Rozdział 3
Nie wiedziała, jak długo była nieprzytomna. Może właśnie to uratowało jej życie i sprawiło, że oprawcy jej nie znaleźli. Kiedy się ocknęła już świtało. Pierwsze co zobaczyła to fragment nieba i liście nad jej głową. Minęła chwila zanim umysł Steele ułożył w odpowiednich szufladach to co się stało.
Elfka usiadła na ziemi, wypluła krew z ust. Jej ubranie i zbroja lepiły się od błota i trawy. Podniosła się i zaczęła mozolną wspinaczkę w górę zbocza. Przedzierała się przez liście i krzewy, ciężko łapiąc oddech i zastanawiając się co powie Gorionowi. Jak będzie mu dziękować za uratowanie życia i jak przepraszać za swoje głupie mrzonki o życiu poszukiwacza przygód.
Znalazła ich. Oboje. Ojca i Imoen.
Imoen klęczała na ziemi, na polanie. Ściskała martwe ciało Goriona i zanosiła się szlochem. Ojca ugodzono kilka razy bronią. Pocięła jego zieloną tunikę i zostawiła na niej krwawe ślady. Siwe włosy miał powalane trawą i ziemią. Na policzkach i dłoniach uwydatniły mu się starcze plamy. Śmierć wyostrzyła jego rysy. Leżał w ramionach Imoen. Bezwładny, nieruchomy, bez życia.
Steele też zamknęła oczy. Gdy je znowu otworzyła widok nie zniknął.
- Tato, dlaczego, tato...- powtarzała Imoen. Tuliła ciało ojca, łzy kapały jej po twarzy. - Dlaczego, tato...
Elfka nie płakała. Była jak w transie. W jakimś zakątku głowy poza palącym bólem i rozpaczą, myślała i planowała. Wydusiła ze szlochającej czarodziejki skąd siostra się tu wzięła. Miała złe przeczucia, więc wymknęła się z fortecy, poszła ich szukać. I znalazła.
Nie mogą wrócić do Candlekeep. To autorytet ojca pozwolił im zamieszkać w twierdzy. Bez niego nikt ich tam nie wpuści. Nie mogą nawet zawiadomić ludzi z warowni, że Gorion nie żyje, żeby go godnie pochowali. Poza tym mury Candlekeep przestały być bezpiecznym schronieniem. Skoro już raz próbowano ją zgładzić w fortecy, nie wiadomo komu można tam ufać. Zostaje tylko jedna droga. Do „Pod Pomocną Dłonią".
To ona była celem, to dlatego Gorion zginał, to przez nią... Nie, musi przestać tak myśleć! Teraz, najważniejsze to zaopiekować się Imoen. Przykucnęła przy siostrze, położyła ręce na jej ramionach.
- Imoen, posłuchaj – mówiła powoli, jak do dziecka. - Musimy iść.
Dziewczyna pokręciła głową, jej potargane rude włosy sterczały na wszystkie strony. Policzki miała mokre od łez. Trzęsła się od płaczu, nie mogła złapać tchu.
- Posłuchaj... w Candlekeep ktoś próbował mnie zabić… Ojciec... ojciec chciał mnie chronić, dlatego wyruszyliśmy. Znaleźć bezpieczne miejsce. Ale znaleźli nas, zabili tatę... - głos zaczął jej się niebezpiecznie łamać. - Uciekłam, tata kazał mi uciekać... Nie możemy wrócić do Candlekeep. Musimy iść do gospody „Pod Pomocną Dłonią". Tam będzie ktoś, kto nam pomoże.
- Dlaczego, dlaczego to zrobili...? - rudowłosa znowu zaniosła się płaczem.
- Proszę cię, musimy iść. Tu nie jest bezpiecznie.
Bała się, że będzie musiała siłą odciągać siostrę od ciała, ale dziewczyna pozwoliła się prowadzić jak dziecko.
Steele odwróciła się i ostatni czas spojrzała na Goriona. Jego ciało szpeciły liczne krwawe cięcia. Nosił ślad ostrza nawet na policzku. Ale na twarzy ojca paradoksalnie gościł wyraz spokoju. Zamknęła mu oczy.
Znajdę ich. Znajdę i zabiję.
Na polanie leżało ciało starszego, siwowłosego mężczyzny. Dwie dziewczęce sylwetki zniknęły w gąszczu drzew.
Maszerowały, niemal bez chwili odpoczynku. Młodsza siostra wzięła ze sobą ekwipunek i prowiant. Trochę wody i suszonego mięsa. Krótki miecz do tego łuk i strzały. Kilka pergaminów z zaklęciami. Pewnie myślała, że uda jej się ubłagać ojca i wyruszą razem, we trójkę. Słaniała się na nogach. W końcu przestała płakać, na jej twarzy zapadł wyraz obojętności i otępienia. Steele nerwy miała napięte do ostateczności. W każdej chwili spodziewała się ataku, czekała, aż zakuty w stal mężczyzna wróci.
Nie miały z nim szans.
„ Oddaj mi dziecko"... Cały czas słyszała w myślach ten głos.
Wrogowie czaili się za każdym drzewem, każdą skałą, gotowi zabić ją i Imoen. A one nie miały wyjścia, musiały dotrzeć do gospody „Pod Pomocną Dłonią". Nie znała innego miejsca, w którym mogłyby znaleźć schronienie. Nawet nie myślała jakie mają szanse, czy może im się udać. Tylko iść do przodu, nie zatrzymywać się, nie zatrzymywać się, nie zatrzymywać się. Szły traktem, po drodze mijały lasy, pustkowia, żadnych ludzkich siedzib. Może to i lepiej. Nocowały w zaroślach, z ostrożności nie rozpalając ognia. Zasypiały przytulone do siebie, nie mając pewności, czy jeszcze się obudzą. Słyszały odgłosy nocnych zwierząt i modliły się, żeby tylko one znajdowały się w pobliżu. Miały ze sobą skromne zapasy, pośledni ekwipunek, niewiele pieniędzy. Steele wmuszała w Imoen suszone mięso, chleb i wodę. Sama czuła jak prowiant rośnie jej w ustach, a żołądek nie chce go przyjąć. Ale musiały jeść. Maszerowały, niemal bez wytchnienia. Otwarta przestrzeń, która kiedyś wydawała jej się fascynująca, oznaczała wolność, teraz jawiła się jako pełna wrogów i niebezpieczeństw.
W końcu ich oczom ukazała się gospoda. Solidna budowla z kamienia górowała nad otaczającym ją lasem. Okalał ją mur, u podnóża zajazdu, jakby chroniąc się w jego cieniu wznosiło się kilka mniejszych zabudowań. „ Pod Pomocną Dłonią". Ich cel, ich przystań, tutaj, tutaj będą bezpieczne. A jeśli nie? Jeśli przyjaciele, o których wspominał Gorion już nie żyją, albo zdradzili? Imoen zachwiała się, prawie upadła. Steele podtrzymała wątłe ramiona dziewczyny. Po raz pierwszy od tamtego poranka zobaczyła słaby cień uśmiechu na ustach czarodziejki. Miała wrażenie, że od chwili, kiedy opuściła Candlekeep minęło kilka lat.
- To tutaj... prawda? Doszłyśmy?
Strażnicy przy solidnej, kamiennej bramie taksowali je wzrokiem.
- Co was sprowadza? - zapytał żołnierz. Elfce zaschło w gardle.
- Mamy... mamy się tu z kimś spotkać. - wydukała. - W gospodzie...
- Dobrze, wchodźcie. - przerwał jej zbrojny.- Tylko pamiętajcie, umiemy sobie poradzić, z takimi, co wszczynają burdy. - strażnik przybrał surowy wyraz twarzy.
Nie, wszczynanie burd to ostatnie, o czym Steele myślała.
Przeszły po drewnianym moście ponad kamienną fosą. Weszły na dziedziniec. Po tych wszystkich godzinach, spędzonych na pustych, odludnych szlakach, znów były wśród ludzi. Przedzierały się przez tłum. Strażnicy, podróżni, którzy przyjechali do gospody i ci, którzy właśnie ją opuszczali. Ogarnął je hałas, gwar rozmów. Na obrzeżach dziedzińca rozpościerały się mniejsze budowle, które znalazły schronienie w objęciach imponujących murów okalających zajazd. Świątynia, sklep, warsztat płatnerski. Elfka ciągnęła młodszą siostrę za rękę. Przedarły się przez tłum ludzi. Znalazły się w cieniu ogromnych murów. Do samej gospody prowadziły wysokie, kręte kamienne schody.
- Cały dzień w drodze, co? - na stopniach zaczepił je niski, uśmiechnięty mężczyzna, w podróżnej szacie. - Wyglądacie na zmęczone.
- Przepraszam, chcemy przejść. - Steele starała się go wyminąć.
Nie proszony wziął Imoen pod ramię. - Skąd podróżujecie?
- Z Candlekeep. - wyrwało się rudowłosej. Cholera, czy ona zawsze musi być taka ufna?
- Podobno to wspaniała forteca, ale niewiele się tam dzieje. Nic dziwnego, że chciałyście zobaczyć trochę świata. Mam na imię Tarmesh. - wyciągnął rękę do dziewczyny.
- Imoen, a to Stee...
W mózgu Steele zapaliło się ostrzegawcze światło. Pociągnęła siostrę za sobą. - Chcemy przejść... - zaczęła.
Usłyszała jak nieznajomy mówi coś w niezrozumiałym języku. Zaklęcia. Odepchnęła czarodziejkę.
Oślepiający błysk światła i podmuch, który zrzucił je obie ze schodów. Steele upadła twarzą na ziemię. Strażnicy zobaczyli co się dzieje i sekundę później w stronę Tarmesha poleciał grad strzał.
Zniknął. Po prostu rozpłynął się w powietrzu. Obie gapiły się na to z rozdziawionymi ustami.
Zmaterializował się sekundę później. Stał nad nimi. Elfka nie myślała, instynktownie rzuciła się na przeciwnika. Trafiła go sztyletem, ale on kontynuował inwokację. Kątem oka zobaczyła, jak z palców mężczyzny wylatuje fala energii. Zamarła. Nic się nie stało. Usłyszała krzyki.
Ludzie na dziedzińcu biegali w panice. Wrzeszczeli, jakby zobaczyli coś co ich śmiertelnie przeraziło. Prawie wszyscy, oprócz niej, Imoen i kilku strażników. Na sekundę twarz Tarmesha wykrzywiła się w grymasie irytacji, że zaklęcie nie zadziałało właśnie na nie. Ta sekunda drogo go kosztowała. Steele wbiła mu sztylet w pierś. W następnej chwili poczuła, że z rąk maga tryskają żywe płomienie. Są wszędzie, na jej ubraniu, we włosach, palą jej skórę. Rzuciła się na ziemię, żeby je stłumić. Usłyszała głos wypowiadający zaklęcie. Już po niej. Kobiecy głos. Imoen.
Magiczne pociski trafiały Tarmesha raz za razem. Upadł na ziemie. Starsza z córek Goriona dopadła do niego. Widziała przerażoną, zakrwawioną twarz przeciwnika w agonii. Nie liczyła ile ciosów zadała. Po chwili swoje dołożyli strażnicy, którzy doszli do siebie. Na ciało Tarmesha spadł grad mieczy.
- Wiem, że to boli. - kelnerka pracująca w tawernie opatrywała pospiesznie jej rany. - Musisz iść do świątyni, tam cię porządnie opatrzą.
Siedziały z Imoen w przestronnej, ciepłej izbie. Dookoła szumiał gwar ludzkich głosów. Pomieszczenie zaludniali podróżni, kupcy zmierzający w interesach, poszukiwacze przygód, lokalni pijaczkowie. Zapach jedzenia i alkoholu mieszał się z wonią tytoniu. Co chwilę do właściciela – starszego gnoma podchodził klient, zamawiając kufel naparu z ziół, lub czegoś mocniejszego. Służebne dziewczyny roznosiły jedzenie. Belki w izbie były pociemniałe ze starości. To miejsce musiało istnieć od dawna, dając schronienie niezliczonej ilości podróżnych. Na ścianach wisiała broń. Rozmaite tarcze, miecze, puginały, nadgryzione zębem czasu. Z tego, co usłyszały ze strzępów rozmów właściciele gospody sami byli kiedyś poszukiwaczami przygód. Wystrój izby stanowiły ich dawne łupy. Przez małe okna wpadały ostatnie promienie wieczornego słońca.
- Nie wiem co wstąpiło w Tarmesha, że się na was rzucił. - dziewczyna dalej mówiła, usta jej się nie zamykały. - Takie czasy, nie można nikomu wierzyć.
Steele syknęła, gdy tamta za mocno docisnęła bandaż.
- Przepraszam, przepraszam. - na pucułowatej, szczerej twarzy kelnerki omalowało się zmartwienie. - Bardzo cię zabolało?
Elfka nie słuchała. Rozglądała się po klientach gospody. Jakiś pijak, gruby strażnik, podstarzała para. Khalid i Jaheira?
- Jak się czujesz? - spytała siostrę.
Imoen siedziała obok, nad kubkiem rozgrzewających ziół. Słabo się uśmiechnęła. Nie ucierpiała w walce. Wyszła z transu, w który zapadła po śmierci Goriona. Uratowała Steele życie. Dzięki bogom nie obwiniała elfki o to, co stało się z ojcem. Tego by nie zniosła.
- Nic mi nie jest. - w jej glosie czarodziejki mimo tego, co przeżyły usłyszała coś krzepiącego.
- Widzę, że jesteś ranna. - Steele podniosła głowę. Nad nią stała jasnowłosa elfka, o surowym wyrazie twarzy. Towarzyszył jej wysoki mężczyzna, rozglądał się uważnie. Wydawał się spięty tym miejscem i otaczającym go gąszczem klientów gospody. Oboje wyglądali na wojowników.- Mogę pomóc, uleczyć cię siłami natury. Jestem druidką.
Obie z rudowłosą wymieniły pospieszne spojrzenia. Kolejny podstęp?
- Na imię mi Jaheira. – wojowniczka wyciągnęła dłoń.
- Steele, to jest Imoen. - elfka odwzajemniła uścisk.
- Spodziewaliśmy się ciebie, ale z... Gorionem. - w głosie Jaheiry zabrzmiała nuta podejrzliwości.
- Gorion nie żyje. Po drodze wpadliśmy w zasadzkę. Uciekłyśmy razem z Imoen, tutaj też nas zaatakowano.
Twarz druidki stężała. - To nie miejsce, żeby o tym rozmawiać. Wynajęliśmy pokój, czekając na was. Chodźmy.
Steele spodziewała się wszystkiego. Zasadzki, wynajętych morderców, pułapki. Czekał na nie pokój, zwykły pokój w gospodzie. Mniej przytulny, niż to, do czego przywykły w Candlekeep, ale bardziej niż tułaczka po gościńcu, którą przeżyły ostatnio. Jaheira przytknęła dłonie do skaleczeń i poparzeń, które Steele odniosła w walce. Druidka wygłosiła magiczną formułę, spod jej palców trysnęło błękitne światło i nagle rany zniknęły.
- Chyba powinniście to zobaczyć. - starsza córka Goriona wyciągnęła świstek pergaminu, znalazły go przy ciele Tarmesha.
Nagroda. Za głowę Steele. Marne dwieście sztuk złota. Dość, żeby połowa rzezimieszków i bandytów na Wybrzeżu Mieczy chciała wypruć jej flaki. Pod zleceniem nikt się nie podpisał.
Jaheira i Khalid wysłuchali ich historii. O nagłej decyzji Goriona o wyjeździe, o zasadzce, o podróży do gospody. Khalid milczał, to jego towarzyszka pytała. Siostry próbowały dociekać, skąd ta dwójka znała się z ojcem. Jedyną odpowiedzią było wymijające - „ze starych czasów".
- Powinnyście o czymś wiedzieć. - stwierdziła druidka po chwili zastanowienia. - Oczywiście będziemy szukać tego, kto stoi za śmiercią Goriona i próbami zabicia ciebie. Ale zgodziliśmy się przeprowadzić śledztwo w mieście Naskhel. Mają tam problemy w kopalni żelaza.
Ze strzępków rozmów zasłyszanych w gospodzie wynikało, że całe Wybrzeże Mieczy ma problem z żelazem. Rabusie napadają na karawany. Metal, który trafia na rynek jest marnej jakości. Drogi są nieprzejezdne z powodu bandytów. O takich sprawach nie mogły się dowiedzieć siedząc bezpiecznie w Candlekeep. Nazwa Naskhel obiła się Steele o uszy – mała górnicza osada, dziura, ledwie punkcik na mapie Faerunu.
- Obiecaliśmy burmistrzowi, że im pomożemy. Nie wiem, czy zgodzicie się z nami podróżować. - dodała Jaheira.
Spojrzały po sobie z Imoen. - I tak nie mamy dokąd wracać. - rudowłosa wzruszyła ramionami. - Możemy pójść z wami.
- Płacą, za załatwienie problemów w tej kopalni?- elfka wolała być praktyczna. Musiały za coś przeżyć.
- Tak, oczywiście. - w głosie druidki usłyszała irytację. - To uczciwi ludzie, kopalnia to główne źródło dochodu w mieście. - jasnowłosa wojowniczka rozejrzała się, po zebranych. Za oknem zapadła noc, do ich pokoju dobiegały urywki rozmów z głównej sali gospody. - Powinniśmy iść spać. Miałyście ciężki dzień.
Skuliły się w łóżku, razem z Imoen. Jaheira z Khalidem zajęli drugie posłanie. Szorstka, wełniana kołdra drapała, materac był niewygodny. Steele płakała, siostra też. Emocje w końcu przebiły się przez warstwę adrenaliny, opanowania, bronienia się przed dopuszczeniem do świadomości tego, co się stało. Mężczyzna w stalowej zbroi, który zabrał im wszystko, rodzinę, dom, bezpieczeństwo. Była taka bezsilna, bezbronna jak dziecko. Goriona zabito, zaszlachtowano z zimna krwią, a ona uciekła, jak tchórz. Wytarła oczy. Jaheira i Khalid nie mogą myśleć, że wzięli pod opiekę dwójkę przestraszonych dzieci. Gorion nie żyje. Nie ma powrotu to Candlekeep. Gdyby wtedy nie posłuchała ojca i nie uciekła, sama była by już martwa. Musi zaopiekować się Imoen.
Stało się tak jak chciała. Całe Wybrzeże Mieczy stało przed nimi otworem. Tylko, że nie miały nikogo poza dwójką obcych ludzi, niewiele pieniędzy, podrzędny ekwipunek. A na każdym kroku mógł się czaić byle chłystek, który spróbuje ją zadźgać za dwieście sztuk złota.
- Imoen śpij, jutro wyruszamy.
- Obiecaj, proszę obiecaj... - słyszała szept siostry przy uchu. - Obiecaj, że nie dasz się zabić. Tata... tata... Mam teraz tylko ciebie.
- Już dobrze, śpij, obiecuję.
