Oświadczenie: Nie, nadal niczego nie posiadam…Dlaczego?!

Uwaga: W tym rozdziale będą zmiany w oryginalnym tekście HP

ROZDZIAŁ DRUGI

ZNIKAJĄCA SZYBA

Od czasu, gdy Dursleyowie znaleźli pod drzwiami swojego siostrzeńca, minęło już prawie dziesięć lat, a Privet Drive wcale się nie zmieniło. Słońce wzeszło nad tym samym schludnym frontowym ogródkiem i oświetliło mosiężną czwórkę na drzwiach domu Dursleyów, a potem wśliznęło się do ich salonu, który był dokładnie taki sam, jak w ów wieczór, kiedy to w wieczornym dzienniku pojawiły się złowróżbne doniesienia o sowach. Ile czasu minęło, można się było zorientować tylko po fotografiach stojących na obramowaniu kominka. Dziesięć lat temu było tam mnóstwo zdjęć czegoś, co przypominało wielką, różową piłkę plażową w różnokolorowych czepkach, [Wszyscy w Wielkiej Sali zaczęli się krztusić ze śmiechu. Dudley, cały czerwony z zażenowania, próbował schować swoją olbrzymich rozmiarów sylwetkę za swoją chudą jak patyk matką. Jak można sobie to wyobrazić, nie za bardzo mu to wychodziło, co jeszcze bardziej rozbawiło publiczność.] ale Dudley Dursley już dawno przestał być berbeciem i teraz fotografie przedstawiały tęgiego chłopca o jasnych włosach: a to na swoim pierwszym rowerze, a to na karuzeli w wesołym miasteczku, przy komputerze z ojcem czy w ramionach matki. W salonie nie było absolutnie nic, co by świadczyło, że w tym domu mieszka jeszcze jakiś inny chłopiec. A jednak Harry Potter tam był i w tym momencie spał, choć nie miało to trwać długo. Ciotka Petunia już wstała i wkrótce rozległ się jej wrzaskliwy głos:

- Wstawaj! Dosyć tego spania! Już! [Cała Wielka Sala skrzywiła się mimowolnie, wyobrażając sobie dźwięk takiego głosu.]

Harry obudził się i podskoczył na łóżku. Ciotka znowu załomotała w drzwi.

- Wstawać! - zaskrzeczała. [Ponownie masowe skrzywienie oraz spojrzenia pełne współczucia skierowane ku Harry'emu, który odruchowo masował sobie uszy na samo wspomnienie.]

Harry usłyszał jej kroki zmierzające w kierunku kuchni, a potem brzęk patelni stawianej na kuchence. Przetoczył się na plecy i próbował przypomnieć sobie sen, z którego go wyrwano. To był dobry sen. Był w nim latający motocykl. Harry miał dziwne wrażenie, że śniło mu się to nie po raz pierwszy. [- Niesamowita pamięć. Ile on wtedy miał? Niecałe dwa lata? Niesłychane! – mruczał do siebie malutki profesor od zaklęć, profesor Flitwick.] Ciotka powróciła pod drzwi.

- Wstałeś już? - zapytała.

- Prawie - odpowiedział Harry.

- No to wstawaj, chcę, żebyś przypilnował bekonu. I żeby mi się nie przypalił! Są urodziny Dudziaczka i wszystko ma być jak należy!

Harry jęknął.

- Co powiedziałeś? - warknęła przez drzwi jego ciotka.

- Nic, nic...

Urodziny Dudleya - jak mógł o tym zapomnieć! Zwlókł się z łóżka i zaczął szukać skarpetek. Znalazł je pod łóżkiem i zanim włożył, wyciągnął z jednej pająka. [Harry poklepał Rona po szerokim ramieniu w próbie pocieszenia przyjaciela, który na samo wspomnienie włochatych ośmionogów zadrżał, niczym w gorączce.] Harry był przyzwyczajony do pająków, [- Jak, Harry? Jak można się przyzwyczaić do tych…tych…- zająknął się na końcu Ron i zadrżał ponownie. Harry jedynie wzruszył ramionami. Widział, że za chwilę rozpęta się piekło.] bo w komórce pod schodami było ich pełno, a tam właśnie sypiał. [No i się zaczęło.- pomyślał dziwnie spokojny Harry, przypatrując się burzy, jaka rozpętała się w Wielkiej Sali. W samym jej centrum była oczywiście jego mama, która zerwała się z kanapy, na której siedzieli w piątkę, i wystrzeliła w stronę kulących się Dursley'ów. Jej czerwone włosy szalały wokół jej twarzy, która wykrzywiła się maskę totalnej furii. Jej dłonie uformowały się na kształt szponów, gotowych na rozrywanie ciał kawałek po kawałku. Ale to jej zielone oczy przykuwały najwięcej uwagi. Jej zielone oczy, które już nie były zielone, a całkiem czarne, bez widocznych białek. Co jakiś czas można było zauważyć niewielkie ogniki, wybuchające krwistą czerwienią. Wszyscy zebrani w Sali, oprócz Harry'ego, patrzyli szeroko otwartymi oczami na ten przerażający obraz – jedni z przerażeniem, inni z ciekawością, a jeszcze inni z pożądaniem(*kaszel*James i Snape*kaszel*). Ubrał się i poszedł do kuchni. Stołu prawie nie było widać spod prezentów dla Dudleya. Wyglądało na to, że jest tam nowy komputer, który Dudley chciał dostać, a także telewizor i rower wyścigowy. Harry nie miał pojęcia, po co mu ten rower, bo Dudley był gruby i nie uprawiał żadnego sportu [Po Wielkiej Sali rozległy się zamaskowane oraz całkiem niezamaskowane śmiechy z „biednego" Dudleya. Chłopak nadal próbował stopić się w jedno ze swoją matką.] - chyba że za dyscyplinę sportową uzna się bicie słabszych. Jego ulubionym workiem treningowym był właśnie Harry [- Ty gnoju! – warczał wściekły James, Syriusz oraz Remus i pomimo, że z całej trójki tylko James nie był psowaty, jego warkot brzmiał najbardziej autentycznie.], ale nieczęsto udawało mu się go złapać. Harry był bardzo szybki, choć wcale na to nie wyglądał. [- Brawo, synu!/Brawo Harry!/Tak trzymać, szczeniaku! – od razu dało się usłyszeć z różnych stron Sali. Lily przytuliła z dumą syna, zaś James wraz z Łapą i Luniem poklepywali Harry'ego po dostępnych częściach jego ciała.] Być może miało to coś wspólnego z mieszkaniem w ciemnej komórce [- GRRRR!], ale Harry był bardzo mały i chudy jak na swój wiek. [- Stary, nadal jesteś! – wtrącił pomocnie Ron.][- Dzięki, że mi powiedziałeś Ron, bo nie zauważyłem. – odparł Harry. Jego głos ociekał sarkazmem.] A sprawiał wrażenie jeszcze mniejszego i szczuplejszego niż w rzeczywistości, bo nosił wyłącznie stare ubrania po Dudleyu, który był prawie cztery razy od niego większy. [- I tutaj, chciałbym jedynie oznajmić mojej „kochanej" rodzince, że, jak tylko się to wszystko skończy, skontaktuje się z wami mój adwokat, który zajmuje się moimi sprawami natury prawnej, oraz jeden z goblinów, który zajmuje się moimi sprawami finansowymi. – tutaj Harry musiał się na chwilę zatrzymać, ponieważ troje najstarszych Dursley'ów(Dudley w tej akurat chwili postanowił, że doskonałym pomysłem będzie schowanie się pod spódnicą swojej matki. Dosłownie. Widok był…niepokojąco zabawny.) zaczęło wymachiwać rękami na prawo i lewo. Harry westchnął męczeńsko i anulował zaklęcie, które blokowało im głos. Natychmiast Wielka Sala zapełniła się krzykami, wrzaskami, skrzeczeniem, obelgami, i ogólnie totalnym jazgotem. Ci, co rezydowali najbliżej źródła takiego hałasu, ponieważ myśleli sobie, że im bliżej do Pottera, tym lepiej, życzyli sobie gorąco, aby zamienić się miejscami z tymi, którzy siedzieli jak najdalej. A ci, którzy siedzieli jak najdalej, cieszyli się ze łzami w oczach, że zostali na samym początku wykopani przez tych pierwszych. Harry, któremu taki poziom decybeli nie był obcy, spetryfikował Vernona i Marge, zostawiając nagle swoją ciotkę bez „wsparcia". Wysoki, niemiły dla ucha głos kobiety-konia rozszedł się po Sali niczym krew w wodzie, podsycając furię rodziny i przyjaciół Harry'ego.][- Ty bezczelny, niewdzięczny bachorze! Wzięliśmy cię do naszego domu, karmiliśmy cię i ubieraliśmy! Wysyłaliśmy się na te twoje obozy! Gdyby nie my, zdechłbyś niczym pies! I teraz nasyłasz na nas prawników?! Poczekaj tylko! Jak tylko wrócisz na wakacje dam ci taką karę, że odechce ci się żyć! – Petunia wrzeszczała i wrzeszczała, nie zwracając uwagi, na to, że jest w tej chwili otoczona przez ponad pięć setek czarodziejów i czarownic, w tym jej zmarłą siostrę i jej męża, mężczyznę, który za trzy dni zamieni się w jedzącego ludzi potwora, ojca chrzestnego, który nie potrzebował głupiej kuli sera, żeby zmienić się w potwora który być może do tej pory nie rozsmakował się w ludziach, ale wszystko można jeszcze nadrobić, prawda? Nie licząc już, że na widowni rezydowała sama królowa Anglii, która mimo, że do tej pory nie zabierała głosu, uważnie przysłuchiwała się całej szaradzie, dotyczącej jej ulubionego i najbardziej lojalnego Lorda-agenta.][- Radziłbym ci, droga ciociu, abyś się teraz zamknęła. – ukrócił jej monolog Harry. Mimo, że jego twarz nie ukazywał żadnych emocji, jego najbliżsi od razu zauważyli zaciśnięte do białości pięści oraz zimną furię w szmaragdowych oczach chłopaka. Kobieta zamknęła się natychmiast, także rozpoznając nie-wyraz twarzy jej siostrzeńca. – Skoro upierasz się przy tym, iż żadne z was nie ma żadnego powodu, abym was pozwał do sądu, pozwól, że wyjaśnię wszystkim zebranym dlaczego moi prawnicy zrujnują was doszczętnie, odbierając wszystko, co mi się należy, wraz z nawiązką oczywiście, za popełnione przez was czyny. Powiedziałaś przez chwilą, że, kiedy zostałem wam podrzucony(niech pan się nie obawia, panie dyrektorze, moi prawnicy i dla pana znajdą czas)daliście mi dach nad głową. To prawda. Jednak wraz z moją osobą dostaliście jednocześnie dostęp do mojego konta w mugolskim banku, które zostało założone dla mnie przez moich dziadków przed ich śmiercią. Podobne konto miał Dudley. Zaznaczam tutaj słowo „miał", ponieważ ono już nie istnieje, a pieniądze, które powinny być odłożone na jego studia, zostały roztrwonione na drogie zabawki, tony słodyczy oraz liczne wycieczki dookoła świata. Kiedy te pieniądze się skończyły, a skończyły się jeszcze zanim Dudley skończył swój pierwszy rok, rzuciliście na pieniądze z mojego konta, które miały być przeznaczone na moje utrzymanie. Nigdy nie widziałem ani centa. Co za tym idzie ubrania, które mi „łaskawie" daliście należały wcześniej do Dudleya, na jedzenie musiałem sobie zapracować, wykonując wszystkie domowe obowiązki, a i tak za każdym razem słyszałem jedynie co ze mnie za niewdzięcznik. Nie zapomnijmy także o tym, iż pomimo, że dom na Privet Drive posiada cztery sypialnie: jedna dla was, druga dla Dudleya, trzecia dla Marge, a czwarta i najmniejsza stoi pusta, przez dziesięć lat musiałem spać w komórce pod schodami. I dopiero, kiedy zaczęły pojawiać się listy z Hogwartu kazaliście mi się przenieść do pokoju, ponieważ baliście się, że czarodzieje dowiedzą się o tym, jak mnie traktowaliście. Czy mam mówić dalej? – zapytał słodkim, niewinnym głosem Harry, który przez całe swoje wyjaśnienie stał niczym generał, z rękami na plecach, w lekkim rozkroku i z niewzruszonym spojrzeniem w zimnych, szmaragdowych oczach. Petunia wraz z Vernonem i Marge(którzy gdzieś w połowie przemowy Harry'ego przestali próbować wyswobodzić się spod Petrificusa i zaczęli słuchać z rosnącym strachem w sercach) potrząsnęli głowami(Vernon i Marge próbowali, ale cóż…Petrificus) i oklapli ze zrezygnowaniem. Harry uśmiechnął się drwiąco i ponownie zasiadł między swoimi rodzicami, którzy objęli go mocno. Lily szeptała mu do ucha jaka jest z niego dumna i jak bardzo go kochają wraz z ojcem. Harry powoli uspokoił swoją żądzę zemsty i powrócili do słuchania.] W tej postaci Harry miał drobną buzię, kościste kolana, czarne włosy i jasne, zielone oczy. Nosił okrągłe okulary, zawsze poklejone celuloidową taśmą, bo od czasu do czasu musiał pozwolić Dudleyowi trafić go w nos, żeby nie zwrócić na siebie niepotrzebnej uwagi. Jedyną rzeczą, którą Harry lubił w swoim sprokurowanym wyglądzie, była bardzo cienka blizna na czole, przypominająca zygzak błyskawicy, pomimo tego, iż znał historię jej powstania. [- Harry! Przecież ty nienawidzisz, kiedy ludzie gapią się na twoją bliznę. – zawołała zaskoczona Hermiona. Ron i wszyscy inni, którzy choć odrobinę znali Harry'ego, pokiwali tylko głowami na zgodę.][- No właśnie Hermiono, nienawidzę gapienia się na nią, a nie samej blizny. Za każdym razem, kiedy na nią patrzę lub dotykam, przypominam sobie moich rodziców, którzy kochali mnie tak mocno, że bez słowa sprzeciwu oddali za mnie swoje życia. Poza tym, to jedna z niewielu rzeczy, które jakoś łączą mnie z nimi. – Tutaj Harry wzruszył ramionami, skutecznie kończąc temat. Lily wraz z James'em nie kryli łez dumy i miłości, które czuli w rej chwili dla swojego syna.] Miał ją od dawna i pamiętał, że kiedy był bardzo mały, jeszcze zanim dowiedział się prawdy, zapytał ciotkę Petunię, skąd ją ma.

- To pamiątka po wypadku samochodowym, w którym zginęli twoi rodzice - odpowiedziała. - I nie zadawaj pytań. [- Powiedziałaś mojemu synowi, że zginęliśmy w wypadku? – zaskrzeczała Lily, niestety prosto w ucho biednego Harry'ego.][- Coś mu musiałam powiedzieć. – pociągnęła nosem Petunia, nie patrząc na swoją młodszą, martwą siostrę.][- Nie martw się mamo, miałem wtedy około czterech lat, tak myślę, i nie minęło chyba nawet trzy lata, kiedy dowiedziałem się prawdy. – zapewnił uspokajająco Harry, przytulając ją do swojego boku.][- Co to znaczy, mój chłopcze? Przecież do jedenastu lat brakowało ci wtedy jeszcze siedem, a nie trzy. – zapytał Dumbledore głosem dobrotliwego dziadka, tłumaczącego swojemu wnukowi zawiłości matematycznej dżungli.][Harry prychnął pogardliwie, i całkowicie ignorując dyrektora, przemówił spokojnym tonem: - Kiedy miałem pięć lat Dursley'owie wymyślili sobie, że na wakacje pojadą w podróż dookoła świata. Niestety na ich drodze stanąłem ja, ponieważ za żadne skarby świata nie zamierzali zabierać mnie ze sobą, oczywiście. Wtedy wpadli na pomysł, dzięki któremu udało by im się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: pozbyć się mnie na czas ich podróży oraz uprzykrzyć mi życie. Wysłali mnie na obóz wakacyjny dla dzieci i młodzieży z problemami wychowawczymi.][- Co zrobili? – przerwał mu James głosem, który nie pokazywał furii, jaką odczuwał.][Harry poklepał ojca po ramieniu, uspokajająco się do niego uśmiechając. Jego serce spuchło mu w piersi i kojące ciepło rozlało się po całym jego ciele. – Spokojnie, tato. Tak, dwa pierwsze razy nie były zbyt fajne, jednak pod koniec tego drugiego obozu skontaktował się ze mną niejaki agent Jonson, który pracował wtedy dla MI5-M(dla tych, którzy nie wiedzą, co to znaczy: MI5 to brytyjska Służba Bezpieczeństwa odpowiedzialna za ochronę kraju przed penetracją obcych służb wywiadowczych (kontrwywiad), walkę z terroryzmem, bezpieczeństwo wewnętrzne Wielkiej Brytanii oraz ochronę tajemnicy państwowej, a to „M" na końcu oznacza wydział magiczny, składający się z czarodziejów i czarownic). To było zaraz po tym, jak przeraziłem się, że spadnę z klifu i instynkt wziął górę nad myśleniem, i następne co pamiętam to, że stoję po środku jeziora. To było całkiem śmieszne. Zanim ekipa zdołała wymazać wszystkim obozowiczom pamięć, wszyscy myśleli, że jestem wcieleniem Chrystusa. – Tutaj Harry wraz z tymi, którzy zrozumieli odniesienie do mugolskiej Biblii, zaczęli się śmiać niekontrolowanie. W końcu Harry zauważył na niektórych twarzach niezrozumienie i poirytowanie i pośpieszył z wyjaśnieniem: - Chrystus to postać z mugolskiej religii. Niektórzy wierzą, iż był on synem Boga, zrodzonym z matki-dziewicy, i który wędrował wraz ze swoimi uczniami, nauczając, uzdrawiając i robiąc inne cuda. Zmarł ukrzyżowany przez tych, których nauczał, a zdradził go jeden z jego uczniów. Chrześcijanie wierzą, że po trzech dniach od swojej śmierci powstał on z martwych i Bóg zabrał go do Nieba, gdzie czekają na dzień, w którym nastanie Sąd Ostateczny. A śmiejemy się z tego, iż właśnie chodzenie po wodzie było jednym z popisowych numerów Jezusa Chrystusa. Ale już wracam do obozu, bo widzę, że tatę zaraz coś rozerwie. Agent Jonson wyjaśnił mi, że to, co zrobiłem było w rzeczy samej magią, a dokładniej nieumyślnym spowodowaniem czarów i zaproponował mi szkolenie na specjalnych obozach dla dzieci i młodzieży, którzy mają zadatki na agentów Jej Królewskiej Mości. Zgodziłem się oczywiście i przez następne siedem, czy osiem lat szkoliłem się pod okiem najlepszych agentów Wielkiej Brytanii. Tak więc, Dumbledore, jak widać wcale nie potrzebowałem ratunku przed „złymi, strasznymi" Dursley'ami od starca w brokatowej szacie na wyliniałej kozie. Twój plan, żeby mnie sobie owinąć dookoła twojego palca nie wypalił. Nie zdołałeś wyhodować sobie bezrozumnego narzędzia, które z radością pójdzie się zaszlachtować w imię twojego Większego Dobra.][Wraz z postępem monologu Harry'ego, Dumbledore bladł coraz bardziej i bardziej, aż w końcu był tak blady, iż zlewał się ze swoją brodą i włosami, kropka w kropkę przypominając szkolnego ducha. Wszystkie jego plany, tak przecież dokładnie przemyślane, właśnie zostały zniszczone. Harry Potter, idealna broń, okazał się jedynym, który bawił się wszystkimi kartami. Wszystkie starania poszły na marne. Tak samo jak Większe Dobro, do którego dążył przez całe swoje długie życie.][- Jeśli sobie wszystko na razie wyjaśniliśmy, to może wróćmy do słuchania. – zauważył spokojnie Harry.]

Nie zadawaj pytań - to była pierwsza zasada rządząca spokojnym życiem państwa Dursleyów.

Wuj Vernon wszedł do kuchni, gdy Harry przewracał bekon na drugą stronę.

- Uczesz się! - warknął wuj na dzień dobry. Przynajmniej raz w tygodniu wuj Vernon spoglądał znad gazety i donośnym głosem oznajmiał, że Harry powinien się ostrzyc. Harry musiał się strzyc o wiele częściej niż reszta chłopców z jego klasy razem wzięta, ale niewiele to pomagało - włosy natychmiast mu odrastały. [- Nie Tonks, nie jestem metamorfomagiem. – odezwał się rozbawiony Harry, widząc podekscytowanie na twarzy młodej Auror. – To po prostu jedna z umiejętności należącej do Inkubów, która zdołała przebić się na wolność przed czasem. Na szczęście. – To ostatnie Harry wymruczał prawie niezrozumiale z grymasem na twarzy.]

Harry smażył już jajka, kiedy do kuchni wszedł Dudley z matką. Dudley był bardzo podobny do wuja Vernona. Miał duży, różowy nos, wodniste niebieskie oczy i gęste jasne włosy, przylizane gładko na wielkiej głowie. On też prawie nie miał szyi. Ciotka Petunia często mówiła, że Dudley wygląda jak amorek, natomiast Harry często mówił, że Dudley wygląda jak prosię w peruce. [Cała Wielka Sala ryknęła śmiechem. Dudley poczerwieniał z zażenowania i złości.] Harry postawił talerze z jajkami i bekonem na stole, co nie było łatwe z powodu ilości prezentów, które Dudley właśnie żmudnie przeliczał. Kiedy skończył, twarz mu się wyciągnęła.

- Trzydzieści sześć - oznajmił, patrząc na matkę i ojca. - O dwa mniej niż w zeszłym roku. [- Ile?! – zdziwił się zszokowany Draco Malfoy.]

- Kochanie, nie policzyłeś prezentu od cioci Marge. Widzisz, jest pod tym wielkim od mamusi i tatusia.

- No dobra, więc trzydzieści siedem - powiedział Dudley, czerwony na twarzy. Harry, który zorientował się już, że nadchodzi jeden z napadów złości [- Napadów czego?! – zdziwiła się niepomiernie pani Weasley. Harry jedynie westchnął cicho i potrząsnął głową.] Dudleya, zaczął szybko połykać swój bekon, na wypadek, gdyby Dudley przewrócił stół. [- Co zrobił?! – tym razem pani Weasley nie marnowała głosu. – Pozwalaliście mu na to?] Ciotka Petunia najwyraźniej też wyczuła niebezpieczeństwo, bo powiedziała szybko:

- I kupimy ci dzisiaj jeszcze dwa prezenty. Co ty na to, misiaczku? Jeszcze dwa prezenty. W porządku?

Dudley zastanawiał się w milczeniu. Sprawiał wrażenie, jakby go to kosztowało wiele wysiłku. [- Mugolska wersja Crabbe'a i Goyle'a. – wymruczał po nosem Hary do swoich przyjaciół, którzy nawet nie kryli się z drwiącymi uśmiechami i chichotami.]

- Więc będę miał trzydzieści... - zaczął powoli - trzydzieści...

- Trzydzieści dziewięć, cukiereczku - dokończyła za niego ciotka Petunia.

- Aha. - Dudley usiadł ciężko przy stole i chwycił najbliższą paczkę. - No to w porządku. Wuj Vernon zacmokał.

- Nasz mały spryciarz potrafi dbać o swoje interesy! Zupełnie jak jego ojciec. Tak trzymać, Dudley! - Poczochrał synowi włosy. [- Na Merlina! – pani Weasley załamała ręce, zrezygnowana. Nigdy w swoim życiu nie widziała ani nie słyszała o tak wielkim braku rodzicielskich talentów.] W tym momencie zadzwonił telefon i ciotka Petunia poszła go odebrać, a Harry i wuj Vernon obserwowali, jak Dudley rozpakowuje rower wyścigowy, kamerę wideo, zdalnie sterowany samolot, szesnaście nowych gier komputerowych i magnetowid. Rozpakowywał właśnie złoty zegarek na rękę, kiedy wróciła ciotka Petunia. Na jej twarzy malował się gniew i niepokój.

- Złe nowiny, Vernon - oznajmiła. - Pani Figg złamała nogę. Nie może go zabrać - wskazała głową Harry'ego. Dudley otworzył usta z przerażenia, a Harry'emu mocniej zabiło serce. W każde urodziny rodzice zabierali Dudleya i któregoś z jego kolegów na cały dzień do miasta, do wesołego miasteczka, McDonalda albo do kina. W każde urodziny Dudleya Harry'ego zostawiano u pani Figg [- Ile pan jej płaci za szpiegowanie mnie, panie dyrektorze? – zapytał jadowicie Harry, spoglądając na skamieniałego pod wpływem ostrych spojrzeń Dumbledore'a.][- Ależ mój drogi chłopcze, pani Figg pilnuje tylko twojego bezpieczeństwa. – zdołał wyjąkać. Na twarzy przyklejony miał swój zwyczajny, dobroduszny uśmiech, o którym Harry marzył, żeby go kiedyś zetrzeć na dobre.][- Naprawdę? – zapytał z niedowierzaniem w głosie Harry. – Czy według niej bezpieczne dla mnie było to, że przez dziesięć cholernych lat spałem w komórce pod schodami? Czy bezpieczne było dla mnie to, że odkąd skończyłem sześć lat gotowałem dla całej rodziny, że się tak wyrażę, i dostawałem z tego wszystkiego tylko tyle, żebym nie zemdlał w szkole? A może bezpiecznym byłem, gdy Dudley wraz z jego gangiem połamali mi wszystkie palce u rąk, przez co nie mogłem wykonać wszystkich moich obowiązków, więc zamknęli mnie w komórce bez jedzenia i picia, bo przecież kto nie pracuje ten nie je?! Co?! Powiedz mi cholerny, pieprzony starcze, które z tych sytuacji było dla mnie bezpieczne?! – Harry się nie powstrzymywał. Nie wiadomo kiedy to się stało, ale stał w tej chwili tuż przed haczykowatym nosem Dumbledore'a, wrzeszcząc i zdzierając swoje gardło, dając upust prawie piętnastu lat niewolniczego traktowania przez tak zwaną „rodzinę". Był tak wkurwiony, że wokół niego zaczęła wirować surowa, nieujarzmiona magia. Długie, czarne niczym smoła włosy fruwały dookoła jego twarzy jak firanki na wietrze. Szmaragdowe oczy pociemniały, ale jednocześnie zdawało by się, iż bije od nich tajemniczy blask. Wszyscy zebrani, nawet Voldemort, cofnęli się o kilka kroków. Na szczęście Harry zauważył to i zmusił się do uspokojenia swojej magii, która tak bardzo chciała wyrwać się na wolność i zniszczyć, rozerwać, zmiażdżyć, zmieść z powierzchni Ziemi tego starca, który zniszczył całe jego życie. – Jeśli cię to obchodzi, wiedz, że nienawidzę cię bardziej od tego tam. – wskazał głową na kryjącego się w kącie Czarnego Pana. – On też powinien, w końcu zniszczyłeś i jego życie.][- Co masz na myśli, Potter? – odezwał się po raz pierwszy Voldemort, zaskakując i przerażając większość Wielkiej Sali. Do tej pory siedział cicho, przysłuchując się życiu swojego największego wroga oraz rozmowom pomiędzy. Musiał to przyznać, nawet jeśli tylko sobie, że nie tego się spodziewał. Kiedy zjawił się tutaj tego ranka myślał, że może usłyszy coś, co przyda mu się w wykończeniu Pottera i tego starca. W zamian, zaczął myśleć, że może nie tędy droga. Życie Pottera wcale nie było usłane różami, tak jak i jego życie, a może i nawet chłopak miał gorzej. I teraz Potter twierdzi, że nie dziwi go to, kim się stał.][- Zapominasz, że nasze połączenie działa w obie strony, Marvolo. – stwierdził Harry spokojnie, zwracając się do Voldemorta. Zauważył zdziwienie oraz lekkie zamyślenie na jego twarzy, kiedy ten usłyszał imię swojego dziadka. Harry odmówił zwracania się do niego wymyślonym imieniem, czy też przyłączenia się do Dumbledore'owskiej akcji: „Wkurzajmy Czarnego Pana, Przypominając Mu O Tym, Że Jego Ojciec Go Nie Chciał, Używając Jego Mugolskiego Imienia I Nazwiska". „Marvolo" wcale nie było lepsze, ale chociaż typowo czarodziejskie. – Czasami, kiedy masz naprawdę podły humor, połączenie między naszymi umysłami wciąga mnie w twoje myśli na siłę. Tak więc jakiś czas temu widziałem dzień, w którym przyszedł do ciebie Dumbledore i wyjaśnił ci, że jesteś czarodziejem. Powiedziałeś mu wtedy, że potrafisz rozmawiać z wężami i siłą woli umiesz skrzywdzić inne dzieci w sierocińcu.][- Zamilcz! – przerwał mu Marvolo zirytowany, że jego przeszłość zostaje wyciągnięta na światło dzienne. Ci, co nie znali jego oryginalnego pochodzenia, patrzyli na niego z niedowierzaniem, próbując wyobrazić sobie Lorda Voldemorta jako dziecko.][- Czy kiedykolwiek przyznałeś sam przed sobą, dlaczego mu o tym powiedziałeś? – ciągnął dalej Harry, jak gdyby wcale go nie słyszał. – Dlaczego wyznałeś mu, że potrafisz być okrutny i mściwy? Zazwyczaj ludzie nie chwalą się swoją ciemną stroną. – zauważył cicho. – Jeśli nie, to w takim razie ja ci powiem: powiedziałeś mu to wszystko, bo chciałeś kogoś, kto pokaże ci, że jeszcze nie jest za późno na zmiany, że gdzieś tam jest ktoś, kto nie będzie cię poniżał, czy wyżywać na tobie, ktoś, kto po prostu by się kochał.][- JAK ŚMIESZ!– ryknął Marvolo, wstając gwałtownie od stołu i ruszając ku Harry'emu, który tylko na to czekał. Od jakiegoś już czasu był w posiadaniu wszystkich Horkruksów Voldemorta, które były jednym z powodów szaleństwa i bezmyślnego okrucieństwa Czarnego Pana. Teraz miał zamiar naprawić chociaż część zniszczeń dokonanych przez tego głupca, Dumbledore'a. Zanim ktokolwiek miał szansę wyciągnąć różdżkę, Harry, niczym błyskawica, dotknął Voldemorta tuż nad sercem. W dłoni trzymał małą, kryształową kulę, która zawierała w sobie wszystkie kawałki duszy Czarnego Pana. Wielką Salę zalało oślepiające światło. Kiedy po chwili zniknęło, wszyscy zgromadzeni ujrzeli stojącego obok Harry'ego Pottera oszałamiająco przystojnego nastolatka. Włosy w kolorze ciemnej czekolady zawadiacko zachodziły na ciemnoniebieskie oczy. Prosty, zgrabny nos oraz wysokie kości policzkowe nadawały mu arystokratycznego wyrazu, zaś pełne, różowe usta skłaniały część zebranych do nieujarzmionych fantazji sprowadzających się do sypialnianych wojaży. Młody mężczyzna górował nad Harry'm co najmniej o głowę, co jednak nie przeszkadzało mu opierać się ciężko o naszego bohatera. Na pierwszy rzut oka widać było, że chłopak jest oszołomiony i nie wie, o co chodzi. Harry bez słowa sprzeciwu przejął na siebie większość ciężaru jego ciała. Objął go w pasie i gładził po plecach, szeptając mu do ucha uspokajająco. Kilka chwil później młodzieniec kiwnął ciemną głową i spojrzał Harry'emu prosto w oczy. Harry, dzięki Legilimecji, pokazał mu wszystko, co pamiętał z podróży do umysłu Voldemorta oraz kilka innych wspomnień, które uważał za ważne w tej chwili. Harry wiedział, że chłopak nie będzie pamiętał prawie niczego od chwili, w której został zmuszony do stworzenia swojego pierwszego Horkruksa i z ochotą podzielił się z nim swoimi wspomnieniami. Kiedy dotarł do chwili, kiedy Voldemort rzucił Avada Kedavra na małego Harry'ego, Marvolo przerwał kontakt wzrokowy i rozpłakał się w ramionach Harry'ego. Harry sięgnął dłonią, która nie gładziła ciemnowłosego chłopaka po plecach i zaczął przeczesywać czekoladowe pasma. Dzięki Merlinowi, to jakoś zdołało uspokoić rozbitego Marvolo, ponieważ cała Wielka Sala wpatrywała się w nich niczym w uosobienie samego Merlina. Harry poprowadził roztrzęsionego Marvolo ku kanapie, na której siedzieli jego rodzice wraz z Syrim i Remusem. Usadził go pomiędzy dwójką Potterów, a sam zwrócił się do reszty Sali. – To, co właśnie widzieliście było dowodem na to, iż Albus Dumbledore nie był i nie jest wcieleniem Dobra, a zwykłym człowiekiem, któremu sława i uwielbienie świata czarodziejów uderzyła do głowy. – ogłosił mocnym, czystym głosem. Kątem oka zauważył jak różdżka dyrektora dyskretnie kieruje się w jego stronę. W tym samym momencie poczuł wpływ Imperiusa, który z łatwością zignorował. Ułamek sekundy później Dumbledore leżał na posadzce, przyciśnięty do niej ciężkim butem agenta Jonsona, który był dowódcą straży przybocznej Królowej. Różdżka dyrektora pewnie tkwiła w zaciśniętej pięści agenta, który już rzucał Priori Inkantatem, które pokazało ostatnie zaklęcie rzucane tą różdżką. Ku przerażeniu wszystkich zebranych, ukazało jedno z niewybaczalnych. Zszokowani uczniowie oraz nauczyciele wpatrywali się tępo to w rozłożonego na posadzce dyrektora to w jego różdżkę, która właśnie dowiodła, że wielki Albus Dumbledore nie był wcale taki święty za jakiego uchodził. Agent Jonson, nadal bez słowa, związał starca i rzucił pod nogi Królowej, która powiedziała: - Albusie Dumbledore, niniejszym oświadczamy, iż jest pan winny próby ataku i zmanipulowania Lorda Harry'ego Pottera. Zostanie pan przesłuchany pod wpływem Veritaserum następnego dnia po zakończonym rytuale. Zaznaczamy jednocześnie, iż przesłuchanie to będzie miało charakter otwarty, co oznacza, iż każdy kto uważa się za pokrzywdzonego przez osobę Albusa Dumbledore'a może się zjawić i osobiście zadać pytanie oskarżonemu. Proszę tylko pamiętać, aby przybyć na miejsce przed czasem i wpisać się do rejestru. Agencie Jonson, z naszego rozkazu, proszę unieruchomić oskarżonego, rozbroić go ze wszelkich magicznych przyrządów oraz umieścić go w antymagicznej celi. – rozkazała pewnym, władczym głosem Królowa. Cała Sala patrzyła osłupiała, jak rzeczony agent zgrabnie i sprawnie wykonuje powierzone mu zadanie. W jednej chwili w kącie Sali pojawiła się metalowa klatka, której kraty, jeśli dobrze się im przyjrzeć, były pokryte setkami run oraz innych znaków, mających na celu zablokowanie więźniowi dostępu do swojej magii. Harry przez chwilę spokojnie się temu wszystkiemu przyglądał, zanim jego wzrok padł na trzęsącego się Marvolo. Zrobiło mu się cieplej i lżej na sercu, kiedy jego matka przygarnęła do siebie roztrzęsionego młodzieńca, lekko przeczesując czekoladowe włosy oraz szepcząc mu wprost do ucha, że wszystko się ułoży. Niestety ludzie powoli zaczęli otrząsać się z szoku. Gniewne, niespokojne pomruki zaczęły nabierać decybeli, powodując tym samym pogorszenie się stanu biednego „Czarnego Pana". Harry musiał działać szybko, jeśli chciał zapanować nad skonfundowanym, a więc niebezpiecznym, tłumem niewyszkolonych do końca czarownic i czarodziejów. Owijając się czystą magią niczym kocem, rzekł mocnym, czystym głosem:- Przed chwilą byliście świadkami sceny, która wyraźnie ukazuje prawdziwe oblicze wielkiego Albusa Dumbledore'a. Tym, którzy jeszcze nie chcą przyjąć do wiadomości, iż tak zwany Lider Światła jest tak naprawdę kolejnym czarodziejem, pragnącym po prostu totalnej kontroli nad światem, zdradzę jedną z jego większych tajemnic. Otóż to ten człowiek stoi za stworzeniem Lorda Voldemorta! Tak, nie przesłyszeliście się! Albus Dumbledore celowo zignorował udrękę jedenastoletniego, osieroconego chłopca, a następnie pogwałcił jego wolną wolę, tym samym tworząc potwora znanego wam dzisiaj jako Voldemorta! Większość z was zapyta pewnie: dlaczego? Odpowiedź na to pytanie jest tylko jedna: aby ponownie stać się bohaterem czarodziejskiego świata, pokonując kolejnego Czarnego Pana i tym samym zapewniając sobie dożywotnią sławę, wpływy na szczycie oraz bogactwo. Tak jest, Albus Dumbledore, dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, zdobywca Orderu Merlina pierwszej klasy za swoje dokonania w świecie czarodziejskim, Najwyższa Szycha Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów, Naczelny Mag Wizengamotu, to tak naprawdę morderca, złodziej, manipulator i zwykły kryminalista. Byliście świadkami przemiany Lorda Voldemorta w niepewnego młodzieńca, który nie będzie ponosił winy za czyny dyrygowane przez tego człowieka, który okradł go z życia dla swoich podłych celów. Powiem to tylko raz: każdy, kto podniesie rękę, czy różdżkę na tego chłopca będzie odpowiadał przede mną! – głos Harry'ego przetoczył się po Wielkiej Sali niczym najprawdziwszy grzmot. Ci, którzy do tej pory uważali go za zwykłego piętnastolatka, nagle uwierzył, że z Harry'm Potterem nie ma i nie będzie żartów.][- Harry, dlaczego to robisz? – zapytała niepewnie pani Weasley, wypowiadając na głos pytanie, które dręczyło większość zebranych.][- Ponieważ, chcecie tego czy też nie, Tom Marvolo Riddle jest moim bratem w Magii. – odrzekł spokojnie Harry, sadowiąc się obok oszołomionego Marvolo i wciągając swojego „brata" w pewne objęcia jego ramion. Czuł, iż w tym związku, jakiego rodzaju by on nie był, to Harry będzie tym starszym i bardziej doświadczonym, obrońcą i pocieszycielem. Bo pomimo tego jak teraz wyglądał, dzięki manipulacjom czasowym podczas obozów szkoleniowych, Harry liczył sobie około dwudziestu pięciu lat, a Marvolo utknął w wieku szesnastu. I pomimo wszystko, Harry obiecał sobie w duchu, kiedy po raz pierwszy spojrzał w niepewne, podatne na zranienie, błękitne oczy przywróconego do „życia" Marvolo, że da z siebie wszystko, aby ten chłopiec zaznał w swym nowym życiu jak najmniej bólu, smutku i zła.][Ponownie oszołomieni uczniowie, nauczyciele oraz goście zasłuchali się w dziejach jednego Harry'ego Pottera.], lekko zwariowanej staruszki, która mieszkała dwie ulice dalej. Harry nienawidził tego domu. Śmierdziało tam kapustą, a pani Figg zmuszała go do oglądania zdjęć wszystkich swoich kotów. Poza tym, jak dowiedział się na ostatnim szkoleniu, kobieta pracowała dla niejakiego Albusa Dumbledore'a, „pilnując" go i dbając o jego „bezpieczeństwo". Więc nie, wcale nie lubił ani pani Figg, ani jej kotów, ani jej śmierdzącego mieszkania.

- No i co? - zapytała ciotka Petunia, patrząc na Harry'ego, jakby on to zaplanował.

Harry, niestety, nie mógł przypisać sobie tego zaszczytu, a bardzo by chciał. Dzisiaj jednak był całkowicie niewinny.

- Możemy zadzwonić do Marge - podsunął wuj Vernon.

- Nie bądź głupi, Vernon, ona go nie znosi. [- I z wzajemnością! – odparł Harry, ignorując żałosne skomlenie nadal spetryfikowanego rodzeństwa Dursley.]

Dursleyowie często rozmawiali o Harrym tak, jakby go nie było - albo raczej jakby był opóźniony w rozwoju i nie mógł ich zrozumieć. Z jednej strony pasowało mu to, bo nie chciał, żeby ktoś odkrył jego prawdziwe „ja". Jednak czasami, tak jak w tej właśnie chwili, miał ochotę wrzasnąć na nich, uderzyć czy nawet użyć magii, żeby tylko go zauważyli. [- Ale Harry! – krzyknęła tutaj Hermiona, jednak nie zdołała dokończyć, ponieważ zatrzymała ją podniesiona ręka Harry'ego.][- Miona, proszę, przypomnij sobie, że nie jestem, ani nie byłem takim zwyczajnym dzieckiem. Dla was magia w tym wieku zdarzała się tylko przez przypadek. Ja w tym samym czasie byłem na poziomie hogwarckiego trzecioklasisty. W rzeczywistości, w te wakacje robiłem mistrzostwo z zaklęć, obrony przed czarną magią, eliksirów i transfiguracji. W następne będę miał ze starożytnych run, numerologii, zielarstwa, uzdrawiania oraz walki, czy to z bronią, czy też bez. Tak naprawdę do Hogwartu chodzę tylko dla was. – wzruszył ramionami Harry, całkowicie ignorując zapadłą ciszę, otwarte usta i oszołomione wyrazy twarzy.]

- A ta jak-jej-tam, twoja przyjaciółka... Yvonne?

- Jest na urlopie na Majorce - warknęła ciotka Petunia.

- Możecie mnie po prostu zostawić tutaj - zaproponował z nadzieją w sercu Harry (mógłby wtedy spokojnie poćwiczyć magię oraz nadgonić z nauką z obu światów). Ciotka Petunia wyglądała, jakby właśnie przełknęła cytrynę.

- I po powrocie zastać dom w ruinach? - prychnęła.

- Nie wysadzę domu w powietrze - zapewnił Harry, ale nikt go nie słuchał. Poza tym, dodał w myślach, od czego jest magia, jak nie od naprawiania rzeczy. To nie tak, że wcześniej niczego nie wysadziłem, prawda? [- Harry! – wrzasnęła pani Weasley wraz z Hermioną.][- No co?! Gdzieś musiałem ćwiczyć. Poza tym, wszystko potem naprawiłem, a bariera wokół domu nie pozwala sąsiadom, ani nikomu innemu oprócz mnie i mojej dywizji na dojrzenie niczego niezwykłego. – tłumaczył się Harry. Czuł obok siebie trzęsącego się ze śmiechu Marvolo, który nadal wtulał się w jego bok. Od razu jego usta wykrzywił ciepły uśmiech.]

- Może zabierzemy go do zoo - powiedziała wolno ciotka Petunia - i... zostawimy w samochodzie... [- Cym on jest? Psem?!]

- To nowy samochód i nie pozwolę, by siedział w nim sam...

Dudley zaczął głośno płakać. Tak naprawdę nie płakał - minęło już wiele lat, odkąd płakał naprawdę - ale wiedział, że jeśli się wykrzywi i zawyje, dostanie od matki wszystko, czego zapragnie.

- Nie płacz, mój buziaczku, mamusia nie pozwoli zepsuć ci twojego święta! - zawołała, biorąc go w ramiona. [- Tak, wiem, ja też się zastanawiam, jak jej się to udało. – pokiwał głową Harry. Odpowiedzią był śmiech, drwiące komentarze oraz czerwone twarze Dursley'ów.]

- Ja... nie... chcę... żeby on... sz-sz-szedł z naaaami! - zawył Dudley pomiędzy dwoma głośnymi szlochami. - On zawsze wszystko psuuuuje! - I wykrzywił się złośliwie do Harry'ego spod ramienia matki. Właśnie wtedy rozległ się dzwonek.

- Och, mój Boże, już są! - powiedziała gorączkowo ciotka Petunia i w chwilę później wszedł najlepszy przyjaciel Dudleya, Piers Polkiss, ze swoją matką. Piers był kościstym chłopcem o szczurzej twarzy. Zwykle to on trzymał ofiary z tyłu za ręce, kiedy Dudley je bił. Dudley natychmiast przestał udawać, że płacze.

Pół godziny później Harry siedział z Piersem i Dudleyem na tylnym siedzeniu samochodu Dursleyów, po raz pierwszy w życiu jadąc do zoo. Ciotka i wuj nie byli w stanie wymyślić, co z nim zrobić, więc, chcąc nie chcąc, musieli go zabrać. Prawdę mówiąc, Harry wolałby zostać w domu i trochę się pouczyć, ale…

Przed odjazdem wuj Vernon wziął go jednak na bok.

- Ostrzegam cię, chłopcze - powiedział, przysuwając swoją wielką purpurową twarz do twarzy Harry'ego - wystarczy jeden głupi dowcip... a nie wyjdziesz z komórki aż do Bożego Narodzenia. [W Wielkiej Sali rozległy się ze wszystkich stron warkoty.]

- Nic nie zrobię - zarzekał się Harry. - Naprawdę...

Ale wuj Vernon wcale mu nie uwierzył. Nikt, oprócz członków jego dywizji, mu nigdy nie wierzył. Problem polegał na tym, że wokół Harry'ego często zdarzały się dziwne rzeczy, a Dursleyów trudno było przekonać, że to nie jego wina. Być może miało to coś wspólnego z tym, iż to rzeczywiście była wina Harry'ego. Chociaż na swoją obronę, Harry mógł bez wahania przysiąc, że w większości przypadków tylko się bronił. Tak jak wtedy, gdy ciotka Petunia wściekła się na niego, bo wrócił od fryzjera, wyglądając tak, jakby w ogóle u niego nie był, więc złapała nożyce kuchenne i obcięła mu włosy tuż przy głowie, pozostawiając tylko grzywkę, „żeby przykryć tę okropną bliznę". Dudley pękał ze śmiechu na jego widok, a Harry spędził bezsenną noc, wyobrażając sobie, co się będzie działo w szkole. Następnego ranka stwierdził jednak, że włosy całkowicie mu odrosły, jakby ciotka Petunia wcale ich nie obcinała. Za karę przesiedział przez tydzień w komórce, chociaż próbował im wytłumaczyć, że nie potrafi wyjaśnić, w jaki sposób tak szybko odrosły, bo jak miał niby wyjaśnić zawiłości połączenia silnej woli oraz magii mugolom, którzy nienawidzą magii z całego serca? Innym razem ciotka Petunia próbowała go zmusić do włożenia ohydnego starego swetra (brązowego z pomarańczowymi pomponikami). Im ostrzej się zabierała do włożenia mu go przez głowę, tym bardziej sweter się kurczył, aż w końcu pasował znakomicie na lalkę, ale z pewnością nie na Harry'ego. Ciotka Petunia uznała, że musiał się skurczyć w praniu i tym razem, ku jego uldze, Harry nie został ukarany. [Po Wielkiej Sali rozeszły się westchnienia ulgi.] Wpadł natomiast w spore kłopoty, kiedy pewnego razu stwierdzono, że siedzi na dachu szkolnej kuchni. Jak zwykle ścigała go banda Dudleya, kiedy nagle, ku zaskoczeniu wszystkich, wyłączając oczywiście Harry'ego, znalazł się na kominie, na który odruchowo się aportował. Państwo Dursleyowie otrzymali bardzo niemiły list od dyrektorki szkoły, w którym żaliła się, że Harry łazi po dachach. A próbował tylko (jak krzyczał do wuja Vernona przez zamknięte drzwi komórki, próbując jakoś załagodzić swoją nieprzyjemną sytuację) wskoczyć za wielki zbiornik na śmieci tuż obok drzwi do kuchni. Harry skłamał bez zmrużenia oka, że to silny podmuch wiatru musiał go porwać aż na dach. Wiedział, że to kłamstwo musiało być na tyle naiwne, żeby nikt się nie domyślił o jego aktywnym udziale w tejże sprawie. Ale dzisiaj miało być inaczej. Mimo, że naprawdę wolałby zostać w domu to jednak warto było znieść nawet towarzystwo Dudleya i Piersa, żeby być w miejscach, które nie przypominają szkoły, obozu, ciemnej komórki pod schodami albo śmierdzącego kapustą saloniku pani Figg.

Podczas jazdy wuj Vernon użalał się przed ciotką Petunią. A lubił użalać się na wszystko: na ludzi w pracy, na Harry'ego, na radę nadzorczą, na Harry'ego, na bank, na Harry'ego, a była to tylko drobna część jego ulubionych tematów. [- Czy mi się wydaję, czy wyczuwam tutaj lekką obsesję, Gred?][- Myślę, że wcale ci się nie wydaje, Forge.] Tym razem uskarżał się na motocykle.

- ...rozbijają się wszędzie jak maniacy... ci młodzi chuligani - powiedział, kiedy wyprzedził ich jakiś motocykl.

- Śnił mi się motocykl – powiedział odruchowo Harry, przypominając sobie nagle swój sen. - Leciał w powietrzu. – Tutaj Harry miał ochotę walnąć się w głowę za otworzenie ust.

Mało brakowało, a wuj Vernon uderzyłby w samochód jadący przed nimi. Odwrócił się z twarzą przypominającą olbrzymi burak z wąsami i ryknął na Harry'ego:

- MOTOCYKLE NIE LATAJĄ!

Dudley i Piers zachichotali.

- Wiem, że nie latają - oświadczył jak najspokojniej mógł Harry. - To był tylko sen.

Tak, naprawdę żałował, że w ogóle się odezwał. Jednego tylko Dursleyowie nie znosili jeszcze bardziej od zadawania im pytań: kiedy mówił o czymś, co zachowywało się nie tak, jak powinno, bez względu, czy było to we śnie, czy w kreskówce. Uważali to po prostu za niebezpieczne. [- Tak samo niebezpieczne jak złe traktowanie osoby ze zdolnościami, które przewyższają mugolskie zrozumienie. Naprawdę myśleliście, że się wam nie odpłacę? – zapytał drwiąco Harry, spoglądając swoją „rodzinę".]

Była to bardzo słoneczna sobota i zoo odwiedziło mnóstwo rodzin. Przy wejściu Dursleyowie kupili Dudleyowi i Piersowi wielkie lody czekoladowe, a potem kupili taniego cytrynowego loda Harry'emu, ponieważ nie zdążyli go odciągnąć od samochodu z lodami, zanim uśmiechnięta sprzedawczyni zapytała go, co sobie wybrał. Nie jest zły, nie tak dobry jak te na obozie, ale ujdzie, myślał Harry, liżąc loda i obserwując goryla, który drapał się po głowie i wyglądał zupełnie jak Dudley, tyle że nie miał jasnych włosów. [- Harry, nie ładnie tak obrażać niewinnego goryla. – zbeształ chłopaka jeden z bliźniaków. Harry zasalutował mu jednym palcem, powodując jeszcze większy wybuch śmiechu.] Harry trzymał się blisko Dursleyów, więc Dudley i Piers, których wkrótce znudziło oglądanie zwierząt, nie mogli oddać się swojemu ulubionemu hobby, jakim było poszturchiwanie, kopanie i szczypanie Harry'ego. Lunch zjedli w miejscowej restauracji, a kiedy Dudley dostał ataku złego humoru, bo na jego ciastku było za mało kremu, wuj Vernon kupił mu drugie, a Harry'emu pozwolono skończyć pierwsze. Po zjedzeniu deseru Harry poczuł, że to wszystko jest za piękne i zbyt spokojne, aby trwało długo.

Potem poszli do pawilonu z gadami. W środku było zimno i ciemno; wzdłuż ścian biegł rząd podświetlonych okien. Za nimi pełzały po pniach, gałęziach i kamieniach jaszczurki i węże najróżniejszych gatunków. Dudley i Piers chcieli zobaczyć wielkie jadowite kobry i grube pytony, mogące zmiażdżyć człowieka. Dudley szybko wypatrzył największego gada. Wyglądał, jakby mógł owinąć się wokół samochodu wuja Vernona i zmiażdżyć go tak, by przypominał pojemnik na śmieci, ale w tym momencie wyraźnie nie był w odpowiednim nastroju. Prawdę mówiąc, po prostu mocno spał. Dudley przycisnął nos do szyby, wpatrując się w połyskujące brązowe sploty.

- Zrób, żeby się poruszył - poprosił ojca płaczliwym tonem. Wuj Vernon zastukał palcami w szybę, ale wąż ani drgnął.

- Zrób to jeszcze raz - zajęczał Dudley. Wuj Vernon zabębnił w szybę knykciami, ale wąż drzemał dalej.

- To jest okropnie nudne - oświadczył Dudley i odszedł. Harry podszedł do szyby i wpatrzył się intensywnie w węża. Nie byłby wcale zaskoczony, gdyby okazało się, że wąż po prostu zdechł z nudów - nie miał żadnego towarzystwa prócz tych wszystkich głupich ludzi, którzy przez cały dzień bębnili palcami w szybę, starając się zakłócić mu spokój. To jeszcze gorsze od spania w komórce pod schodami, do której zbliżała się tylko ciotka Petunia, żeby rano załomotać w drzwi. No i mógł z niej wychodzić… Nagle wąż otworzył paciorkowate oczy. Powoli, bardzo powoli podniósł głowę - teraz jego oczy znalazły się na poziomie oczu Harry'ego. Mrugnął do niego. Harry wytrzeszczył oczy, a potem rozejrzał się szybko dookoła, żeby się upewnić, czy nikt tego nie widział. Upewniwszy się, spojrzał znów na węża i też puścił do niego oko. Wąż wskazał głową na wuja Vernona i Dudleya, a potem spojrzał na sufit. Harry'emu wydało się oczywiste, że znaczy to: „Muszę to znosić przez cały czas".

- Wiem - mruknął Harry, chociaż nie był pewny, czy wąż go słyszy. - To musi być naprawdę przykre. Wąż żywo pokiwał głową. - Skąd pochodzisz? - zapytał Harry. Wąż dźgnął ogonem niewielką tabliczkę tuż za szybą. Harry zerknął na nią. Boa dusiciel, Brazylia. - Fajnie tam było? Boa dusiciel dźgnął ponownie tabliczkę, a Harry przeczytał: Ten okaz wyhodowany został w zoo. - Aha, rozumiem... więc nigdy nie byłeś w Brazylii? Kiedy wąż potrząsnął głową, za plecami Harry'ego rozległ się ogłuszający wrzask, który sprawił, że obaj podskoczyli.

- DUDLEY! PANIE DURSLEY! CHODŹCIE I POPATRZCIE NA TEGO WĘŻA! NIE UWIERZYCIE, CO ON ROBI!

Dudley pospieszył ku nim swoim kaczkowatym krokiem.

- Zjeżdżaj - rozkazał, uderzając Harry'ego w żebra. Harry, wpierw zaskoczony, upadł na betonową posadzkę. To, co wydarzyło się w następnej chwili, stało się tak szybko, że nikt nie zauważył, jak w jednej sekundzie Piers i Dudley wlepiali nosy w szybę, w następnej odskoczyli do tyłu, wrzeszcząc z przerażenia. Harry usiadł i podziwiał swoją robotę: przednia szyba zniknęła. Wielki wąż odwinął się błyskawicznie i ześliznął na posadzkę. Wszyscy obecni w terrarium zaczęli krzyczeć i tłoczyć się do wyjść. Kiedy wąż prześlizgiwał się obok Harry'ego, usłyszał syczący głos:

- Brazylio, przybywam... Graciasss, amigo.

Opiekun terrarium był w stanie silnego szoku.

- Ale ta szyba - powtarzał w kółko. - Gdzie się podziała szyba? [- Prawie jak magia, co nie Harry? – zapytał pogodnie Fred, a George kiwał na zgodę bratu. Harry uśmiechnął się niewinnie i wzruszył ramionami.]

Dyrektor zoo osobiście nalał ciotce Petunii filiżankę mocnej, słodkiej herbaty, przepraszając ją nieustannie. Piers i Dudley coś bełkotali. Harry był pewny, że wąż, przesuwając się obok nich po podłodze, tylko żartobliwie chapnął ich w pięty, ale zanim doszli do samochodu, Dudley opowiadał, że niewiele brakowało, a straciłby nogę, podczas gdy Piers przysięgał, że wąż owinął się wokół niego, chcąc go zmiażdżyć. [- Z taką wyobraźnią nieźle by zarabiał pisząc książki. – prychnął Syriusz.] Najgorsze było jednak to, że kiedy Piers trochę się uspokoił, powiedział:

- Harry akurat z nim rozmawiał. Prawda, Harry?

Wuj Vernon odczekał, aż Piers znajdzie się bezpiecznie w swoim domu, po czym zabrał się za Harry'ego. Był tak wściekły, że ledwo mógł mówić. Udało mu się tylko wybełkotać:

- Precz... do komórki... siedzieć tam... bez jedzenia - po czym opadł na fotel. Ciotka Petunia musiała mu natychmiast podać dużą brandy.

Harry leżał w swojej ciemnej komórce. Nie miał pojęcia, czy Dursleyowie już zasnęli. Dopóki nie zasnęli, nie mógł ryzykować wymknięcia się do kuchni po coś do zjedzenia. Mieszkał u Dursleyów już prawie dziesięć lat, dziesięć żałosnych lat od czasu, gdy był niemowlęciem, a jego rodzice zginęli w „wypadku". Czasami, kiedy był młodszy i jeszcze przed-obozowy, wytężał pamięć podczas długich godzin spędzanych w ciemnej komórce i czasami wtedy miewał taką dziwną wizję: oślepiający błysk zielonego światła i palący ból w czole. Przypuszczał, że mogło to być wspomnienie tamtej nocy [Harry przytulił do siebie Marvolo, który ponownie się rozkleił.], a zielone światło pochodziło pewnie od Avady. Nie pamiętał też w ogóle swoich rodziców. [-Tak bardzo nam przykro, kochanie. – szeptał mu do ucha James, obejmując jednocześnie i Harry'ego i swojego mordercę. Z drugiej strony Lily robiła to samo, głaszcząc jedną dłonią czarne włosy i drugą czekoladowe.] Ciotka i wuj nigdy o nich nie mówili, a jemu nie wolno było zadawać pytań. W domu nie było ani jednej ich fotografii. Kiedy był młodszy, wciąż marzył o jakimś nieznanym krewnym, który przybędzie i zabierze go z tego domu, ale nigdy nic takiego się nie wydarzyło; Dursleyowie byli jego jedyną rodziną. Czasami jednak myślał (albo raczej miał nadzieję), że znają go niektórzy spotykani na ulicy obcy ludzie. Sami byli bardzo dziwni, to fakt. Kiedyś ukłonił mu się jakiś człowieczyna w fioletowym kapeluszu [-To na pewno był Diggle! – krzyknął Syriusz, uśmiechając się szeroko, pomimo ponurych myśli, krążących wokół śmierdzących szczurów i starych, manipulacyjnych kozłów.], kiedy Harry towarzyszył ciotce Petunii i Dudleyowi na zakupach. Ciotka Petunia zapytała Harry'ego ze złością, czy zna tego człowieka, a potem wygoniła ich ze sklepu, choć niczego jeszcze nie kupiła. Innym razem pomachała mu wesoło z autobusu jakaś dziwaczna kobieta ubrana na zielono. Raz jakiś łysy facet w długiej purpurowej pelerynie uścisnął mu rękę na ulicy, po czym oddalił się bez słowa. Najdziwniejsze było to, że ci wszyscy ludzie zdawali się znikać, gdy tylko Harry próbował im się lepiej przyjrzeć. W szkole Harry nie miał przyjaciół. Wszyscy wiedzieli, że banda Dudleya poluje na tego dziwoląga Harry'ego Pottera, w tych jego workowatych spodniach i z połamanymi okularami, a bandzie Dudleya nikt nie chciał się narażać.

- No dobra, wiem, że to dopiero dwa rozdziały, jednak myślę, że wszystkim należy się jakaś kanapka i kubek gorącej czekolady. – oznajmił Harry dziarsko i pstryknął palcami. W następnej sekundzie przed wszystkimi pojawiły się stoliki z kanapkami, ciastkami, owocami oraz różnymi rodzajami napojów: herbata, kawa, soki oraz oczywiście czekolada.

Wszyscy bez słowa sprzeciwu sięgnęli po coś dla siebie. Harry także sięgnął do stolika przed kanapą, na której siedział jego rodzina i w obie dłonie chwycił po kubku gorącego, mleczno-kakaowego płynu. Jeden z kubków podał Marvolo, drugi Lily. Marvolo posłał mu nieśmiały uśmiech, na który Harry'emu zrobiło się cieplej na sercu. Lily także podziękowała mu z pięknym, matczynym uśmiechem. Dla siebie wziął kubek kawy z cykorią oraz kanapkę z serem i szynką. Już miał zabrać się do jedzenia, kiedy poczuł na sobie spojrzenie. Zerknął ukradkiem na Marvolo, który spoglądał na kanapkę w jego dłoni z głodem w ciemnoniebieskich oczach. Od razu podsunął mu ją pod nos i z uwagą oglądał jak znika ona w mgnieniu oka. Chwycił więc jeszcze dwie kolejne oraz kiść czerwonych winogron. One także zniknęły szybko niczym błyskawica. Na szczęście to jakoś zdołało nasycić chwilowo głód nastolatka, więc Harry mógł zadbać o siebie.

Kiedy wszyscy zdołali odtajać z szoku i aktualnie przemyśleć ostatnie wydarzenia, Harry dał znak i bezcielesny głos ponownie porwał zawartość Wielkiej Sali w odmęty jego życia.