Rozdział III
Przyjazd
Hogwart Express wytoczył się powoli ze stacji. Peron za oknem zniknął w perłowoszarej mgle, która zawsze unosiła się nad dworcem King's Cross pierwszego września. Harry rozejrzał się po korytarzu. Kilku uczniów minęło go pośpiesznie, szukając wolnego przedziału. Wszystko było tak znajome i normalne, że chłopak zaczął wątpić, czy ostatnie kilka tygodni spędzonych w Domu Riddle'ów nie było tylko jakimś dziwacznym snem.
Przełknął ślinę z niepokojem. A co, jeśli to sobie wymyślił? Co, jeśli gdzieś tam na zewnątrz czyha na niego dawny Voldemort, zimna, bezduszna bestia chcąca go zabić? Co, jeśli społeczność czarodziejów nadal oczekuje, że Harry dokona jakiegoś cudu poza swoimi możliwościami i obroni ludzi przed potworem? Co, jeśli Draco... to tylko Draco? Co zrobi, jeśli Tom, jego obsesyjny opiekuna, jest tylko snem?
Chłopak zamrugał gwałtownie, by odgonić łzy, które napłynęły mu do oczu. Nagle uświadomił sobie, że profesor Slughorn go obserwuje.
- Wszystko w porządku, Harry? - zapytał delikatnie starszy mężczyzna.
Gryfon skinął głową w odpowiedzi.
Slughorn uśmiechnął się lekko.
- Musisz wiedzieć, Harry, że przez chwilę wyglądałeś zupełnie jak twoja matka, Lily. Tak, tak, mój drogi chłopcze, znałem twoich rodziców - uczyłem ich przecież w Hogwarcie. Twoje oczy... Są dokładnie takie jak twojej matki. Jakie to niezwykłe... - Głos Slughorna zamarł, a on sam stał przez chwilę niezdecydowany, zamyślony. Potem chwycił Harry'ego za ramię i poprowadził go przez korytarz.
- Patrzcie! Nie uwierzycie, kogo znalazłem na peronie! – Nauczyciel wprowadził Harry'ego do swojego przedziału w aurze tryumfu.
Chłopak rozejrzał się oszołomiony po nieznanym pomieszczeniu. Nie był to zwykły przedział. Ściany wyłożono lśniącym ciemnym drewnem z inkrustacjami z macicy perłowej, układającymi się w węże; jeszcze więcej wężowych wzorów zdobiło woskowany parkiet. Ławki obito szmaragdowym aksamitem, a mahoniowe stoliki przykryto śnieżnobiałymi obrusami i rozstawiono na nich złotą zastawę z inicjałami HS. Z koszy ustawionych pod oknem rozchodził się przyjemny zapach.
- Harry? – dobiegł go zduszony szept. - Ty żyjesz? - Ginny spojrzała na niego z wyrazem bezgranicznego zdziwienia w brązowych oczach.
- Wiedziałem! - Ku zaskoczeniu Harry'ego Neville Longbottom również siedział w przedziale Slughorna. Jego okrągła twarz rozpromieniła się, gdy zobaczył przyjaciela. – Widzisz, miałem rację Ginny! Wiedziałem, że Sam-Wiesz-Kto nie byłby w stanie go zabić! Miło cię widzieć, Harry!
Gryfon uśmiechnął się i serdecznie uścisnął dłoń Neville'a, czując przy tym ukłucie wyrzutów sumienia, bo dopiero teraz uświadomił sobie, jak bardzo jego przyjaciele się martwili, gdy zniknął.
- Gdzie byłeś, Harry? – Chłopak marzył, by w głosie Ginny było nieco więcej gniewu niż troski.
Zaczerwienił się.
- Ja… byłem u Malfoyów. Miałem trochę kłopotów z krewnymi i Malfoyowie mnie od nich zabrali.
- Co? - Ginny wpatrywała się w niego ze zdumieniem. - Ale dlaczego…
- Ach, więc wy się znacie! – przerwał im Slughorn. – Oczywiście znasz też Zabiniego, Harry, jest na siódmym roku.
- Witaj, Harry. Jak się masz? - Wysoki, przystojny Ślizgom powitał Harry z lekkim uśmiechem. Chłopak czuł się zdezorientowany. Dlaczego Zabini był dla niego taki miły? Do tej pory zazwyczaj warczał na Harry'ego mijając go na korytarzu. Najwyraźniej znajomość z Malfoyami wywarła na Ślizgonach dobre wrażenie.
- A to Cormac McLaggen i Marcus Belby, również z siódmej klasy - kontynuował rozradowany Slughorn.
Dwóch uczniów przywitało go sztywno, po czym Harry opadł na wolne miejsce, desperacko próbując uniknąć zagadkowych spojrzeń Ginny.
Co za miła niespodzianka! - szczebiotał Slughorn. - Chłopiec, Który Przeżył! Muszę przyznać, że twoje niedawne tajemnicze zniknięcie bardzo nas wszystkich zmartwiło, ale powinienem wiedzieć, że Wybraniec nigdy nie poddałby się Czarnemu Panu! – Zaczął rozdzielać kosze z jedzeniem siedzącym wokół niego uczniom. - A teraz, Harry, mój chłopcze, musisz spróbować pâté de canard en croûte*…
...
- Harry! Zaczekaj!
Chłopak zatrzymał się i uśmiechnął do Rona, który torował sobie drogę w tłumie uczniów wysiadających z pociągu na stacji w Hogsmead.
- Miło cię widzieć!
- Ciebie też, stary. Jak było na lunchu?
Harry skrzywił się.
- Dobre jedzenie, męczące towarzystwo. Z wyjątkiem Ginny i Neville'a oczywiście. Poza nami - tylko Ślizgoni. Slughorn był miły, ale myślę, że zaprosił mnie tylko dlatego, że jestem sławny.
- Och, a więc jest taki. - Głos Rona był pełen współczucia.
- A jak było… w przedziale prefektów? - Harry miał nadzieję, że nie brzmi jak ktoś, kto próbuje wyłudzić informacje.
Ron myślał przez chwilę.
- No cóż... To było naprawdę dziwne. Na początku Hermiona tylko siedziała wpatrując się w Malfoya, tak jak zrobiłby każdy rozsądny człowiek, ale potem zaczęła mówić.
- Mówić? O czym?
Ron potarł piegowaty nos w zamyśleniu.
- Cóż, przede wszystkim o tobie. Hermiona chciała wiedzieć, gdzie dokładnie byłeś i dlaczego nic nam nie napisałeś. Brzmiała prawie jak moja matka. A potem było jeszcze dziwniej… Gdy Hermiona skończyła, Malfoy zaczął zadawać nam mnóstwo pytań.
- Co masz na myśli? Co chciał wiedzieć?
Rudzielec zawahał się.
- Hmm... Pytał o twoich krewnych i o to, czy wiemy, jak źle cię traktują. Szczerze powiedziawszy, wyglądał na wściekłego, gdy o tym mówił. Czy to prawda, że cię bili? Nie wiedziałem... Powinieneś nam powiedzieć, Harry. W każdym razie Hermiona początkowo odpowiadała mu z dystansem. No bo po co Malfoyowi taka wiedza o tobie? Ale kiedy dowiedziała się, że wuj cię bił, zgodziła się z Malfoyem, że Dumbledore powinien coś z tym zrobić już dawno temu.
- Och. - Harry nie wiedział, co powiedzieć.
- A potem ... - Ron potrząsnął głową. - Potem przyszła kolej na coś, czego nie mogę pojąć. Malfoy zaczął zadawać różne osobiste pytania, na przykład czy nadal jesteś smutny, że nie wyszło ci z Cho, jakie rzeczy cię uszczęśliwiają i jaki jest twój ulubiony kolor. Wspomniał coś o barwie twoich oczu, a Hermiona zaczęła się do niego uśmiechać w taki dziwny sposób, jakby nagle zrozumiała, jaki sens mają te wszystkie pytania, a kiedy chciałem się wtrącić i powiedzieć Malfoyowi, żeby się zamknął, Hermiona zapytała mnie, czy wiem, jaki jest jej ulubiony kolor, a ja oczywiście powiedziałem, że nie wiem, więc się trochę zirytowała. Kto się przejmuje takimi rzeczami? Ja nawet nie wiem, jaki jest mój ulubiony kolor, nie mówiąc już o innych.
- Racja.
- A potem, kiedy Malfoy wyszedł na chwilę z przedziału, żeby zobaczyć, czy nic ci się nie stało - możesz w to uwierzyć? - powiedziałem Hermionie, że według mnie to trochę dziwne, że Malfoy nagle tak się tobą interesuje. Przecież on zawsze cię nienawidził, nie? A tu nagle Malfoyowie zabierają cię od Dursleyów, a Malfoy chce wiedzieć, jakiej muzyki słuchasz. Wcześniej na stacji zauważyłem, że patrzy na ciebie jakoś tak śmiesznie, jakbyś był rzadką kartą z czekoladowych żab czy coś. To wszystko jest bardzo podejrzane, jeśli chcesz znać moje zdanie. On coś planuje. Ale kiedy powiedziałem Hermionie, że nic z tego nie rozumiem, po prostu westchnęła i powiedziała, że Malfoy był przecież uroczy, ale oczywiście, że nie zrozumiem tego, co się zmieniło między tobą i Malfoyem, bo moje uczucia to łyżeczka... nie, to nie było tak… filiżanka emocji? Coś w tym stylu. - Ron westchnął. - W każdym razie to było strasznie dziwne. Bardzo, bardzo dziwne, Harry.
- A... gdzie jest teraz Malfoy?
Ron obejrzał się.
- Przypuszczam, że nadal rozmawia z Hermioną... O, tam są! Poczekajmy na nich.
Ku zaskoczeniu Harry'ego, Tom i Hermiona wyszli z pociągu razem, rozmawiając jak starzy znajomi. Przeraził się jednak, słysząc słowa zbliżającego się Toma: "...oczywiście masz rację, Hermiono, on musi zacząć traktować naukę poważnie..."
- Ach, są tutaj! - Twarz Toma rozświetliła się, gdy zauważył Harry'ego, a Hermiona uśmiechnęła się do siebie.
Znaleźli powóz dla całej czwórki, a Ron - ku uldze Harry'ego - przerwał Hermionie i Tomowi dogłębną analizę jego szkolnych dokonań informacją o zaręczynach swojego najstarszego brata, Billa. Ze wszystkich dziewczyn na świecie, Bill zaręczył się nie z kim innym jak z Fleur Delacour.
- To trochę rozstroiło mamę i Ginny - dumał Ron. - Ginny chyba naprawdę myśli, że Bill powinien ożenić się z Tonks. Tonks! Tonks jest naprawdę bardzo miła, to jasne, ale żaden facet przy zdrowych zmysłach nie wybrałby jej zamiast Fleur.
Hermiona skomentowała tą wypowiedź tylko pogardliwym prychnięciem i ignorowała Rona przez resztę drogi.
Wszystko w porządku?,wyszeptał głos w umyśle Harry'ego. Chłopak uśmiechnął się lekko do Toma i skinął głową.
Harry wychylił się przez okno powozu i odetchnął chłodnym wieczornym powietrzem. Widział ciemne kształty testrali na tle głębokiego wieczornego cienia. Szybko rzucił okiem na Toma. On też je widzi, pomyślał. Widzi je lepiej niż ktokolwiek inny... Przełknął ślinę. Zachodzące słońce wyglądało jak złoto stopione nad horyzontem. Hogwart pojawił się w polu widzenia, ciemny kontur na tle wieczornego nieba. Harry poczuł jak jego serce bije szybciej, jak zawsze, gdy wracał do zamku. Zastanawiam się, co czuje Tom, pomyślał. Wraca do Hogwartu; do miejsca, w którym kiedyś był tylko Tomem Riddle'em, zanim stał się Voldemortem.
Gdy wysiedli z powozu, pojawił się przed nimi ciemny kształt.
- Potter! - Czarne włosy Snape'a wisiały bezwładnie wokół jego bladej twarzy, a oczy miały tak dziwny wyraz, że Harry nie był w stanie go zinterpretować.
No, no, czyż Severus nie wygląda dziś nieco ponuro?,szepnął rozbawiony głos w głowie Harry'ego.
- Widzę, że pogłoski o twojej śmierci były przesadzone, jak zwykle. - Harry zastanawiał się przez chwilę, czy nie usłyszał drżenia w lodowatym głosie Snape'a. Nie, musiał to sobie wyobrazić.
- Potter, dyrektor chce cię natychmiast widzieć. Pójdziesz prosto do jego gabinetu. - Nie, głos Snape'a był równie spokojny i nieprzyjemny jak zawsze.
- Zabiorę go tam - wtrącił szybko Tom.
Snape spojrzał na niego ze zdziwieniem.
- To absurd. Nie zrobisz niczego takiego, Malfoy. Pójdziesz do dormitorium Ślizgonów, gdzie powinieneś się znaleźć. Nawet uczeń o możliwościach intelektualnych tak skromnych jak Potter powinien znaleźć drogę... Ach! - Urwał i potarł ostrożnie ramię, a na jego twarzy pojawiła się nagle trwoga.
- Wszystko w porządku, panie profesorze? - zapytał niewinnie Tom, odrzucając z oczu kosmyk lnianych włosów i uśmiechając się do Snape'a.
- W porządku, dziękuję, Draco. - Snape stał przed Tomem z nieodgadnioną miną. - Miło, że pytasz. Proszę za mną.
Nauczyciel przyglądał się Tomowi uważnie w drodze do zamku. Harry wstrzymał oddech, kiedy dotarli do bramy, ale Tom przeszedł przez nią bez problemu.
Nie martw się, Harry. Gryfon znów usłyszał głos w swojej głowie. Pójdę za Tobą do gabinetu Dumbledore'a. Nigdy nie zostawię cię z nim samego.
Zawsze możesz użyć mojej peleryny-niewidki,pomyślał Harry. Jest w moim szkolnym kufrze.
Szmer śmiechu przebiegł przez umysł Toma. Peleryna-niewidka? Nie bądź głupi, Harry, peleryny-niewidki to tylko zabawki dla dzieci. Nigdy nie działają tak jak powinny.
Moja działa, odpowiedział Harry. Czyni zupełnie niewidzialnym. Używałem jej już wiele razy. Wcześniej należała do mojego ojca.
Naprawdę?Tom spojrzał na niego z zaciekawieniem. Twój ojciec zostawił ci doskonałą pelerynę-niewidkę? Czy nie odziedziczyłeś też po nim czarnej różdżki i małego kamienia?
Co?Harry poczuł się zmieszany.
Nic takiego. Powiem ci o tym później, mój drogi. Urocza bajka na dobranoc. Myślę, że ci się spodoba.
...
- Harry! - Dumbledore wstał z krzesła, gdy Harry wszedł do gabinetu. Jego stara, pomarszczona twarz wyrażała troskę. - Jesteś bezpieczny! Na Merlina, gdzieś ty się podziewał? - Głos dyrektora drżał. - Wszyscy się o ciebie baliśmy.
Jestem tutaj,wyszeptał głos w umyśle Harry'ego. Chłopak wyczuł lekki ruch i uśmiechnął się do siebie.
- Spędziłem kilka tygodni z Malfoyami, panie profesorze.
Dumbledore przyjrzał mu się uważnie ponad okularami.
- A więc to prawda? Muszę przyznać, że byłem dość zaskoczony, kiedy dostałem pierwszego patronusa z wiadomością, że widziano cię z Lucjuszem i Narcyzą na King's Cross. - Niebieskie spojrzenie Dumbledore'a spotkało zielone oczy Harry'ego. - Co w ciebie wstąpiło, Harry? Użyli na tobie Imperiusa? Myślałem, że podjęto wszelkie możliwe środki ostrożności...
- Moi krewni mnie bili, proszę pana. Ponieważ... ponieważ pan już o tym wiedział i nic z tym nie zrobił, wysłałem sowę do Malfoyów. - Harry ćwiczył swoją opowieść kilka razy w Domu Riddle'ów.
- Wysłałeś sowę do Malfoyów? - Dumbledore wyglądał nagle na o wiele starszego i zmęczonego. - Jak mogłeś zrobić coś tak niebezpiecznego i nieprzemyślanego, mój chłopcze? Lucjusz Malfoy jest śmierciożercą; wiesz o tym równie dobrze jak ja. Tak, tak, wiem, że udało mu się jakoś wydostać z Azkabanu, ale to niczego nie zmienia, Harry. Widziałeś go z Lordem Voldemortem w Ministerstwie. Miałeś szczęście, niezwykłe szczęście, że Malfoyowie nie zawlekli cię do Voldemorta. W gruncie rzeczy jestem raczej zaskoczony, że tego nie zrobili. Jak mogłeś podjąć takie ryzyko, Harry? A co, jeśli coś by ci się stało? Jesteś naszą jedyną nadzieją. Czy zapomniałeś o wszystkich ludziach, którzy na ciebie liczą? Mój drogi chłopcze, dlaczego nie napisałeś do Weasleyów, jeśli byłeś nieszczęśliwy? Dlaczego Malfoyowie?
Harry spojrzał na dywan i szepnął:
- Weasleyowie skontaktowaliby się z panem. Bałem się, ze każe mi pan wrócić do domu.
Dumbledore opadł na fotel i westchnął głęboko.
- Harry, jest mi strasznie przykro z powodu nieszczęść, których przysporzyli ci krewni, musisz mi wierzyć. Wiem, że daleko im do wymarzonych opiekunów, ale należało pamiętać, że to ja cię tam wysłałem i miałem ku temu swoje powody! Dom twojego wuja i ciotki jest jedynym miejscem poza Hogwartem, gdzie jesteś całkowicie bezpieczny. - Spojrzał na Harry'ego życzliwie – W życiu trzeba czasami cierpieć, Harry, a my musimy nauczyć się znosić to z odwagą. Czasami... czasami trzeba się poświecić dla większego dobra. - Głos dyrektora brzmiał bardzo gładko, gdy wypowiadał to zdanie.
Harry poczuł, że Tom się poruszył. Głos szepnął mu w myślach: Co się stało z jego ręką? Spójrz na rękę, Harry.
Gryfon rzucił okiem na ręce Dumbledore'a, które ten złożył na biurku jak do modlitwy. Lewa ręka wyglądało normalnie, ale prawa była zwęglony, czarna i koścista w złotawym świetle lampy. Coś błysnęło i Harry zobaczył, że na zranionej dłoni dyrektora jest pierścień, którego nigdy wcześniej nie widział; stary złoty pierścień z czarnym jak noc kamieniem pośrodku.
- Co się stało z pańską ręką? - wyszeptał.
- Ach, to? - Dumbledore uśmiechnął się. Był to dobrze Harry'emu znany, uspokajający uśmiech. - Wydaje mi się, że pewnego dnia ci o tym powiem. - Niebieskie oczy dyrektora błyszczały. - Nie mogę wyrazić, jak bardzo się cieszę, ze jesteś już bezpieczny w Hogwarcie. Muszę cię jednak ponownie ostrzec przed Malfoyami. Czy cierpiałeś z ich strony jakieś nadużycia?
Harry potrząsnął głową.
- Och, nie, byli bardzo uprzejmi, naprawdę.
- Tak? - Dumbledore zmarszczył lekko brwi. - Wciąż nie mogę zrozumieć, dlaczego oni... Och, nic nie szkodzi, Harry. Liczy się to, że jesteś bezpieczny po tych wszystkich nierozważnych i ryzykownych działaniach. - Uśmiechnął się ponownie. - Szkoda, że nie mogłem cię znaleźć tego lata. Miałem dla ciebie ważną misję.
- Misję?
Dumbledore pochylił się ku niemu.
- Tak, misję, Harry. Chciałem, żebyś mi pomógł namówić profesora Slughorna do powrotu do Hogwartu. Myślałem, że twoja obecność sprawi, że przychylniej podejdzie do mojej oferty.
- Hmm... - Harry zastanawiał się nad tym przez chwilę. - No cóż, i tak się zgodził, prawda?
Dyrektor skinął głową.
- W końcu tak. Ale zaoszczędziłoby mi to wielu kłopotów, gdybyś był tam ze mną... W każdym razie, Harry, mamy wiele do omówienia; myślę, że nadszedł czas, bym podjął bardziej aktywną rolę w twojej edukacji. Zdecydowałem, że w tym roku będę udzielał ci prywatnych lekcji. Będziemy razem podróżować w przeszłość, by dowiedzieć się więcej o Voldemorcie. Myślę, że uznasz to za...
Dumbledore urwał. Starzec nagle zesztywniał i upadł z łoskotem na podłogę.
Harry spojrzał przerażony na bezwładne ciało dyrektora.
- Tom, co mu zrobiłeś? - wyszeptał. - Nie zabiłeś go, prawda?
Niewidzialna ręka potargała delikatnie włosy Harry'ego.
- Czy go zabiłem? Jeszcze nie, mój drogi. Tylko go unieruchomiłem. Nie mogłem dłużej znieść słuchania tej obłąkanej logiki. Poza tym chciałem się bliżej przyjrzeć temu pierścieniowi. - Tom wyjrzał spod peleryny-niewidki z włosami w nieładzie, po czym pochylił się nad nieruchomym ciałem dyrektora. - To ciekawe...
Zdjął pierścień z palca Dumbledore'a i spojrzał na niego w świetle lampy.
- To jest mój pierścień. Co moja rodzinna pamiątka robi tutaj? I kamień jest pęknięty...
- Twój pierścień? - Harry spojrzał na matowy, czarny kamień z dziwnym pęknięciem w środku. - Czy to jest horkruks?
- To był horkruks. - Tom przebiegł palcami po ciemnym kamieniu. - Już nim nie jest, czuję to. Dumbledore musiał go zniszczyć. Przez to jego ręka tak wygląda. - W jego szarych oczach pojawił się płomień gniewu i w tej chwili nikt nie powiedziałby, że to Draco Malfoy.
Tom zmarszczył brwi.
- Ale dlaczego Dumbledore nadal nosi pierścień, mój pierścień? Czy zniszczony horkruks może posiadać jakąś moc? Dlaczego miałby zachować pęknięty kamień? - Chłopak starannie badał pierścień, szukając odpowiedzi.
- Być może kamień sam w sobie jest cenny? - zasugerował Harry.
Tom zamarł. Przez chwilę patrzył na Harry'ego, a potem wybuchnął śmiechem.
- Oczywiście że tak! Jak sprytnie, Harry! To jasne, kamień jest cenny. - Wsunął pierścień do kieszeni. - Zatrzymam go. To moja pamiątka rodzinna, być może kiedyś się nam przyda.
- Do czego?
Riddle delikatnie pogładził włosy Gryfona.
- Zobaczysz, Harry. To będzie niespodzianka. - Spojrzał na leżącego na podłodze dyrektora Hogwartu. - Mam go zabić od razu czy tylko zmodyfikować mu pamięć?
Harry wzdrygnął się na samą myśl o morderstwie.
- Zmodyfikuj pamięć. Proszę. On... on nie jest złym człowiekiem. Myślę, że chce dobrze.
Tom westchnął i pokręcił głową.
- Czy ty żałujesz Albusa Dumbledore'a? Dobrze, niech ci będzie, mój drogi. Obliviate!
Nagle usłyszeli oziębły chichot, dochodzący z jednego z portretów. Harry rozejrzał się zaskoczony. Większość portretów dyrektorów i dyrektorek Hogwartu obserwowała ich w niemym przerażeniu, ale portret Phineasa Nigellusa Blacka przyglądał się Tomowi z błyskiem w oczach.
- No, no, no! Myślałem, że to będzie kolejny nudny semestr, miesiące wiszenia tu i słuchania uroczych przemów Dumbledore'a, ale wygląda na to, że się myliłem. Kim jesteś, młody Ślizgonie?
Nieważne, kim jestem, Phineasie - odpowiedział Tom spokojnie, wskazując różdżką portrety. - Obliviate!
* pieczona faszerowana kaczka bez kości w cieście – danie jest bardzo trudne do przygotowania, ponieważ kaczkę trzeba najpierw pozbawić kości (jak wnioskuję z instrukcji, wymaga to dużo wprawy i samozaparcia), pozostały „garnitur" faszeruje się, a następnie formuje coś w rodzaju rolady i owija ciastem
