Rozdział trzeci: Iluzje rzeczywistości
- Na pewno się dobrze czujesz?
Bianca zamrugała gwałtownie powiekami, powracając do rzeczywistości.
Niech go szlag jasny trafi. – zaklęła w myślach Bianca, mrużąc nieznacznie oczy. Nawet po trafieniu do piekła ten gość nie daje mi spokoju.
Kilka chwil temu Bianca znowu zobaczyła w tłumie ludzi postać Oscara. Mignął jej tylko przez jedną chwilę. Jednak i ta chwila wystarczyła, aby Bianca kompletnie odłączyła się od otaczającej ją rzeczywistości.
- Jasne. – odpowiedziała po chwili Bianca, rzucając krótki uśmiech do siedzącej naprzeciw niej Emilii. Audrey siedziała obok niej, i również przyglądała się jej z niepokojem. – Naprawdę, wszystko w porządku. Po prostu na chwilę się zamyśliłam.
- To dobrze. – Bianca mentalnie westchnęła z ulgą. Emilia nie wyczuła jej kłamstwa. – Już się bałam, że znowu widzisz tego śmiecia. – Niebieskooka blondynka momentalnie nastroszyła się, słysząc to.
- Em, cofnij to. – syknęła do szatynki Audrey, zerkając ze strachem na Biancę. – Wiesz, jak ona…
- Audrey, nie jestem głucha. Ani głupia. – warknęła Bianca, siląc się na spokój. Na razie jednak przychodziło jej to ze sporym trudem. – Emilia… wiem, że uważasz Oscara za najgorsze zło. – Emilia ze spokojem słuchała Bianki, mimo iż wyraz jej twarzy wskazywał na to, że dziewczyna ma mnóstwo argumentów przeciwko słowom przyjaciółki. – Ale to ja tam byłam. Nie ty; ja. I uwierz mi, to nie Oscar był diabłem wcielonym, mimo iż tak mogło się wydawać. To Robert White był bestią, przez którą do teraz nie mogę spokojnie spać.
- W takim razie dlaczego na jawie nie widzisz jego, tylko Oscara? – Na to pytanie Bianca nie mogła udzielić jej automatycznej odpowiedzi, co wyraźnie usatysfakcjonowało Emilię. – Widzisz? Jego również się boisz. Nie chcesz tylko tego przyznać. Twoja podświadomość zarejestrowała Oscara jako wybawcę, mimo iż wcale nim nie był. To był morderca i przestępca, Bianca. Jego śmierć zakończyła jeden z mroczniejszych rozdziałów w historii Wellshire.
- Mam tego pełną świadomość, Emilia. – Nim jednak Bianca dokończyła swoją myśl, Emilia przerwała jej wpół słowa.
- Czyżby? Bo chwilami mam wrażenie, że te dziennikarzyny z Wellshire Telegraph miały jednak trochę racji pisząc, że cierpisz na syndrom sztokholmski. – Bianca musiała teraz użyć całej swojej mocy samokontroli, aby nie strzelić Emilii w twarz, na oczach tych wszystkich ludzi. Było tu zbyt wielu świadków, zbyt wielu reporterów i paparazzi czających się za każdym rogiem. Jeden fałszywy ruch, i Bianca jak nic znalazłaby się na powrót na pierwszych stronach gazet.
- Odpuść jej. – przekonywała przyjaciółkę Audrey. Bianca wciąż milczała, a na jej bladej twarzy pojawił się grymas złości. – Żadna z nas nie wie, przez co ona musiała tam przejść. Nawet jeśli na swój sposób wybaczyła Oscarowi, musimy to uszanować. – Emilia tylko prychnęła głośno, wyraźnie rozbawiona słowami drobnej, brązowookiej blondynki.
- Nie wiem jak ty, ale ja tam bym nigdy nie wybaczyła człowiekowi, który chciał zamienić moje życie w piekło. – Bianca w tej chwili podniosła na Emilię wzrok. Jej ciemnoniebieskie oczy ciskały istne gromy w szczupłą, atrakcyjną szatynkę.
- Nie wybaczyłam przecież. – odparła Bianca z przekąsem, uśmiechając się krzywo. – Do teraz nienawidzę Roberta i mam gorącą nadzieję, że smaży się teraz w najgłębszych czeluściach piekielnych.
- Miałam na myśli Oscara. – odpowiedziała Emilia z poważną miną, spoglądając krytycznie na Biancę.
- Wiem o tym. – Bianca nie dawała za wygraną. – A ja miałam na myśli Roberta. Bo to on jest bestią, której bym nie wybaczyła.
- Skoro tak wolisz sądzić. – W tym momencie Bianca nie wytrzymała. Nie chciała robić tu sceny, tym bardziej nie przed tymi wszystkimi paparazzi, którzy je śledzili.
Bianca wstała z impetem, niemalże wywracając krzesło.
Emilia odchyliła się nieco w tył, zaskoczona nagłą reakcją Bianki. Audrey podskoczyła nerwowo w miejscu, przymykając powieki. Bianca z kolei spojrzała się tylko z nienawiścią na Emilię, po czym bez słowa złapała swoją torbę i wyszła z kawiarni, nie oglądając się nawet za siebie.
Była wściekła – bardziej wściekła niż wtedy, gdy Wellshire Telegraph po raz pierwszy opublikowała jej przekręcone przez nich słowa. Bardziej wściekła niż wtedy, gdy Sam w akcie złości nazwał ją „zdrajczynią", nim zaraz potem nie ochłonął i jej nie przeprosił.
Bianca miała już dosyć takiego życia. Zawsze była uważana za ofiarę – za dziewczynę, która miała trochę szczęścia, i której udało się uciec seryjnemu mordercy. Większość ludzi zapominała jednak o jednym, bardzo ważnym szczególe.
Bianca nie uciekła wtedy przed seryjnym mordercą, Artystą. Uciekła wtedy przed nieznanym nikomu seryjnym gwałcicielem „i" mordercą, Robertem White'em.
Dziewczyna kompletnie zatonęła w tych myślach. Świat wokół niej przestał istnieć; Bianca była zbyt zdenerwowana, aby w ogóle móc się skupić na czymś innym. Do rzeczywistości przywrócił ją dopiero głośny, przenikliwy dźwięk klaksonu.
Bianca odwróciła się w ostatniej chwili. Ciemnoczerwony, osobowy samochód jechał prosto na nią. Kierowca już zaczął hamować, ale Bianca już teraz wiedziała, że mężczyzna nie zdoła się zatrzymać w porę.
Ktoś na ulicy krzyknął głośno. Bianca nie była jednak w stanie wydać z siebie żadnego dźwięku. Stała tylko w bezruchu, nie mając już szans na ucieczkę.
Nagle ktoś wpadł na nią z impetem, powalając ją na ziemię. Samochód przejechał tuż obok niej i jej wybawcy, mijając ich dosłownie o milimetry.
Bianca trzymała powieki mocno zaciśnięte, w razie gdyby to wszystko okazało się tylko kolejną iluzją wytworzoną przez jej umysł. Gdy jednak rozległo się wokół więcej krzyków, wśród których Bianca rozpoznała znajomy pisk Audrey, dziewczyna otworzyła powoli oczy, aby spojrzeć się prosto w twarz swojego wybawcy.
W pierwszym odruchu Bianca miała ochotę krzyknąć i odczołgać się gwałtownie w tył. Ta twarz tak bardzo przypominała jej Oscara, że przez moment Bianca była pewna, że to on sam pokonał śmierć i wrócił do świata żywych, aby ją uratować przed śmiercią. Po dłuższej chwili Bianca zauważyła jednak spore różnice pomiędzy Oscarem a mężczyzną, któremu zawdzięczała swoje życie.
To z pewnością nie mógł być Oscar. Owszem, miał takie same intensywnie błękitne oczy jak on, a niektóre rysy jego twarzy wykazywały spore podobieństwo do rysów twarzy Artysty, ale to na pewno nie był Oscar. Nie… to był ktoś zupełnie inny.
- Jesteś cała? – Nawet głos był inny. Oscar miał niższy i głębszy głos niż mężczyzna, który teraz pomagał jej wstać. No i ten mężczyzna wydawał się być o co najmniej kilka lat starszy od Oscara.
Gdy Bianca w końcu stanęła pewnie o własnych siłach dostrzegła, że nieznajomy jest tak samo wysoki jak Oscar.
Tyle podobieństw, pomyślała Bianca, wymuszając słaby uśmiech na swoich wargach, gdy dostrzegła przyjacielski uśmiech na twarzy mężczyzny. Tyle podobieństw, ale jednocześnie tyle różnic. Ten człowiek nie zachowuje się jak Oscar. Nawet wyraz jego oczu jest zupełnie inny niż ten, z jakim Oscar zwykł patrzeć na innych.
Jak zwykł patrzeć na mnie.
- Bianca! O Boże, Bianca, nic ci nie jest? – Audrey dobiegła do swojej przyjaciółki i mocno ją uścisnęła. Zaraz potem u jej boku pojawiła się Emilia, która zrobiła dokładnie to samo.
- Boże kochany, Bianca, przepraszam. – wyszeptała Emilia przez łzy. – Nie chciałam cię tak rozgniewać, słowo. – Emilia odsunęła się po chwili od Bianki, patrząc się na nią ze łzami w oczach. – Na pewno jesteś cała?
- Tak, na pewno. – odpowiedziała Bianca. Jej wzrok powędrował z powrotem ku nieznajomemu. Jego błękitne oczy wpatrywały się w nią z zainteresowaniem. – Dziękuję. – powiedziała dziewczyna, wyswobadzając się z objęć Audrey. Obie przyjaciółki Bianki zwróciły teraz swoją uwagę na mężczyznę. – Uratował mi pan życie.
- Och, to nic takiego. – Mężczyzna uśmiechnął się szeroko, zerkając przez chwilę na Emilię i Audrey, które stały tuż za Biancą. – Moją życiową misją jest ratowanie pięknych dam w opałach.
Przystojny, i na dodatek kobieciarz. – odnotowała w myślach Bianca. Pomimo tego, że właśnie mnie uratował, muszę na niego uważać. Tacy jak on najczęściej okazują się nie tymi, za kogo się podają. Albo okazują się gorszym materiałem na faceta, niż początkowo by się to wydawało.
Jej przyjaciółki nie zdawały się jednak tego dostrzegać. Audrey pochłaniała mężczyznę wzrokiem, podczas gdy Emilia uśmiechała się do niego kokieteryjnie. Bianca musiała użyć całej swojej samokontroli, aby nie wywrócić teatralnie oczami.
- Jestem Bianca. Bianca Reid. – Bianca postanowiła zignorować kłębiących się wokół ludzi. I tak, znając życie i to małe miasteczko, ktoś już na pewno zadzwonił po policję, na pogotowie, a także i zapewne do lokalnej stacji telewizyjnej.
Mężczyzna ujął dłoń Bianki w swoją, uśmiechając się nieznacznie.
- Dominic Thompson. – Bianca na moment zamarła, intensywnie nad czymś myśląc.
- Nie jesteś chyba z… tych Thompsonów? – Mężczyzna dopiero po chwili skojarzył, o czym mówiła Bianca.
- Och, nie, nie… Nie, jestem z rodziny Thompsonów z Dover. – odpowiedział Dominic, nie przestając się uśmiechać. Kątem oka zerknął na gapiów nieopodal, po czym westchnął nieznacznie. – Ci ludzie nie mają nic lepszego do roboty, prawda? – Bianca pokręciła przecząco głową, również się uśmiechając.
- Jestem ich główną atrakcją, że tak to ujmę. Długa historia. – dodała Bianca, gdy Dominic zmarszczył brwi, przekręcając głowę lekko w bok.
- W dużym skrócie; to ona jest tą dziewczyną, którą porwał ten morderca, Artysta. – rzuciła szybko Emilia, nim Bianca zdołała ją powstrzymać. Dominic otworzył szeroko oczy, przyglądając się Biance z zaskoczeniem.
- Naprawdę? – Bianca niechętnie przyznała się do tego. W tej chwili nienawidziła Emilii za to, że zawsze musiała wszystko wypaplać.
Piękny początek znajomości… po prostu piękny. Teraz na pewno nie uzna mnie za poczytalną, normalną dziewczynę.
- I na dodatek w tym samym czasie niemalże stała się ofiarą innego maniaka, który podszywał się pod jedną z ofiar tego pierwszego psychola. – Bianca w tej chwili wzniosła oczy ku górze, modląc się do wszelkich znanych jej bóstw o to, aby Emilię strzelił teraz grom z jasnego nieba.
- Serio, Emilia? – Bianca odwróciła się do Emilii z wyrzutem. – Teraz akceptujesz istnienie Roberta? Wcześniej nie istniał? – Emilia tylko wzruszyła ramionami, na twarzy mając wymalowaną niewinną minę.
Dominic przyglądał się obu dziewczynom z zaciekawieniem. Z całej trójki tylko Audrey milczała jak zaklęta, zerkając tylko to na Biancę, to na Emilię.
- Mniejsza o większą. – powiedziała w końcu Bianca, ucinając temat Oscara i Roberta. Nie zamierzała tego teraz roztrząsać, tym bardziej na oczach tych wszystkich ludzi. Dziewczyna odwróciła się lekko w tył, wyglądając kierowcy pojazdu, który niemalże ją rozjechał. Ku swojemu zaskoczeniu nie znalazła go jednak. – Gdzie jest kierowca? – Dominic po jej słowach również spojrzał się w tamtą stronę.
- Zapewne zwiał gdy zobaczył, że nic ci nie jest. – odpowiedział mężczyzna. Bianca odwróciła się z powrotem do niego, przyglądając mu się z uwagą. – Zaczekajmy lepiej na pogotowie. Sprawdzą, czy nie masz żadnego wstrząśnienia mózgu ani innych urazów. – Bianca przytaknęła skinieniem głowy. Doświadczenie nauczyło ją, żeby nie ufać nikomu – Oscar i Robert już o to dokładnie zadbali.
Pogotowie przyjechało kilka minut później. Zaraz potem pojawił się radiowóz policji. Najpierw sprawdzono, czy Bianca nie odniosła żadnych obrażeń. Potem, dla pewności, to samo zrobiono z Dominikiem. Następnie oboje zostali przesłuchani przez policjantów. Dominic, ku niemałemu zaskoczeniu Bianki, okazał się pamiętać numery rejestracyjne wozu, który nieomal ją potrącił.
- Jeszcze raz dziękuję. – powiedziała Bianca, gdy już uwolnili się od policjantów.
- Nie ma sprawy. – odpowiedział Dominic. – Gdybyś chciała o czymś porozmawiać, o czymkolwiek, zapraszam cię do tutejszej szkoły plastycznej. Od jutra będę tam wykładał studium rysunku.
