądząc po maszynach musiało to być jakiegoś rodzaju skrzydło szpitalne. Rozejrzał się uważnie dookoła i po chwili jego wzrok spoczął na postaci leżącej na niewielkim łóżku w rogu pomieszczenia. Zrobił krok do tyłu, lecz było już za późno – dostrzegł, że te znajome oczy wpatrują się w niego uważnie, a usta wykrzywiają się w uśmiechu. Oczywiście, mógł się tego spodziewać ze swoim cholernym szczęściem. Zdawało się, że ten głupi wszechświat po prostu chciał eksplodować z powodu jakiegoś paradoksu, którego spowodowania Ianto był coraz bliżej.

— Nie musisz się martwić — stwierdził Jack tym irytująco pewnym siebie głosem. Widać nawet ponad sto lat wcześniej mężczyzna miał problemy z pewnością siebie. Tylko on mógł być tak zarozumiały, leżąc pół żywy w szpitalnym łóżku. — Nie ma rany, której TARDIS nie potrafiłaby wyleczyć, jak sądzę.

Skrzywił się, po prostu nie mógł nic na to poradzić. To nie była wina mężczyzny, że był na niego wściekły, przynajmniej jeszcze nie. Póki co nie zrobił mu nic złego i nie zrobi tego jeszcze przez naprawdę długi czas. Mimo to Ianto nie miał ochoty na rozmowę z nim – bez względu na to, jak intrygująca wydawała mu się ta bardziej beztroska wersja Jacka.

— A kto powiedział, że się martwię? — mruknął, nim zdążył się powstrzymać, lecz widocznie nie tak łatwo było zbić Kapitana z tropu, gdyż jego uśmiech wciąż był na swoim miejscu i miał się całkiem dobrze.

— Twój wyraz twarzy. Patrzysz na mnie, jakbyś widział ducha. Spokojnie, jeszcze nie wybieram się na tamtą stronę. Pamiętam, że obiecałem ci randkę.

Ianto parsknął śmiechem, choć raczej nie było w tym nic z wesołości. To byłoby prawdziwie ironiczne, gdyby ten Jack – mężczyzna, którego znał zaledwie od kilkunastu godzin – zabrał go na randkę, którą obieca mu ponad sto lat później, a do której ostatecznie nigdy nie dojdzie.

Kiedy Kapitan zaprosił go na randkę w tamtym biurze, jak idiota łudził się, że to coś między nimi zmieni. Naprawdę sądził, że Jack przemyślał to wszystko podczas swojej nieobecności i – tak jak Ianto – zapragnął czegoś więcej. Cóż, teraz, z perspektywy czasu wcale go nie dziwił fakt, że temat randki nie został więcej poruszony, a sprawy wciąż toczyły się swoim starym torem.

— Oczywiście zakładasz, że zgodziłem się na tę randkę?

Kolejna znajoma mina, tym razem z cyklu „kto nie chciałby dołączyć do mojego fanklubu i, na Boga, dlaczego?!". Zaczynał powoli odnosić wrażenie, że Jack wcale wiele się nie zmienił na przestrzeni lat, a przynajmniej pod pewnymi względami.

— Oczywiście, a dlaczego miałbyś się nie zgodzić?

Nie sądził, by był to dobry moment na wykład o moralności, które zresztą nie dotarłby do mężczyzny, więc zamiast tego wzruszył ramionami i przysunął sobie krzesło, które stało obok łóżka.

— Myślisz, że Doktor będzie w stanie zabrać mnie do domu? — zapytał, zmieniając temat na ten bardziej go interesujący.

— Właściwie — rozległ się głos spod drzwi, z których istnienia Ianto nie zdawał sobie sprawy (mógłby dać głowę, że przed momentem ich tam nie było!) — to zamierzałem zaproponować ci podróż. — Doktor skrzywił się lekko, niemal niezauważalnie i przelotnie spojrzał w kierunku Rose, która stała obok niego. — W zamian za uratowanie jej życia. Naprawdę nie chcę myśleć, co zrobiłaby mi jej matka.

Szok musiał być wyraźnie wypisany na jego twarzy. Rose zrobiła krok do przodu, rzucając mu uśmiech.

— Mógłbyś zobaczyć kawałek świata, a później Doktor zabierze cię do domu. TARDIS podróżuje w czasie, więc nikt nawet nie musi zauważyć twojego zniknięcia.

Jak na zawołanie mignął mu przed oczami wyraz twarzy Jacka, kiedy otoczyło go światło ze szczeliny. Cóż, ktoś już na pewno zdał sobie sprawę z jego nieobecności i choć miał ochotę złamać Jackowi nos, to nie chciał go skazywać na myśl, że członek jego zespołu cierpi na jakiejś odległej planecie, podczas gdy on będzie przeżywał wspaniałe przygody na drugim końcu wszechświata. Z drugiej strony jednak nie był pewien, czy ma po co wracać. Skończył wszystko z Jackiem, praca od dawna nie przynosiła mu przyjemności, a kontakty z rodziną... równie dobrze mogłoby ich nie być.

— Decyzja należy do ciebie — stwierdził szorstko Doktor, obdarzając go badawczym spojrzeniem. — Jeśli chcesz, mogę zabrać cię prosto do domu. Podaj tylko miejsce i datę. Wrócisz do swojego spokojnego życia, rodziny i przyjaciół. Albo możesz iść z nami. Nie gwarantuję ci bezpieczeństwa, ale...

— Ale to jest tego warte — wtrąciła się Rose.

Spojrzał niepewnie po kolei na ich twarze i poczuł dziwne szarpnięcie w piersi. Patrzyli na niego, jakby naprawdę im zależało, by poszedł z nimi – nawet w dość sztywnej postawie Doktora mógł to dostrzec. Minęło sporo czasu odkąd ostatnio tak się czuł. Prawie nie pamiętał już czasów bez tego chłodu w piersi, który pojawiał się ilekroć Jack przedkładał dobro Gwen nad dobro ich wszystkich.

A teraz był tutaj – z Jackiem, który jeszcze nie znał Gwen i który patrzył na niego z mieszaniną nadziei i pożądania. To nie był mężczyzna, w którym Ianto się zakochał. Jeszcze nie. Ale może przez moment mógłby udawać, że jest inaczej? Może choć przez krótki czas dla tego młodszego Jacka mógłby być ważniejszy niż Gwen, Estelle i wszystkie inne duchy dawno zmarłych ludzi?

Przygryzł wargę, czując, że popełnia jedno z największych głupstw w życiu. Z drugiej strony teraz bardziej niż kiedykolwiek pragnął postąpić samolubnie. Zresztą wciąż miał przy sobie retcon – jedna podróż, może dwie, a potem wróci do domu – do życia, którego powoli zaczynał nienawidzić – a Jack nie będzie musiał tego pamiętać. Cztery tabletki podane jednocześnie powinny wystarczyć, by wymazać przynajmniej dwa tygodnie wspomnień, a przecież nie pozwoli temu trwać dłużej, prawda?

— Myślę, że chciałbym pójść z wami.