/Harry/
Po chwili na stole stał talerz z dwoma dużymi tostami z serem oraz miska z sałatką i kakao.
Z radością patrzyłem jak mały z ogromną prędkością pochłania przygotowane przeze mnie śniadanie, choć cały czas miałam ochotę rzucić na rodziców jakąś porządną klątwę, którą zresztą sami mnie nauczyli. Pohamowałem się jednak, nie chcąc by Nathan był światkiem masakry.
- Dziękuję!
Skinąłem głową i rzuciłem zaklęcie dzięki któremu naczynia same zaczęły się myć i wycierać. Jak dobrze, że jak byłem mały często przyglądałem się jak matka rzuca to zaklęcie...
Dzięki kolejnym zaklęciom udało mi się wykonać niesamowicie szybko wszystkie czynności, które miał do zrobienia Nathan.
- No i po sprawie.
Nathan patrzył z niedowierzaniem, po czym podbiegł do mnie i mocno przytulił. Wziąłem go na ręce i skierowałem się do salonu, gdzie siedzieli rodzice, którzy nie byli świadomi tego co przed chwilą się zdarzyło w kuchni.
- Och kochanie postaw go. Nathan sam umie chodzić! Co jeśli coś ci się przez to stanie?
Nie mogłem uwierzyć, że mówi to moja matka. Czy Nathanowi nie należy się choć trochę czułości, czy choćby minimalne zainteresowanie ze strony brata. Muszę ich czymś zająć… pomyślałem. No tak! Przecież ostatnio kupowałem im bilety do kina na dzisiejszy seans!
- Daj spokój. Wiesz… zarezerwowałem dla was bilety w kinie. Pamiętasz jak mówiłaś, że chciałabyś pójść na taki jeden film, którego premiera jest dzisiaj?
- Naprawdę to zrobiłeś? James proszę chodźmy!
- Ale co z Harry'm i jego treningiem?
- Poradzę sobie. Idźcie.
Jeden punkt mojego misternego planu wykonany. Uśmiechnąłem się pod nosem, gdy ojciec zgodził się pójść.
Jak tylko rodzice wyszli wziąłem na ręce brata i skierowałem się w stronę swojego pokoju. Wyjąłem ubrania, kilka najważniejszych książek, najpotrzebniejsze eliksiry, miotłę, znicz, pelerynę niewidkę i oczywiście wszystkie swoje oszczędności. Wszystko pomniejszyłem i spakowałem do torby leżącej na stole.
- Co robisz?
- Uciekamy stąd. Nie pozwolę ci tak żyć rozumiesz?
Skinął niepewnie głową. Nałożyłem na nas pelerynę niewidkę i ruszyliśmy przed siebie.
Pierwszym miejscem, gdzie się udaliśmy była Pokątna. Tam skierowałem się wprost do hotelu. Na wejściu poprosiłem obsługę o złożenie przysięgi wieczystej. Gdy byłem pewny, że nikt nie wyda, że tam byliśmy wynająłem pokój z łazienką i zamówiłem kolację.
Kolejny punkt planu za nami. Teraz jak zmienić nazwisko w ukryciu przed rodzicami? Tego nie wiedziałem. Postanowiłem jednak na razie dać sobie z tym spokój. W tym momencie najważniejszy był Nathan.
W spokoju zjedliśmy kolację i umyliśmy się.
- Dobranoc.
Przykryłem brata kołdrą i pocałowałem w czoło.
- Dobranoc – odpowiedział ziewając przeciągle.
Przez długi czas nie mogłem usnąć. W końcu wstałem, założyłem pelerynę niewidkę i zszedłem do recepcji zastanawiając się, czy nie ma tam może Proroka Wieczornego. Był. Chwyciłem gazetę do reki i przeczytałem nagłówek znajdujący się na pierwszej stronie: „Śmierciożercy zaatakowali dom Potterów. Nikt nie przeżył." Nie mogłem w to uwierzyć. To było nie do pomyślenia. Co prawda nie życzyłem rodzicom dobrze, jednak nigdy nie chciałem żeby zginęli, w końcu wiele dla mnie zrobili. Nie płakałem jednak. Po tym co zrobili Nathanowi po prostu nie umiałem.
Kolejnego dnia spakowałem wszystkie rzeczy, usunąłem siebie oraz brata ze wspomnień ludzi, którzy nas widzieli i znów pod peleryną niewidką wyszliśmy z budynku wprost na zatłoczoną ulicę Pokątną. Ludzie krążący od sklepu do sklepu wydawali się przerażeni, spanikowani. Już wiedzą. Nie mają swojego Wybrańca. Już nie ma kto uratować ich przed największym złem. Uśmiechnąłem się pod nosem. Sprawdziłem czy peleryna na pewno całkowicie nas zasłania i ruszyliśmy do fryzjera. Akurat nie miał żadnego klienta. Zaklęciem sprawiłem, że drzwi zamknęły się za nami, okna stały się czarne, dzięki czemu nikt nie mógł widzieć co tu się dzieje. Nie zapomniałem też o zaklęciu wyciszającym pomieszczenie
- Pan Potter! Jak to możliwe? Przecież pan nie żyje!
- Tak, tak Harry Potter. Nie gadaj tylko rób co należy do twoich obowiązków. Proszę obciąć mi włosy i trwale przefarbować na blond.
Cieszyłem się, że niedawno fryzjerzy odkryli taki sposób, by żadne znane zaklęcie nie mogło zmienić koloru przefarbowanych włosów na ich naturalny odcień.
- Oczywiście.
- To samo proszę zrobić jeśli chodzi o Nathana.
Fryzjer skinął głową i pośpiesznie zabrał się za wykonywanie swojej pracy. Gdy skończył jemu również pomieszałem w głowie i wyszedłem zostawiając odpowiednią sumę galeonów na stoliku.
Kolejnym miejscem jakie odwiedziliśmy był Śmiertelny Nokturn. Nathan pociągnął nosem i uczepił się mnie mocno bojąc się ludzi ubranych na czarno, których twarze przesłaniały kaptury. Obawiając się porwania wziąłem go na ręce i mocno przytuliłem do siebie.
- Poproszę dwie pary soczewek.
- Dzieci nie obsługujemy. Przykro mi.
- Nie życzę sobie takiego traktowania – wyjąłem worek pieniędzy.
- Och.. oczywiście… Przepraszam. Jaki kolor soczewek?
- Czarny.
- Rozumiem, że chce pan soczewki, które nie podrażnią oczu, których nie trzeba wymieniać, czy też w ogóle ściągać?
Czytał mi w myślach.
- Dokładnie.
- Proszę to najlepszej jakości produkt. Lepszego już pan nie znajdzie, w każdym razie nie z takimi właściwościami jakie sobie pan życzy.
- Dziękuję.
Zapłaciłem odpowiednią sumę po czym założyłem owe soczewki sobie i bratu.
Kolejnym celem podróży było Ministerstwo Magii, a dokładniej biuro ministra. Miałem na niego haka, więc spokojnie mogłem liczyć na jego pomoc i współpracę w pewnej, niecierpiącej zwłoki sprawie.
