Filigrantka - Najwyraźniej obudził się mój wewnętrzny sadysta, bo wykańczanie w jak najbardziej kreatywny sposób bohaterów, których nie lubię (Ron) i takich, którzy mi tylko się plączą i przeszkadzają w zamysłach, było naprawdę zabawne. Pewnie jeszcze nie odmówię sobie powykańczać tego czy owego. Kasandra odegra olbrzymią role w fabule, a jeśli chodzi o Notta, to nie jest to facet, którego można sobie ot tak ignorować. W jego przypadku można raczej spodziewać się widowiskowej eksplozji XD. A odnośnie Luny i Pansy, to one mają w sumie bardzo ciekawe tło ich związku, ale żeby dowiedzieć się jakie musicie jeszcze chwilę zaczekać :)
Lucjusz powoli przemierzał korytarze Malfoy Manor, pozostawiając za sobą krwawe ślady butów. Rookwood wysłał go razem z Traversem i Carrowem do jakiejś magicznej rodziny, aby dobitnie przekonać ich, że poparcie śmierciożeców to najlepsza inwestycja w ich życiu, zwłaszcza że pozwala im to życie zachować. Lucjusz pozostawił tę brudną robotę reszcie, samemu będąc zbyt zajętym powracaniem myślami do słów Severusa. Od tej strasznej nocy, kiedy Dumbledore zginął, a Draco nie wrócił do kwatery śmierciożerców, wciąż wierzył, że jego syn żyje. Relacje z wydarzeń były bardzo mętne i nikt nie był tak naprawdę w stanie powiedzieć, co się wtedy stało. Tak nagłe zniknięcie Draco zostało ostatecznie uznane za dowód jego śmierci, zwłaszcza że w starciu na błoniach Hogwartu trafienie jakąś Avadą było banalnie proste. A mimo to Lucjusz przez cały ten czas się łudził. Nie chciał przyjąć do siebie słów Snape'a, ale czuł, jak utwierdzają się kiełkujące w nim od dawna obawy. Draco, jego najukochańszy syn, nie żył. Ta myśl sprawiała mu tak potworny ból, że ledwo mógł oddychać. Zawiódł go. Powinien odesłać go do Dumstrangu, nie zważając na słowa Narcyzy, a przede wszystkim nie dopuścić, aby sprawy przybrały taki obrót i Czarny Pan wykorzystał jego syna, aby odegrać się na nim.
Lucjusz, odprowadzony wzrokiem przez milczące obrazy przodków, minął ostatni korytarz i wszedł do swojego gabinetu.
Gdyby tylko mógł cofnąć czas, zrobiłby to, nie zwracając uwagi na całą resztę świata, ale był boleśnie świadomy, że to niemożliwe. Teraz musiał skupić się na przyszłości.
Snape dostał już, na co zasłużył. Mógł poświęcić mu więcej czasu, ale i tak długa, powolna śmierć od trucizny była wystarczającą karą za nieochronienie Draco.
Rosier będzie następny i dla niego przygotuje coś specjalnego. To będzie tak długa, niekończąca się agonia, żeby każda pozostała sekunda jego nędznego życia była przepełniona świadomością o tym, co zrobił i błaganiem o śmierć.
Najpierw jednak trzeba było zrobić coś innego.
Lucjusz wypowiedział zaklęcie, a jeden z regałów odsunął się, odsłaniając wejście do tajnej biblioteki, gdzie trzymał najrzadsze i najniebezpieczniejsze książki i magiczne artefakty.
Odebrano mu jego pozycję, pomiatano nim i przywłaszczono sobie Malfoy Manor, dopóki Yaxley nie przeniósł kwatery śmierciożerców gdzie indziej – to wszystko domagało się rewanżu. Przede wszystkim jednak musiał odzyskać Narcyzę.
Rookwood przeczuwał, że Lucjusz chce się wycofać i zamknąć przed nim swoje konta bankowe, więc musiał zyskać pewność, że tego nie zrobi. Dlatego też skorzystał z pierwszej nadarzającej się okazji, zabrał Narcyzę i umieścił gdzieś, gdzie Lucjusz nie miałby do niej dostępu. Teraz mógł go trzymać w szachu, wiedząc, że Malfoy ma za małe poparcie, aby mu zagrozić.
To nie miało tak naprawdę znaczenia.
Odnajdzie Narcyzę, nawet jeśli miałby puścić cały świat z dymem i pozostawić po sobie zgliszcza. Zawiódł ją raz i to o raz za dużo, i nie pozwoli, aby miało się to jeszcze kiedykolwiek powtórzyć.
Lucjusz nałożył na palce dwa sygnety – jeden rodowy obłożony bardzo ciekawą, czarnomagiczną klątwą do rzucenia oraz drugi z ukrytą w nim trucizną – po czym zebrał jeszcze tuzin najpotrzebniejszych książek.
Kiedy znajdzie swoją żonę, w najbardziej wymyślny sposób, jaki przyjdzie mu do głowy, zabije każdego, z Rookwoodem na czele, kto przyczynił się do jej uprowadzenia.
Był w końcu Malfoyem, a Malfoyowie znają się na zemście.
Pansy przez cały wieczór na zmianę pisała i mięła kolejne nieudane listy, zapełniając kosz stertami kulek papieru. Luna obserwowała ją z uśmiechem. Parkinson, nauczona tego pewnie jeszcze w Hogwarcie, zawsze nosiła maskę zadziornej pewności siebie i starała się sprawiać wrażenie, że nic nie jest w stanie jej ruszyć. Tylko czasem, kiedy wiedziała, że nikt jej nie widzi, Pansy pozwalała sobie na okazanie prawdziwych emocji, a Luna wiedziała lepiej, niż ktokolwiek inny, że wyjątkowo dodaje jej to uroku. Zielonkawe oczy lśniły wtedy tym urzekającym światłem, które sprawiało, że nie dało się odwrócić od niej wzroku i zapominało się o wszelkich mankamentach jej urody.
W końcu Pansy, jako tako zadowolona z efektu pisania, rzuciła niedbale pióro, przeciągnęła się i ruszyła w stronę łóżka.
– Nie śpisz jeszcze? – zdziwiła się.
– Czekałam na ciebie.
– Och, Luna – szepnęła miękko Pansy, przyciągając ją bliżej i wsuwając powoli rękę pod jej piżamę.
Znacznie później, kiedy zmęczona Pansy spała, pochrapując cicho, Luna wstała ostrożnie i podeszła do biurka. Pospiesznie przeczytała list, nad którym jej dziewczyna tak się tak trudziła. Nie było w nim nic specjalnego, choć parę fragmentów, zwłaszcza tych o „niewłaściwej reputacji" Kasandry i „sprawianiu problemów" brzmiało interesująco. Sięgnęła po różdżkę i szepcząc zaklęcie pod nosem, ostrożnie przekopiowała treść wiadomości na czysty pergamin, zachowując przy tym nawet charakter pisma Pansy. Zerknęła jeszcze krytycznie na oryginalny list, po czym złożyła jego kopię na cztery części, przewiązała pospiesznie sznurkiem i otworzyła okno. Jedna z sów przesiadujących dotychczas na drzewie, podleciała na parapet. Luna starannie przywiązała list do jej nogi, upewniła się, że wszystko w porządku i szepnęła imię adresata wiadomości. Następnie przez długą chwilę stała przy oknie, obserwując, jak sowa niknie w ciemności.
– Luna? Co się dzieje?
– Było mi duszno i chciałam się przewietrzyć.
– Chodź tu. Zamarzniesz tam na kość.
Luna zamknęła pospiesznie okno i wróciła do łóżka, a Pansy jak zwykle objęła ją ramieniem i wtuliła się, układając się do ponownego uśnięcia. Luna leżała przez długi czas, wsłuchując się w jej spokojny oddech i starając się zwalczyć złe przeczucie, które ostatnio coraz mocniej się odzywało.
W mieszkaniu było tak cicho, że tykający na kominku zegar zdawał się wręcz ogłuszający. Percy stłumił zupełnie nieprofesjonalną chęć rzucenia na niego zaklęcia wyciszającego i skupił się na cięciu kotleta baraniego w idealne sześciany. Jego żona niemrawo przesuwała groszki po talerzu, nabijając co jakiś czas jeden lub dwa na widelec i zjadając je apatycznie. Niepokoił go ten widok.
– Dobrze się czujesz?
Hermiona podniosła głowę i spojrzała na niego na wpół przytomnie, wyraźnie oderwana od swoich rozmyślań.
– Tak, dziękuję.
– Wciąż masz bóle głowy?
– Już mniejsze.
– Dreszcze?
– Ustąpiły. Eliksiry od Madam Pomfrey pomogły.
– A dłonie?
– Niedługo powinny być w pełni sprawne – odparła Hermiona.
– A jak z...? – zawahał się.
– Dobrze – stwierdziła, bez trudu domyślając się, o co mu chodzi.
Zapadła cisza. Nie miał pomysłu, jak mógłby przebić się przez tę ścianę uprzejmości i odkryć, co naprawdę czuje jego żona. Jakaś niewielka jego cząstka nawet się z tego cieszyła – tak było łatwiej i wiadomo było, czego można się spodziewać.
Wyprostował się i, przybierając swój oficjalny ton, jakiego zwykle używał w Ministerstwie, stwierdził:
– Dostałem kilka wolnych dni w Ministerstwie, a ty nie rozpoczęłaś jeszcze zajęć, więc liczę, że w końcu będziemy mogli spędzić ten czas razem.
Hermiona przesunęła parę groszków na talerzu.
– Tak, myślę, że tak.
– To dobrze.
Dalszą część kolacji kontynuowali w milczeniu. Kiedy uprzątnięto talerze, Hermiona wstała.
– Pójdę się położyć. Jestem zmęczona.
– Poczekaj – odparł Percy.
Dziewczyna spojrzała na niego niepewnie, kiedy wstał i do niej podszedł. Następnie ostrożnie położył rękę na jej coraz wyraźniej zaokrąglającym się brzuchu, na co zesztywniała odrobinę, ale się nie cofnęła.
– Ron byłby szczęśliwy – stwierdził po chwili, na co Hermiona odwróciła głowę, starając się na niego nie patrzeć. Percy podejrzewał, że nie chciała, aby widział łzy.
– Położę się – powiedziała przytłumionym głosem.
– Dobrze – odparł, odsuwając niechętnie dłoń. – Zaraz do ciebie dołączę.
Percy patrzył, jak jego żona odchodzi i nie za bardzo wiedział, co ma zrobić. Coraz częściej miał wrażenie, jakby jego życie rozpękło się na dwie sfery, które nijak nie potrafiły się ze sobą scalić. Z jednej strony była jego praca w Ministerstwie, która rozwijała się wprost z zawrotną prędkością, przynosząc mu coraz to nowe osiągnięcia i zaszczyty, jak choćby ostatnia możliwość pracowania dla samego ministra magii, a z drugiej pozostawało kompletnie zagmatwane życie prywatne.
Wielu jego przyjaciół odsunęło się od niego, uważając, że jest sługusem Ministerstwa. Och, to było śmieszne! Czy naprawdę nikt nie dostrzegał tego, że właśnie Ministerstwo starało się chronić czarodziejów przed terrorem Voldemorta i nie dopuścić do tego, aby panika ogarnęła społeczeństwo? Starano się niwelować szkody, ale oczywiście Potter zamiast im pomagać, wszystko tylko pogarszał. Dodatkowo zwalczał Czarnego Pana, samu działając wbrew prawu, które miał bronić, podważając tym samym fundament legalnie wybranej władzy czarodziejów. Kto wie, czy po tym, jak obalił Voldemorta, Harry nie zająłby jego miejsca. Percy'ego wcale nie przekonywały zapewnienia, że to było niemożliwe.
W rzeczywistości gdyby ktoś go oto zapytał, Percy serdecznie nienawidził Pottera. Przez niego stracił braci i rodziców, którzy najpierw się od niego odwrócili, a potem zginęli na błoniach Hogwartu, broniąc Wybrańca. Szczególnie żałował tego, co stało się z Ronem – zawsze widział w nim potencjał i jakieś odbicie siebie i gdyby Harry go tak nie zauroczył swoją osobą, mógłby osiągnąć z pomocą brata niezłą pozycję w Ministerstwie i cieszyć się życiem, zamiast gnić w ziemi.
Możliwe, że wszystko byłoby o wiele prostsze dla Percy'ego, gdyby odkreślił wszystko grubą kreską i zaczął od nowa, ale najwyraźniej życie nie zamierzało mu tego ułatwić.
Jakiś czas po bitwie o Hogwart poważnie uszkodził sobie palec u nogi, kiedy ze wściekłością kopnął w metalową szafkę przechowującą dokumenty. Skończyło się na tym, że kuśtykając, musiał udać się do św. Munga, aby uzdrowiciel doprowadziłby jego stopę do porządku. I właśnie tam zupełnie przez przypadek dowiedział się o Hermionie.
Kiedy po raz pierwszy ją zobaczył, o mało nie zwrócił śniadania. Nie wiedział, kto jej to zrobił, ale to było straszne. Z czasem odwiedzając ją, przyzwyczaił się do jej poranionej twarzy, spalonej skóry na dłoniach i innych obrażeń i nie robiły na nim już takiego wrażenia.
Podczas którejś z wizyt u nieprzytomnej Hermiony, Percy usłyszał o problemie z jej leczeniem. Hermionia jako mugolka nie miała rodziny, która mogłaby określać, co z nią zrobić i w razie czego łożyć na nią. Była jedną ze Złotej Trójcy i chyba tylko to, i jakaś zwykła przyzwoitość uzdrowicieli, którzy nie zostawiliby samemu sobie kogoś w takim stanie, ochroniły ją przed pospiesznym wypisaniem ze św. Munga.
Percy nie zwlekając, skorzystał z paru kontaktów i już kilka dni później został przyznany jej status bohatera wojennego i wzmożona opieka medyczna, a niedługo później Hermiona odzyskała przytomność. A Percy skomplikował sobie życie jeszcze bardziej.
Nie mógł jej teraz zostawić takiej chorej, złamanej i na dodatek w ciąży. Hermiona nigdy nie powiedziała mu, kto jest ojcem, ale zbyt dobrze wiedział, jakie uczucie łączyło ją z Ronem, aby samemu nie domyślić się reszty. Czuł się w obowiązku zajęcia swoim bratankiem. Dlatego też chcąc zapewnić Hermionie wszelkie świadczenia i nie narażać na szwank jej reputacji, poprosił ją o rękę, a ona z pewnym ociąganiem przyjęła propozycję. Następnie wspierał jej starania o uzyskanie stanowiska nauczycielki transmutacji w Hogwarcie i specjalnie wynajął mieszkanie w Hogmeade, aby być bliżej niej. Liczył, że z czasem ich uprzejme relacje uzyskają głębszy wymiar, ale jak na razie do niczego takiego nie doszło. Percy wiedział, że jego żona coś przed nim ukrywa, ale nie chciał jej zmuszać do ujawnienia prawdy. Wolał, aby sama do niego przyszła i o wszystkim opowiedziała. Bywały jednak chwile, kiedy tracił nadzieję, że kiedykolwiek do tego dojdzie.
Hermiona leżała w łóżku, czekając, aż dołączy do niej Percy. Miała nadzieję, że mąż będzie miał tyle papierowej roboty, że zdąży zasnąć, nim przyjdzie. Zdecydowanie wszystko by ułatwiło, choć ostatnia bezsenność, która ją gnębiła, dawała na to małe szanse.
Wsłuchiwała się w odgłosy dobiegające z mieszkania, a jej myśli, krążąc swobodnie, powróciły do wydarzeń z kawiarni pani Puddifoot.
Śmierciożerca zajął miejsce po drugiej stronie stolika. Znowu przybrał wygląd młodego szatyna o podłużnej twarzy i ostrym nosie upodobniającym go nieco do pelikana. Hermiona już wcześniej zauważyła, że niezależnie od tego, w kogo się wielosokuje, jego oczy mają zawsze ten sam okrutny wyraz.
– Jak się miewasz, skarbie? – zapytał słodko.
Dziewczyna odwróciła wzrok, nie mogąc znieść tego szyderstwa. Najpierw wysłał ją do św. Munga, a teraz pyta, jak się miewa.
– Dobrze – odparła o wiele pokorniejszym głosem, niż chciała.
– Cudownie. Będziesz musiała mi pomóc.
Hermiona poczuła, jak zaciska jej się żołądek i robi jej się niedobrze. Sama jego obecność sprawiała, że wszystko przewracało jej się w środku.
– Nie – szepnęła.
– Słucham?
– Nie pomogę ci – powtórzyła nieco głośniej.
Uśmieszek pojawił się na jego twarzy, a potem tak szybko, że praktycznie nie dostrzegła jego ruchu, chwycił jej dłoń, uderzył nią o stół, a potem z całej siły ścisnął. Zaskoczona Hermiona jęknęła z bólu. Pozostali goście kawiarni spojrzeli na nich zdziwieni, ale widząc, że nic specjalnego się nie dzieje, wrócili do swoich zajęć.
– Zapominasz się, skarbie – powiedział gładko, miażdżąc jej palce. – Sądziłem, że wyjaśniliśmy pewne sprawy już na błoniach Hogwartu. Definitywnie. Chcesz, żebyśmy to powtórzyli?
Hermiona szarpnęła się, ale trzymał ją na tyle mocno, że na nic się to nie zdało.
– Gdzie się wybierasz? – zapytał z nutą rozbawienia. – Jeśli chcesz odejść, to wystarczy, że poprosisz. Z pewnością znajdę jakieś dobre zastępstwo. Na przykład ten facet, który był tu przed chwilą. Jak myślisz, spodobałoby mu się moje zainteresowanie? Pamiętam, ile zabawy było w zaglądaniu do twojego umysłu, z nim pewnie będzie jeszcze zabawniej.
– Nie...
Zgniótł jej rękę jeszcze mocniej, tak że musiała zacisnąć zęby, żeby nie jęknąć z bólu.
– Wolisz swojego mąż? Też sądzę, że straszny z niego sztywniak i przydałoby mu się nieco rozrywki. Albo ta jego siostra. O! Ona będzie jeszcze lepszym wyborem. Ma taką uroczą twarz.
– Przestań...
– Widzisz, sprawa wygląda tak: albo ty robisz to, co chcę, albo też zaczniesz się szarpać, a wtedy będę musiał cię przekonać. A wierz mi, potrafią być bardzo pomysłowy, jeśli przyjdzie taka konieczność.
W jego spojrzeniu z łatwością dało się dostrzec, że wszystko, co do tej pory jej zrobił, było jedynie przedsmakiem tego, do czego mógł się posunąć.
– Co chcesz, żebym zrobiła? Mam informować cię o tym, co robi Percy? – zapytała niepewnie.
Kąciki ust śmierciożercy uniosły się odrobinę. Puścił rękę Hermionę, a ta pospiesznie ją cofnęła.
– Och, to z pewnością okaże się pomocne, ale nie. Mam dla ciebie inne zadanie. Możesz o wiele więcej osiągnąć dla mnie w Hogwarcie. Więc jak?
Dawna Hermiona z pewnością by odmówiła. Uniosłaby się honorem albo zwykłą dumą i kazałaby mu iść do diabła. Tylko że dawna Hermiona już nie istniała.
Wiedziała, że nie ma szansy z nim wygrać. Początkowo jeszcze próbowała, ale zawsze kończyło się tak samo – łamał wszelki jej opór, a potem karał bardzo boleśnie i dotkliwie. Czasem za jej błąd cierpiał ktoś inny. Kilka razy zdarzył się Percy'emu jakiś mały wypadek, raz jej koleżanka z pracy została poważnie poparzona przez jadowitą roślinę wysłaną nie wiadomo, przez kogo – wszystko to, by uświadomiła sobie, że następnym razem może być o wiele gorzej.
Nie mając jak się bronić – bo jak bronić się przed kimś, kogo prawdziwej tożsamości nawet nie znała, a kto mógł zmienić wygląd w każdej chwili? – po prostu przestała. Mogła sprawiać pozory i mu odmawiać, ale ostatecznie i tak wiedziała, że zgodzi się na wszystko, czego zażąda.
Podawanie paru ogólnych informacji nie było w końcu takie złe, powtarzała sobie leżąc w łóżku. Z pewnością gdyby ona ich nie przekazywała, zrobiłby to ktoś inny na jej miejscu, a w ten sposób mogła uzyskać potrzebną ochronę. To była dobra decyzja. Tak trzeba było postąpić, upewniała się, starając się zagłuszyć wątpliwości.
Neville podszedł do drzwi Grimmauld Place, włożył klucz do zamka i przekręcił go, słysząc kojące kliknięcie. Wypuścił powietrze, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że wstrzymał oddech. Jednak się nie mylił – Harry żył, inaczej posiadłość z braku dziedziców przypadłaby Ministerstwu, które z pewnością już by się nią zajęło. W tej sytuacji musiał dowiedzieć się, co się z nim stało i go odnaleźć, a potem razem zbiorą resztę Zakonu Feniksa i powstrzymają Yaxleya i Rookwooda. W myślach było to wszystko takie proste – ot, połączyć ze sobą poszczególne punkty, żeby wyszedł ładny obrazek. Neville zdawał sobie sprawę, że w rzeczywistości zrealizowanie tego wszystkiego będzie nieprawdopodobnym osiągnięciem, który kosztować go będzie olbrzymie ilości wysiłku i pomocy. Nie zakładał jednak, że może mu się nie powieść – samo rozpatrywanie takiego wariantu było życzeniem sobie porażki.
Neville otworzył drzwi i wszedł do środka. Potrzebował jakiegoś punktu zaczepienia, kierunku, w którym mógłby podążać i jakaś część w nim wierzyła, że właśnie tutaj znajdzie odpowiedź.
Widok, który stanął mu przed oczami, był wyjątkowy przykry. Grimmauld Place było w dużej mierze ruiną. Meble w większości zostały roztrzaskane po starciu Zakonu ze śmierciożercami, gdzie nie gdzie co silniejsze zaklęcie uszkodziło ściany, a w jednym pomieszczeniu drzwi wraz z futryną zostały z niej praktycznie wyrwane. Czego nie dokonał atak, dokończyła wilgoć. Pokryte liszajami tapety łuszczyły się ze ściany jak skóra trędowatego, a drewno, szczególnie parkiet, gniło, sprawiając, że powietrze było duszne i nieprzyjemne. Z obrazów przodków Blacków zostały tylko szare podarte albo przeżarte pleśnią płótna w pięknych, złoconych ramach. Tylko gobelin ostał się w dobrym stanie, najwyraźniej obłożny taką ilością zaklęć ochronnych, że nic nie mogło go ruszyć.
Neville przechodził z pokoju do pokoju, ale wszędzie natrafiał na to samo. Dom w żadnym razie nie nadawał się do zamieszkania, nawet przy największych chęciach. Westchnął ciężko i ściskając nasadę nosa, próbował pozbierać myśli.
Jeżeli cokolwiek chcieli osiągnąć, potrzebowali jakiejś kwatery. Jego dom nie wchodził w grę, bo i tak był już stale obserwowany i podsłuchiwany, a nie ufał na tyle innym, aby powierzyć im tak odpowiedzialne zadanie. Nawet Hermetyda, która gotowa była pójść za nim niezależnie, co planował, nie była dobrą kandydatką. Nie współpracowała ze śmierciożercami, co zdążył już sprawdzić na tyle, na ile było to możliwe, nie wzbudzając niczyich podejrzeń, ale miała rodziców i siostrę, którzy idealnie nadawali się jako forma nacisku.
Grimmauld Place zdawało się być zarazem najlepszym i najgorszym rozwiązaniem. Zarówno śmierciożercy, jak i Ministerstwo doskonale znali to miejsce, więc znikał element zaskoczenia, tylko że jeśli by się dłużej zastanowić, to tylko pozornie. Czy ktokolwiek spodziewałby się, że ktoś będzie organizował ruch oporu w takiej kompletnej ruinie? Rezydencja była na tyle obszerna, że można by się tutaj spokojnie rozlokować, bez obawy, że zabiera się komuś dach nad głową. Dodatkowo, gdyby to on rzucił zaklęcie Fideliusa i stał się gwarantem, to kwatera byłaby praktycznie nie do zdobycia. O ile nic nie stałoby się Harry'emu. W tej bowiem sytuacji Ministerstwo przejęłoby dom i wszystkie starania zdałyby się na nic.
Było tyle za i przeciw, że Neville nie bardzo wiedział, co zrobić. Podejmować takie ryzyko czy próbować jednak znaleźć jakieś inne miejsce? Zastanowił się przez chwilę. Nie, to musi być Gimmauld Place. Tutaj się rozpadł Zakon i jeśli gdziekolwiek ma szansę się odrodzić, to właśnie tutaj.
Zatem postanowione. Musi tylko znaleźć kogoś, kto pomoże doprowadzić rezydencję do w miarę sensownego stanu, zdobyć potrzebne elementy do zaklęcia Fideliusa, pozbyć się chodzących za nim agentów i albo uciszyć niepokój Ministerstwa, albo też ukierunkować jego uwagę w inną stronę. Zdecydowanie dużo do zrobienia, a to dopiero początek.
