Rozdział 3
Jeszcze przed nastaniem świtu, wszyscy X-Men byli gotowi do rozpoczęcia zadań jakie przydzielił im ich dowódca. Każdy z nich wiedział doskonale co miał zrobić, nawet kryminaliści w obozie dla 198, którym obiecano wolność za pomoc. Emma, wspomagana przez trzy młode uczennice zwane Stepford Cuckoos, skontaktowała się telepatycznie z każdym z drużyny. Rozmowy mogły przebiegać tylko i wyłącznie na drodze telepatii, tak aby żaden z członków pilnującej szkoły organizacji O.N.E. nie domyślił się co mutanci planowali.
- Wszyscy X-Men z trzech drużyn muszą udać się w okolice hangaru dla Blackbirdów. Musicie iść pojedynczo i różnymi drogami, tak aby nie wzbudzać żadnych podejrzeń. Sage za piętnaście minut włamie się do systemów komputerowych S.H.I.E.L.D, aby zainfekować je wirusem, dzięki któremu oszukamy kamery zainstalowane przez agentów w całej szkole. Amelia i Kurt czekają w pogotowiu. Jak tylko wszyscy pozostali wejdą na pokłady samolotów, teleportujecie się do obozu dla 198 i zabierzecie stamtąd tych o których wczoraj rozmawialiśmy. Pamiętajcie, aby nie działać wcześniej. Sam, Dani i Shan idźcie do akademików, aby żaden z dzieciaków nie próbował być bohaterem. Dotyczy to również tych, którzy stracili swoje zdolności po Dniu M. Musicie chronić ich przed wszystkimi konsekwencjami naszej decyzji. Meld, pamiętaj że twoja rola jest najważniejsza. Bez twojej pomocy nie wydostaniemy się ze szkoły, nie wahaj się bo brak zdecydowania może przekreślić nasze wszystkie plany. Dziękuję ci po raz kolejny. Pamiętajcie, żeby dać z siebie wszystko.
Emma zakończyła przekaz telepatyczny. Popatrzyła na Scotta, który jak się okazało towarzyszył jej przez cały czas.
- Zostaniemy uciekinierami Scott. - powiedziała.
- Nie po raz pierwszy. Musimy zrobić to co słuszne.
- Nie żałujesz tego? Po tylu latach udało ci się zbudować to miejsce, szkołę dla mutantów która nie jest jednocześnie koszarami trenującymi kolejne oddziały do walki o lepsze jutro. Ta decyzja zburzy ten świat i zastąpi go miejscem pełnym strachu i uprzedzeń.
- Dzień M przekreślił szansę na dalszy rozwój naszej rasy i jej współżycie z ludźmi. W tej chwili musimy pamiętać tylko o nas samych i chronić pozostałych mutantów za wszelką cenę. O konsekwencjach będziemy myśleć, gdy będziemy już bezpieczni.
- Scott, jestem z tobą. Tak samo jak wszyscy z którymi łączę się teraz umysłem.
Mutanci wyszli ze swoich pokoi i wolnym krokiem udali się do hangaru. Gambit i Rogue spotkali dwóch żołnierzy O.N.E patrolujących teren instytutu. Zapytani o to dokąd się udawali, odpowiedzieli, że mieli zamiar odprężyć się w Sali Ćwiczeń. Danielle i Shan także odbyły krótką rozmowę z innymi strażnikami przechadzającymi się w pobliżu akademików pełnych młodych byłych i obecnych mutantów. Pozostali dotarli do celu bez większych niespodzianek. Sage wpuściła wirusa do systemów zainstalowanych przez O.N.E. w instytucie, dzięki czemu kamery pokazywały puste, korytarze zamiast X-Men ubranych w uniformy wybierających się na misje. Stepford Cuckoos a także Rachel i Emma wykorzystały telepatię, aby wymazać z umysłów wszystkich którzy spotkali lub widzieli któregoś z mutantów wspomnienia ostatnich kilkunastu minut. Meld siedział wewnątrz jednego z wielkich Sentineli próbując odgonić od siebie kotłowaninę myśli, uspokoić się i wykonać polecenie dane przez Emmę Frost. Grupy Cyclopsa, Havoka i Storm znalazły się wewnątrz czarnych maszyn latających. White Queen po raz kolejny połączyła się z mutantami, których rola była kluczowa.
- Rachel, Cuckoos, pomóżcie mi opanować umysły żołnierzy wokół szkoły zaraz po tym jak wystartujemy. Muszą zapomnieć chwilę uruchomienia silników Blackbirdów. Meld, przygotuj się do wpuszczenia wirusa Sage do systemów Sentineli. Amelia i Kurt, teleportujecie się do obozu i zabierzecie 198. Musicie zrobić to w jednym skoku, nie będzie możliwości powrotu.
Nightcrawler i Amelia teleportowali się pozostawiając za sobą charakterystyczne kłęby dymu. W tym samym momencie, Cyclops, Havok i Storm uruchomili silniki samolotów przygotowując się do wylotu a telepatki dosięgły umysłów jak największej liczby agentów spacerujących po terenie szkoły, wymazując z ich pamięci każdą sekundę po tym jak w okolicy rozległ się huk startujących blackbirdów. Meld, przełamując w sobie wszelkie wątpliwości i wahania, połączył się z systemami komputerowymi wielkich robotów swoich kolegów z drużyny i zainfekował je niszczycielskim wirusem otrzymanej od czarnowłosej technopatki. Obłok siarki Kurta pojawił się za plecami Arclight i Scalphuntera czekających w zniecierpliwieniu na sygnał od drużyny mutantów.
- Zaczynamy. - powiedział mutant o niebieskiej skórze i nie czekając na reakcję byłych członków grupy Marauders teleportował ich do drużyn, które mieli wspomóc swoimi zdolnościami. Amelia Voght pod postacią mgły przeniosła się do namiotu 198, zobaczywszy Mammomaxa, Fever Pitcha i Sacka, przybrała formę materialną.
- Misja się zaczęła. Przygotujcie się na transport. Zamiana w postać gazową jest bardzo nieprzyjemna gdy przechodzi się przez nią po raz pierwszy, ale nie mamy czasu na subtelności. - Kobieta po raz kolejny zamieniła swe ciało w chmurę różowego dymu, ale tym razem transformacja dosięgła także człowieka-słonia, szkieletu płonącego żywym ogniem oraz mutanta o zielonej, przeźroczystej skórze o konsystencji galarety. Wszystko było gotowe, X-Men mogli bez przeszkód rozpocząć misję, której znaczenia nie mogli w tamtej chwili przewidzieć. Decydując się na tak radykalny krok względem agentów rządowych stali się automatycznie przestępcami. Wiedzieli, że ich spektakularna ucieczka, oszukanie systemów komputerowych S.H.I.E.L.D, zniszczenie drogiej elektroniki wewnątrz najnowszych modeli Sentineli i mieszanie w umysłach kilkudziesięciu mężczyzn i kobiet zbliżyło ich bardziej do metod stosowanych przez Magneto i podobnych jemu ludzi, ale w czasach kiedy mutantom groziło wyginięcie, uratowanie nawet jednego członka ich rasy miało znaczenie, bez względu na konsekwencje. Trzy czarne maszyny uniosły się ponad kompleks budynków instytutu Xaviera, niezauważone przez oczy kamer i sensory wielkich humanoidalnych maszyn zmylone przez komputerowy wirus a także nie zarejestrowane w umysłach pilnujących szkołę strażników oczyszczonych ze wszelkich wspomnień przez pięć telepatek.
Samolot z drużyną Scotta Summersa na pokładzie pędził w kierunku Genoshy. Emma była połączona telepatycznie ze swoimi uczennicami ze szkoły i przekazywała im ostatnie wytyczne co do postępowania z rządowymi agentami. Raport Cuckoos jednoznacznie wskazywał, że ich plan się powiódł a żaden z wojskowych nie zdołał spostrzec prawdy kryjącej się za starannie sfabrykowaną iluzją telepatii i fałszywych danych wewnątrz komputerów. Kitty Pryde siedziała blisko Piotra Rasputina. Rosjanin zauważył, że dziewczyna była smutna i bardzo niespokojna.
- Co się dzieje Katia? Od wczoraj nie odezwałaś się do mnie ani jednym słowem.
- Peter, czy ten lot nie przypomina ci czegoś? - dziewczyna zapytała.
- Nie wiem do czego zmierzasz...
- Ostatni raz, kiedy lecieliśmy do Genoshy, aby porozmawiać z profesorem i ustalić co zrobić z Wandą Maximoff... pogoda była taka sama jak dzisiaj... a później cały świat zniknął w ogarniającej wszystko bieli... - Kitty odpowiedziała zamykając oczy.
- Mamy to już za sobą... Cerebro nie ma daje żadnych oznak istnienia Wandy ani Magneto. Być może już nie żyją, albo zostali pozbawieni swoich zdolności. Tamta rzeczywistość już nigdy nie zaistnieje, nie obawiaj się.
- Dokładnie tak... ale ja zastanawiam się czy my na pewno dobrze zrobiliśmy pokonując Scarlet Witch i zmuszając ją do przywrócenia rzeczywistego świata. Peter, ja byłam tam szczęśliwa! Miałam proste życie nauczycielki dzieci tak bardzo do mnie podobnych. A kiedy iluzja przeminęła, obudziłam się w świecie w którym nasza rasa wymiera a my zostaliśmy odgrodzeni od reszty świata jak w jakimś cholernym obozie. Może powinniśmy przyjąć to co Wanda nam podarowała?
- Tamten świat nie był prawdziwy. Był wymysłem chorej kobiety a życie każdego z nas było tam spełnieniem naszych najskrytszych pragnień, ale wypaczonych przez magię Scarlet Witch jak przez krzywe lustro w wesołym miasteczku. Kitty. - Dr Henry McCoy włączył się do rozmowy.
- Kitty, byłaś tam jedynie marionetką w rękach Wandy Maximoff i jej rodziny a w prawdziwym świecie masz kontrolę nad swoim życiem i tylko od ciebie zależy jakie miejsce sobie w nim znajdziesz. Byliśmy w gorszych kłopotach i z nich wyszliśmy, tym razem też tak będzie.
- Dzięki Henry. - dziewczyna odpowiedziała.
- Mimo wszystko, ja miałem tam ręce i ludzkie usta. Miałem tam wymarzoną pracę i światowe uznanie. - Beast oznajmił patrząc na swe łapy pokryte niebieskim futrem.
- A moi rodzice żyli. - dodała Shadowcat.
- Nie wiem o czym tak gadacie, ale mam nadzieję że szybko dotrzemy na miejsce! Mam dość siedzenia w tak ciasnej dziurze. - Fever Pitch przerwał rozmowę mutantów.
- Kiedy przeprowadzisz operację doktorku? Bo zaczynam się niecierpliwić. - dodał kierując swą kościstą rękę na twarz McCoya. Beast odwrócił się zatrzymując wzrok na płonącej czaszce ognistego kościotrupa.
- Nie wykazałeś się na razie niczym poza denerwującym gadaniem. Siedź cicho i spokojnie czekaj aż dotrzemy na wyspę.
- A może lepiej się stąd uwolnię? Jestem pewien, że dam radę stopić tą puszkę razem z wami wszystkimi. - Fever Pitch odgrażał się.
- Spróbuj. Zobaczysz jaką niespodziankę przygotowałam dla ciebie. - Emma Frost odezwała się telepatycznie w umyśle kryminalisty. Mutant uspokoił się w momencie, gdy zauważył że kobieta całkowicie kontroluje jego ciało.
- Myślisz o Charlesie? - Scott spytał Amelię Voght patrzącą przez okno samolotu. Kobieta początkowo nie odpowiadała mu, bo myślami była gdzieś zupełnie indziej.
- Tak... nie tylko o nim... myślę o wszystkim co się do tej pory stało. Rozmawiacie o jakiejś Wandzie Maximoff, jasności pożerającej świat. Nic z tego nie rozumiem i nie mam zielonego pojęcia dlaczego większość moich znajomych straciła zdolności. Jeśli wiecie kto za tym stoi, dlaczego nie podzielicie się tym z resztą świata? Sytuacja na świecie jest bardzo napięta, prawie na granicy katastrofy. Gdyby świat znał prawdę, może uniknęlibyśmy niepotrzebnej walki.
- Amelia, uwierz mi, że gdyby świat znał prawdę, byłoby znacznie gorzej. Nikt nie zaufałby już komukolwiek posiadającemu nadludzkie moce. Musimy ukryć prawdę, nawet jeśli doprowadzi to do nieporozumień.
- Czyli ze mną także się nie podzielisz wiedzą o tym, co tak naprawdę się zdarzyło?
- Opowiem ci o tym. Ale nie teraz. Przed nami jest dużo ważniejsze zadanie.
He was a leader, malicious and violent
His fame is covered with blood
Now he's just a number, he lost all his power
The king has lost his face
Magneto siedział na krześle na tarasie zniszczonej rezydencji, patrząc na wystające z czerwonego piasku ruiny wielkiej metropolii Hammer Bay, stolicy potężnego niegdyś państwa. Był nieogolony a jego strój i peleryna były brudne od burz pyłowych, których w tamtych czasach było w umarłym mieście coraz więcej. Podeszła do niego mutantka z czarną opaską na jednym z oczu. Miała na sobie skórzany strój i gołe ręce, które przestały być zielonymi mackami.
- Nie ma ich nigdzie, Erik - powiedziała, ale mężczyzna nie zareagował na jej słowa.
- Nie ma śladu po Charlesie, ani po twoich dzieciach. - dodała. Magneto nadal nie zwracał na nią uwagi, więc postanowiła pozostawić go samemu.
- Dzieciaki na dole potrzebują cię teraz dużo bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Są przerażeni i zdezorientowani, bo to kolejna tragedia w ich życiu. Musimy wydostać się z tej przeklętej wyspy, dla ich dobra, dla dobra nas samych.
- Callisto... - mężczyzna odpowiedział nie odwracając się w kierunku kobiety.
- Zabierz ich jak najdalej z tego miasta. I pamiętaj o tym, aby nie odwracać się, gdy będziesz już daleko stąd. - Magneto powrócił do monotonnego gapienia się na czerwoną pustynię swego dawnego królestwa.
- A co ty zamierzasz zrobić? Nie przeżyjesz tu samemu, nie teraz kiedy... - kobieta próbowała nakłonić go do współpracy. Siwy mężczyzna popatrzył na nią z nienawiścią wyraźnie widoczną w spojrzeniu. Jego gest pięści wskazywał na to, iż gdyby Erik nadal miał swe zdolności, Callisto zostałaby przebita gradem skrawków metalu.
- Nie muszę dalej tolerować twojej obecności! Jeśli się stąd nie wyniesiesz, to przekonasz się, że pomimo tego, że jestem teraz tylko starym człowiekiem, nadal jestem w stanie zabić kobietę gołymi rękami!
Mutantka widząc ogień nienawiści palący się w oczach mężczyzny, postanowiła nie dyskutować z nim więcej. Wyszła z rezydencji, kierując się na plac, gdzie czekali na nią jej młodsi koledzy i koleżanki. Hub zbliżyła się do kobiety. Jej twarz wyrażała zakłopotanie i troskę.
- Gdzie jest Magneto? - zapytała.
- Nie idzie z nami. Zostaje tutaj, w Hammer Bay. Jego decyzja jest nieodwołalna.
- Przecież nie ma szans, aby przeżyć! Musimy go ze sobą zabrać! - dziewczyna była zmartwiona zachowaniem byłego prezydenta kraju w którym spędziła kilka lat swego życia.
- Hub, jeśli tak bardzo ci na nim zależy to idź tam do niego, na górę. Przekonaj go, aby do nas wrócił. Ale gwarantuje Ci, że jeśli to zrobisz, to także tutaj zostaniesz... na zawsze. - powiedziała Callisto. Zasmucona murzynka wróciła do pozostałych.
- Mamy problem Callisto. - oznajmił Shola.
- Tak? To coś nowego... - odparła ironicznie kobieta z jednym okiem.
- Wicked gdzieś zniknęła. Próbuje ją znaleźć od rana, nigdzie jej nie ma. - poinformował Freakshow.
- Karima, skanowałaś teren? - kobieta zwróciła się do stojącej obok koleżanki - cyborga.
- Nie, nie znajdę jej teraz, gdy przestała być mutantem.
- Słuchajcie, nie mamy zbyt wiele czasu. Jeśli dziewczyna nie zostanie znaleziona do wieczora, wyruszamy bez niej. Nie możemy dłużej ryzykować siedząc w jednym miejscu. Magistraci, ludzie Unusa, nawet Avengers, mogą się tu w każdej chwili pojawić a my nie jesteśmy w stanie walczyć z żadnym z nich, zrozumiano?
- Nie zostawimy jej tutaj! Co będzie jeśli ona wpadnie w czyjeś ręce?
- Wicked jest dorosła. Wiedziała, że dzisiaj mieliśmy wynieść się z Genoshy. Jeśli się nie pojawiła, to znaczy, że nie chce się stąd ruszać i to jest jej prywatna sprawa! Nie mamy czasu prosić ją, aby nas posłuchała! I tak straciłam zbyt wiele czasu z tym starym głupcem! - Callisto okrzyczała chłopaka, ponieważ musiała wyładować na kimś wszystkie swoje frustracje.
W tym samym czasie Erik wyczuł czyjąś obecność wewnątrz cytadeli. Wstał z krzesła, ruszając wolnym krokiem w stronę pomieszczenia pogrążonego w całkowitym mroku. Jego czujne oczy dostrzegły ruch w głębi komnaty, prawie niezauważalny, rytmiczny, powtarzający się okresowo. Ktoś oddychał, Magneto był pewien, że w cieniu ukrywała się jedna osoba.
- Wyjdź już, wiem, że tam jesteś. - powiedział. Z ciemności wyszła czarnowłosa dziewczyna. Popatrzyła na mężczyznę oczami pełnymi smutku a on zauważył, że jej czarny makijaż był całkowicie rozmazany od łez.
- Dlaczego nie jesteś z pozostałymi? Niedługo wyruszają, aby uciec z tego przeklętego miejsca! Jeśli się spóźnisz zostaniesz tutaj! - Erik niepokoił się o swą młodą znajomą. Wicked zbliżyła się do niego.
- Zostaje tutaj. Nie mam już niczego dla czego mogłabym żyć. - odpowiedziała z trudem powstrzymując się od łez.
- Wicked... twoi koledzy się o ciebie martwią, nie możesz dłużej zwlekać, bo gdy pojawią się tutaj nasi wrogowie, będzie już za późno. Wracaj do nich!
- Dlaczego, ty nie wracasz? - dziewczyna zapytała, przerywając monolog mutanta.
- Nie porównuj moje sytuacji z twoją, dziecko! - Erik zacisnął pięści. Znów zawładnęła nim złość.
- Ja straciłem wszystko, Dzień M odebrał mi cel życia! Naród, któremu służyłem, rasę, nawet moje dzieci i Charlesa! W świecie po Dniu M nie ma miejsca na ideę jaką reprezentował Magneto! Ty jesteś nastolatką, nie porównuj mnie do siebie! - Mężczyzna był zaskoczony, że tak łatwo otworzył się przed stojącą przed nim dziewczyną.
- Straciłam swoich rodziców, przyjaciół, wszystkich których znałam w chwili, gdy roboty zaatakowały Hammer Bay. Przeżyłam cudem, ale moje życie stało się dla mnie przekleństwem! Tylko kontakt z duchami sprawiał, że mogłam wstać każdego ranka a teraz straciłam nawet to! W moim wnętrzu jest pustka, której nie da się niczym wypełnić! - czarnowłosa mutantka mówiła podniesionym głosem a po jej policzkach spływały łzy, połączone z czarną substancją z kredki pod oczy.
- Dlatego proszę cię... zaakceptuj moją decyzję i pozwól mi tutaj zostać... razem z tobą... proszę cię...
Erik nie odzywał się. Nie miał pojęcia jak zareagować na słowa dziewczyny, w jaki sposób ją pocieszyć, jak jej pomóc. Wicked przytuliła się do niego, zaczęła głośno płakać. Wtuliła głowę w pierś mężczyzny, nie mogą zatrzymać potoku łez. Erik pozostawał niewzruszony, ale nie odepchnął mutantki, pozwolił jej okazywać swoje emocje tak długo, jak tego potrzebowała.
- Erik! - Magnus usłyszał głos Callisto. Delikatnie odsunął czarnowłosą dziewczynę i wrócił do pokoju z tarasem.
- Erik, nie widziałeś gdzieś Wicked? Nie możemy jej znaleźć... - zapytała jednooka kobieta.
- Nie ma jej tutaj! Mówiłem ci kobieto, abyś więcej się tu nie pokazywała! - Magneto powiedział ze złością. Callisto bez słów opuściła pomieszczenie, pozostawiając mężczyznę samego ze swoimi myślami. Po kilku minutach, w pokoju pojawiła się Wicked. Popatrzyła na siwego mutanta, uśmiechając się.
- Dziękuję. - powiedziała.
- Za kilka dni, kiedy zabraknie jedzenia, znienawidzisz mnie. Dlatego lepiej dla ciebie, jeśli od początku będziesz się trzymała jak najdalej ode mnie. - Erik oznajmił surowo.
Samolot drużyny Havoka zbliżał się do granicy pomiędzy USA a Kanadą. Atmosfera na pokładzie była bardzo nerwowa, głównie ze względu na dwóch nowych członków drużyny którymi byli znani kryminaliści. Alex był skupiony na pilotowaniu samolotu, dlatego nie reagował na bardzo denerwujące gadanie Mammomaxa. Człowiek słoń siedział na fotelu obok Arclight, usiłując nawiązać z nią dialog. Na próżno, gdyż kobieta ignorowała jego obecność. Gdyby nie strach przed telepatią Frost i chęć usunięcia nadajnika z ciała, kobieta użyłaby na wielkoludzie swych zdolności, zmieniając wszystkie jego kości w proszek. Rogue pomagała Alexowi pilotować samolot a Gambit spędzał lot w milczeniu, patrząc co chwilę na nią oraz na Arclight z której przeszłością był związany w sobie tylko znany sposób. A być może z przeszłością oryginału, lub wcześniejszego klona, mężczyzna nie mógł być pewny. Marauders byli klonowani tyle razy, że jakiekolwiek informacje o oryginale zaginęły w mrocznych komnatach laboratoriów Sinistera. Bobby Drake siedział obok Lorny. Patrzył na nią z uwagą zastanawiając się, dlaczego dziewczyna nie powiedziała ani słowa odkąd blackbird wystartował. Wcześniej próbował zagadać do niej, żartując i pytając o trywialne rzeczy, ale widząc brak reakcji zielonowłosej, zaprzestał wszelkich prób. Nie chciał zachowywać się jak Mammomax i zrobić z siebie jeszcze większego idiotę. Postanowił spróbować po raz kolejny.
- Lorna, co się dzieje? Strasznie dziwnie się zachowujesz...
- Bobby, zostaw mnie w spokoju. Głowa mnie boli i nie mam ochoty rozmawiać. - dziewczyna odpowiedziała odwracając twarz w kierunku szyby. Logan spojrzał na nią w taki sposób, jakby domyślił się co ją martwiło. Nie odezwał się ani słowem wracając do patrzenia na starą fotografię na której stał razem z Hudsonami na tle kanadyjskiego lasu.
W tym samym czasie samolot grupy Storm zbliżał się do miejsca swojego przeznaczenia. Brązowoskóra bogini o białych włosach zwróciła się do swej czarnowłosej przyjaciółki siedzącej obok.
- Sage, czy masz jakieś informacje ze szkoły? Czy nasza maskarada wyszła już na jaw?
- Nie wiem, musiałam przerwać kontakt z systemami instytutu, bo inaczej mogliby bardzo łatwo namierzyć nas i pozostałych. Nie możemy wrócić do szkoły, dopóki nie wyjaśnimy co wydarzyło się w tamtym supermarkecie.
- Cały czas myślę o dzieciakach ze szkoły. Cały czas mam wrażenie, że stanie się tam coś strasznego.
- Ororo, musimy wierzyć, że Sam i reszta poradzą sobie. - powiedziała Rachel.
- A ty Rachel, nie możesz połączyć się z kimś z nich? - murzynka zapytała po raz kolejny.
- Nie, z takich samych powodów co Sage, musimy zachować telepatyczną ciszę radiową. Ze szkoły a także z drużynami Scotta i Alexa.
- Martwisz się o Scotta, Ray, widać to po tobie. - Kurt włączył się do rozmowy.
- Lecą do Magneto, mam się nie martwić? A poza tym jest z nim Frost, chyba wolałabym żeby walczył z Magneto. - odparła dziewczyna zamyślając się.
- Graycrow! Jak długo zamierzasz siedzieć bezczynnie? - Sack spytał długowłosego mężczyznę z wąsami siedzącego obok niego.
- O co ci chodzi? - Scalphunter odpowiedział bardzo niechętnie.
- Nie powinniśmy myśleć o ucieczce? Taka okazja może się więcej nie powtórzyć. Myślisz, że oni dotrzymają obietnicy i usuną z naszych ciał nadajniki? Nie bądź dziecinny, Greycrow.
- Będę robił to na co mam ochotę. - mężczyzna oznajmił krótko.
- A teraz nie mam ochoty rozmawiać z tobą i patrzeć na twoją przeźroczystą gębę, zrozumiałeś? - dodał ze złością. Galaretowaty mutant zamilknął wracając do patrzenia przez okno na przesuwające się po niebie białe chmury.
- W jaki sposób mamy zbadać miejsce wybuchu, na pewno roi się tam od policji i dziennikarzy. - spytała Betsy.
- Spróbuje wykorzystać moje kontakty w policji. W końcu przed Dniem M, pomagałem im w Mutant Town. Może uda mi się dowiedzieć czy ustalili cokolwiek w związku ze sprawą. - odparł Bishop.
- Nie podoba mi się, że oni z nami lecą. - dodał wskazując na siedzących nieopodal członków Gene Nation i Marauders.
- Nic dobrego z tego nie wyniknie. - powiedział.
- Decyzja Scotta, nie mamy wyboru. Myślę, że dobrze zrobił, bo w końcu dobro naszych młodych wychowanków jest najważniejsze. - oznajmiła Storm
- Jeśli będą nieposłuszni, potraktuję ich tak jak XSE traktowało kryminalistów. - Bishop popatrzył w stronę mutantów siłą wcielonych w szeregi X-Men a jego prawa dłoń zaiskrzyła od zgromadzonej w ciele energii.
Tymczasem w zupełnie innym miejscu, położonym być może lata świetlne od Ziemi, albo tysiące lat od naszych czasów w jednym z dwóch możliwych kierunków temporalnych, a być może całkiem blisko ale w wymiarze oddzielonym od naszego przez zasłonę wibrujących membran multiwersum, młoda kobieta o brązowych włosach nie mogła pogodzić się ze swoim uwięzieniem i bezsilnością. Wspinała się na stromą górę, wierząc, że jeśli dojdzie do wierzchołka znajdzie się w miejscu z którego będzie mogła uciec. Udało jej się wyjść całkiem wysoko, ale chwila nieuwagi i zmęczenie sprawiło, że jej noga się poślizgnęła. Dziewczyna runęła w dół niesiona przez siłę grawitacji planety. Uderzyła o ziemię bardzo mocno, ale trening sprawił, że nie uszkodziła sobie żadnych ważniejszych organów. Obolała próbowała podnieść się z upadku. Jej towarzysz niedoli podszedł do niej wolnym krokiem.
- Mówiłem ci, że się nie da. Cholernie uparta jesteś! - powiedział.
- Mam siedzieć tak jak ty i nic nie robić? Niedoczekanie! - Carmella odparła ze złością.
- Masz szczęście, że grawitacja tego świata jest trochę mniejsza niż Ziemi, inaczej na pewno byś sobie coś złamała. A ja miałbym wtedy kłopot. - Jared oznajmił siadając obok brązowowłosej koleżanki.
- Nie musisz się koło mnie kręcić! Jak ci się nie podoba to co robię, to spadaj do którejś z tych chat i siedź tam! - Dziewczyna chciała odpędzić natrętnego mężczyznę.
- A ty będziesz bez sensu wchodzić na górę i spadać z niej, aż naprawdę sobie coś złamiesz, tak?
- Gówno cię to obchodzi! - Carmella krzyknęła.
- Obchodzi mnie, bo jesteśmy tu sami, tylko we dwójkę, więc powinien się tobą zaopiekować. Chyba to naturalny porządek rzeczy.
- O nie... nawet nie zaczynaj. Jeśli wydaje ci się, że przez to, że jesteśmy tutaj uwięzieni we dwójkę, będziesz mógł się ze mną przespać, to jesteś w wielkim błędzie. Nawet nie próbuj się do mnie zbliżać, dobrze ci radzę! - dziewczyna odwróciła się. Popatrzyła na skałę planując kolejną próbę wspinaczki.
- To byłoby raczej niemożliwe. - odpowiedział Radius. Unscione zatrzymała się.
- A co? Jesteś gejem?
- Nie, nie... nic z tych rzeczy. Po prostu będąc w drużynie na usługach rządu ma się dostęp do tajnych akt osób posiadających moce i prowadzących życie przestępcze. Nawet nie wiesz jak głęboko i jak daleko sięgają dane. Poszukiwałem swojej przeszłości, nie do końca legalnie... i natrafiłem na dokumenty o tobie.
Carmella zaciekawiona informacją podeszła bliżej Jareda.
- Co chcesz mi powiedzieć? - zapytała.
- Carmella, jesteś moją siostrą. - odparł mężczyzna. Dziewczyna zaniemówiła. Wiedziała, że Jared był śmiertelnie poważny. Intuicyjnie wyczuła, że w tym co mówił, nie było cienia kłamstwa.
- Chodźmy bliżej chaty. Opowiem Ci co dowiedziałem się o naszej rodzinie. O naszych rodzicach a w szczególności naszym ojcu.
Callisto, Freakshow, Shola, Hub, Karima i Book wolnym krokiem szli przez zaśmiecone gruzem i wrakami pojazdów ruiny genoshańskiej metropolii. Freakshow był wściekły na jednooką kobietę za to, że zabrała go z resztą drużyny wbrew jego woli. Chłopak nie chciał zostawiać swej koleżanki Wicked na cmentarzysku pokrytym czerwonym piaskiem. Wiedział, że dziewczyna nie miała żadnej szansy na samodzielne przetrwanie. Czarnowłosa mutantka próbowała podnieść go na duchu.
- To była jej decyzja. Bardzo głupia, z tym się zgodzę, ale jej własna. Jeśli chce tu zostać, żyć w ruinach czy umrzeć, ma do tego prawo. Nie będziemy ryzykować zdrowia i życia tylko aby ją odszukać.
- Wicked nie jest tu sama. Jest tu Magneto, McCoy, nawet ludzie Unusa. Oni nie są tacy źli, może się nią zaopiekują. - Hub także starała się go uspokoić.
- Nadal nie rozumiem, dlaczego Magneto chce tu zostać. Spotkało go dokładnie to samo co nas wszystkich. Powinniśmy teraz podtrzymywać się na duchu. - powiedziała gruba kobieta w okularach. Długi spacer sprawiał jej coraz więcej trudności.
- Erik stracił zupełnie wszystko. Jest nikim, jednym z wielu numerów, nie jest już królem przed którym drżał cały świat. Nie sądzę, aby podniósł się z takiego upadku. - oznajmiła Callisto.
- Teraz ma kolejny powód do zemsty. - odezwał się Shola.
- Tak, ale zemsty która nie ma najmniejszych szans na dopełnienie się. - skończyła jednooka mutantka.
- Ciekawe co się stało z Charlesem. - zastanawiała się Mildred.
- Potrzebujemy go teraz bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Jeśli go nie ma, to musimy pogodzić się z tym, że nie żyje. - oznajmiła Callisto.
- Słuchajcie... coś się zbliża... - Karima przerwała dyskusję drużyny czując, że groziło jej jakieś niebezpieczeństwo. W pewnym momencie, gdzieś zza ruin budowli wyleciała ogromna metalowa siatka. Kiedy spadła na kobietę, poraziła ją potężnym wyładowaniem elektrycznym.
- Karima! - krzyknęła Hub. Kobieta cyborg upadła na ziemię. Atak skutecznie ją zneutralizował. Bez arsenału dziewczyny, drużyna pozbawionych mocy mutantów była całkowicie bezbronna wobec jakiegokolwiek zagrożenia. Callisto nerwowo rozglądała się dookoła aż w końcu zauważyła Unusa oraz członków jego gangu chowających się między rdzewiejącymi wrakami i ruinami.
- Cholera! - zaklęła.
- Oni mają zapasy! Brać ich! - wrzasnął Unus. Jego podwładni posłusznie i ochoczo spełnili polecenie. Caiman podbiegł do Callisto i uderzył ją z całych sił w twarz. Mutantka zaskoczona tym , że pomimo Dnia M nadal pozostawał w swej gadziej formie, nie zdążyła zareagować. Uderzyła w rosnące z piasku ruiny muru tracąc przytomność.
- Oni nie stracili zdolności... - powiedział Shola patrząc z przerażeniem na zieloną skórę mężczyzny. Caiman uśmiechnął się szeroko.
- Straciłem... ale fizycznie się nie zmieniłem. Chociaż nie mogę kontrolować swego ogona nadal jestem na tyle silny aby pobić was wszystkich razem wziętych. - chwalił się. Rudowłosa Glamour podbiegła do Book i jednym kopniakiem przewróciła ją w czerwony piach. Gruba kobieta nie miała szans w starciu z młodszą i znacznie lepiej wysportowaną dziewczyną.
- Nie poddamy się tak łatwo! - łysy murzyn oznajmił patrząc wyzywająco na Unusa.
- Hub, podejdź bliżej mnie... - powiedział do koleżanki. Dziewczyna wykonała jego polecenie.
- Jesteś pewien, że nie chcesz się poddać? Jest ich za dużo. - wyszeptała mu do ucha.
- Nie... to nic nie da. I tak nas sponiewierają. Popatrz co tamta wiedźma zrobiła Mildred. Nie możemy im dać satysfakcji. - Murzyn rzucił się w wir walki. Podbiegł do Caimana, próbując zaatakować go prawą pięścią. Mutant zrobił unik, ale Shola zareagował błyskawicznie unikając ciosu zielonej ręki. Chłopak domyślił się, że Caiman nie był tak szybki jak kiedyś, ponieważ jego ogon był tylko bezwładną kupą mięśni i kości. Zmusił go do odwrócenia się gwałtownie w jego stronę i gdy mutant stracił równowagę przez swój ogon, przystąpił do ataku. Uderzył mutanta łokciem i korzystając z własnej masy i momentu pędu, przewrócił go na ziemię. W tym samym czasie Hub zmagała się z rudowłosą przeciwniczką. Murzynka była szybsza i bardziej wysportowana, zręcznie unikała ciosów kobiety. Dziewczyny kilka razy dały sobie po twarzach, z ich nosów spływały strużki świeżej krwi.
- Nie poddajesz się, co? - powiedziała Glamour uśmiechając się.
- Komuś takiemu jak ty? Nigdy! - odparła Hub.
Dziewczyny po raz kolejny ruszyły na siebie. Tymczasem, Shola znalazł ukrywającego się w ruinach Lighting Roda, pozbawionego mocy mutanta, który musiał posiłkować się siatką i paralizatorem, aby osiągnąć taki sam efekt jak niegdyś przy pomocy swojego dotyku. Mutant był wymoczkiem, nie miał najmniejszych szans w spotkaniu z silnym murzynem.
- To za Karimę, ty śmieciu! - powiedział Shola masując rękę bolącą od uderzenia w szczękę mężczyzny. Hub kilka razy uderzyła Glamour w twarz. Nie przestawała bić aż do momentu gdy rudowłosa zachwiała się na nogach. Murzynka, napełniona przypływem adrenaliny, zadała jej ostateczny, decydujący cios. Kiedy jej przeciwniczka została pokonana, zmęczona i obolała dziewczyna oparła się o wyschniętą fontannę. Niestety nie dane jej było odpocząć. Zza zakrętu drogi wyłoniła się dwójka jej starych znajomych: Hack - chudy chłopak w okularach i mięśniak Purge.
- Hub... nie stawiaj nam oporu... - wymamrotał Hack.
- Nie walcz z nami, to nie będzie cię boleć. - dodał Purge.
- Jesteście z nimi? Przecież byliśmy przyjaciółmi! - dziewczyna krzyknęła przecierając wargi zakrwawione pod nosem.
- Macie jedzenie, nie dzielicie się nim... przykro mi Hub. - oznajmił Purge uśmiechając się.
- Nie dostaniesz mnie tak łatwo, judaszu! - Murzynka krzyknęła z złością. Próbowała stawiać opór, ale nie miała szansy w walce z większym i silniejszym przeciwnikiem, potężnym nawet po utracie swoich nadludzkich zdolności. Shola zbliżył się do Unusa. Popatrzył na niego wyzywająco, zapraszając go do pojedynku jeden na jednego. Mężczyzna tylko się zaśmiał.
- Nie mam zamiaru się z tobą bić. Jestem nietykalny, zapomniałeś o tym?
- Zaraz ci pokaże jak nietykalny jesteś, gnoju! - Shola przygotował się do starcia. Unus uśmiechnął się po raz kolejny pokazując ręką na oddalonych o kilka kroków Purge's i Hacka. Długowłosy blondyn trzymał nieprzytomną Hub.
- Purge, przygotuj się do skręcenia jej karku! - krzyknął były mutant.
- Hub! Ty gnoju, nie odważysz się tego zrobić! - Murzyn był przerażony tym, że jego najbliższa przyjaciółka mogła w każdej chwili stracić życie.
- Odważę się. Chyba, że mi się poddasz. - zaproponował Unus.
- Dobrze. Poddaje się. - oznajmił Shola bez chwili zastanowienia. Wiedział, że Hub zrobiłaby dla niego dokładnie to samo. Angelo uderzył go najmocniej jak potrafił. Chłopak przewrócił się, tracąc wszelką ochotę do dalszej walki.
- Boli bardziej niż przedtem... - Unus dziwił się patrząc na swą dłoń.
- Co robimy z nimi? - zapytał Purge.
- Zabierzemy ich do środka. McCoy chciał sobie trochę poeksperymentować. Zostawcie tamtą babę bo jest cały czas pod napięciem. - powiedział pokazując na Karimę leżącą w brudzie i podłączonej do prądu siatce.
- Resztę zabieramy ze sobą! Caiman, Glamour i Rod mają się jak najszybciej podnieść bo zostawię ich na pustyni! - krzyknął przepełniony pewnością siebie po zwycięstwie nad najnowszymi wychowankami Xaviera.
Carmella i Jared siedzieli wewnątrz drewnianej chaty obok siebie, patrząc na jęzory ognia tańczące w kominku. Dziewczyna zrezygnowała z bezsensownego wspinania się na skały i nie miała zamiaru schodzić w głąb przepaści po przeciwnej stronie płaskowyżu. Z kilkukilometrowego upadku by się nie podniosła, nawet na planecie o zmniejszonej grawitacji. Radius opowiadał o sobie.
- Żyliśmy wszyscy razem w jednym sierocińcu, ale ty zostałaś bardzo szybko adoptowana. Może dlatego, że byłaś dziewczynką, może dlatego że byłaś najmłodsza, nie wiem. Pewnie nie pamiętasz tamtych czasów.
Carmella pokręciła przecząco głową.
- Życie w sierocińcu to było piekło, dla mnie i dla Adriana. Nie chciałbym za bardzo rozpamiętywać tamtych czasów.
- Adriana?
- Tak, masz jeszcze jednego brata. Razem wychowaliśmy się w sierocińcu a później trafiliśmy do obozu treningowego Departamentu H. Nikt nie dał nam wyboru, ty miałaś znacznie więcej szczęścia.
- Nie nazwałabym tego szczęściem. Gdybym została z wami, to pewnie dzisiaj nosiłabym kolory twojej drużyny. Zamiast tego adoptowali mnie ludzie, którzy potrzebowali mnie tylko po, aby płacić mniejsze podatki. Byłam dla nich niczym, przedmiotem, podrzutkiem z przytułku. Moje dzieciństwo i okres szkoły to ciągłe chowanie się w łazience przed ojczymem i koleżankami z klasy.
Jared słuchał kobiety z uwagą. Nie chciał przerywać jej opowieści.
- Pewnego dnia, kilku chłopaków za namową pewnej idiotki zaprosiło mnie na imprezę. Poszłam, bo byłam wtedy bardzo naiwna. Opili mnie i próbowali zgwałcić. Nie udało mi się, bo uciekłam ale do dzisiaj nie mogę znieść dotyku drugiej osoby. Powiedziałam o wszystkim ojczymowi a on... do dziś mam bliznę na czole po jego reakcji... uciekłam z domu mając nadzieję, że już nigdy tam nie wrócę. A wtedy dopadli mnie oni... moi niedoszli gwałciciele. Chcieli się zemścić za to, że próbowałam donieść na nich na policję. Chcieli dokończyć to co zaczęli na tamtej imprezie. I wtedy pojawiły się moje mutacyjne zdolności - psioniczny pancerz i pole siłowe. Wreszcie byłam silna, wreszcie przestałam być bezbronna! Zemściłam się za moje wszystkie krzywdy, zemściłam się na nich, na moim ojczymie...
- Zabiłaś ich?
- Nie, ale teraz są kalekami przykutymi do łóżek. Już nigdy nikogo nie skrzywdzą.
- Obudzenie się mocy było dla ciebie wybawieniem, Carmella.
- Tak, gdyby nie ona, zginęłabym z rąk tamtych potworów albo sama bym sobie odebrała życie. Moce nadały prawdziwego znaczenia mojemu istnieniu, pokazały mi, że jestem kimś innym, kimś lepszym od tych, którzy mnie prześladowali. Mogłam rozwinąć skrzydła. Reszta opowieści to tułanie się po Stanach aż w końcu znaleźli mnie Acolythes. - dziewczyna zakończyła monolog.
- Gdybyśmy byli razem, to wszystko nie zdarzyłoby się... - Jared odparł zamyślony.
- A jak zostanie mutantem wpłynęło na ciebie?
- Moje zdolności to pole siłowe przez które przechodzi tylko i wyłącznie powietrze i woda. Gdy się pojawiło, poczułem się silniejszy, bezpieczniejszy. Mogłem wreszcie bić się z większymi od siebie. Ale wkrótce okazało się, że było to tak naprawdę przekleństwo. Pole było nie do przeniknięcia dla wszystkiego. Musiałem jeść przez specjalnie skonstruowany przyrząd. Nie czułem niczyjego dotyku na skórze... może i lepiej, że straciłem swoje zdolności.
- Mówiłeś, że szukałeś danych dotyczących naszej rodziny. Czy znalazłeś coś więcej?
- Tak, dowiedziałem się, że ja i Adrian mieliśmy różnych ojców i tą samą matkę. Dowiedziałem się o twoim istnieniu i o tym, że my mieliśmy wspólnych ojców. Dowiedziałem się kim jest nasz ojciec. Angelo Unscione, Unus the Untouchable.
- Ach, to wyjaśnia nasze zdolności. Ale zaraz... mówisz, że jego nazwisko to Unscione?
- Tak.
- Moi przybrani rodzice też się tak nazywali... to znaczy, że byli spokrewnieni z moim biologicznym ojcem... ten drań musiał wiedzieć jak mnie traktują i nie zareagował! Cieszę się teraz, że nigdy go nie spotkałam!
- A może on po prostu wyciągnął cię z sierocińca, żebyś nie wpadła w łapy Departamentu H...
- Nieważne. Mam teraz kolejny powód, żeby się stąd wydostać. Znaleźć Unusa i urządzić go tak, jak wszystkich innych co mnie skrzywdzili.
- Może ci w tym pomogę! - odparł Jared. Rozmowa rodzeństwa została przerwana przez rozbłysk jasnego światła za oknem chaty.
- Co to? - spytała Carmella.
- Dokładnie to samo się pojawiło, jak przenieśli tu ciebie! Znowu kogoś przenieśli! - odparł Radius. Oboje wyszli przed chatę i popędzili w kierunku domu przy którym pojawiło się światło. Dobiegli zbyt późno, ktokolwiek przybył z nową ofiarą decymacji, dawno teleportował się w znanym tylko sobie kierunku. Carmella zaglądnęła do wnętrza chaty zauważając leżącą na podłodze dziewczynę. Okazało się, że była ona Azjatką o krótkich, czarnych włosach, była ubrana w żółtą kurtkę.
Blackbird X-Men lądował na niegościnnych ziemiach Hammer Bay. X-Men byli gotowi do spotkania z Magneto i rozpoczęcia poszukiwać Xaviera a także zaginionych dzieci Erika. Ich plany zostały pokrzyżowane przez leżącą w piasku Karimę Shapandar. Kobieta wciąż była unieruchomiona przez elektryczną siatkę. Scott gdy tylko zobaczył dziewczynę, kazał Hankowi i Kitty zająć się nią i dowiedzieć się od niej kto ją napadł. On sam miał zamiar stanąć twarzą w twarz z Magneto.
