- Wiem, że zrobiłeś coś Wszechojcu, ale nie wiem dokładnie co. Ale teraz mamy wspólny problem, więc wstrzymamy się z jakimikolwiek krokami przeciwko tobie... Poza tym uratowałeś Fandralowi życie. I mi - Sif cicho odezwała się do Lokiego. - Nie wiem, kim ona jest, ale wydaje mi się, że może być zagrożeniem dla całego Asgardu i dla nas. Dla ciebie również.

Loki zaśmiał się w duszy. Trzej Wojownicy i Sif, chociaż z pewnością inteligentni, nie wiedzieli absolutnie nic o tym, co właściwie Loki zrobił. Nawet jeśli sam ich nie wtajemniczył, mogli spróbować dowiedzieć się sami, a nie polegać na swoich domysłach i jednym razie, kiedy to zobaczyli Lokiego siedzącego na asgardzkim tronie.

Słońce wybijało się ponad horyzont, a jego złociste, przyjemne promienie padały na duży taras wysunięty względem reszty pałacu. Sif stała za Lokim i oboje wpatrywali się gdzieś daleko, hen za góry okalające cały Asgard. Może takie obserwowanie wpływało dobrze na Lokiego, ale bogini wojny dostawała niemalże szału, kiedy z natury, tej bardziej asgardzkiej, spokojny Czarnowłosy stał i bezwiednie wpatrywał się w widoki. To pomagało mu myśleć.

A myślał nad wszystkim, co się stało. Nad tajemniczą dziewczyną. Nad tym, czemu właściwie zabrał ją ze sobą, a nie znalazłszy dobrego wytłumaczenia, zaczął układać w głowie wszystko po kolei.

Jotunheim. Dziewczyna. Ranna. Zabranie jej do Asgardu. Atak Sif. Eter. Wybuch. Lecznica.

- Może Heimdall będzie coś wiedział - intrygant spojrzał na Bifrost, układając w głowie plan, jak najsprytniej wykorzystać Eter do przejęcia Jotunheimu, a może i reszty Krain. Jedną chciał zostawić w spokoju i to nie tylko ze względu na swojego brata, ale też przeklętych Mścicieli, którzy tylko czekali, żeby znów się z nim zmierzyć. Zapewne Thor powiedział im o śmierci Zielonookiego, więc może atak z zaskoczenia nie byłby od razu skazany na niepowodzenie, tym bardziej z siłą Eteru, lecz Loki wolał nie ryzykować ponownym spotkaniem z tymi wszystkimi wyrzutkami oraz Czarną Wdową, która zdecydowanie przypadła mu do gustu.

Musiał zająć się palącą sprawą odzyskania Utgardu, a znalezienie Ziemianki znacznie opóźniło jego misternie zaplanowane przejęcie Krainy Jotunów. Koncepcja nie była taka bardzo skomplikowana; wystarczyło, że Loki powołałby się na swojego pochodzenie, był w końcu synem króla, ale nie dbał o to, że sam go zabił. Mógł rościć prawa do tronu, a jeśli miał już pod władaniem Asgard, który również w pewnym sensie należał mu się "przez krew", to mógłby rządzić dwoma królestwami. Może zaszedłby tak daleko, jak Odyn i byłby opiekunem wszystkim dziewięciu Krain?

Plany Lokiego szybko rozwiało wspomnienie twarzy dziewczyny. Wezbrał się w nim gniew, sam był zły na siebie, że pomimo tego, co poczuł wtedy w Jotunheimie, nadal odzywał się w nim ten okropny instynkt. A wyraźnie coś ruszyło jego sercem i zasiało mętlik w głowie.

Tym czymś była Ziemianka.

...

- We Wszechświecie, wszystkich Dziewięciu Krainach i tych pozostałych, istnieje sześć Artefaktów. Są to potężne źródła mocy, z których wszystkie rasy mogą czerpać siłę i pewnie niektóre z nich nadal czerpią. Są one niezbędne do funkcjonowania Wszechświata, a unicestwienie jednego z nich może poważnie wpłynąć na życie którejś z ras, a nawet istnienie Krainy - Heimdall trzymał obie dłonie na złotym mieczu, który zawsze służył mu do teleportacji przez Bifrost mieszkańców Asgardu. W złotej Krainie zapadał już zmrok. Po wydarzeniach sprzed zaledwie kilku godzin Sif nadal kręciło się w głowie, Fandral zaś leżał w Lecznicy, razem z Ziemianką, która jeszcze się nie obudziła. Stan nieprzytomności zaczął lekko martwić Lokiego. Znów nie wiedział, czy przejmuje się jej życiem, czy może Eterem, który nosiła w sobie. - Artefakty mają swoich właścicieli. Zazwyczaj są to władcy Krain, z których pochodzi źródło. Jeśli właściciel jednego z nich umrze, ten trafia do kolejnego dziedzica. Dziedzicem można zostać tylko "z krwi".

Zielonooki złożył ręce na piersi i z lekką pogardą spojrzał na Volstagga. Potężny mężczyzna o rudawych włosach i brodzie był wycieńczony, ledwo trzymał się na nogach. Wlepiał zamykające się oczy w Heimdalla. Loki wiedział, że bóg wojny nie zgadza się z Sif, ale nie był w stanie stawić oporu po tym, co nieumyślnie zrobiła mu Ziemianka.

Po części Laufeyson był jej widzięczny, bo nadal żywił urazę za obrażenie go przed wizytą w Jotunheimie. Było to dobre trzy ziemskie lata wcześniej, ale nadal tkwiła w nim złość.

- Nie chcę was martwić, ale jeśli Malekith był jego właścicielem, a ta dziewczyna nie ma go pod skórą przypadkowo, to może nie wszystkie Elfy jednak zostały zabite.

- Co sugerujesz? - zapytała Sif.

Loki nie chciał nawet słyszeć tego, co powiedział Strażnik. Gdzieś w głowie pojawiła mu się myśl o ewentualnym pokrewieństwie, lecz o wiele dalszym, niż sądził Heimdall.

- Możliwe, że ona jest jego dzieckiem. Córką Malekitha. Inaczej nie mogłaby być dziedzicem, Eter nie znalazłby żywiciela aż tak szybko i łatwo. Wyglądało to tak, jakby wiedział, gdzie ma trafić po śmierci swojego właściciela. Poza tym zaatakowała was, bo rzuciliście się na Lokiego, a nie na nią. Żywiciel broniłby tylko siebie.

- Ona jest Mrocznym Elfem? - odezwał się Volstagg. Ze świstem wypuścił powietrze z ust.

- Nie wiem, czy słusznie, ale wydaje mi się, że tylko w połowie - Strażnik przeniósł wzrok na mającego za moment odezwać się Lokiego.

- To dlaczego wygląda jak człowiek? - również spojrzał na Heimdalla. Być może spodziewał się, co powie. Oboje posiadali tajemnicze umiejętności i może nie powinno się tego nazywać czytaniem w myślach, ale mieli przeczucia, co ktoś może za chwilę zrobić, czy też o czym będzie mówić. - Pół Elfy powinny mieć inny wygląd, niż ona ma.

- Ty powinieneś najlepiej o tym wiedzieć. Też nie przypominasz Jotuna, przynajmniej wtedy, kiedy nie chcesz, Loki. Twoja ma...

- Dość. Nie rozmawiamy o mnie - przez boga kłamstw przemawiała złość. - Może odłożymy pogadanki o moim wątpliwym pochodzeniu na kiedy indziej, bo chyba teraz musimy zająć się tym, po co tu jesteśmy? Nie marnuj mojego czasu, błagam.

Sif uniosła ostentacyjnie jedną brew i gdzieś skrycie się zaśmiała. Volstagg przewrócił oczami. Loki był bardzo wrażliwy jeśli chodziło o jego osobę. Wygórowane ego sięgało zenitu, kiedy ktoś go obrażał, ale w tym wypadku Heimdall mówił prawdę, bardzo bolesną dla Lokiego.

Sam Czarnowłosy nie pamiętał swojej prawdziwej matki, tej, która również zostawiła go w Utgardzie. Zabił obu swoich ojców i najprawdopodobniej obie jego matki nie żyły. Co do Friggi był pewny, lecz tajemnicza kobieta, która dała mu życie pozostawała zagadką. Wkrótce miał się tego dowiedzieć i znalezienie rodzicielki dołączyło do jego listy priorytetów do zrobienia przy pomocy Ziemianki. Zaskoczyła go myśl, że znów chciał się mścić na swoim rodzicu, ale właśnie to po części każde z nich było odpowiedzialne za to, kim teraz był Loki.

- tak samo jak ty, chociaż może o tym nie wie, może zmieniać wygląd pomiędzy ludzkim, a elfim. Jestem zmiennokształtna, zupełnie jak ty, Loki. Jej matka nie była Elfem, jeśli dobrze rozumuję. Dlatego mieszkała w Midgardzie. Możliwe, że Malekith nic nie wie o tym, że ma córkę.

- Nic nie wiedział, Heimdallu - sprostowała szybko Sif z nieudawaną wyższością. - On na całe szczęście nie żyje. Co wiemy o tym, jak wydostać Eter z... jak ona ma na imię?

- Nie wiem - Loki poczuł mały skok adrenaliny. Jakby serce zamarło mu na moment. - Po co go wydostawać?

- Dokładnie. Co jeśli on znowu trafi do Jane? Sprawa jest delikatna, nie wiemy, jak Eter działa i kto go dziedziczy po niej - dopowiedział Volstagg. - Co, jeśli ona umrze? W końcu w połowie jest człowiekiem, może stać się tak, jak z Jane. Eter szukał żywiciela i znalazł.

- Jane, Jane, Jane! Nie macie innych tematów do rozmowy, niż tylko ta głupia Jane? Miałem tyle okazji, żeby ją capnąć. Byłoby po kłopocie. Eter wtedy trafiłby do swojego idiotycznego królestwa. Lepiej, jeśli go zostawimy, więcej namieszamy, niż jej pomożemy - odgrywał swoją rolę, aby jak najdalej odsunąć podejrzenia, chociaż wcale nie musiał udawać, że rzeczywiście los znalezionej nie był mu do końca obojętny.

- Ta dziewczyna nie jest żywicielem. Ona jest jego właścicielem, i może kontrolować Artefakt, jeśli tylko o tym wie, tak samo jak Malekith - Heimdall również starał się uczestniczyć w rozmowie, którą sam przecież zaczął. Trójka Asgardczyków przyszła do niego, aby jak najwięcej się dowiedzieć, a zaraz miała się z tego wywiązać kłótnia.

- Tym bardziej trzeba go wydostać - Sif nie chciała ustąpić. Jej natura nigdy nie pozwalała na to, aby ktoś, kto się z nią sprzecza, wygrał i postawił na swoim. Może dlatego była taka dobra w walce i zawsze zwyciężała? Oprócz tego jednego razu, kiedy jej szanse tragicznie zmalały. - Jeśli się dowie, to...

W starciu z Eterem i jego nowym dziedzicem była niczym mrówka w starciu z butem. Umiejętności walki wręcz, łucznictwo, czy chociaż walka mieczem zdawały się na nic z druzgoczącą potęgą krwistej cieczy płynącej teraz w żyłach Rudowłosej, tylko czekającej na jej skinienie, aby zaatakować, czego powoli domyślali się zgromadzeniu w Bifroście.

- To co? Nie ma mowy - Loki uniósł wzrok do góry i otworzył usta.

- Czy ty przypadkiem znowu czegoś nie planujesz? - Sif zapaliła się czerwona lampka i zwróciła się do boga oszustw. - Gdzie byłeś i jak ona trafiła do Asgardu?

- Znalazłem ją w Jotunheimie.

- Jak znalazłeś? Co? Co ty tam robiłeś?! - Sif bardzo szybko wpadała we wściekłość, jeśli chodziło o spiski Lokiego. Nienawidziła tej jego strony, która była odpowiedzialna za knucie i kłamanie, bo oprócz tego widziała w Lokim kiedyś przyjaciela, tak jak w Thorze i niechętnie przyjęła do siebie myśl o tym, że dopuścił się on tylu złych czynów.

- Szukałem pół Elfów, pół ludzi z pieprzonym Eterem pod skórą, bo chciałem się z tobą poprzekomarzać! - wrzasnął i przeszedł kilka kroków przed siebie. Prawie okrążył podest nerwowym krokiem. - Uratowałem ci życie, więc okaż mi chociaż trochę udawanej wdzięczności i szacunku, bo jaki widzisz - rozłożył ręce. - Zająłem miejsce ojczulka i chyba należy mi się jakiś szacunek, nawet od tak wygórowanej osobowości, jak twoja.

Uniósł lekko brodę do góry, chcąc pokazać Sif, jak bardzo gardzi jej osobą i skrajnie podejrzliwym zachowaniem przyjaciółki jego brata.

Przyrodniego brata.

Wszyscy byli mocno nabuzowani, a najbardziej Zielonooki. Skrajne emocje zagościły w ich sercach od czasu wybuchu Eteru, właściwie, to od pojawienia się Ziemianki w Asgardzie czuli ciągły niepokój.

- Nie wiem, co ty planujesz, ale wstrzymaj się do czasu wyjaśnienia tej sprawy - Volstagg jako ostatni zabrał głos i zakończył tę kłótnię. - Heimdallu, co mamy zrobić?

- Najrozsądniej jest zaczekać i dowiedzieć się, co ona wie. Jeśli nic, wtedy będziemy dalej myśleć, może nie ma złych zamiarów. O ile nie chce kontynuować dzieła ojca, wtedy powinna trafić do swojej Krainy.

- Na pewno nie - głośno zaprotestował, przez Lokiego przemawiała troska. - Zastanów się dobrze. Ona nic nie wie, a ty nagle wysyłasz ją do spustoszałego, a może i nie do końca, Svartalfheimu. I co? Jesteś na tyle głupi, że myślisz, że sobie poradzi i po prostu zostanie w tej przeklętej Krainie? Wtedy masz jak w banku, że drugiemu elfickiemu atakowi Asgard nie uradzi.

- Dwa Źródła Nieskończoności nie mogą długo przebywać koło siebie. Musicie coś z tym zrobić. W niczym więcej wam nie pomogę.

Zielonooki załamał ręce z bezradności tak świetnego Strażnika, jakim podobno był Heimdall. Podświadomie liczył na jego pomoc. Loki czuł się zupełnie zagubiony.

...

Pod skórą poczułam nieprzyjemne mrowienie. Krew nagle potoczyła się po żyłach, a rozszalałe serce zaczęło wyrywać się z mojej piersi. Otworzyłam oczy, a źrenice nieprzychylnie zareagowały na światło. Zasłoniłam twarz ręką, chroniąc się przed nieprzyjemnym światłem. Kiedy zobaczyłam coś poza oślepiającym błyskiem, odzyskałam czucie w nogach. Mogłam już ruszyć ciałem.

Nie ustępował niestety ból, który gdzieś w podświadomości czułam nawet nie będąc przytomna.

Wyrwałam się z miejsca, chwytając się za bolącą nogę. Usiadłam na jakimś dziwnym posłaniu, rozglądając się wokół. Miejsce, w którym się obecnie znajdowałam nie przypominało żadnego z tych, które znałam. Czując obcość tego pomieszczenia, przybrałam najkorzystniejszą do ucieczki pozę i uważnie obserwowałam otaczające mnie ewentualne drogi wyjścia.

Moje przerażenie nieco spadło na drugi plan, kiedy zamiast wypatrywać drzwi, zwróciłam uwagę na przedmioty, które stały obok mnie. Przypominało to szpital, ale wszystko było wykonane ze szczerego złota - stoliki, wąskie szafy, ramy łóżek.

- Tak na prawdę już nic cię nie boli - odezwał się niespodziewanie jakiś mężczyzna. Odwróciłam głowę w kierunku głosu, który przerwał ciszę. Ścisk w nodze nagle ustał. - To tylko szok pourazowy. Jesteś pod najlepszą opieką.

Obok mnie, na równie dziwnym, jak reszta mebli łożu, leżał złotowłosy mężczyzna. Miał kilkudniowy zarost w kolorze swoich miodowych włosów i krótką, zabawną, kozią bródkę.

- Jestem w szpitalu? - prawdopodobne było, że mam omamy wzrokowe i czuciowe, bo mogłabym przysiąc, że moje udo było jeszcze niedawno poharatane, na miejscu głębokiej rany, a może i złamania mam teraz szwy i upiornie szybko zabliźnioną skórę, a ból, który nawet we śnie nie dawał mi spokoju, był, nawet jeśli teraz go już nie czuję. Nic nie trzymało się kupy i nie było w tym sensu.

Pamiętałam dobrze, że wyrwałam sobie z uda kawałek metalu.

- Lecznicy - nieznajomy uśmiechnął się. - Na nieszczęście ja też tu jestem i to z podobnego powodu. I troszeczkę z twojej winy, nie zamierzonej oczywiście.

Mówił on z dziwnym akcentem, wszystko tutaj wydawało się podejrzane. Nazwa lecznica w jakimś stopniu wyjaśniała złote ściany.

- Mojej winy? Przepraszam, ale ja nie wiem nawet...

- Jak się tu znalazłaś? Ja też nie, niestety nikt oprócz pewnego czarnowłosego intryganta nie wie, jakim cudem tutaj teraz jesteś. Bo wiesz gdzie jesteś?

Niezupełnie mogłam mu odpowiedzieć. Nie znałam odpowiedz na to pytanie.

Pokiwałam głową.

- Dziwne - zamyślił się. - Ale chyba jak ci powiem, to wrócisz do swojego stanu sprzed kilku chwil.

Podniosłam brwi.

- Czy ja mam omamy?

- Nie. Wydaje mi się, że Loki ma jakiś plan co do ciebie i dlatego tu jeszcze jesteś. Inaczej by cię zabił... prawdopodobnie. Przynajmniej możesz się nacieszyć asgardzkim spokojem, zanim on wykorzysta cię do swoich niejasnych spisków. Cały Loki.

Mówił szybko i zawile, jedyne co zrozumiałam, to jakieś imię i nieznany mi przymiotnik.

- Asgardzkim?

- Za dużo już powiedziałem. Poczekaj na swojego wybawcę, on ci powie resztę. Ja tymczasem muszę udać się do... ach, wybacz mi. Mam szczerą nadzieję, że jeszcze się zobaczymy - spojrzał przed siebie. Wstał z trudem i zacisnął zęby z bólu.

- Ale ciebie jednak coś boli.

- Nie wszyscy są tak uprzywilejowani - zmusił się do uśmiechu. - Musisz odpoczywać, straciłaś dużo krwi, a dla was to niezbyt dobrze.

Wyprostował się i wyszedł, lecz przez całą drogę zaciskał pięści z bólu. Wydawało mi się, że nienaturalnie stawiał prawą stopę.

"Dla nas".

- Mogę chociaż widzieć, jak masz na imię?! - rzuciłam za nim, ale najwyraźniej był za daleko aby usłyszeć.

Zostałam zupełnie sama z pytaniem gdzie jestem i co tu robię.

Nie widziałam nikogo, kto mógłby mi to wytłumaczyć. W głowie jednak utkwiło mi słowo "Loki", ponieważ słyszałam je już wcześniej. Skojarzyłam imię z określeniami jego posiadacza - czarnowłosy intrygant. Może on mógł mi cokolwiek powiedzieć, skoro Złotowłosy nazwał go "wybawcą". Powoli układałam w głowie plan ucieczki, jak przed rozmową z nieznajomym z Lecznicy.

Po kryjomu usiłowałam stanąć na nogach. Jakby przestały na moment mnie słuchać. Zebrałam się na kilka kroków, aż nie doszłam do pokaźnych rozmiarów okna. Oparłam rękę na kamiennym parapecie i spojrzałam na moje wystające żyły, zamiast przez szybę.

Przeraziłam się na widok czerwonych nitek, które miałam pod skórą i które nieustannie pulsowały. Mrugnęłam kilka razy i wszystko to zniknęło, na powrót pojawiły się niebieskie, znane mi weny.

Już nie byłam do końca pewna, czy na pewno nie mam przewidzeń. Wyjrzałam przez okno.

...

Loki, nie czekał ani chwili dłużej. To udawanie męczyło go okropnie, więc opuścił towarzystwo i udał się do pałacu. Cichym krokiem wszedł do przedsionka Lecznicy. Uważnie stawiał kolejne kroki, czując, że podnosi mu się poziom adrenaliny.

W końcu jak miał zacząć rozmowę z kimś, kogo znalazł w lodowatych ostępach Jotunheimu?

...

Ciche kroki były prawie nie do usłyszenia, ale ja świetnie czułam każdy najmniejszy podryg powietrza i stąpnięcie. Ktoś zmierzał do mnie i z pewnością nie był to Złotowłosy bo jego sposób chodzenia dużo się różnił, poza tym kulał.

Miałam wrażenie, że słyszałam ten krok nie tak dawno i nie myliłam się dużo.

Zza ściany wychylił się wysoki mężczyzna. Wbił we mnie swoje zielone oczy, które wręcz błyszczały i odbijały złoty połysk ścian, a jego twarz wyrażała zarówno troskę, jak i nieukrywane zainteresowanie. Miał anemicznie sine oczy i poliki, wystające kości policzkowe i kruczoczarne włosy, sięgające do ramion. Ta całość wyglądała może i trochę upiornie, ale nie mogłam ukrywać, że moje oczy jakby nieco szerzej się otworzyły, a mięśnie stężały.

Czarny, skórzany płaszcz, z tyłu porozcinany na węższe pasy sięgał do kostek nieznajomego. Jego ręce zdobiły złote naramienniki i warstwy ciemnego materiału wszyte na zakładkę, które również umieszczone były na torsie.

- Wybacz, że musiałaś tyle czekać - powiedział melodyjnym głosem, którego barwę wydawało mi się gdzieś już słyszeć. - Jestem Loki Laufeyson.

Instynkt podpowiadał mi, aby nadal pozostać czujną, nawet jeśli ów czarnowłosy nieznajomy odznaczał się wyjątkową grzecznością. Wydawało mi się też, że właśnie o nim mówił napotkany w Lecznicy Złotowłosy.

Loki. Więc to on był tym "wybawcą" i od niego miałam się dowiedzieć "reszty", czymkolwiek ona była. Wypadło przedstawić i siebie.

- River - wydukałam.

- Piękne imię. Jeszcze takiego nie słyszałem.

- Czego chcesz ode mnie? - wyrwało mi się z ust.

- Możemy sobie pomóc nawzajem. Ja ci coś powiem, ty mi coś powiesz.

- Przyszedłeś tu, żeby mnie przesłuchiwać? - musiałam zmienić ton na dziwnie wyrachowany i zimny, aby nie załamać głosu. - Gdzie w ogóle jestem?

Uniósł podbródek i wygiął usta w pogodnym uśmiechu.

- Nie wiesz? - wydawał się być zdziwiony. - Jeśli pójdziesz ze mną, to wszystkiego się dowiesz.

Zlustrowałam go wzrokiem. Jak mogłam ufać komuś, kogo widzę pierwszy raz w życiu?

Czarnowłosy intrygant - wołał mój rozsądek. Powtarzał słowa Złotowłosego.

Może co do jego szczerych zamiarów miałam wątpliwości, ale zastanowiłam się chwilę nad tym, czy spotykamy się pierwszy raz. Coś silnie mówiło mi, że nie i tego właśnie głosu posłuchałam.

- Bo pójdziesz, prawda?

Skinęłam głową, otwierając usta. Przełamałam barierę ostrożności.

Przyjął zupełnie inny wyraz twarzy, jakby uznał moją decyzję za słuszną. Jego głos odbił się długim echem w moich uszach.

Oczywiście, że pójdę.

...

Czułam jego oddech na ramieniu i kroki za sobą. Nie prowadził mnie kurczowo trzymając. Po prostu pozwalał mi iść przodem, chociaż nie znałam drogi.

Zwróciłam uwagę na wystrój tego dziwnego miejsca. Wzdłuż długich korytarzy stały złote, wysokie kolumny, które wspierały misternie zdobione sufity. Podłoże było wykonane z jasnego kaminia, a jego ułożenie i idealnie płaska faktura odbijała każdy krok. Echo rozchodziło się szybko, a pogłosy, wydawało się, wędrowały przez całe, ogromne korytarze. Miałam wrażenie, że jestem wewnątrz jakiegoś pałacu.

Odwróciłam się skrycie przez ramię. Zauważył to i przeniósł zaciekawiony wzrok z dużych, okrągłych okien na mnie. Dorównał mi kroku i uśmiechnął się lekko. Spojrzał na mnie z nieukrywanym zdziwieniem, kiedy moja twarz zamiast odwzajemnić jego przyjazny uśmiech, przybrała jeszcze bardziej tajemniczy i wystraszony wyraz.

Kierowałam się tylko tym, że pozornie chciał mi pomóc i to jak na razie wystarczało.

- Więc to jest to twoje znalezisko? - zamarłam, słysząc czyiś głos rozchodzący się echem w prawie całkowitej ciszy przerywanej tylko moim niemiarowym oddechem i krokami obu z nas.