III
„BEZ ŚLADU"
Kiedy generał pokazał mi rezygnację Jacka pomyślałem, że to jakiś żart. Nie byłby to pierwszy raz, gdy O'Neill mnie wkręcał, bo wszyscy wiedzieli, że czerpie wprost perwersyjną przyjemność z robienia wszystkim kawałów. Ze mną na czele… Tym nie mniej, wystarczyło jedno spojrzenie w oczy generała Hammonda, bym wiedział, że sprawa jest jak najbardziej poważna.
Naturalnie, zdawałem sobie sprawę, że Sam zraniła Jacka wiążąc się z tym gliną, że zraniła go do żywego, choć nawet tego nie zauważyła, ale nie sądziłem, że konsekwencje jej wyboru będą tak dramatyczne. Nie przypuszczałem, że Jack odejdzie.
Jak bardzo musiał cierpieć, by porzucić pierwszą rzecz, jaka dała mu powód do życia po śmierci Charlie'ego? Jak bardzo poczuł się zdradzony, że porzucił wszystko, na co od lat pracował i zniknął bez pożegnania nawet ze mną i z Teal'ciem?
Jaki ze mnie przyjaciel, skoro w godzinie największej potrzeby nie udzieliłem mu wsparcia?
- Musimy go przekonać, by wrócił!- stwierdziłem zdecydowanie.- Jack nie może tak odejść!
- Pomyślałem dokładnie to samo, doktorze Jackson…- odparł powoli dowódca bazy.- Nawet próbowałem się do niego dodzwonić, ale pułkownik nie odbiera komórki ani telefonu stacjonarnego. Rozważałem już możliwość pojechania do niego, lecz doszedłem do wniosku, że pan miałby większe szanse przekonania go do powrotu niż ja. Jack może i jest świetnym oficerem, ale też jest uparty jak muł i tylko ktoś mu bliski mógłby pomóc mu zmienić zdanie…- przypomniał generał.
- Wiem coś o tym…- wymamrotałem pod nosem.- Jeśli pan pozwoli, sir, chciałbym do niego zaraz pojechać.
- Proszę to zrobić, doktorze.- Teksańczyk skinął twierdząco głową.- Nie stać nas na utratę tak wartościowego człowieka, jakim jest pułkownik O'Neill. Ma pan moje pozwolenie, by zaproponować mu wszystko, czego zażąda, byle tylko wrócił do pracy.
- Generale…- westchnąłem.- Dobrze pan wie, że to nie ten typ. Marchewka nie działa na Jacka, ale może zdołam mu to jakoś wyperswadować ze względu na dobro ekipy, ze względu na naszą przyjaźń.
- Oby, doktorze.- powiedział Hammond.- Nie poinformowałem jeszcze prezydenta o zaistniałej sytuacji, ale jeśli sprawa się przeciągnie, nie będę miał wyjścia i będę zmuszony nie tylko zaakceptować rezygnację Jacka, ale też zawiadomić zwierzchników i rozpocząć poszukiwania zastępstwa za pułkownika. Nie chcę tego robić, bo nie wyobrażam sobie innego składu dla SG-1, lecz…
- Wiem, sir. Czuję dokładnie tak samo i mam nadzieję, że się uda.- stwierdziłem, zanim opuściłem biuro generała.
W drodze do Jacka, zahaczyłem o prywatne kwatery Teal'ca i wtajemniczyłem go pokrótce w najnowsze wieści. Dość powiedzieć, że mój przyjaciel Jaffa był równie skonsternowany, co ja sam i zdecydował mi się towarzyszyć.
- O'Neill będzie potrzebował wsparcia nas obu, skoro zdecydował się na tak drastyczne posunięcie.- usłyszałem z jego ust, a w oczach tego zazwyczaj spokojnego wojownika ujrzałem niezaprzeczalny niepokój i troskę o naszego lidera.
Czego obaj nie wiedzieliśmy to, że gdy już zajedziemy pod dom Jacka, zastaniemy go zamkniętym na cztery spusty. Ten fakt tylko wzmógł nasz niepokój, bo wszyscy w bazie wiedzieli, że pułkownik NIGDY nie zamykał drzwi na klucz. Zawsze śmiał się i mówił: „Bo i po co? Tylko idiota, albo samobójca włamał by się do domu pułkownika sił specjalnych". Fakt więc, że jego dom był zapieczętowany z każdej strony, mówił nam bardzo wiele.
- Cholera!- zakląłem pod nosem, choć zwykle rzadko mi się to zdarzało i natychmiast sięgnąłem po komórkę w nadziei, że może mi się uda do niego dodzwonić.
Nic z tego.
Zamiast Jacka odezwał się automatyczny głos operatora informujący mnie, że numer został odłączony. Natychmiast więc wybrałem numer do bazy i poprosiłem, by Walter połączył mnie z generałem.
- Sir, tu Daniel…- zacząłem.
- Jakie wieści, doktorze?- spytał natychmiast nasz szef.
- Niedobre, panie generale….- przyznałem z żalem.- Gdy dotarliśmy na miejsce, dom był pusty i zamknięty, a Jacka ani śladu. Jak wcześniej, nie odpowiada też na telefony i najwyraźniej zlikwidował swoje numery.
- Do licha!- wymamrotał Hammond.- Co więc pan proponuje, doktorze Jackson?- zapytał znowu.
Teal'c, który przysłuchiwał się naszej rozmowie z racji tego, że prowadziliśmy ją w trybie głośnomówiącym, wtrącił się stoicko…
- Jeśli mógłbym coś zasugerować…
- Tak, synu?- rzucił zniecierpliwiony oficer i na jedną chwilę pomyślałem, że to zabawne, iż tak zwraca się do Jaffy, skoro w istocie T. jest starszy nie tylko ode mnie, ale też od generała, a w zasadzie od wszystkich ludzi na tej planecie. Szybko jednak wziąłem się w garść i słuchałem dalej.
- O'Neill posiada chatkę w Minnesocie. Może udał się właśnie tam.- powiedział.
- Ryby! T. jesteś genialny!- ucieszyłem się i klepnąłem go po barku.
- To po prostu najbardziej logiczne posunięcie, Danielu Jackson.- stwierdził rzeczowo.- O'Neill zawsze powtarzał, że to właśnie tam wypoczywa najlepiej.
- Co racja, to racja!- przyznałem entuzjastycznie i zwróciłem się do generała:
- Sir…
- Macie moje pozwolenie, doktorze. Jedźcie na lotnisko Peterson. Śmigłowiec będzie na was czekał. Mam tylko nadzieję, że nie lecicie do Minnesoty na próżno.- powiedział z ciężkim westchnieniem.
Na nasze nieszczęście, tak właśnie się stało. Wszystkie nadzieje zna rozmowę z Jackiem zniknęły, gdy tylko ujrzeliśmy szczelnie zamkniętą, praktycznie martwą chatkę przyjaciela, stojącą wśród drzew nad niewielkim jeziorem. Wszędzie było cicho…
Z ciężkimi sercami wracaliśmy do Cheyenne, zastanawiając się, jak odnaleźć Jacka, ale prawda była taka, że nasze możliwości topniały z minuty na minutę. Nawet błyskotliwy pomysł dr Bringman odnośnie chipu GPS wszczepianego wszystkim, którzy podróżują „poza świat", nie przyniósł spodziewanego efektu. Ostatnia lokalizacja wskazywała na Denver, gdzie sygnał się urwał. Potem nic…
- Chip zapewne usunięto i zniszczono.- stwierdził Syler, który namierzał sygnał.
- Do licha, Jack! Dlaczego z nami nie pogadałeś?- pomyślałem z mieszaniną rozczarowania i złości, ale też troski.
Tylko ja i Ferretti tak naprawdę wiedzieliśmy, do czego jest zdolny mój przyjaciel, gdy zawala mu się świat. Tylko my dwaj z całej pierwszej misji na Abydos pamiętaliśmy, jak bliski samobójstwa był po śmierci syna i prawda była taka, że teraz też się o niego bałem.
Że też nie dostrzegłem wcześniej, jak bardzo Sam go niszczyła, że też nie zareagowałem…
Przecież wiedziałem, ile dla niego znaczyła, nawet jeśli ona sama zapomniała o uczuciach, jakie Thera dzieliła niegdyś z Jonah. Trzeba było przy nim być, gdy zaczęła chodzić z tamtym facetem i potem, kiedy powiedziała o zaręczynach, i przyniosła mi zaproszenie. Zamiast się do niej uśmiechać i udawać, że wszystko w porządku, trzeba było skupić się na tym, kto ucierpiał przez to najbardziej, na Jacku, który stracił nadzieję.
Zawiodłem najlepszego przyjaciela, człowieka, który po uprowadzeniu Sha're dał mi dach nad głową, miejsce w drużynie i szansę na odnalezienie żony.
Zawiodłem brata, jakim się dla mnie stał…
Szukaliśmy go przez kolejne trzy dni, póki nie stało się dla nas jasne, że Jack nie chce zostać odnaleziony. To właśnie wtedy generał Hammond wstrzymał poszukiwania i oficjalnie przyjmując rezygnację swojego zastępcy, poinformował swoich szefów o zmianach w bazie.
Długo debatowaliśmy, jak wypełnić lukę we flagowej drużynie SGC. Pewnie, że nie brakowało chętnych na dowódcę SG-1. W końcu, bycie liderem tej ekipy niosło ze sobą wielki prestiż, lecz prawda była taka, że żaden z kandydatów na to miejsce nie umywał się do ex- pułkownika. Jack był legendą, z którą trudno było konkurować.
Poza tym, ani Teal'c, ani ja nie pałaliśmy entuzjazmem na myśl o nowym członku naszej małej rodziny. Wiedzieliśmy, że dynamika zespołu zmieni się raz na zawsze, bo wraz z odejściem Jacka, utracił on swoją spoinę, coś, co przez te lata przekształciło nas z towarzyszy broni, w braci i siostry. Nowy członek tylko pogłębi tę rozpadlinę…
- A co z sugestią O'Neilla?- zapytał T, gdy siedzieliśmy w sali konferencyjnej.- Czy nie jesteśmy mu winni jej rozpatrzenia? W końcu, w pewnym sensie wyznaczył swojego sukcesora, a któż wybrałby dla nas lepiej, niż on sam?
- No tak, ale nawet, gdyby Sam objęła dowództwo SG-1, nadal pozostaje luka do zatkania. Nie możemy podróżować we troje, bo wszystkie ekipy mają po czterech członków.- odezwałem się po chwili.
- Więc może Jonas Quinn?- zaproponował generał.- Ostatnio, kiedy się kontaktowaliśmy, wyraził chęć powrotu na Ziemię. Najwyraźniej, mimo poprawy stosunków z pobratymcami, wciąż czuje się niepewnie na Kelowna. Czy bylibyście w stanie ponownie zaakceptować go w grupie?
Jeśli o mnie chodzi, nie znałem faceta zbyt dobrze, bo w sumie był w SG-1, gdy ja latałem po galaktyce odarty z cielesnej powłoki, ale Jack i T. zawsze wyrażali się o nim dobrze, podobnie zresztą, jak Sam, więc byłem skłonny się zgodzić.
- To akceptowalna kandydatura, generale Hammond.- stwierdził Teal'c.- Jonas Quinn będzie dobrym nabytkiem dla SG-1.
- I ja popieram ten pomysł, sir.- przytaknąłem, wybierając mniejsze zło.
- A więc, ustalone.- powiedział Hammond.- Powiadomię prezydenta i szefa sztabów, a potem ustanowimy połączenie z Kelowna.
W odpowiedzi Teal'c i ja tylko skinęliśmy głowami. Tego dnia zaczęła się nowa era dla SG-1, era bez Jacka O'Neilla, jako dowódcy.
Teraz pozostało nam już tylko jedno- zawiadomić o tym Sam…
Nigdy nie zapomnę jej miny, gdy powiedzieliśmy jej o Jacku, gdy zrozumiała, że jej zdrada na zawsze zmieniła oblicze naszej grupy i choć wreszcie wzięła się w garść, przywdziewając na twarz maskę dobrego żołnierza, to obaj z T. dobrze wiedzieliśmy, iż ona sobie nigdy nie wybaczy.
Podpułkownik dr. Samantha Carter nigdy już nie była taka sama…
tbc
