W Wieży Gryffindoru rozległ się przeszywający do szpiku kości pisk. Neville niespokojnie zerwał się z łóżka i stanął jak na baczność, zakrywając dłońmi uszy. Oczywiście niewiele mu to pomogło. Głowę zaczął przeszywać mu ostry ból. Rozejrzał się pytająco po innych kolegach z dormitorium, ale na ich twarzach dostrzegł podobne zagubienie i rozdrażnienie. Na szczęście pisk w końcu ustał. Neville opadł ciężko na łóżko i czuł jeszcze przez moment pulsujący ból w uszach. Co to miało znaczyć? Był stuprocentowo pewny, że nie usłyszał ludzkiego głosu, bo ten, który umilkł kilka sekund wcześniej, zdawał się być zbyt głośny i wręcz nie do zniesienia.

- Co to do cholery było?! – krzyknął Seamus z drugiego końca pokoju. Cała ta sytuacja wydawała się Neville'owi jednocześnie zabawna i niepokojąca. Dwóch jego towarzyszy krzyczało do siebie nawzajem, choć pisk już dawno ustał.

- To coś zabrzmiało jak to jajo, które Harry przyniósł, kiedy pokonał tego smoka! – krzyczał Dean.

- Dokładnie! Niech tylko się dowiem, co to było. Rozniosę, roztrzaskam, rozgniotę… - Seamus mówił tak do siebie, rozglądając się za swoimi ubraniami. We trojkę szybko się ubrali i zeszli do Pokoju Wspólnego. Spotkali kilka znajomych twarzy, a wszyscy rozmawiali o tym samym.

- Ciebie też obudził ten okropny głos? – szeptała pierwszoklasistka do dorównującego jej wzrostem chłopca.

- Może coś się stało? Nieźle zaczynamy naukę w Hogwarcie. – odpowiedział jej mały chłopiec, a kiedy spostrzegł się, że Neville mu się przygląda z nachmurzoną twarzą, pomknął ku wyjściu z Wieży Gryffindoru. Czasami do jego uszu dochodziły szepty, w których można było rozpoznać nazwisko: Potter, ale Neville był wyczulony, więc spodziewał się, że większość to wymysły jego wyobraźni. Powoli zszedł obok Seamusa schodami prowadzącymi do Wielkiej Sali. Po drodze spotkali Prawie Bezgłowego Nicka.

- Sir Nicolasie! Wszystko w porządku? – duch odwrócił się w stronę Neville'a, który uśmiechnął się do niego. Nawet Prawie Bezgłowy Nick wydawał się mniej wyraźny niż zwykle. Wyprężył się jak na baczność i orzekł donośnym głosem:

- Wszyscy uczniowie muszą udać się okrężną drogą, gdyż tędy nie ma dziś przejścia. - kilka osób prychnęło z niezadowoleniem.

- To nam zajmie dobre piętnaście minut, a apel jest za niecałe dziesięć w Wielkiej Sali! – odezwał się ktoś z tłumu. Neville już wiedział, że się spóźni.

- W takim razie lećcie! Szybko! – ryknął duch. – I przepraszam, nie ja tu decyduje… - wyjąkał.

Tłum zaczął się szybko poruszać w przeciwną stronę, depcząc i kopiąc się nawzajem. Neville gorączkowo myślał, co zrobić. W połowie drogi bił się z myślami, dlaczego po prostu nie przeszli przez ducha? Teraz wydało mu się to takie oczywiste, ale nie było sensu wracać. Może ostrzec innych, żeby spóźnili się razem? Kara może być wtedy łagodniejsza. Neville czuł już brak dopływu powietrza w płucach. Biegł za innymi i widział, że go powoli wyprzedzają. Był pewien, że nie zdąży. Godząc się w duchu z konsekwencjami, jakie go spotkają, dostrzegł cień znikający w ścianie.

- Co jest…? – przyspieszył tempo i dotarł do tamtego miejsca. Ostatnia cegła za zbroją wskoczyła niespokojnie na swoje miejsce. Neville kompletnie nie miał pojęcia jak otworzyć ten właz, gdy ktoś nagle pociągnął go za rękaw, wciągając jednocześnie do dziury. Musiał zgiąć się w pół, żeby nie uderzać głową o sufit niskiego i wąskiego przejścia. Przed nim biegiem puściła się Ginny.

- Skąd wiesz o tym przejściu? – krzyknął Neville, który czuł, że ze zmęczenia zaraz wypluje płuca.

- Domyśl się. To ostatnie jakie pozostało otwarte. – Ginny puściła mu oczko i zwolniła tempo.

No tak, Harry. Na pewno pokazał jej rok temu kilka przejść. Neville poczuł ukłucie współczucia dla Ginny, Harry przygotowywał ją do odejścia…

Po niecałej minucie byli już na powierzchni, a do apelu były jeszcze trzy minuty. Okazało się, że Neville się nie spóźnił, a był nawet jednym z pierwszych Gryfonów, którzy wpadali kolejno do Sali, wyglądającej już zupełnie inaczej. Wydawała się praktycznie pusta, brakowało dębowych stołów czterech domów. Uczniowie Ravenclawu, Huflepuffu i Slytherinu byli już ustawieni pod ścianami ze swoimi opiekunami na czele. Profesor McGonagall czekała na swoich podopiecznych, którzy gorączkowo ustawiali się, jak popadło. Kiedy w końcu stwarzali wrażenie zbitej w szyk grupy, wielki dzwon wybił godzinę siódmą. Na Sali roznosiło się tylko echo zegara, uczniowie zamarli w bezruchu, wpatrując się w nauczycieli, stojących na podwyższeniu - tam gdzie zwykle jadali posiłki. Neville stojący w trzecim rzędzie był na tyle wysoki, że miał widok na wszystkie osoby, znajdujące się w Sali. Omiótł wzrokiem głowy nauczycieli i zorientował się, że nie ma pośród nich najważniejszych osób: Severusa Snape i Amycusa Carrow. Po chwili rozległo się skrzypienie ogromnych, dębowych drzwi, przez które do Sali wkroczyli kolejno: dyrektor, a za nim profesor obrony przed czarną magią. Ich czarne szaty łopotały, zakłócając ciszę. Nagle Snape przystanął przy grupie uczniów Gryffindoru i unosząc brwi do góry, powolnie przesuwał wzrok od prawej do lewej i z powrotem. Prychnął gardząco i przeszedł na swoje miejsce. Wszyscy uważnie obserwowali, jak kroczy za nim Carrow.

- Widzę, że nie wszyscy raczyli przeczytać regulamin. – Neville nawet nie miał dzisiaj czasu, żeby pójść do toalety, a co dopiero czytać jakiś beznadziejny regulamin. Snape już chciał powiedzieć kolejne zdanie, ale przerwało mu skrzypienie, takie samo, jak to, kiedy on wkraczał do Sali. Ktoś popchnął energicznie drzwi i stanął w centrum uwagi wszystkich zgromadzonych. Lunę rozpoznał od razu, ale pokaleczony pierwszoroczniak, trwający przy boku blondynki, był nieznajomy dla Neville'a.

- Lovegood? I…? Tak, czy inaczej. Krukoni, minus dziesięć punktów za podwójne spóźnienie. – Snape wypowiedział to beznamiętnym tonem. – Do swojego szeregu. – Ostatnie zdanie zabrzmiało jak groźba.

- Ale panie profesorze zatrzymał nas… - Luna bez namysłu próbowała uratować siebie i swój dom z tarapatów.

- Kolejne dziesięć punktów odjęte Krukonom. Jak tak dalej pójdzie to zarobisz sobie szlaban. - Luna milczała przez chwilę, nie ruszając się z miejsca. Neville krzyczał w duchu: Nie mów już nic, nie mów już nic, Luna!

- Przepra… - zaczęła, a Neville wypuścił głośno powietrze.

- Szlaban. Dziś wieczorem o 20. Przyjdziesz razem z Finniganem do profesora Carrowa. Coś jeszcze? – na usta Snape'a wstąpił ironiczny uśmiech. Luna z beznamiętnym spojrzeniem popchnęła pierwszoklasistę i razem wstąpili do szeregu niezadowolonych z utraty punktów Krukonów.

- Kontynuując. Gryffindor chyba nie raczył wstać wcześniej i przeczytać regulamin. Minus dwadzieścia punktów za dezorganizację na apelu. – po Sali rozniosły się szepty oburzonych uczniów. – Ktoś wyraża sprzeciw? – Neville już miał ochotę wyjść przed szereg i wyrazić swoje niezadowolenie, ale stwierdził, że i tak pewnie zarobi w tym roku niejeden szlaban. Zdusił w sobie ten impuls, czując na swoim przedramieniu ściskającą się coraz bardziej z gniewu dłoń Ginny.

– Z tego względu, że rok szkolny dopiero się zaczyna, a każdy dom ma zero punktów, przyzwalam na dowolne ich odejmowanie, wprowadzając skalę obejmującą także wartości poniżej zera. – Neville szybko spojrzał na grono nauczycieli, stojące nieopodal Snape'a. Wszyscy oprócz profesor Alecto mieli obojętne miny. Wyglądali jakby nie słuchali dyrektora. Nauczycielka mugoloznawstwa klasnęła cicho w dłonie i uśmiechnęła się na te słowa. Za to uczniowie byli zaskoczeni. Neville zachodził w głowę, jak to może wyglądać? Miał przed oczami wizję Gryffindoru, który na koniec roku będzie miał minusową liczbę punktów. Śmieszne. Snape zignorował wszystkich i zakończył swoją przemowę, ruszając z miejsca. Idąc środkiem ogromnej komnaty, machnął ręką dokładnie tak samo, jak na wczorajszej uczcie, otwierając tym gestem drzwi. Za nim popędził profesor Carrow, zajmując go rozmową.


Neville nie zauważył na uczcie w Wielkiej Sali poprzedniego dnia, że na jego planie widnieją prawie same lekcje mugoloznawstwa i obrony przed czarną magią. Gdzie nie-gdzie wpleciono zielarstwo, a częściej eliksiry, których szczerze nienawidził. Neville współczuł wszystkim pierwszoroczniakom, którzy mieli dzisiaj pierwszą lekcję z „dyrektorem Snape'm". Wielu wróciło z nastroszonymi włosami, inni z pokaleczonymi lub poparzonymi rękoma, a jeszcze inni od razu skierowali się do skrzydła szpitalnego. Neville dowiedział się, że to nie Snape ma z nimi lekcje, a przybyły dopiero na samą lekcje - profesor Slughorn.

Po skąpym śniadaniu razem z Seamusem i innymi Gryfonami, Neville wszedł do klasy, gdzie już czekała na nich Alecto Carrow. Była oczywiście ubrana na czarno, co podkreślało jej fałszywą dumę. Neville domyślał się, że "duma" ta dotyczyła prawdopodobnie czystej krwi i przynależności do śmierciożerców. Bardzo interesowało go to, ilu jest zakłamanych śmierciożerców półkrwi… A może sam Voldemort? Jego myśli rozproszył głos dochodzący z przodu klasy.

- Czy ktoś pozwolił wam usiąść? – jej mina sprawiała wrażenie, jakby czekała na odpowiedź. Uczniowie posłusznie wstali, a zanim ostatnia osoba zdążyła się podnieść, Carrow tylko rzuciła polecenie, aby usiąść i sama zrobiła to samo.

Na tablicy Neville dostrzegł wyryty czerwoną kredą, prawdopodobnie mającą imitować krew, napis: MUGOLE – NAJWIĘKSZY WRÓG CZARODZIEJÓW. Sprawdzanie obecności nie było takie samo jak na innych lekcjach, a wszystko zaczęło się od Seamusa, bo przy wcześniejszych nazwiskach profesor Alecto mruczała tylko: czysty, czysty…

- Seamus Finnigan? – chłopak obok Neville'a podniósł rękę. Carrow zawiesiła na nim wzrok, po czym rzekła suchym tonem. – Matka czy ojciec?

- Słucham? – Seamus miał zaskoczoną minę.

- Matka czy ojciec? Nie jesteś czystej krwi.

W Neville'u wezbrała się złość. A więc o to chodziło! Teraz traktowanie uczniów miało zależeć od czystości krwi. Seamus też wyraźnie się zdenerwował, bo wycedził następne zdanie przez zęby.

- To ma jakieś znaczenie?

- Bardzo duże. Słucham. – chwila milczenia. – Niech zgadnę… ojciec? – na jej twarz wstąpił nieprzyjemny uśmiech. Seamus milczał, ale Neville gwałtownie podniósł się z miejsca.

- Może to ma jakieś znaczenie? Teraz zaczniemy być sortowani?! – krzyknął, by dać upust złości.

- Pytał cię ktoś o zdanie? – mruknął Seamus, ale teraz profesor Carrow wstała. Wszyscy wiedzieli, że zaczęła się zacięta kłótnia.

- Proszę, proszę… Nazwisko?

- Longbottom. Neville Longbottom. – Alecto uniosła brwi ku górze i pokiwała lekko głową.

- Frank i Alicja Longbottomowie. Szkoda, naprawdę szkoda. Dużo się o nich mówi.

Neville czuł, że za chwilę nie będzie mógł ustać w miejscu. Cała złość, która nagromadziła się od pierwszego momentu, kiedy postawił w tym roku (po wakacjach) stopę w zamku, zaraz uleci z niego jak powietrze z balonika, a on tego bardzo pożałuje. W napadzie wściekłości nie mógł się powstrzymać.

- Jest o czym, prawda? Bellatriks na pewno chwali się wśród śmierciożerców jaki to wyniosły i honorowy czyn torturować lub zabijać. A może lubi się też chwalić, że jej rodzina nie jest taka „czysta"? – ostatnie zdanie samo wypłynęło z jego ust. Wiele wiedział o Bellatriks i dużo o niej rozmyślał.

- Jak śmiesz?! – krzyknęła Alecto, wyciągając różdżkę.

- Bo może faktycznie nie ma się czym pochwalić? – Neville poczuł, że przekracza wszelkie granice. Z różdżki Alecto pomknęła ku niemu czerwona struga światła, która ugodziła go w pierś. Ciężko opadł na krzesło, które zaprotestowało głośnym skrzypnięciem. Alecto podeszła do niego szybkim krokiem.

- Jeszcze jedno słowo, a zaboli bardziej. – podstawiła mu różdżkę pod nos.

- A może powie nam pani, ile mugolskiej krwi płynie w rodzeństwie Carrow? – po tym Neville zobaczył tylko czerwoną smugę i poczuł silny ból, a wokół dosłyszał krzyki.

- Tak nie można!

- Niech go pani zostawi! – wrzasnął Seamus i zrzucił Neville'a z krzesła. Poczuł chwilowy ból w barku. Pomimo to poczuł pewną ulgę, choć twarz pulsowała mu bólem. Z nosa pociekła mu krew. Otworzył oczy i po policzku spłynęła mu łza, którą szybko otarł rękawem. Podniósł się chwiejnie na nogi i ciężko usiadł na swoje krzesło. Czuł na sobie wzrok wszystkich znajdujących się w sali. Oprócz profesor Alecto. Ona odwróciła się plecami i wyraźnie czekała, aż reszta się uspokoi. Neville nie podnosił głowy, bo czuł jak stopniowo puchnie mu jedno oko, a następnie reszta twarzy.

- Znakomicie! Czy ktoś jeszcze ma coś do powiedzenia? – ustawiona nadal tyłem do klasy profesor mugoloznawstwa w końcu przemówiła. – Nie? To świetnie.

Do końca lekcji nauczycielka sprawdzała obecność tym samym sposobem. Zgrabnie ominęła Neville'a, obrzucając go jedynie krótkim spojrzeniem. Siedział w ławce i godzinę nie poruszył się ani razu. Wysłuchiwał tylko głosu, który powtarzał te same slogany: "Mugole to najgorsze, co mogło nas spotkać.", "Spoufalanie się z nimi to zagrożenie.", "Powinno być karalne!". Neville próbował się wyłączyć, aby znowu nie wybuchnąć, ale złość zbierała się w nim ponownie. Kiedy usłyszał, że to już koniec, pierwszy dźwignął się z krzesła i wyszedł z klasy. Był to dopiero początek drugiego dnia siódmego roku w Hogwarcie.