R o z d z i a ł
2
Co kryją zakurzone półki

Ginny od dobrych kilku godzin zupełnie nie miała pojęcia, co ze sobą zrobić. Tłukła się po całym zamku, próbowała zmusić do przeczytania „Największych oszustw w historii Quidditcha" pióra Stana Bergleya, a nawet starała pouczyć. Na nic jednak nie miała ochoty i ostatecznie wylądowała w dormitorium na swoim łóżku i ponuro gapiła na plakat Vladimira Robkova zawieszony przez nią kilka miesięcy temu na zasłonie łóżka.
Hogwart opustoszał. Tak przynajmniej zdawało się Ginny, która z przerażeniem odkryła, że jest jedną z najmłodszych osób, które zostały na święta. Poza tym do jej odkryć należało również to, że wbrew temu, co myślała wcześniej, nauka jest jej potrzebna. Nie myślała jednak o niej kategoriami tego, że przyda jej się w przyszłości czy że jest po prostu ciekawa: nauka zmuszała ją do wysiłku psychicznego, dzięki któremu nie dopadały jej czarne myśli. Niestety, teraz, kiedy nadeszły wolne dni, nic nie motywowało jej do nauki. Jej myśli stawały się powoli czarniejsze niż szata Severusa Snape'a.

***

Przynajmniej jej sukienka na Bal Bożonarodzeniowy była zdecydowanie jaśniejsza niż one i z całą pewnością sprawiała lepsze wrażenie.

***

A Hogwart pachniał świerkami i cynamonem.

***

I Neville tańczył całkiem znośnie. Jak na chłopaka, oczywiście.

***

Hallervorden miał zupełnie inną metodę nauczania niż Flitwick. Klasa, a zwłaszcza jej mugolska część, naśmiewała się po cichu, że jest typowym przykładem Niemca i brakuje mu tylko ścięcia włosów, charakterystycznego wąsa i tiku nerwowego w postaci unoszenia wyprostowanej ręki z dwoma palcami w górze. W przeciwieństwie do Flitwicka Hallervorden nie czekał, aż klasa się uciszy, tylko od razu zaczynał mówić, a siła jego głosu była wprost proporcjonalna do siły głosów uczniów. W praktyce oznaczało to, że im głośniej mówiła klasa, tym ciszej Hallervorden objaśniał praktyczne zastosowania zaklęć, których potem wymagał na robionych co lekcję krótkich sprawdzianach wiedzy praktycznej. Na początku skutkowało to wyłącznie zagłuszaniem cichego praktykanta i pyskowaniem, kiedy o coś zapytał lub raczył zrobić sprawdzian. Potem jednak, kiedy za upomnieniem Flitwicka zaczął odejmować Domom punkty, a oceny uczniów gwałtownie się przez ich nieuctwo pogorszyły, klasa zmieniła nastawienie do przedmiotu. Z Hallervordenem nie ma przelewek, więc lepiej zawsze być przygotowanym na lekcję, jak stwierdziła pewnego wieczoru Dora, tłumacząc swoje wypróbowywanie zaklęcia Dictum na starej zbroi (zbroja wykrzykiwała potem rozmaite przekleństwa w stronę przechodzących obok niej pierwszoroczniaków, co Ginny taktownie przemilczała).
Nigdy niewypowiedzianym hasłem Hallervordena była dyscyplina, którą bezwzględnie utrzymywał, a przynajmniej się starał. O ile niektórzy uczniowie przestawili się na tryb jego nauczania tak jak Dora, o tyle inni starali się pokazać swój anarchistyczny stosunek do praktykanta. Było to przyczyną, dla której po klasie krążyły karteczki z wizerunkiem Hitlera w długich włosach, hasła „Przywróćmy mugolski Britons* do łask!" i „Precz z obcymi" z rysunkiem gumochłona zjadającego niemiecką flagę.
- Dzisiaj zajmiemy się zaklęciem Motus – powiedział Hallervorden, splatając ręce za swoimi plecami. - Motus jest zaklęciem używanym w zasadzie nieczęsto, powodującym pląsający ruch obiektu, na który je rzucimy. Stosowane jest we wszelkiego rodzaju barach, kiedy poprosimy o napój z lodem lub co nieco z procentami, dobrze wstrząśnięte. - Kilka osób zachichotało niepewnie, ale praktykant pozostał niewzruszony. - O ile wiem, Motus używa się również przy hazardzie i przy wszelkiego rodzaju parkach rozrywki.
Dora pochyliła się pilnie nad kajecikiem.
- ...Radzę nie stosować tego na ludziach, chyba że ma się ochotę sprzątać po kimś wymiociny...
- Błe – mruknęła cicho Dora. - Niedobrze mi na samą myśl...
Ginny zamoczyła pióro w kałamarzu.
- Mnie t... - nie zdążyła dokończyć, bo jej oczy zrobiły się nagle wielkie jak spodki i odskoczyła jak poparzona, upuszczając pióro. Mama wielokrotnie mówiła jej, że jest zdecydowanie nieuważna i nierozgarnięta. Teraz duża plama atramentu zaczynała się przeradzać w coś, co parę godzin później Ezis określiła jako plamus-atramentus-gigantus. Ciemne strużki dopłynęły szybko do krawędzi ławki i zaczęły kapać na podłogę, a strony kilku podręczników leżących na ławce zaczęły nasiąkać atramentem (Dora szybko je przeciągnęła na swoją stronę, aby nie nasiąkały bardziej). W klasie zrobiło się nagle niezwykle cicho, a Ginny poczuła, że ma ochotę się rozpłakać.
- Tergeo – wybąkała płaczliwie, ale plama nie zmieniła się ani trochę, poza tym, że nadal obejmowała coraz większe obszary ławki i podłogi.
- Wstawaj i nazwisko – warknął głośno Hallervorden, który zdążył już przerwać swój monolog na temat dziwacznego użycia Motus w zachodniej Brazylii.
- Weasley Ginevra – wykrztusiła, wstając i czując, że blednie. - Z Gryffindoru...
- Nie pytałem o Dom – odparł Hallervorden sucho. Dora w milczeniu ustąpiła kawałek swojego miejsca Ginny, bo ten jej zaczynał być coraz ciemniejszy. - Jak widzę, bardzo lubisz przeszkadzać w lekcji.
- To był przypadek.
- Ungemein, przypadek – powtórzył warkliwie. - Już ja wierzę w te wasze przypadki. Jak widać karanie całego Domu nie przynosi żadnego efektu.
Twarz Ginny wyglądała co najmniej niezdrowo.
- Sądzę, że w soboty masz dużo wolnego czasu.
- Mam, proszę pana – odpowiedziała cicho, choć w rzeczywistości miała ogromną ochotę powiedzieć „w żadnym wypadku".
- Podejdź do mnie po śniadaniu. Będę na ciebie czekał i obiecuję, że o tobie i twoim nazwisku nie zapomnę. - Ostatnie słowa zabrzmiały dla Gin niczym groźba.
Na chwilę zapadła cisza, kiedy Ginny mierzyła wzrok z praktykantem.
- Wolno mi usiąść... panie praktykancie? - wydusiła w końcu.
- Nie – odpowiedział Hallervorden krótko i wrócił do swojego monologu. Całą resztę lekcji zapisywała notatki stojąc i uważając, aby nie poplamić się atramentem. Jak się pod koniec okazało – skarpetki nie udało jej się niestety ocalić od poplamienia.

***

Ku zgrozie Ginny, Hallervorden siedział na krześle tuż obok Snape'a. Z tego co zdążyła zaobserwować żując powoli tosta z keczupem, dyskutował zawzięcie z siedzącym naprzeciwko Flitwickiem. Świadomość rozmowy o szlabanie przy siedzącym obok Snapie zawisła nad nią niczym czarny ptak: Snape zawsze wychodził z Wielkiej Sali jako jeden z ostatnich. Wzdrygnęła się na myśl o obrzydliwym uśmieszku i jeszcze obrzydliwszym komentarzu, na jakie mistrz (a niech sobie ten swój tytuł w cztery litery wsadzi!) eliksirów na pewno sobie pozwoli, kiedy tylko usłyszy słowa „Weasley" i „szlaban".
- Trzeba było zabrać ze sobą szampon – parsknęła Dora. - Snape na pewno by się nim zainteresował. W końcu nieczęsto ma możliwość zaobserwowania czegoś tak... osobliwego.
Gin uśmiechnęła się ponuro i z trudem przełknęła kęs.
- Nie mogę już - jęknęła po chwili, odkładając przed siebie nadgryziony nawet nie do połowy tost. - Czemu on po prostu nie odjął mi punktów?...
Theodor siedzący naprzeciwko beknął potężnie.
- Idź już – poradziła Ezis. - Póki jeszcze jest dużo osób robiących jako taki szum. Potem wszystkie oczy będą zwrócone w twoją stronę.
Ginny kiwnęła ponuro głową. Droga w stronę stołu nauczycielskiego zdawała się jej ciągnąć w nieskończoność.
- Proszę pana... - wybąkała, starając się nie patrzeć na Snape'a. - Jamiałamdopanaprzyjśćwsprawietegoatramentu.
Hallervorden uniósł jedną brew.
- To znaczy – Gin wyraźnie się speszyła – pan mi mówił, że mam się z panem spotkać.
Starała się nie używać słowa „szlaban", który działał jak lep na Snape'y.
- Ach! - prawie że wykrzyknął Hallervorden. - O szlaban chodzi.
Oczy Snape'a błyskawicznie zwróciły się w stronę Ginny, co bardziej wyczuła niż zobaczyła.
- Szlaban, Weasley? - zapytał mrukliwie. - Chyba za dużo przebywasz z Potterem, bo jak widzę, wyraźnie wchodzą ci jego nawyki do głowy. Złe nawyki, Weasley.
Milczała, czekając na reakcję Hallervordena.
- Chodźmy – zawołał, wstając od stołu.

***

Ginny nigdy do tej pory nie była w tej części zamku. Niewielka pod względem powierzchni, za to bardzo wysoka sala miała kształt graniastosłupa o podstawie półksiężyca. Na samym środku zaokrąglonej części było okno, bardzo zakurzone i z licznymi pajęczynami. Jedynie na wysokości oczu zauważyła czyste smugi; założyła, że Hallervorden lubił oglądać Hogwart z ptasiej perspektywy. Tak, to wydało jej się całkiem prawdopodobne, sądząc po jego zachowaniu na lekcjach. Ostatnio Gin nie mogła przemilczeć w towarzystwie Dory i Ezis ponurego faktu, że praktykant jest człowiekiem co najmniej dwulicowym: rozmawiając w cztery oczy zdawał się być miłym i pomocnym, ale wychodząc na forum klasy i ucząc stawał się tak przyjemny jakby był synem Snape'a. Zdawała sobie sprawę z tego, że ludzie przywdziewają inne maski w różnych sytuacjach, jednak w przypadku Hallervordena różnica w sposobie bycia zdawała się być aż nazbyt drastyczna.
- Chcesz herbatę? - Praktykant zamknął drzwi do gabinetu i podszedł w stronę biurka; jego kroki niosły się echem po całej salce. Poczuła do niego nagłą odrazę, gdy zdała sobie sprawę z tego, że Hallervorden zgodnie z jej przypuszczeniami zmienił ton głosu.
- Nie, dziękuję – odpowiedziała trochę nazbyt chłodno.
- Jak tam sobie chcesz – odparł, przechylając dzbanek wody nad nadgryzionym przez rdzę czerwonym czajnikiem.
Ginny rozejrzała się. Po dwóch stronach od okna stały wysokie aż po sufit rzędy zakurzonych półek, zza których gdzieniegdzie wyzierały nagie kamienie. Stały na nich przede wszystkim książki i z tego co Gin wywnioskowała, były bardzo stare i bardzo zniszczone. Jej wzrok ślizgał się po ich niekiedy poobdzieranych i poplamionych grzbietach, ale nie rozpoznała żadnego tytułu. Książki zapełniały półki mniej więcej do połowy, za to wyższe regały stały puste. Zdawało jej się, że na jednej z najwyższych półek chrapie coś czarnego, ale nie była tego pewna. Niedaleko drzwi, przyległe do jednej z prostych ścian, stało łóżko, które Gin kojarzyło się ogromnie ze zdjęciami z artykułu „Mugolski sierociniec" z pisma „Urządź swoje mieszkanie: Wydanie halloweenowe". Biała farba z prętów zdążyła się już pozłuszczać i w wielu miejscach pokryć rdzawym nalotem.
- Co mam robić? - zapytała, starając się, aby jej głos brzmiał nawet nieco wzgardliwie. Hallervorden położył czajnik na metalowym krążku i rzucił na niego zaklęcie, które Gin kojarzyła z lekcji o zaklęciach małoognistych.
- Myślę, że odrabiać karę – odpowiedział cicho i stanął naprzeciwko niej. Za oknem mignął szary kształt, zapewne sowy.
- Znam cię.
Cofnęła się niespodziewanie, a jej oczy zrobiły się wielkie jak spodki.
- Ja cię znam... - jej głos stracił w jednym momencie całą swoją butność. - To ty mi się śniłeś...
Wzruszył ramionami, choć nie pobrzmiewała w tym geście żadna nadmierna pycha.
- Raczej moje młodsze wcielenie. W twoich snach miałem odrobinkę krótsze włosy.
Uśmiechnął się, jakby nic się nie stało.
- Wlazłeś w moje sny! - zawołała, zignorowawszy fakt, że powinna zwracać się do Hallervordena formą grzecznościową. - Ty bezczelny gnoju!
- Ej, ej, uważaj na słowa – warknął. - To był akurat zupełny przypadek. Nie miałem różowego pojęcia, że takie coś może mieć miejsce.
- Ty gnoju! – powtórzyła z całą premedytacją i wyciągnęła różdżkę, ale Hallervorden i jego Expelliarmus byli szybsi. Rozjuszona do granic możliwości chwyciła za jeden z opasłych woluminów; kilka kartek posypało się na podłogę. - Kim ty jesteś, do cholery?!
Zapadła cisza, a Hallervorden bardzo powoli uniósł różdżkę i wycelował ją w Ginny.
- Praktykantem – odpowiedział cicho. - Choć ty możesz mówić do mnie po imieniu, Ginevro. - Wzdrygnęła się, gdy usłyszała swoje imię. - Mów do mnie Lowell. - Prawie podskoczyła, gdy z końca jego różdżki posypały się drobne iskry. - Jestem tylko i wyłącznie człowiekiem, który odbywa tu praktyki. Nie zrobię ci żadnej krzywdy i tego samego oczekuję po tobie.
- Nie znam cię, Hallervorden – warknęła cicho i spojrzała na niego wściekle spode łba. - Nic o tobie nie wiem. Nie ufam obcym, którzy pojawiają się w moich snach, a potem bezczelnie mówią mi w twarz, że w nich faktycznie byli. Nie jesteś żadnym praktykantem z Niemiec, jesteś jakimś pieprzonym kłamcą, który naw...
- Mylisz się, Weasley – przerwał jej chłodno. - Jestem uczniem Zamku Świec, jeśli cokolwiek ci ta nazwa mówi. - Potrząsnęła głową i otworzyła usta, aby coś powiedzieć, ale nie była pewna co; Lowell to szybko wykorzystał. - Zamek Świec jest potoczną nazwą dla naszego niemieckiego Kerzenburga. Leży w środkowej Turyngii, stosunkowo niedaleko Erfurtu. Nauka trwa dziewięć lat, ostatnie dwa są poświęcone na Magische Berufsausbildung, zazwyczaj w jednej z Heimatniederschule. Wolałem wybrać jednak inną drogę i dzięki programowi partnerskiemu Drusgoteck znalazłem się tutaj.
Zrobiło się cicho. Ginny Weasley i Lowell Hallervorden sztyletowali się spojrzeniami.
- Kerzenburg – zaczął kontynuować Lowell, tym razem ciszej – jest znacznie mniejszy od Hogwartu, znacznie mniej popularny i znacznie mniej oferuje. System edukacji czarodziejskiej w Niemczech ma złote czasy już dawno za sobą. A może i przed, bo w sumie to nigdy ich nie miał… Szkolimy tylko dobrych nauczycieli, to wszystko. Ty sama pewnie nie masz pewności, czy nie ma tu w tej szkole nauczyciela z innego kraju. Co jest więc dziwnego i fałszywego we mnie, praktykancie?...
Znowu cisza, tym razem w akompaniamencie cichych pogwizdywań czajnika.
- Sny.
- To czysty przypadek. Musiałem wypożyczyć parę książek z biblioteki, na niektórych były przypisy z formułami zaklęć, jakich nie znałem. Nie miałem pojęcia, że zaklęcie, którego użyłem, będzie mieć taki skutek. Nawet nie wiedziałem, na kogo wypadnie.
- Jesteś… normalnym uczestnikiem moich snów? Tak jak ja? Śnisz to samo?
- Nie – zaprzeczył gwałtownie. - Śnię o czym innym. Widzę czasem twoje sny, ale jak przez mgłę. Takie szybkie migawki.
Brzęk! Czerwony czajnik przeleciał nad ich głowami i wylądował tuż nad przybrudzoną szklanką z kupką herbacianych listków, po czym przechylił się, nalał wody do pełna, i odleciał z powrotem na swoje miejsce.
- To po to był ten szlaban? Abym się dowiedziała?
- Jest – poprawił ją i uśmiechnął się z przekąsem. – Nie, to też był przypadek, że na ciebie akurat wypadło. Chociaż sprawiałaś na lekcji wrażenie, jakbyś była bardzo spragniona tego szlabanu.
Odłożył różdżki na jeden z regałów i zamieszał łyżeczką w herbacie.
- Jak widzisz, jest tu całkiem dużo książek. – Strząsnął z łyżeczki kilka kropli i położył ją na spodku. – To naprawdę wieloletnie zbiory, z tego co zdążyłem się zorientować. Większość bardzo cennych, choćby już ze względu na sam wiek. Każda z bardzo bogatą historią, nie tylko tą zawartą w piśmie. Niektóre są zbyt stare, aby z nich korzystać, i wymagają przepisania, inne znowu rozpaczliwie potrzebują magintroligatora.
- Chyba nie każesz mi tych książek przepisywać. Mam okropne pismo, a przepisywanie na pewno jest zbyt ostrą karą, pójdę z tym do profesor McGonagall i ona na pewno…
- Nie, nie. – Usiadł z herbatą na skraju łóżka. – Po prostu je posegreguj. Wszystkie. Na te, które wymagają naprawy, na te, które są w obcym języku, które wymagają przepisania, które są poplamione, które nie dają się otworzyć, które znowu gryzą i wszystkie inne, które trafiły mniej lub bardziej wymyślne klątwy. Sugerowałbym założyć do tego rękawiczki – dodał, kiedy jedna z najbliżej leżących książek oblizała się głośno długim jęzorem, który wychynął niespodziewanie spomiędzy stronic.

***

Założenie rękawiczek wcale nie było takim głupim pomysłem, jak się Ginny na początku zdawało. Teraz, przy zajmowaniu się książkami z drugiej kolumny, były w niektórych miejscach nadszarpnięte, popodgryzane, poplamione, pomalowane w kwiatki i obślinione. Ostrożne układanie książek z powrotem na regałach, w regularności, jaką Gin sobie sama narzuciła (książki z klątwami szły tak wysoko, jak tylko się dało, za to te wymagające naprawy cały czas leżały na podłodze), wcale nie było łatwym zadaniem. Drabinka, którą użyczył jej przygotowany do szlabanu Lowell, chybotała się niebezpiecznie. Gin bolały już ręce i kręgosłup, zdecydowanie przetrenowane.
- Nie dam rady skończyć tego w jeden dzień – odezwała się nagle z drabinki, przerywając ciszę. Lowell podniósł głowę znad książki.
- Jeszcze jest jasno – odparł. – Kiedy zacznie się ściemniać, możesz skończyć i uznamy, że szlaban jest wypełniony. Chociaż nie ukrywam, że coś by trzeba było z resztą książek zrobić.
Wysunęła kolejną porcję książek z regału i zaczęła schodzić w dół. Leżąca na samym szczycie „Bezradność poedukacyjna" kichnęła jej prosto w twarz.
- Dobra. – Lowell odłożył książkę i wstał z łóżka. – Pomogę ci.
- Zbytek łaski – prychnęła, chociaż w rzeczywistości ona i jej obolałe mięśnie były mu wdzięczne.
Praca w dwójkę przebiegała znacznie szybciej i sprawniej. Ginny stała i podawała Lowellowi książki, które on kładł na podłodze, a potem wspólnie je segregowali. Chmury za oknem stawały się powoli coraz ciemniejsze, aż wreszcie zaczął padać śnieg.

***

- Tu coś jest. – Ginny odsunęła nagle rękę, którą przed chwilą zgarniała resztki kurzu z miejsca, gdzie przed chwilą stał zbiór cienkich książeczek. – W ścianie…
- Pewnie brud. – Lowell wycelował różdżkę w stronę czajnika z zamiarem zagotowania jeszcze jednej herbaty.
- Nie, nie brud. – Ginny przyjrzała się ścianie bliżej. – Na pewno nie brud…
Pogładziła kamienie ściany za regałem, skupiając się szczególnie na zakurzonych floresach i wgłębieniach. Zostawiła na ścianie grubą, jasną linię; rękawiczkę miała zakurzoną. Chuchnęła delikatnie i kaszlnęła, kiedy cała kupa kurzu wleciała prosto na nią.
- Tu jest wnęka.
Cisza.
- Przesuń się.
Lowell wszedł na drabinkę i stanął obok niej.
- No jest. I co? – Spojrzał na nią z dezaprobatą. Gin pokręciła głową z niezadowoleniem i zdjęła rękawiczkę. Wbiła się paznokciami w jedno z zagłębień i ostrożnie starała się odsunąć kamień. Wysunął się delikatnie z cichym zgrzytem. Lowell przesunął go na bok. W ścianie pozostała mała dziura, w której leżały zielony kamień i zalakowana koperta. Ginny ostrożnie ją wyjęła.
- Wygląda na starą – zauważył Lowell. – Ręcznie robiona. I takiego laku się dziś już nie używa.
- Lak ma inicjały E.B. – Gin spojrzała na praktykanta. – A z tyłu atramentowe „Do Pewnej Osoby". Mogę to otworzyć?
Wzruszył ramionami.
- Rób jak chcesz, Ginevro. Ty to znalazłaś.
Drżącymi z podniecenia dłońmi otworzyła kopertę i wyjęła z niego wyglądający na bardzo stary list. Spróbowała odczytać miejsce i datę, ale były zbyt zamazane.

Najdroższy sercu memu Jimie!

Wiem, że kiedy to czytasz, jestem już w pociągu i razem z innymi oglądam angielskie lasy. Chciałam pomówić z Tobą o tym wszystkim osobiście, ale uznałam jednak, iż jest to pomysł najmądrzejszy. Z wycieczki powinniśmy wrócić…

Gin mrużyła oczy, aby rozszyfrować niektóre wyrazy.

z wycieczki powinniśmy wrócić za niecały tydzień, przynajmniej taką mam nadzieję. Profesor Haddleborn nie chciał nam zdradzić dnia powrotu, bowiem sam nie jest go jeszcze pewien.
Skarbie mój najdroższy, moje słoneczko, które rozświetla mi każdy dzień swoim promyczkiem… Wiem, iż wkrótce czeka Cię drugie zadanie Turniejowe, a ja niestety nie będę mogła oglądać, jak sobie z nim radzisz. Wiedz jednak, że sercem i duszą będę cały czas przy Tobie. Turniej Trójmagiczny to nie lada wyzwanie, ale wierzę, że dasz sobie radę.

Turniej Trójmagiczny. Ginny zabiło serce.

Znam sposób na wszystkie zadania turniejowe, niezależnie od roku, niezależnie od reprezentanta. Sposób, którego nie ma w książkach, sposób jak najbardziej fair play i sposób w stu procentach niezawodny. Sposób na całe życie, receptę na powodzenia i sukcesy… Miałam ten sposób, trzymałam go w dłoniach, kochanie… Trzymałam i całowałam każdego wieczoru w swoim dormitorium, marząc o Twoich lazurowych oczach i spojrzeniu. Chciałam Ci go ofiarować, składając w Twoje czułe dłonie tuż przed moim wyjazdem…
Niestety, najukochańszy – ta nieznośna Anne Plavber ukradła mi go, kiedy leżał na mojej poduszce, a ja poszłam do biblioteki. Na moich oczach, z których płynęły potem całe morza łez, wyrzuciła go daleko do jeziora, gdzie pochłonęły go wodne otchłanie. Ach, mój luby! Największy sekret w dziejach Hogwartu zniknął w jeziorze, wielbiony śpiewem trytonów i czule muskany rybimi podbrzuszami. Dlaczego ona nas tak nie lubi? Dlaczego tak Cię nie znosi, do tego stopnia, aby wyrzucić tak cenną rzecz?...
Nie odzyskasz go, najdroższy, już nigdy! Nikt go nigdy nie zdobędzie! Wierzę jednak, że dasz sobie radę i bez niego. Nie mogę się doczekać, kiedy wrócę wreszcie z King's Lynn i kiedy znowu się spotkamy… Życzę Ci powodzenia, Jimmie, mój mały, kochany Jimmie… Pamiętaj, że Cię kocham i że jestem z Tobą…
Twoja najdroższa
Eloise Burble

Ginny patrzyła jeszcze chwilę na list.
- To prawda? – zapytała cicho.
- Raczej tak. – Lowell spojrzał na leżący w szczelinie kamyk. – Nie widzę powodu, dla którego nie miałoby nią być.
- Ona znała sposób na wygranie Turnieju Trójmagicznego. – Ginny spojrzała na Lowella. – I on jest na terenach Hogwartu. Amulet jakiś, figurka, zaklęcie czy coś…
- Ale po tej drugiej stronie wody – zauważył Lowell, uśmiechając się kwaśno. – Tej mokrej. Jak zakładam, chodzi ci o to, aby pomóc Potterowi. Zgadłem?
Nie odpowiedziała.
- Problem w tym – kontynuował Lowell – że na dno jeziora trzeba by się najpierw dostać, a już samo to stanowiłoby rozwiązanie twojego problemu, bez żadnej zabawy w odszukiwanie śmiesznych amuletów. Nie sądzisz?
Sposępniała.
- A ten kamień to co to jest? – Lowell złapał Ginny za ramię, aby nie spać z drabinki, i dotknął kamienia.
Coś szarpnęło Gin w okolicach pępka i poczuła znajome kręcenie się w głowie. Tym razem poczuła jednak również mdłości, tak że chciała upaść na kolana i zwymiotować, aby sobie ulżyć. Uścisk Lowella zelżał. Zamknęła oczy, kiedy przemknęła przed nimi cała feeria barw.

***

Otworzyła oczy, powstrzymując wymiociny, które prawie podeszły jej do gardła. Leżała na kolanach wsparta dłońmi. Ostry bruk wpijał się jej w kolana. Leżała na ulicy, którą bardzo dobrze kojarzyła, nie pamiętała tylko skąd. Spróbowała wstać, ale ze zdziwieniem spostrzegła, że ma na sobie dziwaczną czerwoną sukienkę, która bardzo jej to utrudnia.
- Ach, cóż za faux pas – rzuciła z obrzydzeniem przechodząca obok niej w równie zwariowanej sukience kobieta. Gin rozejrzała się, ale Lowella nigdzie nie było. Wstała, chybocząc się na obcasach. Uciskał ją kołnierz sukienki zapiętej tuż przy szyi i przewiązana przez biodra tasiemka. Rękawy miała długie, bufiaste i pełne falbanek.
- Lowell? – jęknęła, rozglądając się. – Lowell?... Powiedz mi, że tu jesteś!
Wokół niej chodziły powoli i dostojnie rozmaite grupki dorosłych, którzy patrzyli na nią z obrzydzeniem.
- Obrzydliwe – usłyszała głos jednej z przechodzących kobiet – jak te ladacznice potrafią się tak pokazywać w biały dzień.
Wzdłuż ulicy ciągnęły się rozmaite sklepy pełne kolorowych towarów błyskających zza witryn. Wzrok Ginny przykuł szyld małego, obskurnego sklepiku nieopodal. Różdżki Ollivandera. Instynktownie poszukała własnej. Niestety, kiedy Lowell dotknął świstoklika, różdżki leżały spokojnie na jednym z dolnych regałów.
- Havets zbankrutowali! – krzyczał młody chłopak stojący niedaleko i sprzedający gazety. – Lokal Havetsów został sprzedany nieznanemu inwestorowi!
Ginny rozejrzała się raz jeszcze. Nigdy do tej pory nie słyszała o świstoklikach, które przenosiłyby nie tylko w inne miejsce, ale zarazem w inny wiek.
- Lowell, ty gnoju – wysyczała do siebie – wyrwę ci nogi z tyłka, kiedy się tylko spotkamy.


* Britons – brytyjska faszystowska i antysemicka organizacja działająca od 1919 r. do końca lat 40. XX w. w Wielkiej Brytanii. (...) Głoszono hasła antyniemieckie, antykomunistyczne, antyirlandzkie i występowano przeciwko wszystkim obcym wpływom w Wielkiej Brytanii.