Autorka wyraziła zgodę na tłumaczenie.
Link do oryginału znajduje się na moim profilu.
~ III ~
Następny tydzień okazał się nadzwyczaj łatwy do przeżycia. Ludzie całkiem szybko przestali patrzeć na mnie jak na laboratoryjne zwierzę, a ja zaczęłam wtapiać się w tłum. Jak zawsze. I choć zgodnie z wcześniejszymi postanowieniami próbowałam trzymać się nieco na uboczu, w międzyczasie zawarłam przypadkiem kilka interesujących znajomości.
Syndrom niewielkiego miasta. Nic dodać, nic ująć.
— I potem pomyślałam sobie, że może jednak ta czerwona byłaby lepsza, ale ona wyglądała tak za bardzo... no wiecie, w stylu Marylin Monroe, więc ostatecznie zdecydowałam się kupić różową. I co wy na to? — zapytała Caroline. Elena i Bonnie przedstawiły mi ją jakiś czas temu. Wydawała się całkiem sympatyczna. Z każdym dniem coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że zaliczała się do tych dziewczyn, które bez trudu potrafią rozkręcić najnudniejszą imprezę.
— Mmhm — mruknęła Bonnie w odpowiedzi na jej pytanie.
— A ty jak uważasz, Amy? — zwróciła się do mnie.
— Och, co? — mruknęłam trochę nieprzytomnie, gwałtownie wyrwana z zadumy. — Tak, tak, różowa jest super — zgodziłam się pospiesznie.
— Widzisz? — powiedziała do Bonnie, spoglądając na nią z wyższością. — Mówiłam ci, że jeśli chodzi o ciuchy, to ta dziewczyna ma niezły gust.
Bonnie odparła ze śmiechem: — A co, czyżbym to negowała?
Caroline wzruszyła ramionami i odwróciła się w moją stronę. — No to, nowa, koniec z moją gadaniną. Teraz twoja kolej. Dalej, opowiadaj.
— Ale o czym? — zdziwiłam się, obserwując osoby na szkolnym boisku.
— Mieszkałaś przedtem w Chicago, tak?
— No tak.
I w Waszyngtonie. I w Montanie. I w Nowym Orleanie. I...
— Jak tam jest?
— Normalnie. Tak właściwie to nie widzę żadnej różnicy pomiędzy moim życiem tutaj a tam.
— A co z chłopcami rozpaczającymi po twoim odjeździe? — Puściła mi oczko.
Zaśmiałam się. — Raczej nikt za mną nie tęskni...
— Och, daj spokój, to wcale nie jest zabawne! — zawołała Caroline. — Opowiedz nam o korowodzie twoich byłych!
— Tak, Amy, opowiadaj! — poparła ją Bonnie.
Pokręciłam głową. — Przykro mi, ale muszę was rozczarować: nie ma żadnego korowodu byłych.
Na twarzach ich obu pojawiło się niedowierzanie.
— Więc ty... nigdy się z nikim nie spotykałaś?
Wspaniale. Teraz wyjdę na zakonnicę.
— Nie z wyboru, po prostu tak się jakoś złożyło — wyjaśniłam szybko. — To znaczy... z wyboru innych, nie mojego.
— Na litość Boską, Amy, masz siedemnaście lat! — wykrzyknęła Caroline. — Jak w ogóle mogłaś jeszcze nie...?
— Nie wiem! I nie rozgłaszaj tego — poprosiłam.
— O Boże... — westchnęła. — No cóż, pierwsze, co musimy zrobić, to znaleźć kogoś temu biedactwu...
— Caroline, siedzę tuż obok ciebie — przypomniałam jej. — I błagam, nie rób tego. Ja...
W tym momencie zabrzmiał dzwonek, więc zabrałyśmy nasze torby i wróciłyśmy do szkoły. Na szczęście udało nam się dotrzeć do klasy na czas.
Pięć minut po rozpoczęciu lekcji moje powieki stały się niewiarygodnie ciężkie. Odwróciłam się, próbując powstrzymać napad ziewania i zobaczyłam, że Elena borykała się z podobnym problemem. Spojrzawszy na mnie, przygryzła dolną wargę, żeby się nie roześmiać. Zmarszczyłam brwi i zacisnęłam szczękę, naśladując surowy wyraz twarzy nauczyciela.
— Panno Walsh, może chciałaby pani samodzielnie przedstawić klasie resztę tematu? — usłyszałam tuż nad sobą jego głos.
Uniosłam głowę i wymamrotałam: — Em... Ja... — Czułam, że się czerwienię. — Nie, dziękuję za propozycję, panie Carter, ale sądzę, że robi to pan bardzo dobrze.
Przewróciwszy oczami, wrócił do omawiania zagadnienia, ja natomiast usiłowałam ukryć przed innymi rozpalone policzki.
Nie zasnę. Nie pozwalam sobie zasnąć. Rozkazuję sobie nie zasypiać!
Gdy lekcja wreszcie się skończyła, ziewnęłam po raz kolejny i zarzuciłam torbę na ramię. Trygonometria i ja nigdy nie byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami. I jakoś szczególnie mnie to nie martwiło.
— Rusz się, nowa, idziemy! — zarządziła Caroline. Elena pocałowała Stefana i do nas dołączyła.
Kiedy wyszłyśmy na zewnątrz, Caroline znienacka oznajmiła: — Uwaga, alarm! Gorące ciacho na godzinie trzeciej! — Wszystkie spojrzałyśmy w tym samym kierunku co ona.
Skrzywiłam się. — Caroline...
— Dobra, przyrzekłam, że ci kogoś znajdę, ale ten jest mój — zapowiedziała, mrużąc oczy.
— O Boże, niedobrze mi... — wymamrotałam.
Popatrzyła na mnie z ukosa. — Nie masz za grosz gustu...
— Pewnie, że mam, ale kazirodztwo uważam za ohydne — stwierdziłam. — Will!
— Znasz go?
— Mieszkam z nim od siedemnastu lat — wyjaśniłam takim tonem, jakby to było oczywiste. — To mój brat.
Na jej twarzy zagościł bardzo szeroki uśmiech. — Amy, od teraz jesteś moją najlepszą przyjaciółką!
— Zawsze jest taka szczera — wyjaśniła mi Elena.
Zaśmiałam się. — Słuchajcie, muszę lecieć. Do zobaczenia później.
— Na razie! A, i nie zapomnij: „Mystic Grill", punkt szósta!
Kiwnęłam głową i weszłam do samochodu.
— Naprawdę nie ma potrzeby, by ktoś codziennie odbierał mnie ze szkoły. Skończyłam siedemnaście lat, umiem chodzić, wiem, że nie powinno się rozmawiać z nieznajomymi...
— Och, ty i dobry humor? Co się stało? Jakiś meteor uderzy za chwilę w Ziemię?
— Ha, ha — prychnęłam z sarkazmem. — A teraz jedź.
Posłusznie wykonał polecenie, śmiejąc się pod nosem.
— Więc wybierasz się do „Grilla"?
— Zgadza sie — potwierdziłam.
— To dobrze — mruknął. — Przyjaciele, wspólne spędzanie czasu... To normalne.
Obdarzyłam go wymuszonym uśmiechem. — I sztuczne. Oboje dobrze o tym wiemy, Will.
Na sekundę lub dwie przymknął oczy. — Amy...
— Nic nie insynuuję — zapewniłam — ani nikogo nie obwiniam. Po prostu wiem, że to tylko tymczasowe. I chociaż próbuję zachowywać się normalnie, to wcale nie oznacza, że zapomniałam o naszym stylu życia.
— Nie myśl tak... — zaczął.
— Możesz mi obiecać, że będziemy tu w przyszłym roku? Albo za pół roku? Albo nawet za cholerny miesiąc?
Nie odrywał wzroku od drogi. — Nie — zaprzeczył. — Nie mogę.
— Widzisz? — Mój głos zabrzmiał nieco bardziej bezdusznie niż planowałam. — Te przyjaźnie są tylko chwilowe. Wkrótce wszyscy o mnie zapomną. I jestem tego świadoma.
Nie wiedziałam jeszcze, że tak naprawdę nie byłam świadoma niczego.
~o~
— Lojalnie uprzedzam: może i marna ze mnie bilardzistka, ale w rzutkach nie macie ze mną szans — oznajmiłam pewnym siebie głosem, co Matt skitował śmiechem.
— Potraktuję to jako wyzwanie, nowa.
— O, Amy, uwierz mi, nie chcesz tego zrobić — ostrzegła Elena. — On jest naprawdę dobry w rzutkach.
Uniosłam brwi. — Dzięki za szczerość.
— Na twoim miejscu uznałbym to raczej za przestrogę — odezwał się z rozbawieniem Stefan.
— Hej, ty też? Och, wspaniale, czy ktoś w ogóle zechce stanąć po mojej stronie?
— Ja mogę, skoro tak bardzo ci na tym zależy.
— Dziękuję, Bonnie — zwróciłam się najpierw do niej, a potem do reszty: — Widzicie, ludzie? Najwyższy czas nauczyć się podstawowych zasad uprzejmości!
— Hej, zanim zaczniecie, chodźmy po coś do picia — zaproponowała Caroline, popychając mnie i Matta w stronę baru.
— Może powinniśmy cię upić? — zasugerował Matt z głupim uśmieszkiem.
— Hm, już cię strach obleciał, co? — zaśmiałam się. Dzisiejszego wieczoru odsunęłam na bok wszystkie troski. Chciałam się tylko dobrze bawić i choć na chwilę uwierzyć, że w tym wszystkim nie było ani krzty udawania.
Gdy wróciliśmy do naszego stolika, Stefan i Elena rozmawiali z kimś, kto stał zwrócony do nas plecami. Na ich twarzach widniały dziwne emocje — coś na kształt zmartwienia przemieszanego ze złością.
— Okej, czas zacząć tę farsę! — zawołał Matt. W tym samym momencie nieznajomy odwrócił się w moją stronę.
I wtedy zobaczyłam go po raz pierwszy.
Nieważnie, jak banalnie to brzmiało: był po prostu nieziemsko... piękny. Określenie „przystojny" w żadnym stopniu nie oddawało rzeczywistego stanu rzeczy. Miał czarne, lekko potargane włosy oraz błękitne oczy o przeszywającym spojrzeniu, z których zdawał się emanować tajemniczy blask. Podświadomie wiedziałam, że gdybym wpatrywała się w nie wystarczająco długo, z pewnością bym w nich utonęła. Był ode mnie o wiele wyższy, a swą sztywną, wyprostowaną posturą przypominał żołnierza zdającego raport generałowi. Bez dwóch zdań rozsiewał też wokół siebie tę samą dziwaczną aurę co Stefan — sprawiał takie wrażenie, jakby nie pasował do tego świata.
Z jednej strony pragnęłam tu zostać i wpatrywać się w niego przez wieczność, z drugiej jednak coś podpowiadało mi, że powinnam wziąć nogi za pas i jak najszybciej stąd uciec. Coś dziwnego, prawie jak... instynkt. Jak instynkt ofiary w rękach łowcy. Nic racjonalnego. Po prostu instynkt przetrwania, z którym rodzi się każdy człowiek.
W powietrzu ewidentnie wisiały jakieś kłopoty.
— Cześć, dupku — przywitała się z nim stojąca za mną Caroline.
Obrzucił ją przelotnym spojrzeniem. — Ciebie również miło mi widzieć, blondyneczko.
Matt stojący obok niej zakaszlał znacząco, jakby go przed czymś ostrzegał. On natomiast z powrotem utkwił wzrok we mnie.
— Uroczo... — mruknął do siebie, co stanowiło chyba sarkastyczną uwagę odnośnie zachowania Matta, po czym zapytał: — Mniemam, że nie mieliśmy jeszcze okazji się spotkać, nieprawdaż?
— Damon... — Stefan prawie warknął, z jakiegoś powodu wydając się być zaniepokojonym. — Nie masz przypadkiem niczego do zrobienia?
Nieznajomy zacmokał z dezaprobatą. — Jakiś ty niegrzeczny, braciszku. Czyżby nasi rodzice nie nauczyli cię dobrych manier?
Braciszku? Hej, panowie, jaką wy macie pulę genową?
— Damon! — wtrąciła wyraźnie spięta Elena.
— To, Eleno, jest moje imię — poprawił ją, wyciągając ku mnie rękę. — A czy mógłbym poznać twoje?
— Amy — odparłam, odchrząknąwszy, starając się jednocześnie nie zemdleć. Uścisnęliśmy sobie dłonie. — Nazywam się Amy Walsh.
Stefan, niczym pacjent, któremu właśnie oznajmiono, że zostały mu trzy miesiące życia, zacisnął zęby i na krótki moment zamknął oczy.
— Walsh, tak? — powtórzył nieznajomy, jakby słyszał to nazwisko już wcześniej, po czym uśmiechnął się czarująco, zerkając ukradkiem na brata. — Ja mam na imię Damon.
— Miło mi cię poznać — wydukałam.
Spojrzał mi prosto w oczy. — Mnie ciebie również.
Oddychaj, Amy, oddychaj. Wdech i wydech. Napełniaj płuca powietrzem. To nie takie trudne. Przecież człowiek rodzi się z tą umiejętnością.
— Wyluzuj, Stefan, zaraz sobie pójdę. Chyba nie chcemy, żebyś dostał zawału, prawda? — zażartował Damon, uśmiechając się tak, jakby ten dowcip miał jakieś drugie dno. — I tak już wychodziłem. Jak wcześniej byłeś łaskaw mi przypomnieć, mam pewne sprawy do załatwienia. — Popatrzył na mnie po raz ostatni. — Do zobaczenia wkrótce, Amy.
Po tych słowach odwrócił się i wyszedł z baru.
Dlaczego ton jego głos przyprawił mnie o dreszcze?
~o~o~
