Ekhm, ostatnia wypowiedź Vetinariego z poprzedniego części się domagała kontynuacji. Nawet w moim odczuciu. A skoro kim-onka jakby wyraziła podobną myśl, to w ramach nieformalnego kramiku: voila.


Imperatyw II (albo od razu V. Przewidujmy prequele!)


Dziewczynka nie była tęczowowłosa. Nie miała heterochromii. Ani wielkiej urody czy wspaniałej sylwetki. Ani wdzięku. Ani nawet obfitego biustu. Nie była też czarującą brzydulą, w ogóle nie była brzydka, nie – wyglądała na przeciętną, czyli ładną, dziewczynę z Aknkh-Morpork*. No, może trochę zbyt chudą. Właściwie to przeraźliwie wychudzoną. I z potarganymi, splątanymi włosami mysiego koloru.

Dziewczynka wpadła na Vetinariego przypadkiem. Przypadek objawił się w postaci legendarnego kondora, który, lecąc, zaplątał się w linę, z której właśnie mała korzystała, na skutek czego przyszła dojrzała kobieta wpadła przez okno prosto na kolana – Patrycjusza – i przyrżnęła nosem w krzyżówkę, podczas gdy zamierzała wpaść oknem prosto za fotel i poderżnąć gardło. Patrycjuszowi.

Havelock uniósł brew.

— Rozumiem, jeśli zechcesz zamawiać dziewczynki. To normalna męska potrzeba — zwrócił się do Drumknotta. — Ale czy ta nie jest jednak trochę za młoda na panią do towarzystwa, a za stara na adopcję?

Sekretarz jął tłumaczyć, że on żadnych panienek nie zamawiał, a w ogóle ona nie wygląda na „panienkę"...

— Faktycznie. — Vetinari wyciągnął spod oszołomionej upadkiem niedoszłej zabójczyni krzyżówkę i krytycznym okiem ocenił stan jej pogniecenia**. — Nie wygląda. To jak ci na imię? — spytał gościa.

— Mary Pętelka — odpowiedziała odruchowo dziewczyna.

— Świetnie. Nie można przecież skazywać, choćby na grzywnę za wybicie okna, kogoś bez imienia, jakby to wyglądało, skazuję cię, Iksie, nie, nie, to narażałoby powagę urzędu... — zauważył mimochodem Patrycjusz. — Wał wąski, zwykle kręty, zbudowany z piasków i żwirów osadzonych przez wody płynące w tunelach lodowych w różnych częściach lodowca. Dwie litery — jak zawsze zatrzymał się na chwilę przed udzieleniem odpowiedzi, dając szansę Rufusowi, który jak zawsze milczał.

Tym razem jednak milczenie zostało zmącone. W chwili, gdy Havelock już spokojnie otwierał usta, by łaskawie podzielić się rozwiązaniem, Mary, zirytowana faktem, że miała dostać tylko grzywnę – w końcu prawie zabiła Vetinariego, tak czy nie? – wtrąciła:

— Oz. Każde dziecko to wie. Każde, które gra w scrabble.

Patrycjusz zamknął usta. Wpisał odpowiedź. Całkowicie obojętnie. Panna Pętelka zaczynała tupać nogą. Wewnętrznie. Zewnętrznie to nadal leżała w mało godnej pozycji na kolanach Vetinariego.

— W porządku. Oz. A co ty tutaj robisz, Mary? To znaczy, próbujesz mnie nieudolnie zamordować, tyle dedukuję z twojej miny i sztyletu, który ci wystaje spod przykrótkiej – będę musiał porozmawiać z władzami Gildii o tych ich nowych mundurkach, to powoli podpada pod obrazę moralności – spódniczki.

— Nie jestem z Gildii! — wrzasnęła panna*** Pętelka.

— O. To dobrze. Bo drugie, o czym zamierzałem z nimi pomówić, to niezwykły spadek poziomu nauczania.

Dziewczynka zeszła mu wreszcie z kolan, stanęła obok, otrzepała spódniczkę – tak okrutnie spostponowaną! a przecie to najnowsza moda na dzielnicy była! – i oznajmiła:

— Jestem owocem twoich lędźwi i przybyłam tu, by cię zabić za krzywdy matce mej wyrządzone! — swoim najlepszym ponurym i złowróżebnym tonem.

Wyszło średnio, bo jej głos miał jeszcze dziecinną barwę. Drumknottowi wszakże i tak opadła szczęka. Za to Vetinari obrzucił małą sceptycznym spojrzeniem.

— Nie masz kolorowych włosów ani heterochromii — stwierdził z czymś na kształt zdumienia czy rozczarowania. — Ale w sumie widziałem wielu gorszych zabójców**** i umiesz rozwiązywać krzyżówki — dodał z zamyśleniem. — Darowanym koniom nie zagląda się w zęby. Musimy poinformować magów, że poczyniliśmy ważne odkrycia w sprawie struktury i efektów działania Imperatywu Fabularnego — zwrócił się do sekretarza. — Mogą z nich skorzystać, o ile wniosą opłatę licencyjną, bo rzecz jest już opatentowana.

— Oczywiście. A patent jako co – to znaczy, na co... W jakim dziale...

— Jako metoda leczenia bezpłodności. — Patrycjusz się zadumał. — Ciekawe, który z dostojników Klatchu się moim krewnym teraz okaże... Gdyby to emir byłby, o, to wyszłoby niezłe, otworzyłoby tyle możliwości*****...

'

'

* Jak wiemy, przeciętność jest znacznie gorsza od zła czy brzydoty.

** 47,843(9)%..

*** W tajemnice alkowy lepiej nie wnikajmy i zostawmy sprawę konwencji.

**** Rzeczywiście, znał. Miał z nimi, rzec można, bliskie kontakty. I jako że był człowiekiem gołębiego serca, gwarantował tym ofermom wikt tudzież opierunek w swoich apartamentach dla specjalnych gości. Takich nielubiących słońca, przestrzeni i (...).

***** Konkretniej: 1275, nie licząc wariantów.