Rating: NC-17 – wypraszam osoby niepełnoletnie (jeżeli jakieś się zaplątały, to NAPRAWDĘ proszę o zastosowanie się do ratingu :)

Ostrzeżenia: naturalizm, niecenzuralny język, alkohol, manipulacje

Uwagi: obawiam się, że jakkolwiek losy Harry'ego są zapewne ciekawsze niż losy George'a, to to jest jednak fanfik o George'u, z perspektywy George'a i więcej niż George się o Harrym nie dowiemy ;) No, może ja wiem trochę więcej o tym konkretnym Harrym, ale nie powiem – jedyne, co mogę zaoferować to muzyczny bonus na koniec dla spragnionych perspektywy Harry'ego: należy wpisać w youtube Ben Howard – All Is Now Harmed i słuchać tekstu:)

III.

Są w życiu sytuacje, które rozwijają się stopniowo i konsekwentnie w określonym kierunku.

Na przykład, gdy prawie dekadę nie przykładasz się szczególnie do nauki, a na lekcjach najbardziej cię interesuje, jak możliwie kreatywnie je zakłócić, to jeżeli w rezultacie zminimalizujesz szanse na pomyślne przejście przez owutemy, ale za to otworzysz sklep z dowcipnymi akcesoriami, prawdopodobnie przyjmiesz to za naturalny skutek swych poczynań. Być może nabierzesz przekonania, że świat działa w sposób celowy; może nawet, że ci sprzyja. A jeżeli nie sprzyja, to przynajmniej poddaje się modelowaniu – i kiedy, dajmy na to, czujesz, że nie jesteś w stanie zapobiec temu, by nie wylecieć ze szkoły na zbity pysk, to przynajmniej możesz zrobić to na miotle, z dosłownym hukiem, zdobywając przy okazji szacunek małoletnich beneficjentów placówki na następne kilka pokoleń.

Pomyłką jednak byłoby bezrefleksyjne uleganie kuszącemu skądinąd wrażeniu, że rzeczywistość dąży do doskonalenia się zgodnie z twoimi oczekiwaniami.

Może się bowiem zdarzyć, że pewnego dnia twój całkowicie żywy minutę wcześniej brat padnie trupem, a kilka miesięcy później najlepszy przyjaciel – który na przestrzeni lat stopniowo i konsekwentnie przeistaczał się w twojego kochanka – nabierze do ciebie obrzydzenia i zostawi cię, żebyś się międlił w towarzystwie samego siebie i przekonał na własnej skórze, że jest to kompania na dłuższą metę nie do zniesienia.

I wtedy może się też okazać, że rzeczywistości wcale nie da się dowolnie rzeźbić – za to potrafi ona ulec nieodwracalnemu odkształceniu, z którym nie bardzo wiadomo co robić przy użyciu dotychczasowych narzędzi.

George nie miał pomysłu, jak wypracować nowe metody efektywnego współfunkcjonowania z otoczeniem. Szczerze mówiąc, nie sądził nawet, że powinien cokolwiek wypracowywać: świadomie unikał podejmowania wysiłku, by znaleźć dla siebie znośne miejsce w wypaczonej przestrzeni, ponieważ podświadomie podejrzewał, że sposobu na to zwyczajnie nie ma, i bał się skonfrontować z tym przeświadczeniem.

Skupiał więc wysiłki na powstrzymywaniu nadmiernej refleksji nad co bardziej bolesnymi aspektami życia. Czasami było to dużo łatwiejsze, niż się spodziewał – na przykład kiedy mechanicznie wykonywał jakieś drobne czynności w rodzaju mycia zębów albo czesania włosów, tracąc przy tym poczucie czasu do tego stopnia, że zapominał nie tylko, która jest godzina albo pora dnia, ale ile właściwie ma lat i czy aby nadal nie uczęszcza do Hogwartu, bo przecież tak samo (i z podobną częstotliwością) mył zęby i czesał włosy osiem lat temu.

Czasami te niepozorne sytuacje stawały się jednak zdecydowanie bardziej trudne, niż mógłby to sobie wyobrazić, zanim heca z Voldemortem zaczęła dotyczyć go bezpośrednio. Przytrafiało się, że płukał usta i znienacka dopadała go porażająco klarowna myśl, że wcale nie jest osiem lat temu, a świat, który powstawał wokół niego we wczesnym dzieciństwie i który sam aktywnie budował przez cały okres nastoletniości, po prostu przestał istnieć – i to bynajmniej nie dlatego, że George przekroczył dwudziestkę przed ponad rokiem.

Nie miał pewności czy dorosłość zawsze wiąże się z postępującym zohydzeniem po kolei wszystkich elementów egzystencji, czy też dzieje się tak tylko w wypadku, gdy coś, co z założenia było tylko ekscytującą zabawą z elementami pożytecznej misji, bezapelacyjnie wymknęło się spod kontroli. To aż dziwne, w jak niewielkim stopniu Potterwarta wiązało się dla George'a z Harrym, którego zwykł postrzegać jako jednostkę odrębną od symbolu, jaki stanowiło jego nazwisko; i jak bardzo Harry wydawał mu się w gruncie rzeczy zwyczajny, z czego z całą wyrazistością zdał sobie sprawę dopiero teraz – bo to, że brał coś za normę, zauważał dopiero, kiedy od niej odstąpił.

A rzeczywistość miała tę przykrą właściwość – o czym George przekonał się w przeciągu ostatnich miesięcy wielokrotnie – że raz zniekształcona jakoś nie powracała do oryginalnego kształtu... zapewne ponieważ pierwotna postać okazywała się ostatecznie nie esencją, ale subiektywnym sądem na temat danej rzeczy.

Lub osoby.

W przypadku Harry'ego rzeczywistość zdawała się całkiem sprężysta, bowiem – gdy George wrócił z łazienki do pokoju Freda – chłopak jakby nigdy nic siedział po turecku na skraju łóżka, przeglądając rozłożoną między kolanami gazetę. Wyglądał dziwnie swojsko: z rękawami podwiniętymi do łokci, policzkiem opartym o złożoną dłoń i włosami, które rozczochrały się nie wiadomo kiedy. Spod zadrukowanej wizerunkami zawodników quidditcha strony, wystawał fragment jego stopy, przyodzianej w spłowiałą skarpetkę w zielono-czerwone paski.

George na kilka sekund odniósł absurdalne wrażenie, że znajdują się w Norze i za chwilę zostaną wezwani do wyrabiania ciasta, krojenia warzyw albo innej pomocy przy świątecznym obiedzie. Potem Harry podniósł głowę.

– Więc, George – zagadnął, spuszczając jedną nogę na podłogę. – Jak to widzisz?

Ton jego głosu był spokojny, wręcz lekki – bez tej ciężkiej aury ukrytego cierpienia, która przebijała przez jego słowa w kuchni – i George, wziąwszy pod uwagę ewentualność, że przyszli tutaj, aby faktycznie przeglądać Zwis Leniwca, zawahał się przed odpowiedzią.

Harry poprawił okulary.

– Mam się ich pozbyć? – zapytał, a następnie, ostatecznie likwidując pozór normalności, rzucił: – Czy może masz ochotę na seks z Chłopcem, Który Zwyciężył?

Chyba byłoby łatwiej, gdyby w pytaniu pobrzmiewała podobna drwina, jak wtedy, gdy Harry nazwał się Wybrańcem. Tym razem nie brzmiał wyzywająco, ale rzeczowo, jakby nie istniała żadna szansa, że granica, za którą się posuwają, prowadzi ciemnym tunelem w głąb króliczej nory, a sam fakt jej przekraczania nie był groźny, lecz błahy. Jednocześnie dokonana przez Harry'ego jawna fetyszyzacja siebie sprawiła, że George poczuł pewną słabość w członkach – związaną w mniejszym stopniu z czysto seksualnym pożądaniem, a w większym z mieszanką niechcianego przerażenia i ponurego podekscytowania, jaka ogarniała go w obliczu wydarzeń, które za nic nie chciały pomieścić mu się w głowie.

Jak to, że znalazł się w pokoju Freda z kimś, kto z reguły wzbudzał w nim tylko letnią sympatię zabarwioną zarówno odrobiną dość niechętnego podziwu, jak i pewną dozą litości.

Zrobiło mu się niedobrze. Mogło mieć to związek ze spożytym alkoholem albo z etyczną ambiwalencją zaistniałych okoliczności, ale George był prawie pewny, że mdłości są wynikiem pogłębiającej się pustki umysłu, w którym nie uformowała się żadna riposta. Taki stan jak żaden inny budził w nim popłoch, ponieważ George już dawno wyrobił sobie przekonanie, że elokwencja jest jego najmocniejszą stroną.

Odkaszlnął.

– Czyli... – powiedział po długiej sekundzie, postanawiając nie dać po sobie poznać, że opanowanie Harry'ego wytrąca go z równowagi i zyskać kontrolę nad konwersacją już teraz, zanim doprowadzenie schadzki do finału lub choćby początku weźmie w łeb. – Kiedy mówiłeś o wielu miłych okazjach, jakie się nadarzają osobie o twoim, hm, statusie, to ile konkretnie miałeś na myśli?

Gdyby sądził, że tą równie szczerą, co bezczelną, ciekawością zbije Harry'ego z tropu, rozczarowałby się: chłopak uśmiechnął się nieznacznie i odłożył gazetę na bok, oparł dłonie o materac, przeciągnął się i przesunął w głąb łóżka, najwyraźniej nie śpiesząc się z odpowiedzią. Jego ruchy były powolne, pozbawione nerwowości, dużo bardziej wyważone niż miało to miejsce w kuchni – kiedy George miał jeszcze wrażenie, że przebywa z człowiekiem z krwi i kości, teraz zastąpione dosyć niekomfortowym wrażeniem obcowania z fantazmatem. A także rodzajem niepokoju, ponieważ zachowanie Harry'ego narzucało myśl, że chłopak nie ściemniał i w istocie nie była to pierwsza tego typu transakcja w jego życiu... inaczej niż w życiu George'a.

– Wystarczająco – odparł Harry w końcu, nie spuszczając z niego wzroku i dodał z delikatną kpiną: – Potrzebujesz szczegółów?

– Kusząca propozycja – odpowiedział George mechanicznie, kontemplując odrażającą skarpetkę Harry'ego oraz kwestię własnej monogamiczności.

Prawda była taka, że chociaż w przeszłości George nieraz bez skrępowania i większych oporów inicjował dwuznaczne pogawędki z rozmaitymi osobami (innymi słowy flirtował na prawo i lewo), to w praktyce nigdy nie tylko nie wykroczył poza płaszczyznę dyskursu, ale nawet nie chciał przekuć żadnego z umizgów w działanie... może ten jeden, jedyny raz, kiedy próbował przespać się z Rogerem Davisem, bo Lee postanowił dać ostatnią szansę swojej heteroseksualnej stronie i przez kilka tygodni usiłował zdobyć Angelinę pod pretekstem korepetycji w operowaniu kaflem, w czym pozostał fenomenalnie beznadziejny. Żałosny plan George'a również spalił na panewce, nie tylko dlatego, że heteroseksualna strona Rogera Davisa okazała się być jego jedyną stroną w zakresie płciowości. Epizod ten dowodził czegoś, o czym George i tak wiedział, a mianowicie, że jest mocny tylko w gębie.

Nie przodował też w podejmowaniu stanowczych decyzji – tych, nad którymi miał czas się namyślić, bo w afekcie wychodziło mu to całkiem nieźle, choć niekoniecznie na dobre – ale tym razem podjął mocne postanowienie, żeby ukryć tę słabość. Wprawdzie nie znali się z Harrym od dzisiaj; z drugiej strony do dzisiaj George oceniał ich znajomość na mniej powierzchowną niż się okazała – w przeciwnym wypadku obecność chłopaka na piętrze Dowcipów nie zaskakiwałaby go tak mocno – uznał więc, że jeżeli uda mu się zachować pozór niefrasobliwości, będzie w stanie wywieść Harry'ego w pole. Umiejętność wytwarzania atmosfery blagi – podobnie jak specyficzna potoczystość w wymowie – znajdowała się na szczycie listy talentów George'a. Nierzadko balansowała na granicy impertynencji, ale kiedy czuł się przyparty do muru, stawała się jedną z ostatnich kart, jakich mógł użyć w danym rozdaniu – a że porażkę w sprawach, na których mu zależało, odbierał w kategoriach osobistej ujmy na honorze, to aby jej zapobiec, potrafił posunąć się daleko i grać nieczysto, nawet, jeżeli pod mur zagonił się sam.

– Może następnym razem – zbył więc poprzedni temat lekko i zrobił trzy kroki w stronę łóżka, po czym przysiadł na materacu z ulgą, bowiem na tym krótkim dystansie nogi odmówiły mu pełnego posłuszeństwa, ciążąc do podłogi i niemal uginając się pod nim, jakby ktoś zamienił mu krew w ciecz magnetyczną, a ścięgna w miękkie kłębki cukrowej wełny – puszystego deseru, który niegdyś dodawali jako gratis do Zestawu Fakira. Ignorując niezborność członków, rzekł dziarsko: – Tymczasem przejdźmy do konkretów, co ty na to?

I spojrzał Harry'emu w twarz.

Tylko że tym samym niezbyt rozważnie umożliwił mu patrzenie sobie w oczy, i zaraz poczuł, jak pod wpływem bezpośredniego kontaktu wzrokowego szybko traci animusz. Nagle zdał się sobie nędznym aktorem w groteskowym przedstawieniu i wydało mu się niemożliwe, by Harry tego nie dostrzegł; a im dłużej Harry milczał, tym bardziej George nabierał przekonania, że jednak nie udźwignie ciężaru roli, w jaką próbował się wcielić.

W desperacji sięgnął po Zwis Leniwca – który zresztą przejął po Ginny tylko dlatego, że planował wyściełać gazetą klatkę dla Sowizdrzała – i przewrócił kilka stron naraz. W zamierzeniu posunięcie miało zapobiec przekształceniu się niepokoju, jaki odczuwał, w kompletną panikę, ale w istocie prawdopodobnie robiło z niego kretyna.

– Czy słyszałeś, że w Słowenii szykują się do odegrania pierwszego od stuleci turnieju z użyciem żywych znikaczy? – przemówił głupio, wertując wciąż spoczywający na udach Harry'ego magazyn i z tęsknotą myśląc o stojącej na nocnym stoliku butelce whisky. – To chyba pogwałca jakieś międzynarodowe prawa dotyczące ekologii...

Brnąłby dalej w ten bełkot, gdyby Harry nie wyciągnął mu Zwisu z ręki.

– Wiesz... – wtrącił, kładąc magazyn na kołdrze. Podciągał nogi na łóżko i złączył stopy tak, że jedno z jego zgiętych kolan wbiło się George'owi w udo. – Szczerze mówiąc, kiedy proponowałeś mi tournée po sypialni, to sądziłem, że to tylko pretekst... Cóż, najwidoczniej się pomyliłem.

– Eee... – wyrwało się George'owi, ponieważ właśnie poczuł, że marnuje chłopakowi czas. Doznanie nie należało do przyjemnych, głównie dlatego, że ustawiało ich sytuację jako rodzaj kontraktu, w którym to Harry rozumiał dokładnie, na co się pisze, a George nie wywiązywał ze swojej części zobowiązania.

Jeżeli zdecydowałby się grać idiotę, to był to dobry moment, aby zapytać: "skąd w ogóle przyszło ci to do głowy?" albo wywinąć się w inny sposób, zwalając wszystko na karb zbyt wybujałej wyobraźni Harry'ego lub wręcz jego rozpustności – bo w końcu tutaj przyszedł, co nadal wydawało się raczej nieprawdopodobne. Zanim jednak zdążył skonstruować stosowną odpowiedź, Harry zapytał:

– Czy jak skończymy z quidditchem, będziemy też przeglądać znaczki? – z jawną kąśliwością zmuszającą do przyjęcia, że chłopak doskonale wie, że się nie pomylił co do intencji George'a. – Słuchaj – dodał nieznacznie poirytowanym tonem, marszcząc brwi. – Obaj dobrze wiemy, czemu tu jesteśmy. Więc jeżeli po prostu mnie testowałeś albo zwyczajnie zmieniłeś zdanie, to bądź łaskaw mnie o tym poinformować, bo chyba zaczynam się trochę gubić...

Może ze względu na przebijające przez pozornie konkretne słowa Harry'ego rozdrażnienie, może przez niby błahe, a jednak zdradzające nerwowość podrygiwanie palców u stóp – a je George, który jakoś nie mógł się zdobyć na wznowienie kontaktu wzrokowego, akurat oglądał – a może jeszcze coś innego, w każdym razie George nareszcie wyczuł w zachowaniu drugiego chłopaka wysiłek. To staranie o rzeczowy wydźwięk wypowiedzi dziwnie go uspokoiło, ponieważ oznaczało, że Harry wcale nie czuje się w zaistniałych okolicznościach jak ryba w wodzie – które to podejrzenie konfundowało George'a do tej pory.

Oderwał wzrok od pasiastych skarpetek, od widoku których zaczynało mienić mu się przed oczami, i wyprostował się, zwróciwszy tułów w stronę kompana.

Twarz Harry'ego zdawała spokojna, rozluźniona; żuchwa nie sprawiała wrażenia spiętej; usta były minimalnie rozchylone i nie układały się w żaden grymas. Uniesiona na wpół litościwie brew nadawała tej twarzy wyraz pewnego dystansu do sytuacji – lub nawet nad nią górowania – i tylko przełożony przez klatkę piersiową przegub oraz ułożona na przeciwległym ramieniu dłoń... a raczej palce, postukujące niemiarowo o obojczyk, ujawniały zniecierpliwienie... Albo zdenerwowanie.

Na chwilę Harry umknął spojrzeniem, po czym jakby zorientował się, że popełnił błąd i odczuł potrzebę usprawiedliwienia własnych słów:

– Nie wiedziałem, że jesteś taki niezdecydowany – rzekł z przekąsem.

Tym razem George znalazł ripostę tak szybko, że nawet się nie zorientował, kiedy zdanie:

– Nie wiedziałem, że jesteś taki nieprzyzwoity – w całości opuściło jego usta.

Harry znienacka wybuchnął śmiechem – nie dało się w nim wychwycić nawet śladu zmieszania ani szyderstwa – po czym równie nagle spoważniał.

– George – powiedział łagodnie, spojrzawszy mu prosto w oczy. – Nie masz pojęcia, jak bardzo jestem zepsuty.

Te słowa wywarły na George'u natychmiastowe wrażenie, z zawrotną prędkością pompując w jego członek sporą ilość krwi i na krótki moment pozbawiając go zdolności artykulacji. Pożądanie uderzyło mu do głowy pełznącą po szyi falą gorąca, kierując myśli na dobitność, z jaką Harry wymówił jego imię i pozwalając lekceważyć osobliwe poczucie, że chłopak nie powiedział wcale, że jest występny, lecz uszkodzony.

– Wow – wykrztusił, zbaraniały. – OK, zabiłeś mi ćwieka – przyznał szczerze. – Rzeczywiście, nie mam. Ale... – urwał, nieoczekiwania tracąc chęć na dalsze kluczenie, za to zyskując gotowość do przyznania Harry'emu punktu w ich niewypowiedzianym pojedynku, a nawet do całkowitej rezygnacji z jakichkolwiek rankingów. Wobec tej dobrowolnej kapitulacji do jego penisa napłynęło jeszcze więcej krwi. Rozbrojony, dokończył: – Z przyjemnością się przekonam.

Blade wargi Harry'ego uniosły się z jednej strony z drwiącą satysfakcją, a później chłopak podniósł rękę i – nie opuszczając wzroku, jakby brał udział w konkursie na niemruganie – rozpiął najwyższy guzik koszuli i zaczął nieśpiesznie poluzowywać krawat.

George przerwał mu.

– Zostaw – poprosił ochryple, owinął sobie materiał w barwach Gryffindoru wokół dłoni i szepnął: – Lubię krawaty.

I, rozgrzany od środka, jak przy trzeciej szklaneczce dobrego cydru, pochylił się.

Wąskie usta o nęcącym aromacie whisky znalazły się dokładnie naprzeciwko jego ust, ale George w ostatniej chwili zmienił kurs tak, że – przechyliwszy głowę towarzysza przy pomocy pociągnięcia za krawat – wylądował wargami na twardej linii żuchwy.

Być może miał kłopoty z decyzyjnością, ale nie miał skłonności do rezygnacji na ostatniej prostej – i jeżeli decyzję już podjął, to nawet jeżeli się wahał co do jej sensowności albo aktualności, z reguły się jej trzymał. Zapewne dlatego nadal tkwił w Dowcipach, których czasy świetności z każdym dniem były coraz bardziej odległe, za to stawało się coraz bardziej prawdopodobne, że nigdy nie powrócą.

Ale też ze względu na tę samą dyspozycję, miał w wyjątkowo bliskiej perspektywie obcowanie z Harrym Potterem... co z pewnego dystansu – to znaczy po wykluczeniu wszystkich okoliczności, które czyniły z Harry'ego człowieka na wskroś zwyczajnego, o umiarkowanej inteligencji i przeciętnych zdolnościach magicznych – którego George usiłował nabrać, posiadało walor może nie historyczny, ale z pewnością byłoby warte zapisania w prywatnym dzienniku podbojów seksualnych, gdyby George taki prowadził.

Wciągnął nosem otaczający szczękę Harry'ego słaby zapach whisky – w bardzo praktyczny sposób łagodził on wszelkie potencjalne obiekcje co do własnych postępków – i gwałtownie wyszarpnął koszulę chłopaka ze spodni. Tkanina była wykrochmalona nad wyraz starannie, sztywna. George wsunął pod nią palce i przelotnie ścisnął pokryty drobnymi wypryskami gęsiej skórki bok Harry'ego, a potem, natchniony wzrastającym pożądaniem, chwycił go za nadgarstek i bez ogródek skierował jego rękę pomiędzy swoje nogi.

Zrobił to, ponieważ wyobrażał sobie, że jednonocne przygody powinny odbywać się obcesowo i z zimnym zacięciem. Dużo łatwiej byłoby je utrzymać, gdyby nie – z gruntu przecież nieunikniona – obecność drugiej osoby, kłopotliwa w kontekście jej nieprzewidywalnej reakcji.

Reakcja Harry'ego nastąpiła jednak, zanim George zdążył porządnie się speszyć, a po chwili przestał kłopotać się czymkolwiek, bo Harry pewnie przesunął dłonią wzdłuż jego prącia, po materiale bokserek, po czym bezpardonowo wepchał ją za wszytą w bawełnę gumkę.

Minęło wiele dni odkąd George brał udział w zdarzeniu tej natury po raz ostatni. Wzdrygnął się mimowolnie, a z jego gardła wydobył się niby to pomruk, a niby bezwładny, kompromitujący skrzek. Zamaskował go, zaczepiając zębami o szyję Harry'ego po prawej stronie; drugą ręką przytrzymał jego lewy policzek, własnym przywarłszy do obcej szczęki i wypuścił ciężki oddech w miękką skórę. Przez dobroczynne dwadzieścia parę sekund w jego umyśle tworzyły się i zaraz rozwiewały nieskładne, mętne, coraz to bardziej mgliste myśli, nie dając się poskładać do kupy, ale pozwalając skupiać wyłącznie na gorącym wnętrzu poruszającej się po jego penisie dłoni. Przestało mieć znaczenie, do kogo ta dłoń właściwie należy – dopóki raptem nie zniknęła, wystawiając George'a na podmuch powietrza.

W pomieszczeniu nie było zimno, ale – kiedy Harry złapał go za ręce i zdecydowanie oderwał je od swojej twarzy, a następnie odsunął się na dokuczliwą odległość czterech cali – temperatura pokojowa zdała się nagle zdecydowanie za niska.

– Hm? – chrząknął, bezwiednie próbując przezwyciężyć opór ciała przyciskającego mu dłonie do kolan, ale Harry trzymał je stanowczo.

George spojrzał na niego nieprzytomnie.

Harry parsknął.

– Bez obaw – zapewnił, po czym ściągnął okulary i z odrobinę przerażającym uśmiechem szmalcownika, który właśnie osaczył ofiarę, zsunął się z łóżka na kolana. – Przysięgam uroczyście, że knuję coś niedobrego.

Przesunął ręce do góry, drapiąc uda George'a resztkami niedokładnie obciętych paznokci, dwoma obcesowymi szarpnięciami zsunął mu bokserki w okolice łydek... i natychmiast schylił głowę, nie dając George'owi czasu ani na reakcję na ostatnią wypowiedź, ani powolne rozlubowanie się w ciepłym, wilgotnym oddechu docierającym do jego pachwin, tylko natychmiast wciągając go w mokrą chłonność swoich ust i w przeciągu kilkudziesięciu sekund wprawiając w stan, w którym gotów byłby uznać, że możliwe jest wyssanie z człowieka napięcia.

Dalej – zapewne wskutek kilkumiesięcznej już abstynencji seksualnej – nastąpiło gwałtowne spiętrzenie najpierw wdzięczności wobec Harry'ego za dobrowolne ucieleśnienie nieistniejącej dotąd fantazji, a potem kumulacja fizycznej ulgi. Czyniła ona z Harry'ego jedynie pozbawionego konkretnej tożsamości właściciela odpowiednio gorącej jamy ustnej i sprawiała, że George'owi stało się więcej niż wszystko jedno, że sam prawdopodobnie pełnił rolę substytutu jakiegoś innego George'a Weasleya, który nigdy nie istniał – co najwyżej zdarzało mu się zaistnieć od czasu do czasu.

Z ochotą dalej by się pogrążał w odprężającym uwiądzie umysłowym, mimo że groziło to zbyt szybką intensyfikacją przyjemności, co w prostej linii prowadziło także do jej schyłku. Nagle jednak cały proceder został przerwany – czemu towarzyszył mlaszczący odgłos zsuwania warg z pokrytego śliną członka – i Harry wynurzył się spomiędzy nóg George'a, po czym naparł na niego tułowiem, zmuszając do przyjęcia pozycji leżącej.

George jęknął, padając potylicą w zmiętą pościel; pozwolił ciężarowi ciepłego ciała przycisnąć się do materaca. Własne mokre włosy oblepiły mu szyję jak małe, obślizgłe macki a cudza, wilgotna dłoń objęła penis: wzdrygnął się mimowolnie w reakcji na któryś z tych bodźców. Otworzył oczy – nie do końca pamiętał, kiedy je zamknął – i zobaczył zgrzaną twarz Harry'ego tuż nad sobą: wąskie usta rozwarte, nieco opuchłe, rozszczypane jak od mrozu, obłożone szklistą powłoką śliny; rozczochrane, ciemne włosy przylepione do czoła; a na nim wypukła, biaława blizna.

Wszystko razem składało się na bardzo potterowatą twarz reprezentanta Hogwartu w Turnieju Trójmagicznym.

W tym momencie – niezgodnie z logiką, chyba, że z logiką paradoksu – George uświadomił sobie, że nie ma do czynienia z fantazmatem, ale namacalnym, indywidualnym Harrym Potterem, unikatowym o tyle, że od początku ich znajomości wzbudzał w George'u chęć podtrzymania pewnych konwenansów, poza które wychodził on w kontakcie z większością innych ludzi.

A ponieważ był to Harry, to nie był to...

Lee.

Wbrew sobie – naprawdę nie chciał jeszcze kończyć, a zwłaszcza przekonać się, co czeka za linią mety – poczuł intensywną, fizyczną rozkosz płynącą z biernego poddawania się dotykowi, co wyzwoliło nagłą nadmierną aktywność... jakichś gruczołów poprzyczepianych do jego gałek ocznych...

To było... straszne i nie miało wiele wspólnego z aplikowaniem sobie Harry'ego jako paliatywu na nieobecność Lee, ponieważ tak naprawdę zdarzyło się już George'owi właśnie z Lee. I to w pełnej krasie, inaczej niż teraz, bo wtedy płyn faktycznie przelał się przez brzegi jego powiek...

...zanim George zdążył szarpnąć się gwałtownie w górę, zanim praktycznie strząsnął z siebie partnera, zachłystując się nie powietrzem, ale gęstą substancją, która faktycznie pociekła mu po tylnej ścianie gardła...

Zdążył popatrzeć na osłupiałą minę Lee i dopiero wówczas zepchnął go z siebie, charcząc, parskając i nie mogąc odeprzeć zaniepokojonych pytań o to, co się właściwie dzieje – głównie z tego powodu, że nie wiedział, co się dzieje. A także dlatego, że zapamiętale krztusił się smarkami, co utrudniało nawet zaczerpnięcie oddechu, a normalną wypowiedź praktycznie uniemożliwiało.

Tym razem nic takiego się nie wydarzyło, nie musiał zdzierać sobie gardła chrapliwym "nic", nie musiał pełznąć do ściany, zaciskać powiek ani wyprężonymi ramionami bronić się na ślepo – bo tym razem nikt nie usiłował odwrócić go na plecy, nikt nim nie szarpał, nikt nie wskoczył na niego okrakiem, żeby przemocą rozłożyć mu ręce na boki i wrzasnąć:

"O co chodzi?!", więc George nie był wyczerpany stawianiem oporu, nie musiał skrzeczeć, że przecież o nic nie chodzi, głos nie zawodził go jak przy mutacji, nie było desperacji w głosie drugiej osoby i George nie musiał żałować, że nie wykorzystał okazji i nie podporządkował pragnieniu, żeby się do reszty... stopić... pod równie zdesperowanym spojrzeniem... tym razem jego ciało nie uległo redukcji do ciepłej papki z mięsa i śliskich wydzielin, nie odczuł palącej potrzeby, by za wszelką cenę odzyskać kontrolę – toteż nie był zmuszony się jej poddawać.

Inaczej niż wtedy, kiedy zamiast biernie się ślinić, postanowił aktywnie splunąć Lee w twarz.

"Wypierdalaj", wychrypiał, podczas gdy większa część plwociny spłynęła po jego własnej brodzie na oblepioną wilgocią szyję.

Stropiona, zdeterminowana twarz Lee najpierw zastygła w zdumieniu, a następnie wykrzywiła się wściekle. Przy całej charakterystycznej dla siebie żywiołowości i spontaniczności Lee był z reguły równie przewidywalny, co George w swoich błazenadach. Zanim kwestia Voldemorta ostatecznie się rozwiązała, George rzadko widywał go naprawdę wytrąconego z równowagi i chociaż odkąd razem zamieszkali zdarzało się to dużo częściej, to w prawdziwej furii – gniewnej, nieobliczalnej bezradności – zobaczył go po raz pierwszy.

Lee obtarł nos ze śliny – szczęka drgała mu w złości – i spojrzał na swoją rękę ze wstrętem, a potem przeniósł wzrok na George'a i popatrzył na niego z taką samą odrazą. George'owi wydało się, jak gdyby całe ukryte obrzydzenie, rozczarowanie, rosnąca niechęć –spychane pod powierzchnię wielu małych, codziennych sytuacji – nagle wypełzły na zewnątrz i stężały w tych ściągniętych pogardliwie wargach.

Lee ścisnął nogi, szczelniej więżąc biodra George'a pomiędzy szerokimi udami. Chwycił go za brodę brutalnie, lecz zamiast plunąć weń w odwecie, w bezwzględnym milczeniu przekręcił jego głowę, po czym z całej siły docisnął ją do materaca, wgniatając wnętrze obślimaczonej dłoni w policzek.

"Z najwyższą przyjemnością" warknął. Jego mięknący penis raptem odlepił się od skóry George'a: Lee poderwał się z łóżka i gwałtownie opuścił pomieszczenie. Nagle – nie wiedzieć czemu właśnie w tamtej chwili – do George'a dotarło, że chociaż uznawał Lee za najlepszego przyjaciela, to najlepszym przyjacielem Lee wcale nie był on, ale... Fred.

A może wcale nie przypomniał sobie tego wtedy, tylko przyszło mu to do głowy dopiero teraz... Kiedy nic z tego nie mogło się powtórzyć, bo przecież nie znajdował się tu z Lee, tylko z Harrym, a obecność Harry'ego nie mogła ewokować w George'u podobnych uczuć, ponieważ od niego nie był... Uzależniony. I jeżeli nawet chwilowo tajał pod jego dotykiem, to orgazm oznaczał powrót do tępej, ciężkiej, pulsującej martwoty umysłu pozbawionego ostatniego elementu, jakim markował prawidłowo działający mechanizm.

George chwycił Harry'ego za nadgarstek, powstrzymując jego ruchy. Niemal natychmiast odczuł efekty uboczne tego posunięcia: przyjemność osłabła, zastąpiona przez bolesny skurcz wewnątrz oskrzeli. Harry uniósł brwi, jakby zdziwiony obrotem sprawy. Nie wykazał jednak żadnych oznak wskazujących na to, aby się zorientował, że ledwo uniknął świadkowania totalnej kompromitacji, jaką z pewnością byłoby dopuszczenie się ze strony George'a zbyt... wylewnej... emocjonalności.

– Nie ograniczajmy się – rzekł George. Zignorował szczypiący nalot powlekający jego oczy i z ogromnym wysiłkiem uśmiechnął się zachęcająco, doznając ulgi, że mu się to udaje. – Do rozrywek dla ludzi bez wyobraźni.

Zabrzmiał dziarsko i pewnie. Lee rozgryzłby go od razu, podobnie jak Fred oraz – co dosyć przykre – Charlie i połowa rodziny, ponieważ George nie był ani tak sprytny, ani intrygujący, jak by chciał. Mimo to wątpił, by Harry potrafił połapać się w zgrywie. Harry należał akurat do tych znajomych, którzy gładko je łykali. Miało to ewidentny wpływ na sympatię, jaką George do niego żywił – w jego towarzystwie wydawał się sobie ciekawszy i bardziej zabawny niż w rzeczywistości.

Harry oparł się na jednym ramieniu, wzruszając drugim.

– Liczę na twoją kreatywność – powiedział.

– I oferujesz współpracę? – poddał George, ośmielony jego nieskrępowaniem.

Harry uśmiechnął się szelmowsko.

– Zależy od oferty.

George odepchnął go lekko, podnosząc się.

– Chodź – powiedział, po czym mocno złapał chłopaka za łokieć – jakby próbował pomóc mu wstać po upadku – i jego także podciągnął do siadu klęcznego.

Tak naprawdę miał na myśli: "podnieś się i odwróć", ale żywił wątpliwości, czy Harry na to pójdzie. Nie chcąc narażać się na śmieszność odmowy, zapytał asekuracyjnie:

– Co powiesz na to, żeby się pozbyć oficjalnej garderoby?

Swojej – nieszczególnie galowej – był już w dużej mierze pozbawiony od początku spotkania, w przeciwieństwie do Harry'ego, nadal w pełni odzianego: od krawata po ohydne skarpetki, z wyłączeniem jedynie okularów.

– Powiem, że mogę na to przystać – odrzekł Harry spokojnie. Sprawnie odpiął pasek, czemu towarzyszyło wyraźne szczęknięcie metalowej klamry, nie zmieniając przy tym pozycji ani nie spuszczając wzroku. To wprawiło George'a w lekką paranoję. Zaczął podejrzewać, że jeżeli Harry będzie wpatrywał się w niego odpowiednio długo, to niechybnie przejrzy go na wylot: a możliwość ciągnięcia... przedsięwzięcia... nie z pozycji siły – lub chociaż rywalizacji o nią – ale słabości po prostu nie istniała.

Uciekł więc spojrzeniem niżej, co było o tyle usprawiedliwione, że Harry właśnie zsunął spodnie do połowy bladych ud... razem z bokserkami. George dostrzegł prążkowany materiał wywrócony szwem na zewnątrz, lecz zanim rozważył kwestię zamiłowania Harry'ego do fatalnych kompozycji kolorystyczno-geometrycznych, chłopak przeniósł ciężar ciała na pośladki, krzyżując nogi w łydkach i rozszerzając w kolanach. Przeciągnął przez nie spodnie, a następnie kolejno przecisnął stopy przez nogawki, w tak bezceremonialnej pozie, że George bardzo klarownie zobaczył różowawy penis, w niepełnym wzwodzie wystający spomiędzy ciemnych włosów łonowych, i włóknistą, ciążącą w przeciwną stronę mosznę.

Przełknął ślinę z pewnym trudem.

– Koszulą się nie kłopocz – rzucił pośpiesznie, mimo że kiedy Harry skopał zmięte spodnie z łóżka i z powrotem przyklęknął, nieco zasłoniła widok. – Wyglądasz... – zaczął z dziwnie pozbawionym szacunku uznaniem i urwał, nie mając pomysłu na to, jak zamienić "wyglądasz jak materiał masturbacyjny na długie miesiące" w eufemizm.

Testowanie granic Harry'ego – zresztą, cóż, przy jego dość oczywistym już przyzwoleniu – mogło wzbudzać podekscytowanie, ale na ten moment George nie chciał ryzykować, że czymś go zrazi i pozbawi się szansy na kontynuację... Nie chciał także zaprezentować się jako żałosny onanista, więc obrał strategię, która wydawałaby się jeszcze bardziej zuchwała, gdyby nie była zwyczajnie zachowawcza.

Wepchnął ręce pod wymiętą koszulę i przeciągnął po kanciastych biodrach. Biały materiał opadł mu na wierzch dłoni i podsunął do góry, odsłaniając brzuch Harry'ego – czego George nie widział, tylko czuł, bo pozycja, jaką przyjęli nie sprzyjała oglądaniu, wysoce poręcznie ograniczając pole widzenia do fragmentarycznych wycinków ciała. George'owi akurat trafiła się szyja, więc zamknąwszy oczy przywarł do niej wargami na parę sekund i skierował się w dół po wypukłości żyły, którą wyczuwał pod językiem.

Rozpiął trzy albo cztery guziki – mocując się z nimi dłużej, niżby pragnął – i odcisnął kilka pośpiesznych, zdawkowych pocałunków na klatce piersiowej, obsypanej czerwonawym rzucikiem podekscytowania czy może jakiejś alergii. Miękkie włoski łaskotały go przy tym w brodę; sensacja niemile go zdziwiła w kontraście do doznań, od których naprawdę powinien zacząć się odzwyczajać... więc powstrzymał w zarodku porównanie, z uporem zmierzając do bardzo konkretnego celu.

Naparł na Harry'ego, tak że sam leżał teraz na brzuchu, wsparty o przedramiona, Harry zaś na boku: George znalazł się dokładnie na wysokości jego sterczącego spod podwiniętej koszuli penisa. Gdyby tylko nieznacznie przycisnął blade biodro i przewrócił chłopaka na plecy, mógłby uzyskać nieskrępowany dostęp do pulsującego organu... jednak dobrowolnie z tego zrezygnował, by zrobić coś dokładnie odwrotnego.

Skłonienie Harry'ego do przyjęcia pozycji kolankowo-łokciowej okazało się tak łatwe, że George nie wiedział, czy chłopak tak szybko zrozumiał jego intencje, czy też sądził, że podporządkowuje go własnemu życzeniu. Grunt, że w końcu George ulokował się pomiędzy jego łydkami, przed pośladkami – które rozłączyły się zupełnie, ukazując George'owi swą wewnętrzną, porośniętą drobnymi włoskami część oraz napięty fragment ciemniejszej skóry: skupienia pomarszczonych linii wiodących w wąskie zagłębienie.

Dopiero tu się zawahał.

– Mogę...? – zapytał, przybliżając twarz do szczeliny i dmuchając weń.

Harry zaśmiał się w poduszkę, w dość dobroduszny sposób, po czym sięgnął w tył i bezwstydne złapał się za tyłek, rozciągając skórę.

– Zapraszam.

George jęknął głośno i wziął głęboki oddech. Poczuł, jak jego pierś przepełnia się nieadekwatną ulgą, jakby spływająca do penisa krew jednocześnie oczyszczała i chłodziła umysł; jakby zgubił, a potem znalazł coś, w poszukiwaniu czego miotał się przez godziny; uczucie tak samo przemożne jak bezsensowne.

– Boże... – wydusił. Głos mu się trząsł, ręce pokryły gęsią skórką i właśnie użył odzywki przejętej od Lee, ale żadną z tych rzeczy się nie przejął, bo umysł miał spokojny.

Sięgnął na szafkę nocną, gdzie leżała butelka whisky i – uznawszy, że w najbliższym czasie zdolność koordynacji myśli się nie przyda – pociągnął z gwinta kilka łyków palącego płynu.

A później obrócił się na plecy, chwycił Harry'ego za uda – prowokując go do zaskoczonego, zduszonego okrzyku – i wsunął pod niego, aż drgający członek obił mu się o nos.

– Dalej – zachęcił. – Nie bądź nieśmiały. – I nadział się otwartymi ustami na pulsujący organ.

Był gorący, słony i wilgotny od potu. A także o jakieś... dwadzieścia procent... łatwiejszy do pomieszczenia w jamie ustnej niż George się przyzwyczaił, ale i tak całkiem skutecznie ją zapychał, co wespół z nową dawką alkoholu czyniło myślenie na tyle trudne, że George czuł się wygodnie zobligowany do porzucenia wszelkich refleksji.

Jakiś czas zajęło, zanim udało mu się zmotywować Harry'ego do pchnięć bardziej zdecydowanych niż początkowe, słabe i niepewne. Dopiero wtedy opuścił ręce, którymi do tej pory przytrzymywał pośladki Harry'ego, nadając rytm jego ruchom. Zamknął oczy i zdał się na inwencję drugiego chłopaka, licząc na to, że spotka się z jego zrozumieniem. Wkrótce bezlitosne pchnięcia rozciągnęły mu wargi do granic możliwości i pobudziły krtań do wydawania nieskoordynowanych, bulgoczących dźwięków.

I kiedy tak leżał, przyjmując dźgnięcia w gardło, dławiąc się, charcząc i pozwalając łzom wysiłku swobodnie wyciekać z oczu, przypomniały mu się – choć miał przecież nie myśleć – słowa Charliego:

"Może teraz tego nie widzisz, ale zaufaj mi, że w końcu wyjdzie ci to na dobre".

Ogarnęła go pokusa, żeby się roześmiać, bo wydało mu bardzo się zabawne, że faktycznie – wtedy tego nie widział, ale rozstanie z Lee otworzyło mu drogę do życiowego osiągnięcia... jakim było zmieszczenie w ustach chuja Harry'ego Pottera w całej, lecz z pewnością mniej niż dwudziestocentymetrowej, okazałości. A że nadal oblepiał ten okaz ustami, to zamiast śmiechu potoczyły się z nich bąbelki śliny i George się zakrztusił. Musiał się więc w trybie przyspieszonym wygrzebać spod ciała Harry'ego i zaczerpnąć oddechu.

– Czekaj... – sprzeciwił się Harry z urazą, jakby z rozpędu.

Ale George miał dosyć. Skronie piekły go od schnących łez, rozorane wargi szczypały od otarć, po brodzie ściekała pienista mieszanka śliny i płynu ejakulacyjnego, włosy pokryły się tłustym potem. Wreszcie – pierwszy raz od wielu, wielu miesięcy – był całkowicie przekonany, że nie ma żadnego sensu się wysilać, żeby pozować na bardziej hardego niż był. Osiągnął stan, w którym wyglądał na równie zdezelowanego, wycieńczonego i zgnębionego jak się czuł. I było za późno, aby mógł temu zapobiec; nie było niczego, co mógł zrobić, żeby to odwrócić; co znaczyło także, że nic więcej nie musi robić.

Pod wpływem zdumiewającej kombinacji uczuć – wśród których prym wiodły gorzka satysfakcja, wdzięczność i... litość – przewrócił Harry'ego na plecy, a sam wpełznął między jego nogi, przygważdżając go do materaca, a siebie przyciskając do jego spoconego ciała. Miał ochotę mu podziękować albo go pocałować, ale jakoś nic z tego nie wydawało się ani stosowne ani sensowne. Przyparł brzuch do twardego, śliskiego członka i na chwilę zaniemówił, przetrząsając ociężały umysł w poszukiwaniu sposobu, jakim mógłby wyrazić przybierającą na sile wdzięczność za... wymierne w skutkach... użyczanie mu ciała.

Już sądził, że nie znajdzie odpowiedniej metody, kiedy w końcu go olśniło. Pociągnął za zwieszający się z szyi Harry'ego krawat, rozluźnił splot i przepuścił dłuższy koniec materiału przez poluzowany supeł, ostatecznie wyplątując chłopaka z barw Gryffindoru. Zmiędlił krawat w dłoni i przytknął usta do małego ucha.

– Przerżnę cię tak... – wydyszał w iluminacji, wrzucając tkaninę w szparę pomiędzy łóżkiem a ścianą. – Że zapomnisz, jak się nazywasz.

Najpierw ciało Harry'ego wyprężyło się i usztywniło, a z jego ust wydobył się dziwaczny, rzężący odgłos – jęk człowieka pozbawionego hamulców albo doszczętnie odartego z pozorów.

Potem George usłyszał:

– Trzymam cię za słowo.


Czasem, by pewne kwestie zostawić za sobą i ruszyć do przodu, wystarczy znaleźć właściwą puentę.

Niestety, George nie należał do szczęśliwców biegłych w owej sztuce.

Obudził go łomot.

Był przyzwyczajony do tego rodzaju pobudek – w końcu specjalizował się w hałaśliwych eksperymentach, które nierzadko zaczynały żyć własnym życiem – więc owinął się ciaśniej kołdrą, jeszcze ciaśniej zacisnął powieki i postanowił ignorować rumor tak długo, jak tylko będzie mógł, a później pozwolić Fredowi zająć się likwidacją jego źródła. Przez długie, dobroczynne dwie sekundy jego organizm szykował się do zapadnięcia w krzepiącą drzemkę... po chwili jednak ogarnęło go bardzo nieprzyjemne uczucie, które miało wiele wspólnego z Fredem i dziwnie nie chcącymi odejść w nieszkodliwą przeszłość wydarzeniami ostatniego roku. Następnie poczuł się jeszcze gorzej, ponieważ przypomniał sobie, że na dużo bardziej wyrozumiałą podporę w osobie Lee także nie ma już co liczyć, bo przecież Lee też już nie było...

Wszystko zaczęło się od nowa.

Poza tym, że kiedy George przewrócił się na drugi bok i otworzył oczy, wcale nie trafił wzrokiem w pustą przestrzeń po prawej stronie swojego łóżka... bo leżał w łóżku Freda, a obok niego leżał wciąż śpiący, rozczochrany Harry Potter, odziany skąpo w okropnie pomiętą koszulę i nic poza nią.

George'a złapał pusty odruch wymiotny, ale zareagował szybko: wyskoczył z pościeli z zamiarem uciszenia Sowizdrzała, zanim hałas obudzi Harry'ego – liczył na to, że uda mu się utrzymać chłopaka w spoczynku, dopóki nie wymyśli, jak się z nim uporać, gdy zyska pełnię władz umysłowych. W pokoju panowała szarawa ciemność, więc nadział się stopą na pustą butelkę po whisky i prawie stracił równowagę. Butelka potoczyła się po podłodze, a szafka nocna, o którą George wsparł się w akcie desperacji, przesunęła się z głośnym zgrzytem. Powstrzymując przekleństwa, zerknął na Harry'ego z niepokojem, lecz ten nadal spał jak zabity. Szczerze mówiąc, George nie pamiętał, żeby zasypiali. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętał była przyjemnie paląca sensacja alkoholu spływającego po gardle – zapewne odpowiedzialna za obecny ból głowy, który zapulsował George'owi w skroniach po zbyt nagłym zerwaniu się z łóżka, wątłość członków i potworne mdłości.

Założył bokserki i, kuśtykając, ruszył do własnego pokoju, jednak w połowie drogi zaradzenie wzrastającym mdłościom okazało się zadaniem pilniejszym niż powstrzymanie roznoszącego się po mieszkaniu harmidru. Stanąwszy w obliczu wyboru, czy zaryzykować powrót Harry'ego do świata żywych, czy wzbogacenie palety kolorów w przedpokoju o odcień wymiotny, skręcił do łazienki i dopadł zlewu.

Przez dłuższy czas szarpały nim suche torsje, co sprawiło mu zaskakujący zawód. Miał wrażenie, że zaraz wypluje migdałki – i że nie byłoby to w gruncie rzeczy takie straszne, a w każdym razie nie tak, jak niemożność pozbycia się z organizmu czegokolwiek, co w nim zalegało.

Sfrustrowany, opadł na kolana i wsadził palce w gardło kilkukrotnie, aż w końcu treść żołądka uniosła się, cuchnącym strumieniem przelała przez przełyk, krtań i usta i trafiła we wnętrze sedesu. Kolejny kwadrans George spędził w jego porcelanowym towarzystwie, z bolesną świadomością, że wcale nie jest cynicznym dandysem o swobodnym podejściu do swej powierzchowności, ale zwykłym pozerem, którego wszystko przerosło.

Tulił policzek do zimniej muszli, rzygał raz po raz i żałował, że nie ma silniejszego charakteru, że nie potrafił poradzić sobie z tym wszystkim lepiej; że zohydził sobie Harry'ego; że nie zachował choć resztek godności w obliczu decyzji Lee o odejściu, praktycznie błagając o jej zrewidowanie... że poniósł w tym klęskę; że nie dostał do Lee tego, czego potrzebował, że nie potrafił go o to poprosić – a nawet gdyby potrafił, to nic by to nie dało, bo potrzebował...

Swojego brata.

Żałował nawet tego, że nie może wiecznie trzymać Sowizdrzała w uwięzi, mimo że w ostatnim czasie sowa działała mu na nerwy jak nigdy wcześniej.

Miał cichą nadzieję, że po zwróceniu naturze zawartości żołądka zrobi mu się lepiej, ale jakoś wcale mu się nie zrobiło. Nadal miał wrażenie, że nie da rady, po prostu więcej nie zniesie... niczego.

Podniósł się z klęczek i wyszedł do przedpokoju. Jego wzrok przyzwyczaił się już do ciemności, dostrzegł więc, że drzwi do pokoju Freda są zamknięte – co znaczyło, że Harry albo nadal znajdował się w środku, albo zszedł już na dół lub nawet w ogóle wyszedł z mieszkania.

George uchylił drzwi do drugiego pokoju. Było tu nieco jaśniej – nieosłonięte okna wpuszczały szare światło bardzo wczesnego poranka. George obtarł nadgarstkiem zwisający mu z brody farfocel rzygowin i podszedł do Sowizdrzała, który na jego widok wydał z siebie wściekły pisk.

– Cicho – syknął. Nie miał różdżki, by położyć kres gniewnemu pohukiwaniu za pomocą magii, więc włożył palce między miedziane pręty i szybko zluzował mechanizm zamykający klatkę, nim Sowizdrzał zdołał pokłuć go dziobem. – Wypuszczam cię, OK? – Sowa przekrzywiła głowę i zamilkła, jakby wykalkulowała, że będzie to najrozsądniejszy ruch z jej strony. – Zaraz cię wypuszczę, tylko łaskawie zamknij się na moment... Muszę tylko...

Rozejrzał się naokoło w poszukiwaniu pergaminu – wkrótce zlokalizował go pod nogą fotela. Sowizdrzał również rozglądnął się na boki w podejrzliwy sposób i ostrożnie opuścił klatkę, podczas gdy George usiadł na ziemi po turecku i, wykorzystując wszelkie umiejętności epistolarne, jakie kiedykolwiek posiadł, napisał:

Ufam, że przez wzgląd na łączące nas niegdyś bardziej zażyłe stosunki, zechcesz spuścić zasłonę milczenia na ciągnące się między nami nieporozumienie i odwiedzisz mnie dzisiaj wieczorem.

Dochodzę do wniosku, że istnieje niejaka możliwość, że sfiksowałem. Istnieje także możliwość, że potrzebuję pomocy.

Świadomy swego plugawego zachowania przy naszym ostatnim spotkaniu,

(oraz wielokrotnie wcześniej),

żywiący nadzieję, że do zobaczenia,

George

Ledwie skończył, usłyszał ruch w przedpokoju oraz dudnienie na schodach. A gdy już odetchnął z ulgą i uznał, że Harry postanowił opuścić Dowcipy bez pożegnania, stopnie powtórnie zaskrzypiały pod opieszałymi krokami.

George pośpiesznie otworzył okno i podsunął sowie zwinięty świstek papieru pod dziób.

– Leć do Lee – mruknął, kiedy Harry zapukał słabo w drewnianą framugę. – A to... zanieś po drodze Charliemu.

KONIEC

Londyn, marzec 2016

Więc tak to wygląda – czyli w miarę tak, jak wyglądać miało – i to by było na tyle.

Dziękuję Kakashiemu za szczerą i żarliwą sympatię do początków opowiadania, która pomogła utrzymać mi motywację do jego skończenia, dziękuję Albus za znalezienie czasu na lekturę i poprawki, dziękuję M. oraz wszystkim, którzy dotarli do końca tego niezbyt przystępnego tekstu, o ile jacyś wytrwalcy się w ogóle ostali, bo na razie po liczbie komentarzy domniemuję, że mało kto zaczął, ale niech wisi na pamiątkę ;)

Podkład muzyczny: Noah and The Whale - Stranger