Naofumi leżał na podłodze z wyrazem dezorientacji sytuacją, która się właśnie wydarzyła. Co chwilę to spoglądał na ciężko oddychającą Raphtalię następnie na wściekłego kowala, który stał przy dziewczynie z zaciśniętymi pięściami i swoje własne dłonie."Ja.. ona.. przecież oni.."- Naofumi starał się skonstruować jakąkolwiek wypowiedź, ale nagłe przebudzenie i otumanienie mu w tym nie pomagało.
Naofumi wstał i przetarł odruchowo ręką po uderzeniu. Nie czuł żadnego bólu, ale psychicznie odczuł, że nie dostał za nic. "Co… Co się właśnie stało."-Zapytał nieśmiało. Miał świadomość, że coś zrobił, ale nie mógł przypomnieć sobie tego. Próbował ułożyć w myślach przebieg wydarzeń sprzed zaledwie minuty, wszystko jednak mieszało się ze snem i rzeczywistością, przez co nie wiedział, co wydarzyło się naprawdę.
Kowal szybko pokonał odległość między nimi i złapał go za kołnierz, a następnie przeciągnął i podstawił pod ścianą pokoju. Erhardowi udało się nawet lekko go podnieść, mimo tego, że miał na sobie zbroje. Kowal musiał być naprawdę silny.
"To ty pytasz się co się stało?! Prawie ją udusiłeś i jeszcze śmiałeś się przy tym, a teraz masz czelność udawać, że nic się nie stało?!" Naofumi pierwszy raz widział go tak zdenerwowanego, nie był nawet tak wściekły, gdy chciał go pobić za rzekomy gwałt na księżniczce."Chcesz wiedzieć co się stało? W takim razie zaraz ci przypomnę."
Erhard uniósł ramię z zamiarem uderzenia go, ale został powstrzymany przez Raphtalię. Kowal spojrzał za siebie i ujrzał jak dziewczyna, trzyma go jedną ręką za ramię, a drugą kurczliwie trzymała przy piersi kołdrę i zakrywała nią swoje piersi oraz brzuch.
"Panie Erhardzie.. Proszę, proszę puścić Pana Naofumiego"- głos Raphtali był cichy i ochrypły. Na szyji nadal miała czerwone ślady po duszeniu oraz ślady po zaschniętych łzach na twarzy. Erhard pewnie by tego nie zrobił, gdyby nie jej wzrok. Wzrok, który był wypełniony smutkiem, ale także błaganiem i pewnością siebie. "Proszę…" Erhard wpatrywał się jeszcze przez chwilę w nią i ostatecznie puścił kołnierz chłopaka. Naofumi bezwładnie zsunął się po ścianie i teraz siedział znowu na podłodze. Erhard Spojrzał się na Naofumiego. Miał spuszczoną twarz i nie miał odwagi, by spojrzeć mu w oczy. Jemu ani jej.
"Czy może pan nas na chwilę zostawić?"-Zapytała.
"Jesteś tego pewna? Nie wiem, w co w niego wstąpiło, ale może być niebezpieczny"
"Pan Naofumi nigdy by mnie nie skrzywdził, musiał to robić przez sen. Mnie też się to zdarzało, ale Pan Naofumi był zawsze ze mną i mnie uspokajał, przez co przestawałam krzyczeć i znowu zasypiałam.
"Nie wiem, co musiało mu się śnić, że chciał cię zabić.
"..."
"Ufasz mu"-Spytał nagle Erhard?
"Tak"-Dziewczyna nie potrzebowała nawet chwili na zastanowienie się nad odpowiedzią, i to mu wystarczyło.
Odsunął się od dwójki i skierował do drzwi." Wychodzę, ale tylko pod warunkiem, że potem wytłumaczycie mi dokładnie, co zaszło, wcześniej i teraz. Jasne?"
Raphtalia przytaknęła, a Naofumi jak wcześniej, tak nadal nie zrobił żadnego ruchu, po prostu wpatrywał się w podłogę.
"Ehhh… trudna z was para, ale nie powinien narzekać. W końcu u mnie nie było lepiej.
"Hę?"
"Nie ważne, po prostu starcze gadanie"- Po tych słowach Erhard opuścił pokój. Można było przysiąść, że na jego twarzy pojawił się wtedy niewielki uśmiech.
-
Raphtalia nie wiedziała, jak się tu znalazła. Pamiętała, że udało jej się uciec i wylądowała na Tarczy Pana Naofumiego, ale coś poszło nie tak i uderzyła się w głowę. A następne co to jego twarz, gdy ją dusił. Wciąż miała ten obraz przed oczami. Wzdrygnęła się ze strachu na samą myśl o tym. Nie bała się jednak teraz, bo była pewna jednego. To nie był on. Wyglądał jak on, ale nim nie był. Spędziła z Naofumim tylko 3 tygodnie, ale wiedziała, że nigdy by jej nie skrzywdził, a bardziej nie tyle, co wiedziała, co czuła. Było to jedno z wielu uczuć, których nie rozumiała. Raphtalia zarzuciła na siebie kołdrę tak, że teraz była ona cała ją okryta i kucnęła przy nim. "Panie Naofumi, czy słyszy mnie pan?"-Zapytała opiekuńczym i spokojnym tonem.
Wyciągnęła ku niemu dłoń, robiła to spokojnie i powoli. Trochę jakby chciała dotknąć dzikiego zwierzęcia i bała się, że zaraz ucieknie. Zbliżała się ,chciała położyć dłoń na jego ramieniu, ale gdy była już blisko, nagle została odtrącona przez rękę Naofumiego. "NIE ZBLIŻAJ SIĘ DO MNIE!"- Raphtalia była zaskoczona jego zachowaniem, a także poczuła niewielkie ukłucie w środku. Nigdy nie lubił kontaktu fizycznego, ale nigdy jeszcze jej nie odtrącił, gdy chciała go dotknąć. Mimo to zebrała się w sobie i znowu spróbowała.
"POWIEDZIAŁEM ŻEBYŚ MNIE ZOSTAWIŁA"-Naofumi tym razem wyskoczył z miejsca i odepchnął ją, siła wyskoku była na tyle duża, że poleciał za nią i teraz znajdowała się pod nim z jego dłońmi na swoich ramionach i odkrytą klatką piersiową ( przypominam, że nadal ma bieliznę).Raphtalia poczuła w tym momencie dziwne ciepło, które rozlało się przez jej ciało. Spojrzała mu w oczy. Widniała w ich rozpacz i złość. Naofumi ścisnął mocno jej ramiona, co wywołało na jej twarzy grymas bólu. Panie Naofumi.. Proszę przestać. Miała wrażenie jakby, jej ramiona płonęły. Uniosła głowę i spojrzała na jego ręce. Jego dłonie były otoczone przez małe płomienie, a tarcza przybrała postać, której jeszcze nigdy nie widziała. "No dalej!, Idź! Powiedz wszystkim, jak cię dopadłem, a potem zgwałciłem! Możesz nawet dodać do tego próbę Morderstwa. Przecież to wasza ulubiona broń. Nigdy nie powinienem wybierać Kobiety. Zawsze znajdzie się dureń, którego zdołacie oszukać i jeszcze większy dureń, który wam uwierzy! Raphtalia spojrzała mu w oczy. Były puste, prawdopodobnie znowu nie panował nad sobą, i przelewał swoją nienawiść na nią. Sprawiając, że płomienie na jego dłoniach stawały się coraz większe i bardziej bolesne. "YYYHHH" Raphtalia wydała z siebie przez zaciśnięte zęby wyraz bólu. W tym momencie skuliła nogi, podniosła je i z całą siłą kopnęła go w klatkę piersiową. Naofumi poleciał z powrotem na ścianę. Czarna tarcza zniknęła, a małe światło powróciło do jego źrenic, co znaczyło, że odzyskał przytomność. Raphtalia natomiast trzymała się za ramiona. Nadal czuła ból, a zamiast zwyczajnych poparzeń miała na skórze czarne plamy.
Naofumi patrzył na nią z przerażeniem. Wyglądał podobnie jak wtedy gdy przewrócił go Erhard." Tarcza.."-Cicho wydukał. "Gdyby nie ona.." "Gdyby nie to przekleństwo.." Naofumi gwałtownie wstał i podszedł do okna. Zdjął z ramienia tarczę i mocną ją cisnął w dal. Tarcza oczywiście zawsze wracała, ale nadal nią rzucał, a z każdym rzutem do jego oczu napływały łzy.
"DLACZEGO!"*rzut*."DLACZEGO MUSZĘ PRZEZ TO PRZECHODZIĆ! *rzut* BYŁEM DOBRYM CZŁOWIEKIEM *rzut* NIGDY NIE ZROBIŁEM NICZEGO ZŁEGO *rzut*WIĘC CZEMU TRAFIŁEM DO TEGO PIEKŁA!"- Naofumi padł na kolana, był zmęczony i załamany. Sam nie wiedział już, co ma zrobić. Znowu był pogrążony w ciemności, ale tym razem nie była ona przesiąknięta czerwienią a duszącą czernią. Miał wrażenie, że umierał. Nie Wyobrażał sobie nawet, że można umrzeć z rozpaczy, ale najwyraźniej było to możliwe. Został pokonany, nie miał więcej sił walczyć ze swoim fatum. Po prostu pragnął końca, nie ważne, jaki by on był. Wtedy jednak coś poczuł. Poczuł ,jak coś okrywa jego plecy i obejmuje w talii. Otworzył oczy i zobaczył małe dłonie, kobiece dłonie.
"Puszczaj mnie."-Powiedział zmęczonym głosem.
"Nie zrobię tego!"-Odpowiedziała z determinacją.
"Powiedziałem ,żebyś mnie puściła! To rozkaz"-Krzyknął.
"Nie jestem już Pana niewolnicą. A nawet jeśli to nie puściłabym!
Naofumi Chwycił ją za dłonie, które mocno trzymały się jego talii i starał się je odczepić, Uścisk Raphtali był jednak silniejszy.
"Puść mnie do cholery!"
"Nigdy, dopóki nie będę miała pewności, że zostanie pan ze mną!
"Myślisz, że twój uścisk cokolwiek załatwi? Chcesz, żebym znowu cię skrzywdził przez to cholerstwo na moim ramieniu?"
"Proszę tak nie mówić o swojej Tarczy!
"Więc puść mnie i daj zniknąć z tego przeklętego świata. Sama się przekonałaś jak okropne, jest to miejsce!
Naofumi miał rację. Raphtalia wycierpiała równo tyle, co on sam, jeśli nie więcej, ale przetrwała. Kiedy myślała, że jej życie skończy się w klatce pośród ciemności i śmierci, to wtedy zjawił się on. Nie był to rycerz na białym koniu, a ona nie była księżniczką. Nie obudził jej także pocałunkiem ze stuletniego snu. Za to uratował ją, nakarmił, ubrał, zaopiekował się i najważniejsze. Dał jej z powrotem powód do życia i nadzieje. Dlatego też ze wszystkich sił chciała zrobić dla niego to samo.
"Wiem. Wiem Panie Naofumi
"W takim razie-"
"Tym bardziej Pana nie puszczę. Może nie trwało to długo, ale poznałam pana na tyle, by wiedzieć, że jest Pan dobrą osobą. Nie ważne jak beznadziejna byłaby sytuacja, wiem, że nigdy nie pozwoli Pan by stała mi się krzywda. Dlatego teraz jest moja kolej, by Pana uratować. Słyszałam, jak nazywali Pana potworem. I nienawidzę ich za to. Nienawidzę za to, że tak łatwo pana ocenili. Nienawidzę ich ignorancji i sposobu, w jaki się do Pana odnoszą.
Gdybym była na tyle silna, by zamknąć im wszystkim usta, to zrobiłabym to bez wahania, przysięgam.
Podobnie jak przez Naofumiego. Teraz i przez nią uciekały emocje. Wstydziła się tego, jaką była osobą. Rodzice chcieli, by była dobra, dla każdego, kogo napotka i nie chowała urazy. Lecz nie potrafiła. Z głębi serca pragnęła okrutnej kary dla tych, którzy wyrządzili jej krzywdę i jeszcze bardziej pragnęła jej dla tych, którzy zrobili krzywdę jej wybawicielowi.
"Jest Pan moim bohaterem, rozumie Pan? Nie ważne co inni o panu powiedzą, mam gdzieś ich zdanie." Ja znam prawdę. Wiem, że nigdy by pan nikogo nie zgwałcił i nie tylko ja tak uważam. Pan Erhard, mieszkańcy wioski, których pan uratował. Nawet ten staruszek, u którego sprzedaje pan leki. Jeśli uważa Pan, że nie ma dla niego miejsca w tym świecie. Że nie ma Pan celu, dla którego mógłby walczyć. To błagam pana bym ja, stała się tym celem!
Raphtali ciężko było wypowiedzieć te słowa. Czuła jakby naruszyła granice pomiędzy ich relacjami, przez co na jej policzkach pojawiły się rumieńce.
"Czemu słyszę to akurat od ciebie... Byłaś moim niewolnikiem. Przedmiotem, który pozwolił mi przetrwać. Zmusiłem cię do walki i zabijania. Dlaczego w takim razem mówisz to z taką pewnością? Skąd masz pewność, że to nie wszystko mistyfikacja i spisek byś mi wiernie służyła. Skąd wiesz, że pewnego dnia po prostu bym cię nie sprzedał i kupił lepszego niewolnika. Jakim sposobem możesz mieć aż tyle zaufania do osoby, którą poznałaś zaledwie 3 tygodnie temu?" Jego głos nie był już pełny emocji jak wcześniej. Zamiast ich był pełen obojętności i zmęczenia. Z pewnością miał dość już tej sytuacji. Zresztą ona też była wyczerpana. Prawdopodobnie tylko stres i silna wola trzymały ją przytomną.
"Ponieważ.."
Raphtalia zaczerwieniła się na samą, myśl o tym, co zaraz zamierza powiedzieć. Nie było innego wyjścia. Gdyby się teraz wycofała, jej postęp mógłby pójść na marne. Nie Znaczy to, że kłamie, po prostu chciała mu to powiedzieć w innej sytuacji i znacznie, znacznie później.
"Ponieważ koch-"
W tym momencie usłyszała trzask otwieranych drzwi. Odruchowo obejrzała się i ujrzała w drzwiach kowala, który spoglądał na nich wzrokiem sygnalizującym, że coś się stało.
"Musicie stąd uciekać. Szybko!"
"Co się stało?"
"Żołnierze dobijają się do moich drzwi. Powiedziałem im że szukam kluczy, ale nie mamy za dużo czasu"
Raphtalia nie wiedziała, czemu są poszukiwani, ale z doświadczenia wiedziała, że lepiej było posłuchać się rady kowala niż próbować dowiedzieć się więcej. Szczególnie że nie było na to czasu.
"Panie Naofumi". Raphtalia wstała, próbując pociągnąć go ze sobą do góry. Jego ciężar był jednak zbyt duży dla dziewczyny." Panie Naofumi, musimy uciekać" Pociągnęła go jeszcze raz. Znowu bezskutecznie, ale po chwili Naofumi sam wstał. Nie obrócił się jednak w jej kierunku, a cały czas był skierowany w okno ze spuszczoną głową.
"Niech tu przyjdą"
Raphtalia patrzyła się na niego ze zdumieniem.
"Wpuść ich"
Jesteś tego pewien dzieciaku?
Naofumi odpowiedział milczeniem. Kowalowi nie podobała się jego decyzja, ale nie miał innego wyjścia, jak zrobić to o co prosił. I tak nie miał dużego wyboru, ponieważ zbyt długo "szukał kluczy".
"Panie Naofumi co pan wyprawia?"
"Raphtalia"-Jego głos znowu był ciepły. Trochę jak podczas pierwszych dni ich współpracy.
"Tak..?"
Naofumi obrócił się do niej i spojrzał jej w oczy. Były zaczerwienione i spuchnięte, ale zauważyła w nich także determinację. Poczuła, że coś włożył jej do ręki, ale nie śmiała oderwać wzroku od jego twarzy.
"Do dzisiejszego dnia wiernie mi służył. Mimo tego, że nie miałaś wyboru, to wspaniale spełniałaś moje rozkazy. Teraz jesteś wolna i nie musisz się mnie dłużej słuchać. Pozwól jednak, bym wydał ci ten jeden raz, ostatni rozkaz."
Raphtalia uważnie słuchała jego każdego słowa. Miała nadzieje na to, że poprosi ją, by nadal mu towarzyszyła. Na jej twarzy pojawiły się jeszcze większe rumieńce, a różowe oczy migotały wypełnione oczekiwaniem.
"Żyj, Wyjedź z tego kraju i Żyj"
"Proszę..? Jej twarz straciła kolor, a jasny blask w oczach, zmienił się w ciemność rozczarowania"
Naofumi po tych słowach odwrócił się od niej i ruszył w kierunku drzwi.
Raphtalia chciała go zatrzymać, ale kompletnie opadła z sił. Nie mogła nawet nic z siebie wydusić. Po prostu padła na kolana i wpatrywała się w jego plecy.
"Żegnaj"
-
Erhard otworzył żołdakom drzwi. Którzy z pełną brawurą wparowali do sklepu.
"Chwila, chyba mam prawo wiedzieć co się dzieje. Nie możecie ot, tak wparować do mojego sklepu. Chcę zobaczyć jakiś-"
"Dostaliśmy komunikat o tym, że ktoś z tego budynku rzucał metalową tarczą przez okno. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że tarcza po chwili znikała."-Przed Erhardem stanął starszy i lepiej uzbrojony od reszty rycerz. Prawdopodobnie to on dowodził ich drużyną.
"i co z tego? Nie słyszałem jeszcze, by ktoś był z tego powodu zamknięty."
"Pewnie pan tego nie wie, ale poszukujemy bohatera tarczy. Jeżeli połączy pan te 2 fakty, to zrozumie naszą obecność tutaj."
"Kapitanie jest tutaj!"
Rycerz przecisnął się przez Erharda stojącego przy wejściu i wszedł do pokoju ze schodami, na których ujrzał Naofumiego. Pozostali rycerze stali z wyciągniętymi mieczami skierowanymi w stronę bohatera.
"Spokojnie. Nie będę stawiać oporu."-Naofumi powiedział to ze stoickim spokojem i zszedł ze schodów prosto pod miecze żołnierzy.
"Kapitan obserwował go przez chwilę, po czym skinął swoim podkomendnym, by schowali broń.
W tym momencie przyszedł także kowal, który próbował dostać się do pomieszczenia, ale był blokowany przez dwójkę żołnierzy, przez co całe wydarzenie musiał oglądać zza ich pleców.
"Panie Naofumi Iwatami. Znany także jako Bohater Tarczy. Jest Pan aresztowany pod zarzutem obrazy jego królewskiej mości oraz porwania i morderstwa Pana byłej niewolnicy."
Naofumi wydał z siebie cichy ironiczny śmiech. Natomiast Kowal stał osłupiały.
"Czekajcie jakie morderstwo? Przecież ona żyje, jest nawet-"- Erhard przerwał, gdy zobaczył, jak Naofumi posłał mu spojrzenie sygnalizujące, by nic więcej nie mówił."
"Ja tylko wypełniam rozkazy. Nie kwestionuje ich. Jeżeli sądzi Pan, że było inaczej to proszę przyjść na proces"
"Proces? Jaki proces?"
"Odnośnie do tego, co zrobić w jego sprawie. Słyszałem, że gwałt uszedł mu bez większych konsekwencji, ale morderstwo to o wiele większy kaliber. Na pewno będzie to ciekawe wydarzenie. W końcu nigdy wcześniej nie skazywali bohatera.
Kapitan skinął na jednego żołnierzy, by założył Naofumiemu kajdany na ręce. Nie, żeby miały cokolwiek zmienić, ale musieli zachować standardy. Żołnierze zaczęli wychodzić z pomieszczenia, ponownie przeciskając się przez biednego kowala, nie dając mu nawet czasu, by się odsunął. W tym ścisku podszedł do niego Naofumi i powiedział mu jedno, ale bardzo ważne zdanie. Był to też moment, gdy spojrzał mu w oczy." Dbaj o nią"
Niedługo po tym żołnierze wyszli ze sklepu i został w nim sam Erhard. Skierował Oczy w kierunku schodów i gdy był pewien, że żołnierze nie wrócą, pobiegł na piętro, by sprawdzić co z Raphtalią. Erhard nienawidził momentów, gdy nie miał pojęcia co się dzieje wokół niego. Dbaj o nią? Erhard wszedł po schodach a jego uwagę, przykuł skórzany mieszek.
W środku znajdowały się 3 złote monety pod drzwiami. Nie było Szansy by komuś takiemu jak on zwyczajnie wypadła. Otworzył zdecydowanie zamknięte drzwi i ujrzał klęczącą pod oknem Raphtalię. Wpatrywała się pustym wzrokiem na ścianę naprzeciwko, a w jej dłoniach znajdował się skórzany mieszek z wystającymi srebrnymi monetami. Nie był specjalnie duży.
Na oko zmieściłoby się tam 30 srebrników.
3 rozdział i mam nadzieje że nadal wam się nie znudziło. Przepraszam że tak rzadko piszę rozdziały, ale matury nareszcie prawie za mną. Kiedy to piszę to pozostała mi jedynie ustna z polskiego i z angielskiego. Mam nadzieję także że nie pogubiliście się w zmianie perspektyw oraz zaciekawiłem was akcją jakiej się podjął nasz bohater. Do następnego razu, i myślę że nastąpi on znacznie szybciej niż ostatnio szczególnie że mam teraz czas i wenę :)
