Rozdział trzeci: Buffalo Soldier (Stolen from Africa, brought to America)
Profesor Snape otworzył drzwi swojego gabinetu, zatrzymał się w progu i rozejrzał się z obrzydzeniem, szukając oznak bytności niejakiej Vitachy Meloot. Dostrzegł ową młodą damę w fotelu obok swego biurka. Widząc gospodarza gabinetu, dziewczyna wstała, posyłając Snape'owi niepewne spojrzenie i lekki uśmiech.
Gdyby nie oczy – niebieskozielone – Vitachę można by wziąć za rdzenną mieszkankę Jamajki; jej skórę pokrywała ciemna, czekoladowa wręcz opalenizna. Ubrana była w szatę barwy piołunu, identycznego kroju jak okrycie Mistrza Eliksirów. Poza tym nowa asystentka miała na sobie szaro-zielony wełniany sweter, wełniane spodnie i szare zamszowe mokasyny na grubej podeszwie. W sumie, można byłoby uznać, że panna Meloot wygląda całkiem przyzwoicie, jak przystoi skromnej pomocnicy profesora w tak szacownej szkole, jaką był Hogwart. Można by, gdyby nie jeden szczegół - nakrycie głowy, przyciągające uwagę nie mniej, niż słynny kapelusz starej pani Longbottom: ogromny, pomarańczowo-czerwono-zielony beret, wydziergany szydełkiem. Rzecz niezbyt stosowna w Północnej Szkocji, w Hogwarcie tym bardziej, a już w lochach Snape'a w szczególności! Gospodarz uznał za stosowne dać wyraz dezaprobacie skrzywieniem ust i odezwał się sucho:
– Panna Meloot, jak sądzę?
– Profesor Snape? – Głos gościa był niespodziewanie niski i lekko ochrypły.
Mistrz Eliksirów nieznacznie skinął głową na powitanie i skierował się do szafy, w której chował rzadko wykorzystywane eliksiry. Schował się w niej prawie do połowy. Upłynęło dobre pół minuty, nim Vitacha znów usłyszała jego głos.
– W ciągu następnych trzech tygodni będzie pani pracować pod moim nadzorem. Przez pierwsze pięć dni będzie pani przyjmować ten eliksir. – Snape zamknął drzwiczki szafy i ze stuknięciem postawił na biurku buteleczkę z ciemnobrązowego szkła. Przywróci pani stępiony węch i przy okazji uwolni od nałogu palenia tytoniu i… tego co tam jeszcze pani pali.
– Tak, sir. – Dziewczyna kiwnęła głową, a Snape, pociągając wrażliwym nosem, cofnął się o dwa kroki: odzież tej panny woniała jej niezdrowymi przyzwyczajeniami.
– Jeśli się dowiem, że pani pali, wyleci pani skąd z takim impetem, że starczy go do samej Jamajki. To samo się zdarzy, jeśli popełni pani więcej błędów, niż to sugeruje pani dossier. Czy wszystko jest zrozumiałe?
– Tak, sir.
– I jeszcze jedno, zanim zaczniemy. – Profesor otworzył drzwi, prowadzące z gabinetu do laboratorium. – To nie polecenie, a dobra rada. Jeśli pani nie będzie mi zawracać głowy rozmowami przed, w trakcie i po pracy, to możliwe, że nie wyrzucę pani przed terminem wyznaczonym przez dyrektora. A teraz proszę sobie przypomnieć wszystko, co pani wie o eliksirze przeciwko przeziębieniu.
Aż do kolacji Vitacha Meloot nie dała swojemu nowemu szefowi powodu do wyrzucenia jej z zamku. Zapasy madame Pomfrey były na wyczerpaniu, uczniowie marzli i chorowali całymi stadami, więc Snape spieszył się, by skończyć pierwszą partię leku. By nie tracić czasu, wraz z panną Meloot obiad zjedli w laboratorium – kanapki i sok dyniowy. Przed kolacją eliksir był gotowy. Severus bezlitośnie wypróbował go na swojej asystentce. Dziecię tropików, nieprzyzwyczajone do chłodu i wilgoci w lochach, prezentowało wszystkie objawy przeziębienia, łącznie z gromkim kichaniem.
Ku niejakiemu niezadowoleniu Mistrza Eliksirów, panna Meloot przetrwała eksperyment i po upływie kwadransa żywa i świeża jak stokrotka siedziała po jego prawicy za nauczycielskim stołem, z wielkim podziwem oglądając zaczarowany sufit Wielkiej Sali. Wstrząśnięta społeczność Hogwartu natomiast podziwiała beret panny Meloot.
Zdania studentów były podzielone. Jedni uważali, że pod tym niedorzecznym nakryciem głowy nowej członkini grona pedagogicznego kryje się fryzura w jeszcze gorszym stanie, niż ta należąca do Snape'a; inni sprzeciwiali się, twierdząc, że gorsze włosy w ogóle nie mają prawa istnieć. Sam Snape, oczywiście, nie snuł w tej sprawie żadnych domysłów, ale Tajemnica Beretu nie pozwalała spokojnie trawić jego sąsiadom. Ten ich pociąg do wiedzy spowodował, że Mistrz Eliksirów został drugim z kolei człowiekiem w Hogwarcie, który zobaczył, co panna Meloot ma na głowie, aczkolwiek wcale mu na tym nie zależało.
Po kolacji Snape'a zatrzymała na chwilę Poppy Pomfrey, pragnąca zapytać jak idzie przygotowanie eliksiru. Zaspokoiwszy ciekawość pielęgniarki, Severus wracał do siebie, do lochów. W długim korytarzu, wiodącym ku schodom, Snape zwolnił kroku – usłyszał damskie głosy, a rozmowa dotyczyła właśnie jego.
– O, moja dhroga, tak tobie wspóczuji – szczebiotała Fleur Delacour, wykładająca OPCM. – Mój przijaciel, Francoise de Mobian płakau wszistkie wieczori te dziesińć dni, kiedi asistowau phrofessor Snape… Bardzo tobi do twarzi w ten behret! Można popaczić bliżi?
Vitacha (z całą pewnością to ona musiała być rozmówczynią Fleur) coś odpowiedziała. Snape wyjrzał zza węgła w samą porę, by zobaczyć, jak ściąga z głowy beret i podaje go Francuzce. I w tejże chwili na jej ramionach rozsypało się… coś jakby grube warkocze, cała masa. Panna Meloot natychmiast upodobniła się do Gorgony. Snape aż wzdrygnął się na ten widok, a mademoiselle Delacour zapiszczała w niebotycznym zachwycie:
– О, dredi! Jaki cudni! Można…?
Zanim jednak dotknęła fascynującego kłębowiska na głowie Vitachy, nadciągnął Severus – na ślicznej twarzy Fleur pojawił się grymas rozczarowania, gdyż, widząc szefa, panna Meloot szybko naciągnęła beret.
– Czekam na panią w laboratorium o wpół do ósmej. Nie radzę się spóźniać. Dobranoc paniom – rzucił Mistrz Eliksirów i oddalił się, powiewając połami płaszcza ze szczególną odrazą.
Do końca tygodnia, a potem i kolejny, profesor Snape i jego asystentka pracowali mniej więcej w rytmie zgodnym z rytmem przeziębionego Hogwartu. W laboratorium panna Meloot prezentowała rzetelność, zadowalającą znajomość warzycielstwa eliksirów, pacyfizm prawdziwej rastafarianki i, co najważniejsze, trzymała buzię na kłódkę. Poza pracownią profesor jej praktycznie nie widywał.
Kiedy minęły uzgodnione z dyrektorem trzy tygodnie, Snape wybrał się do niego znowu, lecz po drodze zaczepiła go McGonagall.
– Severusie, Albusa nie ma w szkole. Prosił, żeby ci przekazać, że… że znalezienie nowego asystenta dla ciebie może zająć jeszcze trochę czasu.
– Czy mogłabyś uściślić termin, Minerwo? – Głos czarodzieja był złowieszczo neutralny. McGonagall umknęła wzrokiem.
– Być może jeszcze parę tygodni. Albus wiedziałby lepiej. Przepraszam, zaraz mam lekcję.
Po drodze do lochów profesor był tak nieswój, że nawet nie skorzystał z okazji, by krzyczeć na uczniów. Minerwa nie umiała dobrze kłamać, a Severus doskonale potrafił czytać język ciała. W tym przypadku rozbiegane oczy starszej czarownicy mówiły jasno: na nowego asystenta Snape będzie czekał jeszcze długo i prawdopodobnie daremnie.
