KSIĘGA PIERWSZA
Rozdział trzeci: Gdybyśmy byli niepokonani
Corinne westchnęła ciężko, opadając na twardą, kamienną powierzchnię.
Ten smok jest bardziej uparty niż stado mułów.
Dziewczyna spędziła w pieczarze smoka już prawie dwa tygodnie. Wiedziała o tym, bo odliczała każdy dzień spędzony tutaj.
Smaug wciąż podejrzewał ją o to, że jest czarownicą. Nie było tygodnia kiedy smok nie próbowałby tego z niej wyciągnąć. Za każdym razem odpowiedź brzmiała jednak tak samo.
- Nie jestem żadną czarownicą. – syczała Corinne przez zęby, ignorując potęgę nieśmiertelnej bestii. Smaug wówczas zwykł warczeć gardłowo, aż ściany komnat drżały nieprzyjemnie.
Corinne zaczynała mieć już powoli dość tego miejsca. Od oparów wydychanych przez smoka nie dało się tu wręcz oddychać. Corinne kładła się spać w duchocie, budziła się w takiej samej atmosferze, i w takich warunkach musiała funkcjonować przez większość dnia.
Dlaczego jego ogień na mnie nie działa? – zastanawiała się Corinne, leżąc wśród złotych monet, naszyjników wysadzanych drogimi kamieniami i samotnie leżących kryształów. – Ten smok ma rację w jednej kwestii; że jestem czymś więcej niż człowiekiem. Tylko czym?
Corinne na tym etapie nie zdziwiłaby się, gdyby okazało się, że jej rodzice okłamywali ją od samego początku. Ba, zaczynała nawet wierzyć w to, że w ogóle nie byli jej biologicznymi rodzicami. Pewnego dnia doszło do tego, że Corinne zaczęła wyobrażać sobie, że może wcale nie jest córką śmiertelników, tylko jakiegoś potężnego czarodzieja.
To było miało sens. Czarownicy są potężni – być może na tyle potężni, aby być w stanie wytworzyć wokół siebie barierę ochronną przeciw magii smoków.
To były jednak tylko jej mrzonki – nic więcej. Pamiętała przecież swoich dziadków – zwykłych śmiertelników, w żadnym aspekcie nie przypominających tych potężnych czarodziei z opowieści, jakimi raczyli ją, gdy miała zaledwie cztery, góra pięć lat. Corinne uwielbiała te opowieści – pełne bohaterów, niekończących się przygód i złych potworów, które ostatecznie przegrywały w starciu z mężnymi, walecznymi rycerzami.
Przydałby się jej teraz taki „mężny, waleczny bohater"… oj, przydałby się jej on teraz, jak nigdy wcześniej.
Corinne przywykła już do tego, że Smaug niemalże codziennie próbował wyciągnąć z niej, czym naprawdę jest. Zwykle zaraz po tym, jak Corinne odpowiadała zwyczajowo: „Nie mam najmniejszego pojęcia", Smaug z furią zaczynał miotać się po jaskini, waląc swoim długim, silnym ogonem w ściany jaskini.
Że ten strop jeszcze się na niego nie zawalił… to jest dopiero magia. Ten smok musi mieć więcej szczęścia, niż na to zasługuje.
Już nie żałowała Smauga. Mało tego, chciała wręcz, aby w końcu wyzionął ducha. Może przynajmniej wtedy udałoby się jej wydostać z tego skalnego więzienia.
Corinne drgnęła, gdy ziemia pod nią zadrżała. Nie uniosła jednak nawet powiek, aby sprawdzić, co się dzieje. Wiedziała, że to pewnie Smaug znowu miota się po tej swojej jaskini, nurzając się w złocie… albo po raz kolejny szamocząc się z myślami na temat tego, czym Corinne właściwie jest.
Jak tylko to odkryjesz, to daj mi znać. – pomyślała, wzdychając przeciągle. – Sama chętnie chciałabym tego dowiedzieć.
Czyjś głośny jęk sprawił, że Corinne otworzyła gwałtownie oczy, siadając na ziemi prosto jak struna. Rozejrzała się wokół siebie, przekonana o tym, że właśnie zaczęła tracić zmysły – niemożliwym przecież było, żeby ten dźwięk był prawdziwy. Była tu przecież sama ze Smaugiem. Nikogo poza nimi nie było.
Zaraz potem w polu widzenia dziewczyny pojawił się Smaug. Niósł w pysku coś ciemnego i zwęglonego – zapewne kolejne upolowane zwierzę. Od kiedy Corinne się tu znalazła, smok od czasu do czasu „poświęcał się" i wylatywał z jaskini, wracając z przypalonymi resztkami zwierzęcia, które potem podrzucał zniesmaczonej dziewczynie.
Tak też zapewne miało być i tym razem. Smaug bez słowa rzucił swoją zdobycz praktycznie pod nogi Corinne, wydając przy tym z siebie ciche, gardłowe warknięcie.
- Nie zamierzam tego jeść. – mruknęła Corinne, przyglądając się krytycznym wzrokiem spalonej ofierze smoka. Nie… z pewnością tego nie tknie. Ta kupka mięsa nie nadawała się już dosłownie do niczego. W zbyt wielu miejscach zwierzę zostało spalone do samej kości. Od samego patrzenia się na nie Corinne robiło się słabo.
Smaug, ku jej sporemu zdziwieniu, roześmiał się po jej słowach. Od jego tubalnego głosu zatrzęsły się ściany jaskini.
A niech ci tak jakaś kolumna spadnie na łeb, szalony smoku. Może wtedy coś ci się tam poprzestawia na właściwe miejsca.
- Zaczyna mi się podobać twój tok myślenia, śmiertelniczko… ale to, co przyniosłem, nie jest do jedzenia. – Corinne zmarszczyła brwi, wpatrując się w smoka jak w kompletnego szaleńca.
- Że co? – spytała się, gdy już wstępne zaskoczenie i dezorientacja minęły. – Jeśli to nie jest twoja zdobycz z polowania… to co to jest?
- Nie co. – smok uśmiechnął się szeroko, ukazując swoje długie, ostre kły w pełnej okazałości. – Raczej kto.
- Co…? – Corinne powiodła spojrzeniem po spalonych szczątkach istoty, jaka przed nią leżała. Nie… to w ogóle nie przypominało człowieka. To coś było małe, nieforemne i nienaturalnie powykrzywiane. To coś z pewnością to nie jest…
O, nie. – pomyślała nagle Corinne, gdy istota się poruszyła. – A niech to. Ta pokręcona bestia nie kłamie. To jest człowiek.
Z początku nie rozpoznała tego człowieka – no bo niby jak? Ponad trzy czwarte jego ciała było tak spalone, że miejscami mięso samo odchodziło od kości. Skóra w miejscach, które jeszcze jakoś się trzymały, była cała sczerniała i spękana. Liczne pęcherze i zaropiałe rany tylko dopełniały obrazu nędzy i rozpaczy, jaką ten biedak był.
Ile razy Smaug go przypalał swoim ogniem? Ile razy powstrzymywał się od tego, aby doszczętnie go nie spalić? Ile razy ten człowiek błagał o śmierć, która nigdy dla niego nie nadeszła?
- Dlaczego go tu ściągnąłeś? – spytała się, czując narastający w sobie z każdą kolejną chwilą gniew. – Co ten człowiek ci zrobił? Dlaczego tak go potraktowałeś? Za co ten człowiek musiał tyle wycierpieć?
- Nie wiem. – odparł smok jak gdyby nigdy nic. – Ale sądzę, że ty powinnaś znać na to odpowiedź.
- O co ci chodzi…? – Corinne po raz kolejny spojrzała się na nieznajomego. Nie… nie rozpoznawała go. Choćby nie wiadomo jak się starała, nie rozpozna go. Nie ma na to żadnej szansy.
Chyba że to jest…
Corinne odsunęła się nagle od poparzonego, kolana dosuwając blisko siebie.
To Kayden… to na pewno Kayden. A jeśli nie Kayden, to z pewnością jest to Triston. Tylko ci dwaj mogli się teraz zapuścić w te regiony. Nikt inny nie mógł tu przebywać… a przynajmniej nikt o zdrowych zmysłach.
- Kto to jest? – spytała się Corinne hardym, stanowczym głosem, mimo iż cała drżała na ciele. – Jak się nazywa?
- Och… to już chyba wiesz. – Smaug zaśmiał się ponownie. Widać straszenie i doprowadzanie Corinne go granic wytrzymałości było czymś, co go naprawdę bawiło. – Nie wiem jeszcze, czym jesteś… ale wymyśliłem sposób, jak przekonać się, co naprawdę potrafisz. Powiedzmy, że ten człowiek będzie dla ciebie zachętą. Jeśli uda ci się zrobić to, o co cię poproszę, to może on przeżyje.
Koniec. Po prostu koniec. Corinne nie miała już kompletnego pojęcia, o czym Smaug mówi, ani kim właściwie jest ten przeklęty nieznajomy.
- Skończ już z zagadkami. – syknęła Corinne, powoli przestając się trząść. – Po prostu powiedz mi, kto to jest.
- Tak jak mówiłem, Corinne… znasz tego człowieka. Był z tobą w dniu, w którym posiadłem cię jako swoją zdobycz.
Nie.
Nie. Po prostu nie.
To niemożliwe. Takie rzeczy po prostu się nie zdarzają.
Przecież widziała na własne oczy, jak płomienie pożerają go w ułamku sekundy. Nie było żadnej szansy na to, aby to przeżył.
A może jednak…?
Corinne zbliżyła się ostrożnie do mężczyzny. Powoli, bardzo ostrożnie przekręciła go na bok. Z poparzonych, popękanych ust człowieka wydobył się długi, agonalny jęk.
Dopiero teraz zaczęła rozpoznawać te małe detale, które wcześniej jej umknęły. Wcześniej było tylko skupiona na odorze spalenizny i widoku rozlatującego się na kawałki ciała. Teraz jednak widziała go wreszcie w postaci, jaką dobrze znała i pamiętała.
Delikatnie dotknęła jednego z nielicznych miejsc na twarzy mężczyzny, jaka nie była kompletnie pokryta strupami i poparzeniami. Zdusiła w sobie szloch, gdy zamiast błękitnych tęczówek zobaczyła dwie ziejące pustką dziury, wypełnione kolejnymi oparzeniami.
Przysięgam… przysięgam na wszystko, co żywe i martwe… jeśli tylko dowiem się, czym faktycznie jestem, znajdę sposób na zabicie tego smoka. Znajdę ten sposób… znajdę i zabiję go. Zabiję go za to, co mu zrobił.
Corinne wzięła długi, rozedrgany wdech. Dla pewności wzięła jeszcze kilka następnych, nie chcąc wybuchnąć teraz płaczem.
Muszę być silna… muszę być silna. On mnie teraz potrzebuje. Nie mogę go zawieźć.
Z trudem uśmiechnęła się, mrugając intensywnie, gdy łzy uparcie próbowały się wydostać z kącików jej oczu. Dopiero wtedy, gdy była pewna, że kontroluje już swoje emocje, odważyła się wypowiedzieć na głos jego imię.
- Brenden.
Opowiadanie powróciło - ze zmienioną fabułą :) Przez te miesiące planowałam zmianę dwóch ostatnich rozdziałów z racji tego, że nie podobało mi się, dokąd to wszystko zmierza. Moje zainteresowanie jednak powróciło (chyba głównie dlatego, że ostatnio wzięłam się za ponowne czytanie "Władcy Pierścieni", którego nie tykałam od ładnych paru lat, zajęta innymi lekturami). Wzięłam się zatem za porządne przepisanie wszystkiego od nowa, i tak narodził się ten oto rozdział.
Dziękuję ogromnie wszystkim, którzy zaczęli śledzić to opowiadanie, a także tym, którzy to opowiadanie dodali do swoich ulubionych.
