Sherlock przychodzi po południu i żąda laboratorium do prywatnego użytku; u boku ma Johna, a w ręku plastikową torbę z butami. Molly zgadza się i zostawia ich samych, ponieważ istnieje różnica między minionym zadurzeniem w teorii i minionym zadurzeniem w praktyce, a Sherlockowi nadal zdarza się ją rozpraszać. Zajmuje się swoimi sprawami, a do nich zagląda po godzinie.
– Jakieś postępy?
– Tak – odpowiada krótko Sherlock i zanim zdąży cokolwiek dodać (nie, żeby miał to rzeczywiście zrobić, ale zawsze miło być optymistą), otwierają się drzwi.
– Och, przepraszam, nie wiedziałem... – W normalnych okolicznościach Jim nie zagląda tutaj prawie wcale i to, że wpadł już drugi raz tego samego popołudnia jest co najmniej dziwne. Nie wspominając o tym, że to niezbyt miła niespodzianka i Molly zupełnie nie wie, jak sobie z nią poradzić.
– Jim! Cześć. – Jim unosi brwi, jakby czekał na specjalne zaproszenie, więc Molly dodaje: – Proszę, wejdź.
Jej strumień myśli przez kolejne trzydzieści sekund wygląda mniej więcej tak:
Greg zauważył, że coś jest nie tak, a Sherlock jest znacznie bardziej spostrzegawczy, i będzie miał rację. Chcę dzisiaj zerwać z Jimem. Ciekawe, czy Sherlock potrafi być o kogokolwiek zazdrosny. Ciekawe, czy byłby zazdrosny o mnie... Tak, znowu zachowuję się jak idiotka... Boże, Jim stoi za blisko, czemu nagle zaczęło mi to tak strasznie przeszkadzać? Co się ze mną dzieje? A może Sherlock jednak będzie zazdrosny. Chyba nie zaszkodzi spróbować?
– Jim, poznaj Sherlocka Holmesa – mówi Molly, a potem, ponieważ sytuacja robi się dla niej niemal nieznośnie stresująca, uświadamia sobie, że nie za bardzo pamięta nazwisko Johna. Zna je, oczywiście że je zna, godzinę temu użyła go przy powitaniu, ale jedyne, co może teraz wykrztusić, to:
– I... och, przepraszam...
– John Watson – mówi po krótkiej chwili John, lekko zirytowany. – Cześć. – Molly jakoś mu to później wynagrodzi, później, kiedy nie będzie musiała skupiać się na byciu dwiema osobami jednocześnie. Coś na pewno wymyśli.
Jakby gafy Molly było mało, Jim kompletnie go ignoruje. Porusza się trochę jak jaszczurka; czemu nie zauważyła tego wcześniej?
– Więc ty jesteś Sherlock Holmes. Molly wszystko mi o tobie opowiedziała... Rozwiązujesz jedną ze swoich spraw?
– Jim pracuje u technicznych, na górze – wtrąca Molly, żeby wziąć się w garść, a także – jeśli ma być ze sobą szczera – zwrócić uwagę Sherlocka. – Tak się właśnie poznaliśmy... Biurowy romans.
– Gej – mówi Sherlock.
– Przepraszam... co?
Sherlock mruga – w ten sam sposób co zawsze, kiedy uważa, że rozmawia z kimś wyjątkowo tępym.
– Nic. Mm, hej.
– Hej – odpowiada Jim i strąca na podłogę blaszany półmisek, dzięki czemu Molly ma szansę ukryć, jak wzdrygnęła się na dźwięk jego głosu; tego którym zwracał się wczoraj do Sebastiana, niskiego i gardłowego, z zupełnie innym akcentem.
– Przepraszam, przepraszam. Lepiej już pójdę. Do zobaczenia w Foxie koło szóstej?
– Okej – rzuca Molly, ale Jim nawet nie patrzy w jej stronę. Właściwie nikt na nią nie patrzy; za to dłoń Jima znów wędruje w kierunku jej pleców i skóra Molly pokrywa się gęsią skórką, jeszcze bardziej niż wcześniej.
– To pa – mówi Jim i Molly odpowiada tylko po to, żeby wreszcie się go pozbyć, ale Jim dodaje: – Miło cię poznać – nadal patrząc na Sherlocka. A Molly czuje się jak kompletna idiotka.
Zapada krótka, niezręczna cisza, zanim John – który najpierw wyraźnie daje Sherlockowi szansę na wykazanie się choć podstawową uprzejmością – wzdycha i odpowiada:
– Wzajemnie.
Jim znowu robi tę dziwną rzecz z mruganiem, po czym znika za drzwiami. Molly nawet nie odwraca się w jego stronę, bo jest zajęta patrzeniem na Sherlocka i powstrzymywaniem czegoś, co niebezpiecznie przypomina histerię.
– Jak to „gej"? Jesteśmy razem!
Ale czy tak nie byłoby naprawdę lepiej? Wiedziałaby wreszcie, z jakiego powodu czuła się tak dziwnie w jego towarzystwie, czemu zachowywał się w ten sposób przy Sebastianie, i jeśli to wszystko było tylko kwestią innej orientacji seksualnej to... Molly by się tym nie przejęła, w ogóle. Nie byłby to zresztą pierwszy z jej facetów, który okazał się gejem – czy biseksualistą, tak jak Jack – więc czemu tak się przejmuje?
Sherlock, jak to Sherlock, nie marnuje żadnej okazji do bycia kompletnym dupkiem.
– I życie rodzinne musi ci służyć, Molly, od naszego ostatniego spotkania przytyłaś dwa kilo.
– Półtora – rzuca Molly.
– Nie, dwa – zapewnia ją Holmes, a Watson wydaje z siebie ostrzegawcze Sherlock!.
– Jim nie jest gejem! – mówi Molly i teraz czuje, jak oczy zachodzą jej łzami – no naprawdę, dlaczego to dla niej takie istotne? Skąd ma taką pewność, że wcale nie chodzi tutaj o orientację, i czemu jej skóra nadal wydaje się gorąca w miejscu, w którym musnęła ją dłoń Jima? I dlaczego, kiedy przypomina sobie zeszłą noc, budzi się w niej to dziwne uczucie, które przeszyło ją na sekundę: jakby ktoś na nią polował. – Czemu zawsze musisz wszystko zepsuć? Nie jest gejem!
– Z takim wyglądem? – pyta Sherlock znudzonym tonem, a Molly uświadamia sobie mimochodem, że być może to jednak Greg jest lepszym obserwatorem.
– Co, bo dba o włosy? – odzywa się John. – Ja też dbam o włosy. – Molly jest zbyt zdenerwowana, żeby wytknąć mu oczywisty błąd w rozumowaniu.
– Ty myjesz włosy, to różnica – odpowiada Sherlock, po czym, nie poświęcając nawet ułamka sekundy na zastanowienie się, czy jeszcze bardziej nie załamie tym Molly, dodaje: – Przyciemnione rzęsy, krem przeciwzmarszczkowy na twarzy i wkoło oczu, no i oczywiście bielizna...
– Bielizna?
– Owszem. Wystająca ze spodni, bardzo wystająca, bardzo konkretna marka. Wszystko powyższe plus rozstrzygający fakt, że właśnie zostawił mi swój numer telefonu pod tym naczyniem. Mam dla ciebie radę: zakończ to od razu i oszczędź sobie cierpień.
I Molly ucieka z laboratorium, bo jeśli zostałaby ułamek sekundy dłużej, zrobiłaby coś okropnego – na przykład zalała się łzami w ich obecności. Zamyka się w toalecie i przez dłuższą chwilę usiłuje wziąć w garść, najbardziej ze wszystkiego przerażona własną reakcją. Próbuje myśleć o czymś innym, czymkolwiek, jednak kończy analizując po raz kolejny zeszłą noc. Czemu właściwie wypiła tak dużo? I dlaczego w ogóle uznała, że upicie się w towarzystwie Jima to dobry pomysł? I czemu, do cholery, zaprosiła go do siebie do mieszkania, już po tym jak go widziała w towarzystwie Sebastiana? Dlaczego teraz nie może sobie wyobrazić, że wsiada z nim do jednej taksówki, skoro jeszcze wczoraj tak ochoczo wpuściła go do własnej sypialni? Dlaczego czuje się tak, jakby coś wyślizgnęło się z jej rąk... jakby stała na czubku klifu i zrobiła o jeden krok za dużo. A przecież – chociaż nie pamięta wszystkiego dokładnie – nie był to najgorszy seks, jaki się jej zdarzył.
Spotykają się w The Fox o szóstej i Molly zaczyna mówić nie czekając nawet, aż kelner przyniesie przystawki. Jim po prostu na nią patrzy, płaskim i obojętnym wzrokiem i jego wyraz twarzy jest niemal znajomy. Molly wychodzi z restauracji, wraca do domu i zamyka za sobą drzwi na klucz. To dziwne przeczucie, które nie chce jej dać spokoju, będzie musiało wreszcie ucichnąć.
Pukanie do drzwi rozlega się trzy dni później i Molly podnosi spojrzenie znad książki, patrząc ze zdziwieniem na zegar (piętnaście po dziesiątej). Marszczy brwi; po chwili wahania idzie do kuchni i z dna szuflady przeznaczonej na bliżej nieokreślone drobiazgi wyciąga puszkę gazu pieprzowego. To pewnie paranoja, ale z drugiej strony codziennie ma do czynienia ze śmiercią, widuje na stołach do sekcji kobiety takie same jak ona. Jeden gaz trzyma w torebce, drugi w pracy, a trzeci w domu, na wszelki wypadek.
Ale kiedy zerka przez judasza, widzi znajomą szpakowatą czuprynę, więc otwiera drzwi z uśmiechem, czując się raczej głupio. A potem dostrzega minę Lestrade'a.
– O mój Boże – mówi z zaskoczeniem. – Kto zginął? Powiedz mi od razu, błagam.
– Nikt nie zginął – odpowiada szybko Greg, po czym krzywi się. – To znaczy... Boże, Molly. Tak strasznie mi przykro. Chryste, nawet tego nie sprawdziłem... nadal spotykasz się z Jamesem Moriartym?
– Nie, zerwaliśmy. Ale czemu... poczekaj, Jim nie żyje?
Greg... Boże, Greg wygląda, jakby ktoś przywalił mu w twarz. Albo jakby miał za moment zwymiotować. Jeśli nie wytłumaczy jej natychmiast, o co chodzi, Molly po prostu to z niego wyciągnie.
– Molly, musimy porozmawiać. Nie możesz go tak dalej nazywać, on... Jezu. Mogę wejść?
– Oczywiście. – Cofa się, żeby go przepuścić. – Greg, co się stało?
Lestrade kręci głową.
– Molly, jest mi tak potwornie, potwornie przykro... przyszedłem tutaj sam, oczywiście, nie potrafiłem sobie wyobrazić, żeby przekazał ci te wieści Anderson albo, broń boże, Sherlock, ale... zrozum, jestem tutaj również jako gliniarz.
– To tylko mały gaz pieprzowy – mówi odruchowo Molly. – Nigdy w życiu go nie użyłam, ale... ale nie o tym chcesz rozmawiać.
– Nie przestawaj nosić ze sobą gazu – odpowiada prędko Greg. – Nigdy, rozumiesz? Chryste, nie wierzę, że ci żadnego nie przyniosłem, dobrze, że sama o tym pomyślałaś. Rozmawiałem z Donovan na temat twojego bezpieczeństwa bitą godzinę, a nie przyszedł nam do głowy zwykły gaz...
– Okej, jestem oficjalnie przerażona. – Chce, żeby zabrzmiało to lekko i żartobliwie, ale mówi prawdę, więc wychodzi raczej drżąco i niepewnie. Greg znowu się krzywi, po czym opada ciężko na kanapę i przeciera twarz dłonią.
– Usiądź, Molly.
To zabawne, co w tym momencie dzieje się z jego głosem, twarzą i postawą: z przyjaciela – bo przyjaźnią się przecież już od dłuższego czasu – zmienia się w przedstawiciela prawa. W jego głosie jest stanowczość, którą zazwyczaj Molly słyszy tylko w trakcie jakiegoś poważnego śledztwa albo sprzeczek z Sherlockiem. Czuje, jak stres podskakuje jej do takiego poziomu, że praktycznie ją paraliżuje. Siada na drugim końcu kanapy i czeka w milczeniu.
– Molly... – zaczyna wreszcie Greg. – Pamiętasz te wybuchy z kilku ostatnich dni, te które były w wiadomościach? Wliczając ten na Baker Street?
– Pamiętam. Co mają ze mną wspólnego?
– Nic. Ale bardzo dużo z Jamesem Moriartym.
Molly mruga; potem mruga jeszcze raz. Greg nie przestaje mówić, ale wszystko wokół robi się nagle za szybkie i za głośne. Molly zawsze zwraca uwagę na szczegóły, ale nie jest Sherlockiem cholernym Holmesem, i spostrzeżenia kilku ostatnich tygodni wirują teraz szaleńczo wokół niej, wszystkie te drobne wskazówki, które sugerowały, że coś jest bardzo nie tak. Obcy blondyn w samochodzie o trzeciej nad ranem, Sebastian, to jak akcent Jima nie dawał sobie rady z niektórymi wyrazami – nostalgia, powiedział nad kawą na ich pierwszym spotkaniu i brzmiało to zupełnie inaczej, dziwnie, ale nie pomyślała... i, o mój Boże, jego oczy na tej ostatniej kolacji, to jak jego palce co chwilę wędrowały do jej nadgarstka, badając puls, a ona uznała to za zbieg okoliczności, głupia, głupia, głupia...
– Molly – rozlega się głos Grega – Molly, słyszysz mnie? – Ale nie słyszy, nie za dobrze. Docierają do niej tylko poszczególne słowa, unoszą się i wirują dookoła – najpierw powoli, potem coraz szybciej – bomba i konsultant kryminalny, John i Sherlock i materiały wybuchowe, coś o muzeum sztuki, o porwanym dziecku i zamordowanej kobiecie, coś o psychopacie, psychopata. Nigdy wcześniej nie zdarzyło jej się nic podobnego, takie rozsypanie się świata na kawałeczki; ma mgłę przed oczami, co nie pomaga jej wyprzeć z pamięci rąk Jima, na niej, w niej – i zastanawia się mimowolnie, jak wielu ludzi zginęło przez tego człowieka, którego smak nadal czuje na języku. A jak wielu zabił własnoręcznie? Jej żołądek zaczyna się buntować.
Greg działa w trybie profesjonalisty, gliniarza, nie dotyka jej, siedzi na drugim końcu kanapy, i Molly jest mu za to nieskończenie wdzięczna. Ma ochotę wejść pod prysznic i spędzić tam następne sto lat – ewentualnie od razu zamienić sobie skórę na jakąś nową, nieużywaną. Zastanawia się gorączkowo, których części jej ciała Jim nie dotykał, i nie może zlokalizować żadnych, co jest przerażające – ale nie tak przerażające jak to, co powiedział właśnie Lestrade.
– Co powiedziałeś? – pyta, a Greg mruga z zaskoczeniem. Molly zastanawia się przelotnie, jak długo już tutaj siedzą. – Przed chwilą. Co powiedziałeś?
– Spytałem, czy mnie słyszysz – odpowiada Greg, powoli i ostrożnie, z obiema dłońmi na widoku. – Nie szkodzi, jeśli nie słuchałaś, zdaję sobie sprawę, że to było dużo do...
– Nie – przerywa mu Molly. – Co powiedziałeś wcześniej? Powiedziałeś... Carl Powers, dlaczego? Skąd wziąłeś to nazwisko?
– Och. – Greg unosi brwi. – Jeśli wierzyć Sherlockowi, Carl Powers był pierwszą ofiarą Moriarty'ego. Jakiś dzieciak na basenie, Sherlock domyślił się dzięki butom, nie mam pojęcia, jak... Molly? Molly!
Molly powinna mu odpowiedzieć, tak by nakazywała uprzejmość, zwłaszcza że Greg zadał sobie trud, żeby przyjść do niej i osobiście przekazać wieści. Ale nie może wykrztusić ani słowa. Pamięta. Staje jej przed oczami ta scena sprzed lat, z miejskiego basenu, woskowe, ociekające wodą ciało i rozbawione spojrzenie Jima. Jej żołądek już się nie buntuje – po prostu się przewrócił, i Molly ląduje w kuchni, wymiotując do kuchennego zlewu. Co wcale nie pomaga, za to jest upokarzające – ale z drugiej strony, czy jej życie nie jest jednym wielkim upokorzeniem?
Cofa się, nie potrafiąc spojrzeć ani na siebie, ani na Grega i nigdzie nie jest bezpiecznie, bo nawet ciemność pod zaciśniętymi powiekami szepcze ponownie każde słowo Jima i przypomina każdy jego dotyk; jak wiele razy wyjął z kieszeni telefon i wysłał z niego wiadomość – ile osób zginęło w czasie, kiedy siedzieli sobie nad kawą albo kolacją? I był w jej mieszkaniu, chodził z tym oszukanym, nieśmiałym uśmiechem, wszystkie te rzeczy, które miały przypominać jej nią samą, wszystko było aktorstwem, a ona pionkiem w grze...
Dopiero gdy już siedzi na zimnych kuchennych kafelkach, uświadamia sobie, że osunęła się na ziemię.
– Chryste, Molly – dobiega ją gdzieś z oddali zmartwiony głos Lestrade'a. Z jego tonu ulotnił się cały profesjonalny dystans, pozostał tylko jej przyjaciel, Greg. Molly obejmuje się ramionami i podciąga kolana pod brodę, opuszczając głowę.
– Zabije mnie? – Głupie pytanie – oczywiście, że ją zabije. Zamordował tamtą staruszkę tylko dlatego, że wspomniała przez telefon o barwie jego głosu, więc Molly musi być pierwsza na liście. Nie jest idiotką – nawet jeśli ostatnio się tak zachowywała – i nietrudno jej ułożyć resztę puzzli. Zawsze lubiła myśleć, że nie dotyczy jej strach przed śmiercią, że poznała jej tajniki zbyt dobrze, żeby się bać – ale w tym także nie miała racji. Histeryczne pragnienie ukrycia się w mysiej norze przesłania jej pozostałe uczucia.
Ale wtedy Lestrade mówi stanowczo:
– Nie, Molly, nie zabije cię – zupełnie tak, jakby był to niepodważalny wyrok, jakby miał do dyspozycji cały Scotland Yard – i Molly odrobinę się rozluźnia. Niewystarczająco, żeby się uspokoić, nawet o tym nie marzy, ale może złapać oddech, a potem, po kilku chwilach – kolejny. To już coś. Kiedy podnosi wreszcie wzrok, Greg nie wydaje się ani przestraszony, ani skrępowany – wygląda po prostu, jakby było mu przykro, i znowu ma twarz policjanta na służbie. Molly przełyka ślinę i próbuje wziąć się w garść.
– W porządku – mówi, i jej głos trzęsie się i brzmi okropnie, ale przynajmniej może już wykrztusić słowo, co samo w sobie jest sukcesem. – Przepraszam... nic mi nie będzie. Dziękuję, że mi powiedziałeś.
– Jeśli uważasz, że zostawię cię tutaj samą na noc, to chyba oszalałaś – informuje ją stanowczo Greg. – Jeśli chcesz prywatności, proszę bardzo, mogę nawet całą noc siedzieć na schodach pod drzwiami, ale nawet nie myśl, że zostaniesz bez eskorty policyjnej, dopóki się to wszystko nie uspokoi. I nie przepraszaj. Ani mnie, ani nikogo innego. To nie twoja wina, rozumiesz?
Molly niekoniecznie mu wierzy, ale wie, że Lestrade ma w tym momencie więcej rozsądku, niż ona sama. Nie odpowiada mu, ale też nie odwraca spojrzenia, i po chwili Greg wzdycha i siada obok niej.
– Więc mogę zostać? – pyta ostrożnie. – Przenocuję na kanapie, rzecz jasna. Po prostu twoje bezpieczeństwo jest teraz priorytetem w sprawie... nie, wiesz co? Pieprzyć to. Twoje bezpieczeństwo jest ważne dla mnie. I chyba będziemy musieli ci zrobić szybki kurs obsługi broni palnej. Ale na pewno nie dzisiaj.
– Czemu nie dzisiaj? – pyta Molly słabo. – Mówisz, że ludzie normalnie tak nie wyglądają, jak muszą się nauczyć strzelać?
Greg śmieje się przelotnie, głównie po to, by poprawić jej nastrój, no i jeszcze dlatego, że zwyczajnie jest miłym facetem, A Molly, cóż. Nie jest wyjątkiem i od czasu do czasu potrzebuje zwykłej, ludzkiej uprzejmości – nawet jeśli zbyt często zakochuje się w niewłaściwych facetach. Zabawne, że ludzie oceniają ją przez ten pryzmat i widzą w tym jej słabość; może i jest to słabość, ale w innym znaczeniu, mająca najwięcej wspólnego z chorobliwą potrzebą niezależności. Świadomość, że goni nieosiągalnego króliczka i że nie musi się martwić co będzie, jeśli go w końcu złapie, w pewien przewrotny sposób jest kojąca.
Ale teraz Greg uśmiecha się i jest taki cholernie miły, a Molly jest... zmęczona. Zmęczona i samotna; zawsze była trochę samotna, z taką małą pustką w sercu, po części z własnego wyboru. Ale teraz czuje się pusta wszędzie, a jeśli Greg sam proponuje, że będzie czymś ciepłym, solidnym i bezpiecznym, Molly nie ma zamiaru go powstrzymywać.
Dlatego kiwa głową, nadal nie ufając swojemu głosowi, a Greg uśmiecha się w odpowiedzi i mówi:
– Dziękuję – zupełnie jakby to Molly robiła mu przysługę. Pomaga jej wstać z podłogi i wysyła do łazienki, a później kładzie ją do łóżka, radząc sobie z tym w taki sam sposób, w jaki zawsze radzi sobie ze wszystkim.
Molly wraca do pracy i nikt nie próbuje jej zamordować, wychodzi na zakupy i nikt jej nie napada w supermarkecie, dzwoni do Grega – raz, dwa razy, tak często, jak tylko może – żeby podziękować za uzbrojonych gliniarzy, którzy pilnują, żeby była bezpieczna we własnym domu. Nikt w pracy nie ma pojęcia, co dokładnie się stało, ale Sherlock i John wiedzą. Obaj zasypują ją pytaniami, czy raczej Sherlock pyta, a John próbuje zachować dystans. Molly odpowiada najlepiej, jak tylko może, i usiłuje nadal żyć tak, jak wcześniej.
Ale nie potrafi, w tym cała rzecz. Wszystko wraca do normy, ale z drugiej strony... wcale nie, i Molly zupełnie sobie nie radzi.
Przez kilka pierwszych tygodni dręczą ją koszmary. Widzi plaże z Jimem pojawiającym się na nich jak morski potwór; czasami zamaskowany mężczyzna goni ją po wąskiej alejce, a ściany z obu stron nieubłaganie zbliżają się do siebie. Śni, że leży we własnym łóżku, a Jim wślizguje się pod kołdrę i obejmuje ją ramionami, z dłońmi i wargami pokrytymi krwią, a Molly zrywa się w środku nocy z wrzaskiem, zlana potem. Łapie się na tym, że podskakuje na dźwięk najlżejszych niespodziewanych hałasów i raz, kiedy wzdryga się gwałtownie w środku pytania Sherlocka, John Watson obrzuca ją przenikliwym, oceniającym spojrzeniem, po czym wyciąga Sherlocka z pokoju.
Ale przecież świat nie staje w miejscu, nawet jeśli Molly ma wrażenie, że usuwa jej się spod nóg. I nie wszystko kręci się wokół Jima Moriarty'ego ani Sherlocka Holmesa, a ci dwaj akurat naprawdę są siebie warci. To prawda, co powtarza jej Greg: niczemu nie jest winna, niczego nie zrobiła źle.
Greg mówi jej też inne rzeczy. Sherlock traci zainteresowanie sprawą po niecałych dwóch tygodniach, rzucając obojętnym tonem „On jeszcze wróci" i zupełnie nie przejmując się tym, że powoduje u Molly kolejny atak paniki. Ale Scotland Yard nie zawiesza śledztwa. Moriarty wysadził kilka budynków, zamordował kobietę, zaplanował śmierć telewizyjnej celebrytki, porwał czworo ludzi – w tym dziecko – porzucając ich obwieszonych materiałami wybuchowymi. Moriarty znajduje się wysoko na liście poszukiwanych przez Scotland Yard, a Lestrade jest najbardziej zdeterminowanym ze wszystkich gliniarzy.
Nie powinien zdradzać jej szczegółów śledztwa, ale i tak to robi. Ona pewnie nie powinna mówić mu o paralizatorze, który – żeby było zabawniej – dostała od pani Hudson („Moi chłopcy powiedzieli mi, co się ostatnio dzieje, kochanie" powiedziała, wciskając jej paralizator do ręki, kiedy Molly wpadła na Baker Street na przesłuchanie-och-to-znaczy-na-herbatkę. „Coś okropnego! Lepiej być przygotowaną na wszystko!") – i także to robi. Ich porozumienie dodaje jej pewności siebie, jest jakimś punktem zaczepienia w całym tym chaosie; Molly łapie się na tym, że ustawia wewnętrzny kalendarz wedle wizyt Grega, który wślizguje się do kostnicy i z porozumiewawczą miną podsuwa jej plik dokumentów, jakby był jakimś prywatnym szpiegiem. Co jest niedorzeczne, podobnie jak niedorzeczny jest jego wyraz twarzy, kiedy Molly pokazuje mu paralizator: patrzy na nią wtedy, jakby była jakąś bohaterką, jakby był z niej szalenie dumny. Ale nawet jeśli jest niedorzeczne –pomaga. Możliwe, że Molly nie stanęła jeszcze mocno na ziemi, ale przynajmniej trochę się do niej zbliżyła.
Dopiero po miesiącu wszystko się pogarsza.
W Yardzie pojawia się kolejny trop w sprawie Moriarty'ego – a raczej wszyscy sądzą, że w sprawie Moriarty'ego – choć to już trzeci raz, więc Greg podchodzi do sprawy z dystansem, tak przynajmniej twierdzi. Moriarty to jedyny temat ich rozmów; każdy inny wydaje się krępujący i niebezpieczny. Greg nadal nosi obrączkę, a Molly nie pyta, bo chociaż jej poczucie humoru bywa dziwne, to jednak potrafi wyczuć, kiedy warto być taktowną. Pod skórą zaczyna dziać się coś więcej, ale Greg jest żonaty, a Molly przerażona; więc rozmawiają o morderstwach, jedzą przyniesione przez Grega kanapki i jest dobrze. A potem przestaje.
– No, to będę się zbierał, sprawdzić kolejny fałszywy trop – mówi Greg ostatniego z tych dobrych dni. – Życz mi powodzenia. Nie żeby miało to coś zmienić.
– Powodzenia! – woła za nim Molly, po czym wraca do pracy.
A później do jej kostnicy przywożą ciało mężczyzny – postrzał w głowę, żadnych dokumentów, żadnych odcisków palców, drogi garnitur, martwy dopiero od paru godzin. Molly nie zastanawiałaby się nad tym, ale to Lestrade go przywozi, i gdyby Molly była Sherlockiem Holmesem, o tym że mężczyznę zastrzelił Greg powiedziałaby jej jakaś miniaturowa wskazówka: ślad prochu na dłoni, kropelka krwi na kołnierzu. Mogłaby spojrzeć na inspektora i natychmiast odtworzyć całą scenę jak film.
Ale Molly nie jest Sherlockiem Holmesem. Molly jest kobietą żyjącą ze śmierci, i chociaż te rzeczy, które zobaczyłby Sherlock Holmes są dla niej niedostrzegalne, inne zauważa. Greg wygląda jak policjant, który właśnie zastrzelił człowieka na służbie, ale jednak... niezupełnie – jest coś specyficznego w jego postawie i sposobie, w jaki zaciska zęby. Martwy mężczyzna jest niewątpliwie jednym z ludzi Moriarty'ego – ci z usuniętymi liniami papilarnymi zazwyczaj są – i Greg unika jej spojrzenia, ale nie ze wstydu, ani nie ze strachu, wygląda to bardziej na... rezygnację?
Molly patrzy na martwe ciało z czaszką przeszytą kulą – pojedynczy strzał, oddany by zabić – i myśli Zastrzelił tego mężczyznę z wściekłości. Zastrzelił go dla mnie.
Przez jedną sekundę – która wydaje się trwać bardzo, bardzo długo – Molly jest, niech bogowie mają ją w opiece, szczęśliwa. Ta kropla szczęścia jest, co prawda, porządnie owinięta poczuciem winy i wstydem, bo nie powinna jej czuć, nikogo nie powinna uszczęśliwiać czyjaś śmierć. Zastanawia się (nie po raz pierwszy), czy osobowością dyssocjalną można się zarazić drogą płciową, co jest niedorzeczne, ale z drugiej strony, nikt chyba jeszcze nie zrobił porządnych badań... Być może Molly została już na zawsze skażona, skazana na spędzenie reszty życia na powolnym popadaniu w obłęd.
Ale to by nie wyjaśniało przypadku Gregory'ego Lestrade'a, któremu trzęsą się ręce i który szura niespokojnie butami po posadzce. Spotykają się spojrzeniem i Lestrade wygląda tak, jak Molly się czuje – jakby było mu niedobrze – i wszystkiego jest za dużo, jest tyle rzeczy, które Molly chce powiedzieć, ale nie może, tyle tropów i wskazówek, z których każda prowadzi do Grega. Grega z jego ślubną obrączką i śladami prochu na skórze, tego samego prochu, który znajdą dzisiaj podczas sekcji zwłok. W którym dokładnie momencie życie Molly zostało tak absolutnie przewrócone do góry nogami? W tej sytuacji jest za wiele wątków, za wiele znaków, za wiele części ich osobowości, których trzeba się bać, i Molly nie wie, jak sobie z tym poradzić...
...ale zna kogoś, kto wie.
