Bellan jedzie do Szkarłatnej Fortecy aby odnaleźć Koltirę Deathweavera, który został złapany przez Szkarłatną krucjatę.
Dużo walki, ran, pogardy, ale także życzliwości i ... jak to mówią śmiertelnicy? Emocji? Sentymentów?
To był pierwszy raz od śmierci, gdy miała prawo wyjść z Hebanowej Ostoi. Gdy galopowała czuła przyjemny, zimny wiatr na twarzy. Przejechała przez miasteczko, ludzie pochowali się ze strachu na widok jeźdźca. Nie zwrόciła na nich uwagi, lecz pędziła wypełnić zadanie. Dostała do wypełnienia zadania nową zbroję, o czarnym i atramentowym połysku. Rękawice były wyłożone ciepłym niedźwiedwim futrem, a hełm nie spadał jej już z głowy jak wcześniej. Cała zbroja była otoczona błękitną smugą, tak charakterystyczną dla rycerzy śmierci.
Bellan zsiadła z konia i wygnała go, postanowiła dalej pόjść pieszo. Po prawej stronie miała kryptę pamięci otoczoną cmentarzem. Podbiegła do niestrzezonych murόw. Powoli zaczęło padać. Deszcz gwarantował jej dyskrecję i kamuflarz. Pierwsze zabudowania jakie zobaczyła były zwłymi domami. Wytężyła słuch. Sto metrόw na zachόd od niej był kowal. Po drugiej stronie rozmawiały dwie kobiety. Na środku stała fontanna otoczona łukami. Zbaczyła ruch. Mężczyzna w szacie maga, a za nim dwaj strażnicy. Szła przy murze, musiała znaleźć fortecę. Przybliżyła się do domu i zaglądnęła przez okno. Przy stole siedział mężczyzna z kuflem w ręce, piwo lało mu się po brodzie. Szła dalej. Obeszła drugi dom i ujrzała swόj cel.
Biała forteca, strzeżona przez sześciu rycerzy, czterech przed zwodzonym mostem, dwóch za. Przyglądała im się przez chwilę obliczając swoje szanse. Nie miała żadnch szans. Jedyna nadzieja na weście była w poczekaniu na zmianę warty. Bogowie usłyszeli ją. Rycerze po chwli podnieśli halabardy i weszli do wartowni. Bellan podbiegła do zwodzonego mostu i schowała się za kamienną wazą. Kroki ucichły. Zamknęła przyłbicę, wyciągnęła dagę i ruszyła w kierunku strażnikόw. Zwaliła kopniakiem jednego na ziemię, drugiemu rozcięła kolczugę przy pasie zanim dobrał miecz i wbiła broń po rękojeść, wyciągnęła i rozcięła szyję. Wyciągnęła miecz i wyparowała atak pierwszego strażnika, który wstał. Był większy i silniejszy od drugiego, i dodatkowo elfka nie miała już elementu zaskoczenia. Jej miecz podjechał do gόry, a ludzki miecz uderzył w jej plastron, zgniatając go, użyła wysokiej pozycji aby wbić mu klingę w bark.
Pozniosła dagę leżącą na ziemi i weszła do warowni. Ujrzała kamienne ściany, lecz nie jak w Hebanowej Ostoi, ciemne, zimne, mokre. Skręciła w lewo i nactychmiatowo rzucił się na nią strażnik, odbiła naparcie łokciem, drugą ręką wbiła nόż w oko i przecięła gardło. Ludzie nie nosili hełmόw, dzięki ktόrym wielu uszło by z życiem. Nie mogła sobie pozwolić na następną walkę w prost z rycerzem, a co dopiero z dwoma, musiała być bardziej ostrożna. Szła wolno, skradała się. Aż do schodόw nie spotkała nikogo lecz tam stało dwόch strażnikόw i jeden mag, odziany w czerwoną szatę. Musiała zmienić strategię.
Pierwszą rzeczą było odsunięcie i unicestwienie maga, ktόry mόgłby uleczyć walczących strażnikόw, lecz to by oznaczało następną walkę z dwoma napastnikami. Nie posiadała rzadnej broni daleko miotającej... Nagle ukazał się jej oczom łuk, ktόry niόsł jeden ze strażnikόw na plecach. Poczekała aż strażnik będzie wystarczająco blisko, wyciągnęła miecz i przebła go na wylot. Miała kilka sekund. Skoczyła i prześlizgnęła się pomiędzy rozstawionymi nogami mężczyzny przecinając go wzdłόż. Zerwała mu z plecόw łuk, kula ognia poleciała w jej kierunku uderzając ją w dłoń i paląc rękawicę. Nałożyła strzałę, wycelowała i strzeliła go między oczy, zanim zdąrzył wyszeptać zaklęcie tarczy.
Zerwała płonącą rękawicę i zaklnęła. Jej skóra była kompletnie spalona. Zaklęła, ale nie miała czasu myśleć nad raną. Forteca była duża, wpełniona szkarłatnymi rycerzami. Niedługo jeden z nich zejdzie na dół i odkryje ciała.
Spojrzała po schodach i skierowała się najpierw do piwnic. Szła cicho, choć stare drewniane schody trzeszczały lekko. Jednak zdawala sobie sprawe, że, gdyby ktoś tam był, dawno wszedłby na gόrę, słysząc odgłosy walki. Wzięła do ręki pochodnię i spojrzała po pomieszczeniu, w głębi ujrzała słaby blask błękitnych znakόw. Przeszła kilka krokόw i zaczęła biec. Do ściany był przykuty Koltira Deathweaver, rycerz śmierci. Błękitne znaki były tatuażami widniącymi na jego piersi. Wrόg najwidoczniej nie chciał aby zginął, jego rany były opatrzone, lecz bandaż był od dawna przemoknięty od krwi i groziło infekcją. Podniόsł głowę i spojrzał na nią wycieńczonym spojrzeniem, jego twarz, smukła, o szlachetnych rysach była pokryta sinakami, przecięciami i ranami. Był długo torturowany.
-Wreszcie po mnie kogoś wysłali... choć mogli wysłać kogoś większego. –uśmiechając się złośliwie jak zwykle. Bellan zciągnęła hełm, miedziane loki opadły na ramiona i uśmiech mu spadł z ust, ukazując pogardę zmieszaną z rozczarowaniem. –To ty...?
-Mogę sobie pόjść i powiedzieć, że znalazłam jedynie twoje marte ciało, panie. –rzuciła.
Wywrόcił oczami i nie odpowiedział. Nożem otworzyła kajdany i uwolniła go. Elf upadł na wznak. Obrόciła go i wzięła jego twarz w ręce. Nie mogła go ponieść do wyjścia.
-Panie, obudź się, musimy stąd iść jak najszybciej, zanim dotrą tu inni Szkarłatni rycerze.
Krόtką chwilę zastanawiała się co zrobić, ale przypomniała sobie o miksturze, ktόrą dał jej Thassarian. Powoli wlewała mu czerwoną ciecz do ust i wreszcie otworzył lekko oczy. Wziął jej dłoń w swoją i spojrzał na oparzenie. Skόra, miejscami była zamieniona na kawałki materiału, lub poprostu brakująca, odsłaniając mięśnie młodej elfki.
-Pomόż mi wstać, proszę i podaj mi mόj plastron i mόj miecz. –powiedział cicho.
Wyciągnęła z kufra element zbroi i ubrała go. Następnie wyciągnęła miecz, lecz ugięły się jej kolana pod jego wagą. Odebrał go i nagle zabrzmiały dzwony.
-Wielki Inkwizytor i jego poplecznicy będą tu wkrótce. –powiedział Koltira –Jestem zbyt ranny, aby do czegoś się przydać, ale zrobię co w mojej mocy, aby ci pomóc. Zabij Wielkiego Inkwizytora i resztę.
Wbiegł Szkarłatny rycerz, a za nim mag. Koltira przesunął Bellan do tyłu by ją osłonić, rycerz rzucił się na nich, lecz osłonna tarcza energii przepołowiła go.
-Nie wiele wytrzymam –szepął Koltira, gdy mag rzucał ognistymi kulami o tarczę. -przygotuj się, gdy tarcza opadnie będziesz mieć przewagę. Liczę na ciebie. Teraz.
Tarcza opadła. Bellan unikneła uderzenia ognistą kulą i rozcięła rękę maga w piruecie. Ten jednak zdąrzył drugą wyciągnąć kirpan przyczepiony do pasa i przebił, już mocno nadwyrężony napierśnik, wbijając sztylet mocno pomiędzy żebra. Upuściła miecz, lecz z ostatnim tchem przekręciła mu kark. Koltira podszedł do niej chwiejnym krokiem i prόbując nie krzywić się z bόlu podniόsł ją na nogi.
-Miałaś przewagę. –syknął chwytając ją za rękę i trzymając w pasie. –Przestań oddychać, wiesz, że tego nie potrzebujemy. To zwolni upływ krwi. Ten zwyczaj może cię zabić.
Oboje modlili się aby nie spotkać żadnego strażnika po drodze. Doszli jednak do wyjścia bez problemu. Koltira polorzył ją i zaczął wzywać swojego wierzchowca.
-Zostaw mnie tu, panie. Wypełniłam zadanie. –powiedziała, gdy koń stanął przed nimi. –Będziesz miał więcej szans sam.
-Nie pleć głupot. Nie zostawie cię, słyszysz? –wziął ją na ramię, polożył na koniu i usiadł za nią. –Nie oddychaj. –szepnąl, prawie kładąc swoje usta na jej uchu.
Wierzchowiec przegalopował przez plac, instynktownie unikając strzał. Magowie rzucali zaklęcia aby ich zatrzymać, lecz na darmo. Szkarłatni rycerze dosiedli koni, lecz dwaj rycerze śmierci byli już za daleko. Koń jednak nie zwolnił, cwałował przez dolinę, wydawało się że nie dotykał ziemi.
Zabrzmiał rόg. Byli już na terytorium Hebanowej ostoi. Udało im się. Koń zatrzymał się tuż przed namiotem aptekarza. Rycerze podbiegli aby pomόc przybyłym.
-To Kolira Deathweaver ! Wrόcił Koltira Deathweaver ! -krzyknął aptekarz. Darion Mograine i Thassarian zeszli z gryfonόw i podbiegli do nich.
-Zabierzcie ją, jest bardzo ranna. –powiedział Koltira podając elfkę dowόdcy, ktόrą odebrała Vakyria i teleportowała to fortecy. Thassarian pomόgł Koltirze zejść z konia.
-Bracie ! –powitał o Thassarian, pomagając mu zejść z konia- Myśleliśmy, że nie żyjesz !
-Dlatego wysłaliście nowego rycerza na śmierć? –Koltira odepchnął apotekarza, próbującego sprawdzic stan ran elfa. -Bez posiłkόw? To niemożliwe! Widizałeś ją? Ona jest miniaturowa!
-No nie przesadzaj, może dlatego, ale jest dużo wyższa niż reszta elfów...
-Ale mnie nie obchodzi reszta ! –Koltira ugryzł się w język.
Thassarian westchnął.
-On nie chciał abyśmy tam poszli, tylko żebyśmy wysłali grupę ochotników. Ona była jedynym ochotnikiem, Koltira...
Elf przyglądał się chwilę swojemu bratu, zdenerwowany, później spojrzał w kierunku Acherusa, myśląc o małym głosiku Rycerza śmierci, mówiącym aby zostawił ją tam, aby umarła, aby go uratować. Zamiast zdenerwowania poczuł niepewność, i poraz pierwszy, niepokój.
-A wiec, niech się nie martwi. –powiedział zimno.- Wykonała zadanie, Wielki Inkwizytor jest martwy.
