Rozdział III
SPRAWY WEWNĘTRZNE
Początkowo wszystko zdawało się absurdalne i abstrakcyjne. Absurdalna i abstrakcyjna była poranna gazeta i szklanka soku. Znana jako ciało pedagogiczne gromadka beztroskich postaci, przy śniadaniu wytrwale walczących z sennością i podbierających sobie co lepsze kąski sprzed nosa. Byli zupełnie zdumiewający – Severus zafascynowany przysłuchiwał się ich ożywionym, uprzejmym rozmowom o niczym. Owszem, traktowali go wyjątkowo grzecznie. Niestety, najwyraźniej oczekiwali również, że będzie brał czynny udziału we wszystkich śniadaniowych rytuałach – uśmiechach, rozmowach o pogodzie i przekazywaniu sobie dzbanka z herbatą. To go trochę przerażało. Nigdy nie był jednostką szczególnie uspołecznioną, a w ciągu ostatnich miesięcy z trudem znosił nawet własne towarzystwo. Świat składał się z konkretnych zadań do wykonania (pojawić się w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze, zdać zwięzły raport, umiejętnie podsunąć komuś starannie skonstruowane kłamstwo, dać się złapać, nie dać się zabić). Chwile wolne od zadań Severus poświęcał porządkom we własnym umyśle.
Konwersowanie z Pomoną Sprout na temat opadów atmosferycznych nie mieściło się w żadnej z wymienionych kategorii i – jako takie – powinno zostać pominięte. Pomona, zdaje się, miała inne zdanie na ten temat. Minerwa McGonagall również, sądząc z pełnego dezaprobaty spojrzenia, jakie rzuciła mu ponad stołem. Potem jej rysy nagle złagodniały, popchnęła w jego stronę talerz z rogalikami i Severus zagubił się ostatecznie.
Pełen zastanowienia uśmiech Dumbledore'a też niezbyt pomagał. Ani to, że stary Slughorn prezentował tę niepokojąco krzepiącą minę, jakby zaraz miał unieść w górę dwa kciuki w geście solidarności.
Tak, fakt, że ponad połowę obecnych przy stole osób stanowili byli nauczyciele Severusa, dodatkowo utrudniał sprawę.
Czego, u licha, od niego chcą? Pojawił się w odpowiednim miejscu (Hogwart) o odpowiedniej porze (połowa sierpnia). Przywitał się i przedstawił. W dodatku funkcjonował i odczuwał z tego tytułu swego rodzaju dumę. Nawet mu przez myśl nie przeszło, że to może nie wystarczyć.
Cóż, chyba jednak nie wystarczało.
xxxXXXxxx
– Co jest z tym chłopakiem? – zainteresowała się Rolanda Hooch, gdy tylko Snape duszkiem wypił swoją kawę i – mamrocząc coś pod nosem – wymknął się z Wielkiej Sali. Nie znała go wcześniej. Zaledwie rok temu zrezygnowała z kariery ścigającej, by jako instruktorka quidditcha dołączyć do grona pedagogicznego Hogwartu.
Madame Mozilla Firefox, wiekowa nauczycielka mugoloznawstwa, znała go z kolei całkiem nieźle (przynajmniej we własnym mniemaniu). Przeżuwszy biszkopcika, ze znawstwem pokiwała głową.
– Mnie nie pytaj, kochana. Zawsze był trochę dziwaczny, ale teraz wygląda jak po lobotomii.
– Po czym?
– Och, taka mugolska technika medyczna, bardzo skuteczna... w pewnym sensie.
Minerwa McGonagall energicznie zamieszała łyżeczką w filiżance.
– Pamiętajcie, proszę, że jesteśmy niedługo po wojnie. Nie każdy miał szczęście spędzić ją spokojnie i bezpiecznie.
– Severus to dobry chłopiec – pośpieszył z zapewnieniem Horacy Slughorn.
– Tak, bez wątpienia. A jak sądzisz, co powiedzą dzieci, kiedy na nie napuścisz takie zombie? – spytała celnie madame Mozilla.
McGonagall westchnęła dyskretnie. Od pewnego czasu dręczyło ją to samo pytanie.
xxxXXXxxx
Severusa, wbrew pozorom, dręczyło ono również.
Po kilkunastu dniach spędzonych na zamku uznał, że będzie w stanie powtórnie się zadomowić. Oczywiście na własnych warunkach. Ale jednak. Zaprowadzenie dyscypliny wśród skrztów to była bułka z masłem. Z kolegami także powinien dać sobie radę. Odkrył, że gdy milczy dostatecznie długo i unika kontaktu wzrokowego, przestają zwracać na niego uwagę. Albo przynajmniej udają – to Severusa nie interesowało. Liczył się efekt.
Pozostawała już tylko jedna sprawa, która nieco go niepokoiła. W zasadzie niepokoiła go bardziej niż nieco. Bardziej, niż byłby w stanie się do tego przyznać nawet przed samym sobą.
Wiedział, że nie pójdzie z tym ani do Minerwy, ani tym bardziej do dyrektora. Sprawy wewnętrzne załatwiamy wewnątrz. Stara dewiza Ślizgonów. Tę konkretną sprawę najchętniej załatwiłby w najściślejszym możliwym gronie – swoim własnym. Ale tym razem (nowość!) nie było to możliwe. Istniała tylko jedna osoba, do której mógł się zwrócić.
xxxXXXxxx
Na twarz Horacego Slughorna wypłynął ciepły, życzliwy uśmiech.
– Potrzebujesz... porady, Severusie?
– Instrukcji – sprecyzował Snape sucho. Zdecydowanie wolał to określenie. Słowo „porada" mogłoby sugerować, że sobie nie radzi. Co nie było zgodne z prawdą. Jeszcze.
– Ins...trukcji? – mistrz eliksirów zakrztusił się lekko, ale szybko odzyskał mowę. – Zdawało mi się, że wszystko już omówiliśmy. Program nauczania znasz. System punktacji również, jak sądzę – nie zmienił się od czasów, gdy byłeś uczniem.
Severus drgnął zniecierpliwiony.
– Nie chodzi o nauczanie. Nie jako takie.
– O cóż więc, drogi chłopcze?
– O młodzież – burknął.
– Co z nią?
Horacy ze zdumieniem obserwował ciemny rumieniec, stopniowo pokrywający tak zazwyczaj blade oblicze młodzieńca.
– Nie wiem! – wybuchnął w końcu Snape. – Nic nie wiem o dzieciach! Nawet ich nie lubię! Nie mam kompetencji!
Przyznanie się do tego faktu musiało sporo go kosztować. Slughorn uspokajająco poklepał byłego ucznia po ramieniu.
– A cóż tu jest do wiedzenia, chłopcze? Młodzież jest młoda. To w zasadzie wszystko, co powinieneś wiedzieć. W razie czego przypomnij sobie czasy, kiedy sam byłeś dzieciakiem.
Snape rzucił mu gniewne spojrzenie i Horacy zrozumiał, że obrał niewłaściwą taktykę. Za lekko, zbyt beztrosko. Z tym chłopakiem to nie przejdzie, przypomniał sobie.
– Kompetencje… Szczerze mówiąc, mój drogi, początkowo nikt z nas ich nie ma. To jeden z wstydliwych sekretów magicznego nauczania – zero przygotowania pedagogicznego. Po prostu je zdobywasz. Stopniowo. Jednym słowem, będziesz musiał uczyć się na własnych błędach.
– Wolałbym nie.
– Ha! To zrozumiałe. Ale pamiętaj, że będę tu jeszcze przez jakiś czas. I z chęcią posłużę ci pomocą… w konkretnych przypadkach. Nie ma powodu, by martwić się na zapas. Skoro dyrektor uznał, że można zatrudnić cię na stanowisku nauczyciela, powinniśmy z ufnością zdać się na jego osąd.
Severus spojrzał na Slughorna z powątpiewaniem, ale powstrzymał się od komentarza.
– Byłbym wdzięczny przynajmniej za wskazówki ogólne – rzekł zamiast tego.
Horacy zastanowił się. „Postaraj się być sprawiedliwy, nie daj sobie wejść na głowę, zdobądź ich sympatię…" Zerknął na skrzywione usta chłopaka, na tłuste strąki okalające wychudłą twarz… Nie ma szans, uznał.
– Hmm… cóż… w zasadzie, chłopcze, najważniejsze, żeby cię szanowali.
– Po co? – zdziwił się Severus. Szacunek był wartością abstrakcyjną i – jako taka – nieistotną. Gdyby zajmował się analizowaniem, co też o nim sądzą inni, w swym poprzednim fachu nie przeżyłby pięciu minut. Dbanie o własny obraz w cudzych oczach było luksusem, na który mogą sobie pozwolić tylko cywile.
– Po to, żebyś nie skończył z kociołkiem na głowie, synu – odpowiedział Slughorn spokojnie.
Severus zamrugał. Myśl, że ktoś mógłby chociaż spróbować… i przeżyć… Była nowa.
– Staniesz naprzeciwko grupy ludzi, którzy będą od ciebie młodsi, sprytniejsi i bardziej zdeterminowani. W dodatku będą mieć przewagę liczebną. Szacunek to jedyna rzecz, która może cię od nich odgrodzić.
Ponieważ nie będą cię lubić, dodał w myślach.
– Rozumiem – powiedział Snape po chwili zastanowienia. Faktycznie zaczynał rozumieć.
– No, głowa do góry! Obawiałbym się, gdybyś był Puchonem, ale w Slytherinie… raczej nie miewamy problemów z budzeniem respektu.
Horacy wiedział, o czym mówi. Coś w jego głosie lub spojrzeniu, zapewne właśnie jakiś ślizgoński urok, sprawiało, że – choć lubiany – nigdy nie był przez uczniów lekceważony. Zawsze pamiętali, jak daleko mogą się posunąć i gdzie jest granica.
Aż do momentu, kiedy postanowili zamknąć przed nim serca, postanowili odejść, zlekceważyć go, wybrać inną drogę, wybrać… Zagryzł wargi i zamrugał szybko. Strach i nędza. A, właśnie.
– Skoro już o tym mówimy… Pozostaje jeszcze kwestia Domu.
– Słucham? – nie zrozumiał Snape.
– Domu, mój chłopcze. Naszego domu. Slytherinu. Zauważyłeś chyba, że wśród nauczycieli nie ma wielu Ślizgonów.
– Owszem. Tylko my dwaj, o ile się orientuję.
– Jeszcze. Ale wkrótce zostaniesz sam na placu boju. Rozumiesz chyba, co to oznacza, prawda? Przypuszczam, że dyrektor mógł o tym wspomnieć.
– Nie przypominam sobie – rzekł Severus ostrożnie. Miał nieprzyjemne wrażenie, że domyśla się, w jakim kierunku zmierza ta konwersacja.
– Będziesz opiekunem. Już niedługo.
Severus zacisnął szczęki. Tego się obawiał. Tego się właśnie obawiał. Chcą z niego zrobić niańkę. Jakby nie dość było tej szopki z nauczaniem, chcą mu powierzyć opiekę nad… Merlinie, nad dziećmi! Jemu, który na rękach miał krew (po same łokcie), na koncie kilka tuzinów Niewybaczalnych, a pod czaszką tykającą bombę wspomnień.
– To szaleństwo – stwierdził trzeźwo i zaraz się zreflektował. – Proszę mi wybaczyć, profesorze. To nie jest… to nie najlepszy pomysł.
– Nie ma lepszego – rzekł twardo Slughorn i Severusowi w tym samym momencie przypomniało się, że stary Ślimak – gruby, miły i pozornie nieszkodliwy – nie trafił do Slytherinu przez przypadek. I że nie jest przeciwnikiem, którego można lekceważyć. Nigdy nie był. – Nie zostawię Domu samego, odchodząc na emeryturę. A wierz mi, synu, zamierzam na nią odejść. Jesteś jedynym kandydatem na to stanowisko.
– Ja…
– Ty. Każdy z naszych kolegów zdaje sobie z tego sprawę. Dzieci, które za kilka dni Tiara przydzieli do Slytherinu, także szybko się dowiedzą – bo takie wieści się rozchodzą. Kiedy staniesz przed nimi w klasie, nowy nauczyciel, będą wiedziały, że stoi przed nimi ich przyszły opiekun. Będziesz bacznie obserwowany i będziesz oceniany. Lepiej o tym pamiętaj.
– Ale…
– Żadnych ale. Ślizgoni muszą mieć opiekuna i musi nim być Ślizgon. Padło na ciebie. To nie jest kwestia wyboru, chłopcze. To część kontraktu. Jeśli rozumiesz, co mam na myśli.
„Ile wie?" zastanowił się Snape. Właściwie odruchowo.
– Będziesz opiekunem Domu Węża, czy tego chcesz, czy nie. Lepiej, żebyś przyzwyczaił się do tej myśli.
Severus posłusznie skinął głową. Nie pozostawiono mu pola manewru i niespecjalnie go to dziwiło.
– Jeśli to wszystko, profesorze…
– To wszystko.
Snape skinął głową i wstał.
– Ach, Severusie…
Zatrzymał się.
– Jeszcze jedno, mój drogi. Wiem, że sporo przeżyłeś i sporo widziałeś. Ale pamiętaj, te dzieci… I tak wszyscy oceniają je zbyt surowo. Tylko dlatego, że trafiły – albo trafią – do… do nas. One mają się tu czuć dobrze, Severusie. Mają prawo tu być. Są u siebie – zwykle spokojne, łagodne oblicze mistrza eliksirów pociemniało, brwi ściągnęły się. – Ktoś musi o nie zadbać, kiedy mnie już zabraknie… Są twoi. Od teraz są twoi. Rozumiesz?
– Rozumiem.
xxxXXXxxx
Już od pierwszych dni w Hogwarcie nocne patrolowanie korytarzy weszło mu w nawyk, mimo że nie było jeszcze w szkole uczniów, których można by na czymkolwiek przyłapać.
Zamek nocą był jak przyczajone zwierzę. Pozornie uśpiony, cichy, zamknięty w sobie. Tylko czasem szczęknęła opadająca przyłbica zbroi, dało się słyszeć westchnienie portretu, szelest widmowej szaty, mruczenie kota. Severus doskonale wpasowywał się w ten nocny pejzaż. Przemierzał korytarze cicho niczym widmo, nie wydając żadnego dźwięku – jak tancerz, szpieg, jak skrytobójca. Sztuka dla sztuki, ale nie powinien wychodzić z wprawy.
Był na parterze, w drodze do lochów, gdy drgnął nagle, słysząc odległy brzęk szkła. Dźwięk dochodził z kuchni. Gdzieś w głębi korytarza błysnęło nikłe światełko, dały się słyszeć lekkie kroki. Severus odruchowo usunął się w cień i przylgnął plecami do muru, niemal wtapiając się w kamień. Tancerz, duch, szpieg. Skrytobójca.
W półmroku postać, owinięta chmurą półprzezroczystych woali, zdawała się sunąć ku niemu niczym dementor. Automatycznie wyciągnął różdżkę.
Jakiś zagubiony węgielek na palenisku oderwał się od rusztu i przez uchylone kuchenne drzwi na posadzkę korytarza padła smuga czerwonawego blasku.
Wtedy ją rozpoznał.
– Ty… – wychrypiał i mocniej ścisnął różdżkę. – Ty!
Zatrzymała się jak wryta i poprawiła zsuwające się po nosie okulary.
– Przepraszam… – zaczęła tonem nieco urażonym. – Czy my się znamy?
Coś w jej głosie sugerowało, że zamierzała dodać „młody człowieku", jednak w porę ugryzła się w język.
Nie, nie znali się. Nigdy ich sobie nie przedstawiono. Ale on doskonale ją pamiętał. Czasem mu się zdawało, że z tamtego okresu pamięta wszystko, w najdrobniejszych szczegółach. Emocje zepchnięte w głąb umysłu pozostawiły po sobie obrazy tak wyraźne, jakby wydobywało je z mroku ostre światło teatralnego reflektora. Każda twarz, każde słowo, każdy szept. Każdy element układanki, która zaprowadziła go do miejsca, w którym znajdował się teraz.
Te wielkie, sarnie oczy o nieco błędnym wejrzeniu, ta chmura splątanych włosów. Ona. Ona!
Solidny mur w jego głowie zaczął drżeć i sypać się jak domek z kart. Jak mógł być tak bezmyślny? To prawda, nie pojawiała się na posiłkach, ale to nie powinno było uśpić jego czujności. Powinien był to przewidzieć, powinien był się przygotować na to, że ją tu spotka!
W otulinie jedwabnych szali i apaszek jej długa, biała szyja była doskonale widoczna. I doskonale krucha. Gdyby sięgnął dłonią, gdyby zacisnął dostatecznie mocno, mógłby zmiażdżyć jej kręgi jednym ruchem, niczym kurczakowi. Nawet by nie poczuła bólu, wszystko odbyłoby się błyskawicznie, bezszelestnie i higienicznie. Jak zawsze.
Ona!
Od niej wszystko się zaczęło. Gdyby wtedy milczała, durna suka, gdyby ktoś zatkał jej gębę na czas, gdyby nie ona…
Severus niemal słyszał stukot zapadek we własnym mózgu, szelest myśli ustawiających się w odpowiednich sekwencjach, głuchą pustkę po odcinanych błyskawicznie emocjach.
Jest tu nauczycielką. Oczywiście, że jest. Podobnie jak on. Nie zabije jej. Oczywiście, że nie.
Chociaż to byłoby takie proste.
Chociaż zasłużyła. Po stokroć zasłużyła, bezmyślna kretynka, tępa idiotka z darem, który przekraczał jej możliwości pojmowania.
To wszystko jej wina. Jej wina, po stokroć, po tysiąckroć. Jej wina. Jeśli ktokolwiek jest tu winny…
Skłonił się lekko.
– Proszę o wybaczenie, pomyliłem panią z kimś innym. Faktycznie, nie znamy się. Snape.
Uśmiechnęła się mglistym uśmiechem osób niedowidzących i nawykowym, kokieteryjnym gestem odgarnęła włosy. Gdzieś w zwojach jej szat leciutko brzęknęło szkło.
– Trelawney. Ale nazywaj mnie Sybillą, mój drogi. Gwiazdy powiadomiły mnie o twoim przybyciu, oczywiście.
– Oczywiście.
