- Nie zabiłem Kirsten! – krzyczał Michael Morris, siedząc w pokoju przesłuchań. – Kochałem ją!
- Dlaczego nie powiedziałeś nam o planowanej ucieczce?
- To miał być wyjazd! Oboje byliśmy już pełnoletni.
- Czy ktoś jeszcze o tym wiedział? – zapytała Bones.
- Nie. Nie chciałem, żeby ktoś wiedział o tym, że taki anioł jak Kirsten wybrał chłopaka z poprawczaka! Byłego ćpuna. To popsułoby jej reputację.
Bones i Booth spojrzeli po sobie.
- Mówiłeś, że się pokłóciliście – powiedział agent.
- Tak. – Ukrył twarz w dłoniach. – Ale jej nie zabiłem...
- Możemy zatrzymać go tylko na dobę – westchnął Booth, kiedy wsiedli do auta.
- On jej nie zabił.
- Nie ma motywu, wiem. Ale jest z poprawczaka.
Posłała mu rozgniewane spojrzenie.
- Poza tym mieszka w Arlington – ciągnął. – Stamtąd wysłano pięć z dwudziestu sześciu kartek.
- Powinniśmy przeszukać rzeczy Kirsten.
- Zabrała je i uciekła.
- Nie uciekła, Booth, bo ktoś ją zabił – rzuciła ze złością w głosie.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu; samochód stanął na czerwonym świetle.
- Skoro ją znaleźliśmy w grobowcu – zaczął nagle Booth – może jej rzeczy też tam gdzieś są?
Wezwali ekipę techników do przeszukania cmentarza.
- Mamy narzędzie zbrodni! – wykrzyknął nagle Zach. – Ogrodzenie!
Brennan spojrzała na mur okalający cmentarz. Wieńczyły go metalowe szpikulce pomalowane na czarno. Niektóre były przerdzewiałe.
- Potrzebujemy tylko odpowiedniego kąta – dodał Hodgins.
- Sprawdźcie, czy jakaś część ogrodzenia jest zniszczona – polecił Booth.
Szybko znaleźli odpowiedni odcinek muru. Na szpikulcu znaleźli krew.
- Stała tutaj i ktoś pchnął ją na ogrodzenie. – Zach zrobił krok do przodu. – Zaczepiła o tą płytę nagrobną i siłą pchnięcia i własnego upadku wpadła na szpikulec. Nasze narzędzie zbrodni.
- Znaleźliśmy walizkę! – Usłyszeli nagle.
Cała jej zawartość została rozłożona na stole w instytucie. Zwykłe drobiazgi i ubrania. Wśród nich był notatnik zamordowanej. Bones zaczęła go czytać. Kirsten pisała główne wiersze, które ozdabiała różnymi rysunkami. To między nimi znalazła krótki wpis.
11.04.08 r. Anne zrobiła się dziwna, od kiedy spotykam się z Michaelem. Nie można z nią normalnie porozmawiać. Oddaliłyśmy się od siebie. Nigdy tego nie chciałam. Jesteśmy przyjaciółkami.
- Cyfry – powiedziała Brennan. – Ta czwórka... Przynieś pocztówki.
Po chwili zaczęli oglądać kartki.
- To nie są te same cyfry. – Nie potrzebowali opinii grafologa, żeby to zauważyć. – Daty pisał ktoś inny.
Michael jako ich główny i jedyny podejrzany został poproszony o napisanie kilku liczb. Stawiał zupełnie inne cyfry. Zwolnili go z aresztu.
- Co dalej? – zapytała Bones.
- Sprawdzimy pismo wszystkich ze szkoły. Zaczynając od Anne. Kirsten pisała, że zrobiła się dziwna.
Dziewczyny jednak nie zastali w szkole. Siostra Valentine powiedziała, że pojechała do Arlington odebrać książki. Znaleźli ją przed wspomnianą księgarnią. Zamieniła kilka słów z jakąś kobietą, po czym wyjęła z torby plik listów i wrzuciła je do pobliskiej skrzynki. Weszła do budynku, kiedy Booth wykręcił numer do Urzędu Pocztowego.
Anne wypełniała właśnie jakiś blankiet, kiedy podszedł do niej Seeley.
- Agent Booth? – Spojrzała na niego zdumiona. Bones wychyliła się zza partnera.
Mężczyzna położył na blacie obok pocztówkę „od Kirsten". Nową. Tą, którą przed kwadransem wrzuciła do skrzynki, a potem zerknął na rząd cyfr na czeku, który wypełniała. Były takie same jak na kartce z Salt Lake City z dzisiejszą datą.
- Anne Farrell, jesteś aresztowana pod zarzutem zamordowania Kirsten Hudson – powiedział poważnym głosem.
- To był wypadek – wyszeptała pobladła dziewczyna.
Anne wpatrywała się w widokówki. Siedziała w pokoju przesłuchań.
- To był wypadek – powtórzyła. – Kiedy Kirsten przyszła do naszej szkoły, od razu się z nią zaprzyjaźniłam. Była taka dobra, serdeczna. Prawdziwy anioł. Szybko zdawałam sobie sprawę, że... że ją kocham. – Dziewczyna wzięła głęboki oddech. – Sama mi to często mówiła. A potem... poznała tego chłopaka. Powiedziała, że się w nim zakochała i chce wyjechać z nim w świat. Chciała mnie zostawić. – Ukryła twarz w dłoniach, pociągając nosem. – Kochałam ją. Wiedziałam, że napisała list. Wiedziałam, że jest spakowana i umówiona. Że jest gotowa do ucieczki. Tego wieczoru znalazłam ją na cmentarzu. Pisała te swoje wiersze. Powiedziałam jej, że... ją kocham i nie chcę, żeby mnie opuściła. „Chcę spełnić swoje marzenia. Podróżować", odparła z uśmiechem. Poczułam złość. Zaczęłyśmy się kłócić. Ja... pchnęłam ją. Nie zauważyłam tego szpikulca. Ona potknęła się i runęła na ogrodzenie. Widziałam, jak przebiło ją na wylot. Byłam przerażona, nic nie mogłam zrobić. Kirsten nie żyła.
Bałam się – kontynuowała cienkim głosem – ale nie chciałam iść do więzienia. Wszyscy by mnie znienawidzili za to, co zrobiłam. To był wypadek. Nikt by mi nie uwierzył! Ukryłam ciało Kirsten w grobowcu. Jej walizkę też. – Rozpłakała się głośno. – Nie chciałam jej zabić...
- A kartki? – zapytał Booth.
- Zbierała je. Przyjaźniła się z naszym kierowcą, Chrisem Wilsonem. Jeździł autokarami po całym kraju, wożąc wycieczki. Przywoził jej pocztówki. Bardzo mu zazdrościła. Że podróżuje. Zawsze pisała na tych kartkach pozdrowienia i adresowała je na św. Annę, jakby naprawdę kiedyś miała je z tych miejsc wysłać. Kiedyś chciał ją ze sobą wziąć do Chicago, ale... Kirsten powiedziała, że nie pojedzie beze mnie. Ja mam chorobę lokomocyjną. Czuję się źle nawet, kiedy jadę tylko do Arlington.
- Kto wysyłał kartki?
- Chris, a część ja. Powiedziałam mu, że musi mi pomóc, bo Kirsten uciekła z chłopakiem do Europy i nikt nie może się o tym dowiedzieć.
- Po co pomysł z pocztówkami? – zapytała Bones. – Żeby myśleli, że żyje?
- Tak. Wtedy ja też tak myślałam. – Dziewczyna rozpłakała się w głos. – To był wypadek...
Bones popijała kawę z jednorazowego kubka z logo Starbucksa.
- Pewnego dnia skończyłyby się jej kartki – mruknął Booth, poprawiając się na parkowej ławce. – Co by zrobiła? Jak długo wszyscy żyliby w tym kłamstwie?...
- To kłamstwo chyba wszystkim się podobało – powiedziała. – Kochali Kirsten.
Pokiwał w zamyśleniu głową. Sięgnęła do kieszeni i wyjęła kartkę.
- To ksero jednego z jej wierszy – powiedziała. – Pochowano ją z jej notatnikiem.
Zaczęła czytać. Tytuł brzmiał Śmierć.
Śmierć jest elegancka
Ubrana w garnitur
Albo czarną garsonkę
Idealnie skrojone, drogie
Niechlujne jest Życie
Śmierć nosi makijaż
Leży w atłasowym łożu
Lśniącej trumny
Zamkniętej na zawsze
W marmurze grobowca
Śmierć chowa się
Pod kwiatami
Ich kolorami, zapachem
I czujnym okiem
Kamiennego anioła
Śmierć jest czysta
Cicha, spokojna
Skupiona, piękna
Daleka od Życia
Lepsza?
Złożyła papier.
- Śmierć, którą znamy my, jest inna – powiedziała cicho Bones.
Nagle Booth otoczył ją ramieniem.
- Śmierć nie jest lepsza od życia. – Usłyszała przy uchu.
- Wiem, Booth.
Upiła łyk kawy. Słodki zapach przyjemnie owionął jej twarz; zmrużyła lekko oczy, smakując gorący napój; myślami była daleko. Booth chyba też, ale nadal czuła jego ciężką rękę na ramieniu. Zaczęła zastanawiać się, jakimi słowami można napisać wiersz o życiu. Kirsten chyba by wiedziała. Ale już go nie napisze. Szkoda.
KONIEC
