TRON: Geneza

Rozdział drugi: Spiski starej władzy.

Gdyby w tej właśnie chwili Alanowi wyrosła by druga głowa nie zdziwiło by mnie to na równi z wcześniejszym oświadczeniem mężczyzny. Informacja ta zatrzęsła posadami mojego świata. W pierwszej chwili chciałam wydrzeć się na mojego chrzestnego że jest podłym kłamcą i oszustem ale się powstrzymałam. Przeanalizowałam wszystkie fakty i pobudki jakie mogły kierować mężczyzną. Doszłam do wniosku że Alan po prostu się o mnie martwił, a cała moja złość spowodowana była tym że komuś udało mnie się zrobić w balona.

-Nieźle Alan, naprawdę nieźle- powiedziałam.

Trzej mężczyźni spojrzeli na mnie jak na kosmitę.

-No co?- zapytałam.

-Myślałem że dostaniesz świra- odpowiedział skołowany Alan.

-Masz rację, zapomniałam- uśmiechnęłam się szeroko niczym pogodynka, wzięłam słoik z majonezem, wylałam Alanowi całą jego zawartość na głowie, rozmazałam mu ją po twarzy po czym zrobiłam zdjęcie efektu końcowego telefonem.

-Sam!- Tron posłał mi karcące spojrzenie.

Zrobiło mi się trochę głupio. Program bezpieczeństwa był chyba jedyną osobą we wszechświecie przed którą czułam respekt. Nawet po przejściu treningu dla nowych programów bezpieczeństwa nie byłam wstanie pokonać go w walce. Dzięki temu mój szacunek do niego zawsze był na wysokim poziomie. Jego siła mi imponowała i wręcz podniecała. Za każdym razem gdy byłam światkiem tego jak mój chłopak ryknął na młode programy ochrony by przywrócić je do porządku czułam motyle w brzuchu i kiedy wracaliśmy do domu nie mogłam wręcz od niego rąk oderwać. Równanie było proste, Tronowi nie podskoczę.

-Nie, daj spokój Tron- Alan wstał z krzesła i wziął rolkę z papierowymi ręcznikami- zasłużyłem sobie- zaczął się wycierać.

-A ty twierdziłeś że wydoroślała- mruknął tato.

-Bo wydoroślała- zaczął ścierać majonez z włosów- kiedy była w liceum trafiła do jednej klasy z Dillingerem... nie było tygodnia żebym nie był wzywany... Miałaś nawet własny zeszyt uwag, prawda Sam?- Alan uśmiechnął się pogodnie i wyrzucił brudne ręczniki do kosza.

-Jeśli chcesz mnie tym zawstydzić to próbuj dalej- prychnęłam i zaczęłam bawić się telefonem.

Zapadła cisza.

-Czemu zrobiłaś mi zdjęcie?- zapytał nagle Alan.

-Do kolekcji zdjęć do szantażu prezesów rady nadzorczej Enconu- odparłam spokojnie, a tato uśmiechnął się chochlikowato znad swojej kawy.

-Ale ja nie jestem prezesem...- na jego twarzy pojawił się szok gdy dotarł do niego sens moich słów.

-Tak Alan, awansowałeś- powiedział wesoło ojciec- jak tylko przejmiemy firmę wywalamy MacKeya

-Nie spodziewałem się tego...- wymamrotał- Nie chce psuć waszej wizji ale tego skurczybyka trudno będzie się pozbyć...

-Wcale nie- pokazałam mu odpowiednie zdjęcie z mojego telefonu.

Twarz mężczyzny stężała.

-Nie wiedziałem że ma romans ze swoją sekretarką... Skąd ty masz to zdjęcie?- zapytał poważnie.

-Wpadam do firmy co jakiś czas i zakładam kamerki... mam mnóstwo zdjęć i ciekawych filmików o całym zarządzie- uśmiechnęłam się- wiesz mi Alan, znam ten budynek jak własną kieszeń. Zamknięte drzwi nie stanowią dla mnie problemu... i tak rzadko z nich korzystam...


Po śniadaniu i po tym jak Alan wypłukał z włosów resztki majonezu zaczęliśmy szukać w domu jakiś ubrań które pasowały by na Trona i tatę. Z ciuchami dla ojca nawet łatwo poszło ale za to program bezpieczeństwa był większym wyzwaniem. Wszystkie ciuchy Alana był dla programu zbyt ciasne. Po jakieś pół godzinie udało nam się znaleźć jakieś jeansy i koszulkę które z nieobciskany się na moim chłopaku jak jego zbroja w Sieci. Tronowi na początku było trochę trudno zrozumieć dlaczego jego ubrania nie mogą przylegać ściśle do skóry jak stroje które nosił w systemie.

-Twoje ubranie przylega do ciała dlaczego moje nie może?- zapytał.

-Na mężczyźnie obciśnięte ciuchy wyglądają jak za małe dla niego, ja mam obciśnięte bo na kobietach to ładnie wygląda.

-Chyba rozumiem...- westchnął- a teraz mi wytłumacz co złego było w tych niebieskich spodniach w których spałem?

-To był dół od piżamy. W domu możesz sobie w nich chodzić nawet cały dzień ale jak wychodzi się do ludzi to trzeba być ubranym inaczej- wytłumaczyłam spokojnie- a teraz wychodzimy na miasto żeby kupić wam ubrania.

Tron zadał mi jeszcze kilka pytań na które udzieliłam mu jak najdokładniejszych odpowiedzi. Mężczyzna może i był legendarnym programem bezpieczeństwa ale w tym świecie był niczym dziecko i musiał się wszystkiego nauczyć. Moim obowiązkiem było go wspierać.

Zakupy były całkiem przyjemne. Mój chłopak cały czas trzymał mnie mocno za rękę i bacznie rozglądał się na boki wypatrując jakiegokolwiek zagrożenia. Czasem zadawał cicho jakieś pytanie. Mimo tego całego szoku kulturowego jego zachowanie nie odbiegało od normy. Program bezpieczeństwa jak zawsze był stabilny.

Za to tacie kompletnie odwaliło. Zaraz po wejściu do galerii złapał Alana za rękę i pociągnął go do sklepu AGD. Tato był naprawdę zafascynowany postępem technicznym. Było mi trochę przykro z powodu tego że tata wolał mieć tą wycieczkę po nowinkach z Alanem zamiast zemną ale dzięki temu mogłam poświęcić całą uwagę na mojego partnera.

Nawet bez więzi która łączyła nas w Sieci Tron po pewnym czasie wyczuł mój smutek. Twierdził że może rozpoznać po samych oczach co się dzieje w mojej głowie. Był trochę zły na tatę. Ostatnio często mu się to zdarzało. Ojciec większość swojej uwagi poświęcał ISO które chyba jako jedyne brały go na poważnie i nie olewały jak większość programów. Wiedziałam że tata nie olewa mnie specjalnie. On miał dusze naukowca. Badał, poznawał i tworzył. To była jego natura tak samo jak moją naturą była walka o wszystko. Bo tylko coś o co trzeba było walczyć było godne uwagi.

Wróciliśmy do domu Alana po jakiś trzech godzinach. Zamówiliśmy kilka pizz na obiad. Zgodnie z moimi przypuszczeniami Tron pochłonął dwie duże pizze na grubym cieście z pepperoni i oliwkami oraz połowę mojej z mozzarellą bo nie byłam w stanie zjeść całej.

-Smakuje lepiej niż dwadzieścia lat temu- powiedział tato zabierając się za kolejny kawałek swojej pizzy.

-Za to napoje light nadal są niesmacznie- powiedziałam wesoło.

Tata parsknął śmiechem.

Po obiedzie wraz z moim chłopakiem wzięliśmy Marvina na spacer. Ten dzień zaliczał się do najprzyjemniejszych w moim życiu.

Gdy wróciliśmy zadzwoniłam do cioci Lory. Na początku ochrzaniła mnie za dzwonienie tak wcześnie. Następnie poprosiłam ją ładnie żeby przyjechała z Waszynktonu do nas na kilka dni bo muszę z nią poważnie o czymś porozmawiać i nie jest to rozmowa na telefon. Wtedy głos cioci trochę się zmienił.

-Sam... kochanie...- zaczęła spokojnie ciocia- czy ty jesteś w ciąży?- zapytała.

Na sekundę mnie wmurowało.

-Co?! Nienienienie! Ciociu nie! Żadna ciąża... naprawdę... ciociu po prostu przyjedź do domu Alana...- zobaczyłam że trzej najważniejsi faceci w moim życiu patrzą się na mnie jak na kosmitkę.

-Pogodziliście się?

-Tak, wczoraj.

-Tak się ciesze- powiedziała uradowana- postaram się przyjechać jak najszybciej kochanie. Dbaj o Alana skarbie.

-Będę. Papa.

-Pa kochanie- roztłoczyła się.

Westchnęłam ciężko i położyłam swój telefon na stoliku w salonie.

-Miałaś niezłą minę kiedy mówiłaś że nie jesteś w ciąży- zachichotał tato klepiąc bok fotela na którym siedział.

-Ty w ogóle nie wydoroślałeś Flynn- skomentował Alan.

Pokręciłam przecząco głową. Jak dzieci. Kurwa, jak dzieci.

-No co, mażą mi się wnuki- mruknął tata.

Oparłam twarz o ramię mojego chłopaka. Tron od razu zaczął głaskać mnie po głowie. Kochałam tych moich dwóch staruszków ale czasem bywali niezłymi matołkami.

-Sam, co to jest ciąża?- zapytał program bezpieczeństwa.

-Nie tłumaczyłaś mu?- zdziwił się tato.

-No jakoś nie było okazji...- obróciłam głowę i spojrzałam na mojego chłopaka- tato ci tego nie tłumaczył? Przecież jak ja miałam się urodzić to szalał jak głupi.

-Sammy!

-Mówiłeś mi tylko że "będziesz mieć dziecko". Gdy cię pytałem jak się je robi to twoja twarz zmieniła kolor na czerwony i odpowiedziałeś że większość roboty zrobi Jordan. To było dla mnie logiczne bo twój pakiet był architektem...

Wraz z Alanem ryknęliśmy śmiechem, a biedny program nie wiedział o co chodzi. Gdy się trochę uspokoiłam obiecałam mu że wieczorem mu wszystko dokładnie wytłumaczę.


Dwa dni później gdy wszystkie papiery dla taty były już gotowe z samego rana zawitała do nas ciocia Lora. Postanowiła zrobić nam niespodziankę i nawet nie zadzwoniła że jest już na lotnisku. I oczywiście pierwsze co zobaczyła to naszą czwórkę jedzącą sobie spokojnie śniadanie. Na dzień dobry wrzasnęła "TY PIEPRZONY DRANIU" i rzuciła się na tatę z pięściami. Tron i Alan ledwo dali radę ją od niego odciągnąć.

-Gdzieś ty był pieprzony idioto?- zapytała gdy ojciec pozbierał się z podłogi z moją niewielką pomocą.

-Widzę że charakter ci się nie zmienił... dalej rozrzucasz ubrania po podłodze?

-Flynn- ciocia warknęła w taki sposób że aż się wystraszyła- to nie jest odpowiedź na moje pytanie.

-LoroPrim proszę uspokój się- powiedział spokojnie Tron.

Wtedy kobieta spojrzała na trzymający ją program, następnie na Alana, potem znów na Trona i potem na Alana.

-Skąd znasz mój stary nick?- zapytała cicho.

-Przyjaźniłem się z Yori- odpowiedział cicho.

-Przecież Yori... to był program... Flynn coś ty znowu narobił?- spojrzała na ojca z przerażeniem w oczach.

-Wiesz cioci, może zrobię ci herbaty, pójdziemy do salonu i wszystko ci wytłumaczymy?- zapytałam podchodząc do kobiety.

-Wolałam bym likier miętowy...

-Lepiej żebyś była na razie trzeźwa- powiedział Alan- potem będziesz potrzebowała tego bardziej.

W czasie wyjaśniania całej sprawy ciocia na przemian bladła i czerwieniała ze złości. Dwa razy myślałam że znów żuci się na tatę. Na wszelki wypadek siedzieliśmy z Tronem i ciocią razem na kanapie by w razie czego powstrzymać ją od rękoczynów. Gdy cała sprawa została dokładnie wyjaśniona ciocia Lora spojrzała na ojca i westchnęła ciężko.

-Gdyby to wszystko dotyczyło kogoś innego nie uwierzyłam bym- następnie spojrzała na mnie- a po tobie się nie spodziewałam niczego innego niź to co usłyszałam. Zawsze byłaś pełna dobroci i współczucia.

-Mówiłem jej to kilka razy ale za każdym razem mówiła że jestem kretynem- powiedział Tron i objął mnie w tali.

Przewróciłam oczami.

-Czemu obejmujesz Sam?- ciocia zmarszczyła brwi.

No tak. Nie wyjaśniliśmy cioci Lorze naszych osobistych spraw.

-W czasie tego całego bajzlu w Sieci zakochaliśmy się w sobie- wytłumaczyłam pogodnie i oparłam głowę o ramię programu. Trom uśmiechnął się delikatnie. Lubił jak to robiłam.

Kobieta przyglądała nam się trzy sekundy ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy.

-Najważniejsze żebyście byli szczęśliwi...- powiedziała niepewnie.

-Ta dwójka to papużki nierozłączki- skomentował tato z uśmiechem- prak...

-Zamknij się Flynn, nie z tobą rozmawiam- przerwała mu Lora.

Alan ledwo się powstrzymał przed wybuchnięciem śmiechem.

-Dobra, wyjaśniliśmy już co się stało dwadzieścia lat temu- zaczęłam- teraz trzeba przejąć firmę. Cała ta sprawa na pewno nabierze rozgłosu medialnego więc potrzebna będzie jakaś przykrywka. Dla taty już coś załatwiłam. Figuruje w aktach szpitala jako NN który niedawno przebudził się ze śpiączki. Tronowi jest o wiele trudniej. Jego podobieństwo do Alana jest nie do zaprzeczenia. Prasa na pewno się tym zainteresuje i właśnie po to cię tu sprowadziłam ciociu- spojrzałam na kobietę.

-Nie rozumiem- zmarszczyła brwi.

-Ja nie mam bliskiej rodziny, a z dalszymi krewnymi nie utrzymuję kontaktu- zaczął Alan- Jedynym sensownym wytłumaczeniem na nasze podobieństwo jest powiedzenie że Tron to mój syn. Tylko że ja sam z sobą dzieci mieć nie mogę.

Lora popatrzyła na nas i zaśmiała się krótko.

-Który z Flynnów to wymyślił?- zapytała.

-Ja- odpowiedział tato.

-Jak zwykle genialny, co?- zaśmiała się po raz kolejny- korzystasz z tego że kiedyś chodziłam z Alanem i później wyjechałam na drugi koniec kraju?

-Dokładnie. Historia trochę naciągana ale do uwierzenia.

-Dwóch Flynnów z ambicją na przejęcie Enconu, niech Bóg ma nas w swojej opiece... A po przejęciu firmy co planujecie?

Bez słowa wzięłam swój laptop ze stolika, a tato rzucił mi pamięć przenośną z projektami. Chwile później pokazałam kobiecie kilka projektów.

-Wchodzę z wami do spółki- powiedziała po przejrzeniu projektów- chce prace w firmie i własny pion badawczy... Boże te projekty są cudowne...

-Zgoda- odpowiedzieliśmy z tatą równocześnie.

-To świetnie, a teraz powiedzcie jak chcecie przejąć Encon? MacKey na pewno tak łatwo nie odpuści.

-Sam na pewno ma już jakiś plan LoroPrim- program bezpieczeństwa spojrzał na mnie poważnie.

Uśmiechnęłam się. No pewnie że miałam plan.


Od narady z ciocią Lorą minęły dwa tygodnie. Wszystko było ustalone i obgadane po trzy razy. Tron miał wszystkie niezbędne papiery i nikt nie mógł kwestionować jego pochodzenia. Wszystko było już załatwione przed wejściem w życie naszego planu.

Było koło godziny dwudziestej i słońce już dawno zaszło. Taki był urok późnego listopada. Na szczęście w San Francisco w którym się obecnie znajdowaliśmy było ciepło.

Szłam wraz z Tronem przez ciemne ulice. Musieliśmy dojść do celu pieszo. Nie mogliśmy zwrócić na siebie żadnej uwagi. Taki był nasz plan. Naszym planem było wyskoczenie jak diabeł z pudełka na konferencji Enconu poświęconej wyjściu gier taty w wersji online.

Na samą myśl o tym numerze na mojej twarzy pojawiał się uśmiech. Byłam pewna że to będzie najwspanialszy z moich psikusów. Miałam nawet na sobie moje ciuchy "na robotę" czyli wysokie, czarne sznurowane buty, czarne rurki i podkoszulek oraz skórzaną kurtkę. Strój ten przypominał mi trochę mój kombinezon z Sieci. Tron był ubrany w czarne Jensy, koszulkę z krótkim rękawkiem oraz skórzaną kurtkę. Program bezpieczeństwa przejął ode mnie część nawyków związanych z ubieraniem się. Prawdę mówiąc to przejął wiele moich nawyków. Zaczęły mu nawet smakować paluszki rybne z sosem waniliowym które były moim przysmakiem.

Po tym jak zdecydowaliśmy się przenieść do mojego mieszkania mój facet stał się bardziej otwarty na nowości tego świata. Gdy zapytałam go o tą zmianę przyznał mi się że w obecności Alana czuje się bardzo zestresowany. Było to całkiem zrozumiałe.

Gdy dotarliśmy na tyły obiektu w którym miała miejsce konferencja "przywitała" nas grupka członków FLYNN LIVE. Tych bardziej poważnych członków. Większość z nich była głownie studentami którzy wierzyli w teorie spiskowe ale Alan zaklinał się że ci goście są poważni.

-Cześć- rzuciłam od niechcenia a Tron objął mnie ramieniem w tali.

Zaczęłam rozważać opcje napisanie sobie na czole słowa "ZAJĘTA".

-Ty jesteś Sam Flynn?- zapytał chłopak w brązowej bluzie z kapturem.

-Ta- mruknęłam. Nawet jeśli Alan się zarzekał że ci goście są wyjątkowo normalni nie chciałam ryzykować by powtórzył się incydent z ostatnim moim spotkaniem ze członkami organizacji. Komputerowcy czasem traktują mnie jak białego kruka. Znam się na komputerach i jestem dziewczyną. Dla większości z nich to już ideał.

Chłopak chciał jeszcze coś zagadać ale Tron zrobił minę jakby zabił przed chwilą dwie- trzy osoby. Ledwo powstrzymałam wybuch śmiechu. Posiadanie zazdrosnego faceta miało swoje plusy.

Kilka minut później otworzyły się drzwi od zaplecza.

-Witajcie- powiedział wesoło Alan stając w drzwiach- wszyscy gotowi?

Studenci czy kim tam byli ci chłopacy dali twierdzącą odpowiedź, złapali swoje transparenty i wpakowali się do środka. Podążyliśmy za nimi bez słowa. Wszystko zaczęło pracować w jak dobrze naoliwionej maszynie. Mój plan jak zwykle działał. Ludzie byli tam gdzie chciałam i robili co im kazałam. Kilka minut później znaleźliśmy się za sceną i przedstawienie się zaczęło. MacKay zaczął swoje przemówienie. Paplał o tym jakim geniuszem był mój ojciec.

-O zmarłych zawsze dobrze się mówi, co?- zapytał tato nagle pojawiając się przymnie.

-Zaraz będzie na ciebie kląć- szarpnęłam lekko kaptur jego bluzy.

Tato zachichotał.

Chwile później na scenę wyszedł Alan i zaczął swoje przemówienie. Na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Dałam Tronowi znak by podał mi moją torbę. Wyciągnęłam mój sprzęt, podłączyłam go do sieci i zaczęłam włamywać się do reżyserki sterującej ekranami rozmieszczonymi w sali. Chwile później wszystko było już gotowe. Czekałam tylko na znak.

-... w odróżnieniu od mojego przedmówcy znałem Kevina Flynna- mówił Alan- przyjaźniłem się z nim, wierzyłem w jego idę jak i teraz w tym ważnym dniu mam do powiedzenia tylko jedną rzecz- uśmiechnął się szeroko i rozpiął swoją marynarkę ukazując wszystkim białą koszulkę z napisem FLYNN LIVES- Flynn jest tu dziś z nami.

Wtedy przełączyłam obraz na z ekranów na kolorowe napisy z nazwą organizacji. Z głośników poleciała elektroniczna muzyka. Z zaplecza i wśród tłumu zabranego w sali po wyłaniali się ludzie w koszulkach FLYNN LIVES. I jak to kiedyś powiedział mój chrzestny " i stało się coś pięknego".

Tłum szalał, reporterzy przekrzykiwali się jedne przez drugiego, tata kąpał się w blasku chwały. MacKay trochę podskakiwał ale odciągnęłam go na bok, pokazałam zdjęcie i powiedziałam "bądź grzeczny, to nie wyśle tego twojej żonie".

Wszystko się udało. Byliśmy teraz "pod opieką ludu". Gazety będą pisać, ludzie będą gadać a akcje Enconu skoczą w górę. Przejęcie władzy będzie teraz proste. Stożymy technologie i zapewnimy sobie środki na zbudowanie serwera który zaprojektowałam. Wtedy wrócę do Sieci.