Chapter 03 - Ivan's POV
Songs:
Mój Bóg by Ira (scena 1)
Sweet Sacrifice by Evanescence (scena 2)
'Myślałem, że jedynie ludzie są słabi, głupi i naiwni. Cóż… myliłem się!'
Była piękna, młoda i w hipnotyzujący wprost sposób demoniczna. Kochałem ją, ale słowami nie oddam treści tego uczucia. Śmiertelnicy nie są w stanie ogarnąć żadnym ze zmysłów, swoimi mądrościami czy doświadczeniami ni krzty naszych potępionych doznań. Wiem to. Niegdyś byłem taki jak wy. Byłem również Jego żołnierzem, ale upadłem i odrodziłem się. Jestem wolny!
Jednakże ona odeszła, zdradziła mnie i w ostateczności zabiła ostatnią iskrę zrozumienia. Jestem przepełniony gniewem, żalem i chęcią zemsty. Pragnę byście wszyscy zaznali ciemności, która mnie wypełnia, byście byli tak nieszczęśliwi jak ja.
Eveline – mógłbym umierać dla niej w nieskończoność własnego potępienia. Byłem już tak bliski własnego celu, ciemność unosiła się w geście triumfu... Stało się jednak to, co nieuniknione. Kolejny raz zesłali swoich kosiarzy, by przeszkodzili w moim planie.
Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę, że miłujecie kogoś obdarzonego makabrycznym poczuciem humoru. On, wasz Bóg, posłał naprzeciw mnie Anioła Śmierci. Doskonale sobie wszystko obmyślił, upiekł dwie pieczenie na jednym rożnie. Modlicie się, miłujecie i całe swoje marne życie pokutujecie! Pytam się, w imię czego? Gdzie jest wasz Bóg, gdy giną wasi bliscy? Gdzie on jest, gdy mordują wasze dzieci? Spójrzcie na siebie! Jaki musi być wasz Pan, jeżeli stworzył was na swoje podobieństwo? Kim jest! Mordercą, gwałcicielem, kłamcą i złodziejem? Obłudni! Naiwni! Wasze dusze są puste i zepsute. Dajecie mi siłę własną próżnością. Nie żal mi was, naiwne kreatury. Zastanówcie się nad zdefiniowaniem zła i dobra... Ileż jeszcze będziecie wmawiać sobie 'On tak chciał'? Ja zrozumiałem!
Od chwil żałoby minął kolejny wiek, a historia się powtarza. Kiedy zrozumiecie, że w końcu 'dobro' polegnie? Zadaję pytanie, kiedy przestaniecie za wszelką cenę krzyżować moje plany? Ilu ludzi poległo z Jego ręki? Nie zastanawiacie się nad tym, zaślepieni głupcy! Wszystkie Jego zbrodnie przypisujecie mi. Ilu jeszcze waszych musicie pogrzebać w ziemi, by ujrzeć prawdę? Módlcie się zatem do waszego Boga, bo oto zszedłem ponownie na ziemię. Zasiałem ziarno... Czas zebrać plony.
Spojrzałem w niebo, zachmurzone, oburzone i spłakane. Zesłali swojego posłańca na ziemski padół. Sto lat czekałem, by się zrewanżować, by ulżyć własnemu pragnieniu zemsty. Czułem jego słabość, ich marne łzy nie były w stanie stłumić odoru boskiej niemocy. Uśmiech pojawił się na mej twarzy. Wziąłem głęboki wdech, by napawać się tą wonią. Jego słabość dodawała mi sił.
Skierowałem kroki poprzez ciemny tunel, prowadzony niezawodnym instynktem. Byłem silny. Tak, poświęciłem wiele ludzkich dusz. Cóż, jak wszyscy wiemy cel uświęca środki. Nie zabijam, nie cenne mi wasze marne, niedoskonałe ciała. Sami mi się oddajecie. Czerpię siłę z waszego cierpienia, zwątpienia, z waszej wolnej woli, która została wam ofiarowana. Grzechy niepodlegające odkupieniu w niebie są moją największą pożywką. Tylko ci, którzy dostrzegli we mnie sens istnienia wiecznego będą stąpać po ścieżce prawdy życia, a prawdą jest, że jedynie Królestwo Ciemności nie ma na swojej drodze ślepych zaułków.
Słodki krzyk jego bólu rozszedł się po moim ciele, był niczym ambrozja. Leżał tam całkiem nagi, skulony niczym zdychający pies, przykryty jakąś płachtą. Obok stała przerażona kobieta celująca prosto w jego plecy. Była idealnym narzędziem w moich dłoniach. Jej aura emanowała czernią, zatraciła się w mroku, odnalazła w sobie prawdę. Zapanowanie nad jej umęczonym ciałem było jak odebranie dziecku cukierka, żałośnie łatwe. Natomiast widok prawie konającego anioła bezcenny. Mógłbym się napawać tym obrazem do końca swej nieskończoności, pławić we własnym usatysfakcjonowaniu. Nadeszła w końcu chwila zadośćuczynienia!
– Jakże miłe spotkanie, Patricku! – zaśmiałem się. Głos opętanej zmieszany z moim był naprawdę diaboliczną mieszanką. – To nie może być aż tak łatwe! – Byłem tym nawet zniesmaczony. Podchodziłem do niego ostrożnie, nigdy nie wiadomo co tym dziwadłom przyjdzie do tych boskich główek. Kiedyś byłem jednym z nich, ale powątpiewam czy ten szczeniak leżący na betonie wiedział dokładnie kim. – Nigdy nie pojmę, dlaczego poświęcacie własne życie dla tych pustych ludzi? – Celowałem prosto w jego zaślepione serce. – Jesteś tak słaby, że nie możesz mi nawet odpowiedzieć. – Śmieszyło mnie to jego chore poświęcenie. – I co sobie myślałeś? Że wygrasz ze mną życie Justine… skoro nie ocalisz zaraz własnego? – krzyczałem własnym głosem. To była moja osobista zemsta, zabicie go było pulsującą we mnie potrzebą.
'Życie ludzkie jest warte, by za nie umierać! Jeśli mnie zabijesz nie możesz zabrać duszy Justine!'
Głupiec! Myślał, że zależy mi na jej duszy? Gdyby tak było, Ethan już dawno temu podałby mi ją na tacy.
– Twoja śmierć da mi więcej satysfakcji! Przeszkodziłeś mi głupcze z Eveline, ale twój ratunek był i tak zbyteczny! Gdzie był twój Bóg kiedy umierała? Gdzie był, kiedy oni wszyscy topili się niczym kocięta? Pytam, gdzie był twój Bóg! – krzyczałem wzburzony. Pamięć tamtych czasów rozrywała mnie od środka, sprawiała niewyobrażalny ból. Kochał ją, może nawet nie mniej niż ja, a nie zrobił nic... zupełnie nic!
'Zło nie pojmie boskich planów, miłości ani dobra! Pytasz gdzie jest mój Bóg? W mnie Ivan, we mnie!'
Straciłem panowanie nad sobą, gdy doszła mnie jego odpowiedź. Hipokryta! Wycelowałem, po czym powoli naciskałem spust.
– Zdychaj zatem razem z nim! – wrzasnąłem uniesiony gniewem.
Ktoś biegł w naszą stronę. Parę sekund po pierwszym wystrzale pociągnąłem za spust drugi raz. Mózg i fragmenty czaszki uniosły się w powietrze niczym fontanna. Bezwładne, martwe ciało kobiety osunęło się na ziemię, upadając tuż obok zwłok uskrzydlonego. Wyświadczyłem jej jedynie przysługę! Znałem jej skrywane sekrety! Znałem ją.
Poczułem swoistego rodzaju zaspokojenie. Tak, moje cierpienie zostało po części odkupione jego śmiercią. Tęgawy mężczyzna coś krzyczał, ale nie słuchałem go. Mogłem odejść w spokoju. W końcu, po tylu latach moja miłość znalazła sprawiedliwość i ukojenie. Śmierć ukochanej została pomszczona. Jednak przyjdzie mi czekać kolejny wiek. To co zostało zapisane nie w tym czasie wypełnić się miało. Era ciemności nadejdzie wkrótce, czas to tylko pojęcie względne. Czas...
Od zarania dziejów stąpam między wami. Nazywacie mnie szatanem, demonem, diabłem, natomiast ja jestem zaledwie częścią was samych, wyzwoloną częścią waszych umysłów. Przyglądam się waszemu światu, nie pojmując jak możecie wielbić i miłować okrucieństwo wyrządzane wam przez Tego, którego imienia nie można mi wypowiadać. Jestem obok, może nawet stoję tuż za tobą. Wasza chęć posiadania, pławienia się w luksusach sprawia, iż to ja rozpościeram skrzydła, patrząc na wasze upadki. Wzbijam się ponad własny piedestał, patrząc na waszą wrodzoną destrukcyjność. To nie ja niosę zagładę...
Byłem świadkiem niewyobrażalnych zbrodni w imię wyższych celów, konieczności wiary, narzuconej niemocy bycia wyzwoloną duszą. Nie mogłem patrzeć na zakłamanie panujące dookoła, na kolejnych pełnych zwątpienia braci. Upadłem, po czym powstałem jako demon. Nie czułem już brzemienia aureoli i mogłem odetchnąć pełną piersią. Nie musiałem ubolewać już nad waszymi marnymi duszami, wiecznie zagubionymi – bo tak wam było zawsze najwygodniej, i tak zawsze będzie.
Wojny, zbrodnie ludobójstwa i wszystkie wasze haniebne czyny. Musiałem patrzeć na was i współczuć! Niby dlaczego? Z racji tego, że dano wam wolną wolę? Zatem pytam po raz setny, gdzie wasz Bóg? Nic nie wiecie, wasze istnienie to jedna wielka pomyłka! Katolicy, muzułmanie, Żydzi. Wszyscy giniecie i zabijacie w imię Jego. Jeśli to nazywacie miłością, to ja jestem alfą i omegą!
To był nawet przyjemny poranek. Miałem dużo sił! Miasto Aniołów – cóż za paradoksalna nazwa miejsca, gdzie przestępczość jest najwyższa w całych Stanach Zjednoczonych. Trafniejszym określeniem dla Los Angeles byłoby miasto morderców, gwałcicieli i złodziei. Nietaktem jednak z mojej strony byłoby powiedzieć, że mi to przeszkadza! Jestem zadowolony!
Podziwiałem właśnie pozostałym we mnie boskim i niesmacznym przyzwyczajeniem wschód słońca, gdy doszedł moich nozdrzy niemiły odór. W pierwszej chwili pomyślałem, że to tylko swoistego rodzaju złudzenie. Widziałem przecież na własne oczy jak konał. Czyżby moja radość była przedwczesna? Wstrząsnąłem głową, chcąc w irracjonalny sposób wyzbyć się głupiego przekonania. Wciągnąłem powietrze ponownie i zamarłem! Anielski smród przeszył mnie wskroś. Nie był to jednak zapach byle jakiego uskrzydlonego, lecz Patricka. Chociaż w jego przypadku to raczej przereklamowane określenie. Sam sobie przecież podciął skrzydła!
'Gdzie podziewał się przez ostatnie dziesięć lat? Dlaczego go nie wyczuwałem?' Zbyt wiele niewiadomych stało przede mną, co oczywiście mi się nie podobało! Jednym susem pokonałem odległość między dachem US Bank Tower a ulicą. Kolejny wdech, po nim następne. Zapach był słaby, ale bez problemu mogłem namierzyć miejsce w którym znajdował się intruz. Tak, był intruzem! LA to moje miasto! Pokonywałem kolejne ulice w zastraszająco szybkim tempie, nie pamiętam kiedy ostatnimi czasy śpieszyło mi się tak bardzo.
Powonienie zaprowadziło mnie pod gmach szpitala psychiatrycznego. 'Zrządzenie losu, że tam wylądował? Może zrozumiał głupiec, iż jego misja poległa? Przez te wszystkie lata faszerował swój umęczony umysł psychotropami?' Nie lubię pytań na które nie znam odpowiedzi! Coś mnie jednakże zaniepokoiło. Tym czymś był jego zapach, a raczej szybkie jego ulatnianie się. Nikt nie wyszedł z budynku! 'Co ten pomiot wymyślił? Jakaś zasadzka?' Kolejne pytania! Zacząłem robić się nerwowy!
Dla własnego bezpieczeństwa przeistoczyłem się w niewidoczną dla ludzkiego oka materię. Przemierzałem korytarze budynku z prędkością światła. To co ujrzałem w jednej z sal rozjuszyło mnie do granic możliwości! On, leżący na łóżku, a przy jego głowie spoczywająca głowa jej, Justine. 'Zwodził mnie tyle lat, by zaskarbić sobie przychylność tej kobiety? Nie po to mój wysłannik zniewolił jej umysł i wolę, by ten boski bękart teraz ten trud zniweczył!' Jedno było pewne co do Patricka, coś było z nim nie tak! Nie wyczuwałem jego anielskiej aury. Jego najdroższy Bóg zapomniał o nim! Tak... tyle lat, a On tak zwyczajnie zastąpił swojego żołnierza kolejnym. To było całkiem w jego stylu. Świat musi iść naprzód!
Korzystając z tej jakże życzliwej mi okazji postanowiłem odpłacić się kolejny raz swojemu rywalowi za jego grzechy przeszłości. Był teraz zwykłym człowiekiem a nie istotą wyższą, której nie mogłem skrzywdzić.
Z pełną premedytacją przejechałem swoją diaboliczną, umysłową bronią po bliznach blondyna. Otworzyły się natychmiast, jego ludzka skóra nie miała szans, on nie miał już szans. Dźwięk aparatury monitorującej pracę serca zaczął cichnąć. Justine jakby nie zwracała na to uwagi, grzeczna dziewczynka. Z uwielbieniem wpatrywałem się jak krople krwi zbierają się na podłodze w małą kałużę. Nastała emanująca zwycięstwem cisza.
Odszedłem, nie mając zamiaru patrzeć na próby odratowania jego nic dla mnie nie wartego życia. Nie ważnym było czy uda się jej ta próba, czy nie. Patrick pozostał sam, śmierć byłaby dla niego wybawieniem. Czy jego Bóg jest aż tak litościwy? Znam go! Walczę z nim od zarania dziejów i wiem, że to jeszcze nie koniec! W moim wolnym umyśle kreował się obraz...
Widzę niebo zasnute ciemnymi chmurami, panuje półmrok tworzący atmosferę grozy. Nadeszła ostateczna batalia... nieważne jakie straty ponosimy, ile trzeba poświęcić, by osiągnąć własny cel. Przemierzam pustą, szarą ulicę osnutą pyłem zapomnienia. Wszędzie kurz, gruz, szkło i krew. Po mojej prawicy i lewicy rozpościera się bezkres powyginanej blachy wraków samochodów, część z nich tli się słabym ogniem. W powietrzu wyczuwam strach, zwątpienie i niezrozumienie. Czuję się silny! Idę dalej, nie odczuwając żalu ani współczucia. Nie ja poświęciłem tę kobietę tulącą niemowlę w dłoniach – spojrzałem na jej doszczętnie spalone ogniem zwłoki. Zastygła w pozie klęczącej, jakby pytała swojego Pana czym zawiniło jej niewinne dziecię! Swąd spalonych i rozkładających się trupów unosił się w powietrzu. Na zachmurzonym niebie sępy zataczały kręgi, przymierzając się do bezczeszczenia porozrzucanych szczątek ludzkich ciał. Los Angeles River wypełnia swe koryto przelaną krwią. Słyszę krzyki i płacz ocalałych. Ziemię ogarnęła panika, rozpacz i chaos... Zatem, gdy wszyscy twoi bliscy umrą w mękach, poświęceni w walce, nadal będziesz wierzył? Czy miłosierny i dobry Bóg jakim go opisują mógłby dopuścić się takiej zbrodni na swych dzieciach? Od wieków toczy się batalia na waszych oczach... Epidemie, zbrodnie przeciwko ludzkości. Nikt nie musi umierać w ten sposób. Nikt nie musi być jego ofiarą! Tych 1504 osób również nie musiało...
Moja droga ponownie skrzyżuje się z Patricka, Justine go uratowała. Nie była jednak tak silna jak myślała. Ziarno zostało zasiane! Od ziemi zależy jedynie jaki plon wyda. Widziałem jak wywożą go karetką, zapewne do innego szpitala. Mój delikatny dotyk sprawił mu wiele bólu... To dopiero początek.
Stałem po drugiej stronie ruchliwej ulicy. Dziwnym było, że droga położona praktycznie na peryferiach miasta była niczym jego główna arteria. Wszędzie gdzie nie spojrzeć pośpiech. Jedno z ludzkich przysłów powiada „Gdy się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy". Nie wiem, ale nie miałem nigdy żadnej korzyści z takowych powiedzonek. Niby z czego miałbym się cieszyć? Że jakiś krawaciarz – idiota łamie za jednym razem połowę przepisów drogowych, by zdążyć na prezentację swojego projektu, a w efekcie końcowym rozbija się o drzewo? Co mi po nim? Co mi po jego duszy! Za swój kretynizm przypłacił życiem! Czy to jakaś kara? W bezkresie czasoprzestrzeni nie będzie się już musiał tak rozdwajać i troić, by podołać obowiązkom ziemskiego padołu. Zatem powinno się owe powiedzenie zmodyfikować do: „Gdy się człowiek spieszy, to się później cieszy".
Czekałem dobre dwie godziny, a tego bardzo nie lubię. Napięcie rosło z kolejną minutą oczekiwania na jej wyjście z pracy. Najwyraźniej była pracoholiczką! Ta niepotrzebna, żelazna kurtyna jedynie wpływała na anomalie pogodowe. Przechodzący obok mnie ludzie ze zdziwieniem spoglądali w niebo, kiwając głową z dezaprobatą. Słońce świeciło, a temperatura wynosiła zaledwie kilka stopni powyżej zera. Stanowczo za mało jak dla tej wydekoltowanej paniusi stąpającej z nogi na nogę z zimna. Westchnąłem ciężko! Ileż można czekać?
W końcu nadeszła ta chwila, gdy ukazała się mojemu umęczonemu spojrzeniu. Była wyczerpana, widać to było z dzielącej nas odległości. Wyciągnęła dłoń w górę, jakby chciała coś pochwycić. No tak, moje zniecierpliwienie zmaterializowało się pod postacią białych, zimnych płatków śniegu. Posłała zdziwione spojrzenie w niebo.
– Zło przyszło po ciebie Justine! – Kobiecy śmiech doszedł mych uszu. W setnych ułamkach sekundy zlokalizowałem staruszkę w oknie. Wariatka miała najwyraźniej dar jasnowidzenia. Nie przepadałem za takimi ewenementami, zawsze stwarzali jakieś niepotrzebne problemy. Justine odwróciła się, podnosząc głowę do góry. – Już tu jest! – zaśmiała się naprawdę złowieszczo. Patrzyła prosto na mnie, jakby wiedziała kim naprawdę jestem. Nie mogłem pozwolić, by ta nafaszerowana psychotropami starucha wpłynęła destrukcyjnie na mój plan. Musiała zniknąć, szybko!
'Cel uświęca środki!', wywróciłem oczyma, stojąc za plecami wychylającej się kobiety. Moja mroczność ujęła ją w swoje ramiona. Jedynym co usłyszałem był przeraźliwy wrzask dochodzący z dołu. Pod swoją niewidzialną postacią wychyliłem się przez otwarte okno, w którym przed sekundą wychylała się pacjentka leżąca teraz na chodniku. Jej ciało było wygięte w nienaturalnej pozie. Na pierwszy rzut oka złamany kręgosłup, dwa otwarte złamania uda i przedramienia. Śmiertelny uraz głowy, o ile rozbryzgany na betonie mózg można nazwać jedynie urazem. Misja została wypełniona. Świruska została wyeliminowana. Teraz mogłem odegrać swoją rolę, miałem szansę by zbliżyć się do Justine.
Nie czekałem długo na telefon. Wibrujący aparat w kieszeni zaalarmował mnie dokładnie pięć minut po zgłoszeniu przez szpital psychiatryczny próby samobójczej jednej z ich pacjentek. Cóż, byłem świadkiem naocznym, a co więcej, to nawet nie było samobójstwo. Niczym bezszelestny wiatr skierowałem się do samochodu, by po chwili na sygnale podjechać do miejsca, które parę minut wcześniej opuściłem. Justine siedziała na krawężniku ze schowaną w kolanach głową. Płakała, ciągle płakała powtarzając, że wszyscy wokoło niej umierają. Miała poniekąd rację, ale biorąc pod uwagę w jakim mieście mieszkała nie było to czymś nadzwyczajnym. Wolnym krokiem skierowałem się w jej stronę, obok mnie przejechał właśnie samochód kornera ze zwłokami denatki. Wzruszyłem delikatnie ramionami, powtarzając w myślach, że to jedynie cel uświęca środki. Chcąc nie chcąc była to moja wada wrodzona. Upadając z nieba zabrałem ich ze sobą, swoim skromnym zdaniem, zbyt wiele. Od niektórych przyzwyczajeń nie można się oderwać, nawet po wiekach! Dzieliło nas już zaledwie parę metrów i nie wiedząc czemu czułem niepokój. To było dziwne doświadczenie, zważywszy na fakt, że nigdy się tak nie czułem. Jej żal i smutek miały na mnie naprawdę frapujący wpływ. Nie mogłem sobie na to pozwolić, nie tym razem. Moje serce krwawi do dziś dnia, kolejna drzazga byłaby zapewne dla niego śmiertelna.
– Justine Smith? – zapytałem, stojąc nad nią niczym kat nad swoją ofiarą. Nie chciałem nawet odbierać tego w ten sposób, ale jej widok, takiej skulonej i bezbronnej, sam nasunął to porównanie. Podnosiła głowę jakby w zwolnionym tempie. Jej duże, czarne oczy, opuchnięte i zaczerwieniane od płaczu spojrzały na mnie niemo, pytając kim jestem i czego od niej chcę. – Nazywam się Ivan Parker. Jestem kapitanem piętnastego komisariatu, muszę zadać pani kilka rutynowych pytań. – Uniosłem brwi lekko do góry. Czułem się okropnie, zmuszając ją do rozmowy na którą zapewne nie miała ochoty. Moja słabość zaczynała mnie irytować. Byłem twardym i nieustępliwym gliniarzem przed którym wszyscy czuli respekt, który nigdy nie okazywał słabości czy jakiegokolwiek uczucia. Cóż miała w sobie ta istota, że nawet demony i ja wpadaliśmy w jej pułapkę?
Nie odpowiedziała. Skinęła jedynie delikatnie trzęsącą się głową. Całe jej ciało drżało z zimna. Nie miałem wpływu na aurę, zimno było nieodzowną częścią mnie samego. Podążało za mną jako wyrażenie mojej osoby. Nie zastanawiając się zdjąłem z siebie marynarkę i nałożyłem na jej ramiona. Wykonując tę czynność mentalnie wywróciłem na siebie oczyma. Uprzejme zło, dobry żart, ale przecież cel uświęca środki, a mój był jasny i klarowny. Jeżeli sytuacja będzie tego ode mnie wymagać, to zrobię to – będę diabolicznie miłym sukinsynem.
– Marznie pani. – Uśmiechnąłem się przyjaźnie, widząc zdezorientowanie wymalowane w tych cudownych węgielkach. – Odda pani przy najbliższej okazji. – Wzruszyłem ramionami, siadając tuż obok niej. – Czy jest pani w stanie opowiedzieć mi co się właściwie stało? – Zaparłem głowę na dłoni, nadal wpatrując się w jej nienaganną twarz. Była zjawiskowo piękna, prawie jak Eveline.
– Dziękuję – wyszeptała ledwie słyszalnie. Gdyby nie moje nadludzkie zdolności zapewne nie usłyszałbym tego przez jej nieustępliwe łkanie. – Na imię mam Justine – dodała siląc się na uśmiech.
– Ivan Parker – odpowiedziałem, przechylając delikatnie głowę w bok.
– Wiem, już się pan przedstawiał. – Zdawało mi się czy szczerze zachichotała? – Już się przedstawiłeś – poprawiła się, widząc moje udawane niezadowolenie z faktu, iż zwróciła się do mnie w tak formalny sposób.
– Wiesz co Justine? – Wydąłem usta. – Mam pomysł, ale to będzie nasza mała tajemnica – szeptałem konspiracyjnie, czym zaciekawiłem ją niezmiernie. – Idź do domu, prześpij się, a jutro spotkamy się i spiszę twoje zeznania! – Moje usta wygięły się w przyjazny sposób.
Spojrzała na mnie z nieukrywanym zdziwieniem, ale przyćmiewała je ulga płynąca prosto z jej wnętrza. Manipulowanie ludźmi było tak łatwe, że aż czasami stawało się nudne. Musiałem ją jakoś do siebie przekonać, zasiać ziarno sympatii i zaufania. To teraz było najważniejsze, mieć ją po swojej stronie zanim mój rywal powróci do gry. Nie mogłem również pozwolić sobie na zatracenie. Coś w tej kobiecie sprawiało, że czułem się zagrożony. Była do przesady idealna i jednocześnie niewyobrażalnie niedoskonała. Muszę pamiętać kim jestem i nie dopuścić do sytuacji w której mogłaby się ta prawda zaprzepaścić. Czas na realizację mojej osobistej zemsty. Drżyj synu marnotrawny… któryś unicestwił moją miłość.
