Rozdział trzeci: Lekcja pierwsza


Oddychaj głęboko, Raven… tyle lat poradziłaś sobie bez rzucania się na ludzi, to teraz tym bardziej powinnaś dać sobie radę.

- Chyba sobie ze mnie żartujesz, Jessie. – prychnęłam, wypluwając z ust pianę z pasty do zębów. – Nie będę chodziła na żadne lekcje w tym ośrodku. Jeszcze mam taki organ jak mózg… i zapewniam cię, że funkcjonuje on bez zarzutów.

- Nie możesz tutaj siedzieć i nic nie robić, Raven. – odparła Jessie, opierając się o kant szafki. – Ci chłopcy już cię widzieli, a część z nich nawet już cię poznała. – Doskonale wiedziałam, że miała ona na myśli Johna i jego ferajnę. – Do tego Jeremy na pewno poczuje się lepiej, jak będzie miał w klasie kogoś znajomego i mu przyjaznego.

- Tak… a ja będę miała na karku dwudziestu pięciu napalonych na mnie nastolatków. Bardzo mądre i przemyślane, panno Caldwell. – stwierdziłam ironicznie, przechodząc za parawan i zaczynając się ubierać. – Masz chyba świadomość, że gdybym tylko chciała, to mogłabym zmieść całe to miasteczko jednym pstryknięciem palców?

- Tak, mam tego pełną świadomość. – odpowiedziała Jessie bez cienia strachu w głosie. – Wiem też jednak, że jesteś osobą moralną i etyczną, kierującą się własnymi solidnymi zasadami, i że nigdy byś nie dokonała tak potwornego aktu. – prychnęłam donośnie, wychodząc zza parawanu, już ubrana.

- Przeklinam siebie chwilami za to, że jestem taka dobra. – fuknęłam, nakładając na czarną bluzkę z krótkim rękawem ciemnofioletowy, zapinany na guziki sweter. – To jaką mam pierwszą lekcję?

- Historię. – Aż się roześmiałam, słysząc to. –Nie wychylaj się tylko ze swoimi ciekawostkami. Uczy jej starszy profesor z pobliskiej szkoły średniej, który ma strasznie zawyżone mniemanie o sobie. Jak mu podpadniesz, to nie da ci spokoju.

- Och, moja droga, nie sądzę, abym mogła mu podpaść bardziej niż któryś z tych twoich podopiecznych. – odparłam, nadal będąc rozbawiona całą tą sytuacją. Historię świata miałam w małym palcu. Sama byłam mniej lub bardziej aktywnym jej świadkiem przez ostatnie trzysta trzydzieści lat, jednego, co się z niej nauczyłam, to tylko tego, że ludzie zawsze musieli się o coś kłócić i robić o to wielkie wojny. Od starożytności nie było praktycznie wieku, w którym nie byłaby toczona jakaś wojna o dominację danej kultury, narodowości, religii czy ideologii.

- Po prostu się tam pojaw. – poprosiła Jessie, uśmiechając się słabo. – Jeśli za trzy tygodnie nadal będziesz się upierała, że to był głupi pomysł, odpuszczę.

- Trzy tygodnie? – spytałam się, zerkając na kobietę. – Jessie, chyba się walnęłaś gdzieś w głowę, bo gadasz od rzeczy. Nie wytrzymam tam tygodnia, znając tych rozochoconych nastolatków. Idę o zakład, że po jednym dniu będę chciała urwać łby połowie swojej klasy.

- Jakoś dasz sobie z nimi radę. – Jessie była aż nazbyt pewna powodzenia swojej misji. Serio, ta kobieta była nieuleczalną optymistką.

Z ciężkim westchnieniem wyszłam z pokoju, po czym ruszyłam do wskazanej przez Jessie sali. Gdy tylko do niej weszłam, wszelkie rozmowy i szepty momentalnie ucichły, a ja sama stanęłam w progu klasy, rozglądając się z uwagą po zebranych tam uczniach.

To z całą pewnością była „finalna" klasa w tym ośrodku. Byli tu najstarsi mieszkańcy ośrodka, w tym także John Box i jego ferajna.

Odnalazłam wzrokiem Jeremy'ego, który zajął miejsce mniej więcej z boku sali, przy ścianie, po czym umiarkowanym, spokojnym krokiem przeszłam przez salę i usiadłam obok niego w podwójnej ławce.

Nauczyciel, owy starszy mężczyzna, przed którego denerwowaniem przestrzegała mnie Jessie, odchrząknął znacząco, zerkając na mnie spod byka.

- Panna Vidal, jak mniemam? – spytał się profesor, nie spuszczając ze mnie swojego spojrzenia. Wzięłam głęboki wdech, przytakując jednocześnie skinieniem głowy. Kątem oka złapałam uważne spojrzenie Johna, który po tym, jak spostrzegł, że go zauważyłam, odwrócił się gwałtownie do przodu, skupiając swój wzrok na blacie ławki. – Może podejdzie pani tutaj i opowie nam co nieco o sobie? – Po tym pytaniu pokręciłam przecząco głową.

- Nie lubię zbytnio o sobie mówić. Nie byłoby zresztą co opowiadać. – dodałam, gdy spojrzenie profesora stało się harde.

Profesor historii po paru długich chwilach odpuścił sobie przepytywanie mnie z mojego życiorysu przed całą klasą młodych facetów. Skupił się na prowadzeniu lekcji, która dzisiaj była o rewolucji francuskiej. Siedziałam cicho, nic się nie odzywając, gdy profesor opowiadał reszcie o kolejnych wydarzeniach, które zmieniły Francję na zawsze. Kilkakrotnie uśmiechnęłam się prawie niezauważalnie pod nosem, gdy mężczyzna pomylił się w jakimś fakcie, czy przekręcił czyjeś nazwisko.

To nie jego wina, że popełniał takie małe błędy. Nie było go przecież tam. Nie brał on aktywnego udziału w tych wydarzeniach. Nie był przecież naocznym świadkiem ścięcia najpierw rodziny królewskiej, a rok później Maximiliena Robespierre'a.

Jeremy siedział obok mnie tak samo niewzruszony, od czasu do czasu tylko coś notując. Wiedziałam jednak, że chłopak znał już całą tą historię na pamięć.

Po skończonej lekcji wyszłam z sali jako jedna z pierwszych osób. Zaraz za mną, niczym cień, sunął Jeremy. Kolejną lekcją w planie miała być matematyka, na którą to akurat nie mogłam się doczekać. To był bodaj jedyny przedmiot, na którym bym się nie nudziła. Na literaturze bowiem omawiałabym książki, które przeczytałam już po co najmniej dziesięć razy, na historii słyszałam głównie historie o wydarzeniach, które znałam już na pamięć, lub w których brałam udział. Podobne podejście jak do matematyki miałam również do innych przedmiotów ścisłych, wyłączając z nich geografię – geografię świata opanowałam bowiem na pamięć już dawno temu, i regularnie, na własną rękę, aktualizowałam sobie co jakiś czas wiadomości z tego działu.

Do sali matematycznej doszliśmy w niespełna dwie minuty. Zajęłam z Jeremym jedną z ostatnich ławek, oczekując na przybycie reszty klasy.

- John znów o tobie myślał. – powiedział nagle Jeremy. Spojrzałam się na niego ze szczerym zaskoczeniem.

- Opanowałeś zdolność czytania w myślach na odległość? – spytałam się. Jeremy pokręcił jednak przecząco głową.

- Wpadłem na niego tuż przed zajęciami. John myślał o tym, czy faktycznie jesteś dziwakiem takim jak ja, czy też jesteś może zupełnie inna. Potężniejsza, że tak to ujmę. – Po usłyszeniu tych słów prychnęłam cicho. W tej samej chwili do klasy wszedł obiekt naszej rozmowy. Zignorowałam Johna, gdy ten usiadł zaledwie dwie ławki od nas, na końcu rzędu przy oknie. My ponownie byliśmy w rzędzie przy przeciwległej ścianie, blisko drzwi.

Skupiłam na krótką chwilę uwagę na Johnie. Unikał on mojego spojrzenia, przeglądając swoje notatki w zeszycie. W końcu jednak zamknął zeszyt, odłożył go na bok, po czym powoli odwrócił się w naszą stronę. Gdy jego spojrzenie spotkało moje, nie zniżyłam wzroku. Przytrzymałam jego spojrzenie jeszcze przez kolejną chwilę, próbując wyłapać z jego myśli coś, co pomogłoby mi go lepiej zrozumieć. Jak na razie bowiem wiedziałam o nim tyle, że jego ojciec zmarł, gdy John był mały, a jego ojczym nie szanował go ani trochę, mało tego, dręczył go i upokarzał, gdy tylko naszła go taka ochota.

Przyznaję, moje życie również nie było bajką. Praktycznie od dziecka spotykałam się z atakami na swoją osobę, głównie z racji tego, że byłam „odmieńcem", jak to wówczas na mnie mówiono. Wiele lat mi zajęło zrozumienie, że to nie ja byłam „inna" – to inni byli zacofani, bo nie byli w stanie pojąć ani zaakceptować tego, kim byłam.

Nic jednak nie udało mi się wyczytać z jego umysłu. John musiał wziąć sobie do serca moje słowa z poprzedniego dnia, i w mojej obecności starał się unikać myślenia na tematy, które mogłabym wyłapać dzięki swoim mocom.

Musiałam przyznać mu, że szło mu to naprawdę nieźle. Większość śmiertelników, z którymi się zetknęłam, miała spore trudności z ukrywaniem swoich myśli przede mną. Johnowi jednak szło to coraz lepiej.

Ostatecznie odwróciłam się z powrotem do Jeremy'ego, gdy tylko lekcja matematyki się rozpoczęła. Prowadziła ją dość młoda nauczycielka, która na całe szczęście nie prosiła mnie, abym się przedstawiała innym, jak to na początku chciał ode mnie historyk na pierwszej lekcji.

Matematyka przeleciała bardzo szybko i przyjemnie. Zaraz po niej udałam się na zajęcia z wychowania fizycznego – największą chyba zgrozę, jaka mogła mnie tutaj spotkać. Byłam bowiem jedyną dziewczyną w tym ośrodku, a Jessie usilnie domagała się ode mnie, abym zachowywała się możliwie jak najnormalniej.

Sama tego chciała – pomyślałam, przebierając się w osobnej łazience, z dala od szatni męskich. Jeśli na tych zajęciach komuś przetrącę staw lub doprowadzę do innego poważnego urazu, to spadnie to na nią.

Jeśli któryś z nich mnie zaczepi, nie będę miła. To Jessie miała zapewnione jak w banku.