Ja... przepraszam każdego kto na to czekał, że trwało to tak dłougo ^^" Jednak na swoją obronę powiem, że musiałam, prócz utrzymywania się na poziomie w drugiej klasie lo, napisać esej na 15 stron na temat symboliki pociągu w literaturze polskiej XIX i XX wieku. To chyba trochę mnie tłumaczy, bo naprawdę tego cholerstwa nie pisze się tak łatwo jak słodkich destieli.
Anyway, rozdział jest, hope you enjoy.

ooooooooooooo

Jessica jest delikatna. Muska szczupłymi palcami twarz Castiela, pozostawiając na niej Bladozielone smugi. To kolor szczerej troski - dlatego ściany szpitali nim malowane. Często ma to ukoić pacjentów i odwrócić uwagę od tego, że dotyk personelu jest Biały - lekarze i pielęgniarki, wypaleni zawodowo, zaczynają traktować pacjentów jak kolejny przedmiot do naprawienia.

Dean wierzy, że przyszła żona Sama nigdy nie będzie taka jak oni.

- Nie wygląda to najgorzej. Trochę opuchlizny w miejscu siniaków, niegroźne rozcięcia. Wystarczy odrobina maści i do wesela się zagoi.

- Dziękuję - mówi Castiel i dotyka jej ramienia, posyłając po nim trochę Fiołkowej wdzięczności.

- Dobra. A teraz pokaż mi, co masz pod koszulką.

Fiolet przechodzi płynnie w Miedziany z odrobiną Eozyny, jakby ktoś dodał do wody krople innych barwników. Cas cofa rękę, ale i Jess i Dean dostrzegają tę obawę i niepokój.

Dziewczyna marszczy lekko brwi i po chwili mówi:

- Właśnie, Dean, zapomniałam ci powiedzieć: idź i pościel sobie na kanapie.

- Co? - Mężczyzna odrywa się od ściany i patrzy na Jess ze zdziwieniem.

- To co słyszałeś - śpisz na kanapie. Pościel ją sobie, bo ja nie mam zamiaru tego robić.

- Nie jestem twoim facetem żebyś mogła mnie posyłać na kanapę, Jess - broni się. Ich kanapa może i jest wspaniała, ale do siedzenia/rozwalania się, nie do spania. A w tej chwili, Dean marzy tylko o rzuceniu się na swoje łóżko, położeniu głowy na poduszce...

- Świetnie. W takim razie, mój drogi męski mężczyzno, ja prześpię się na kanapie. A ty idź i tul się do braciszka. Mam nadzieję, że nasze łóżko sprosta twoim wymaganiom.

- Naprawdę, mogę spać na kanapie - wcina się nieśmiało Castiel.

Wzrok dziewczyny jest tak morderczy, że Dean kapituluje.

- Nie ma problemu, Cas. Prześpisz się w moim pokoju - mówi łagodnie ze względu na chłopaka, chociaż wewnętrznie jest zły na Jess i na spanie na kanapie.

Wychodzi, mamrocząc pod nosem coś o tym, że nawet nie wie, gdzie trzymają pościel.

Gdy drzwi zamykają się za Deanem, Cas zostaje przyszpilony intensywnym spojrzeniem Jessici.

- Pokażesz mi to? - pyta kobieta. - Chcę ci pomóc.

- Dobrze - odpowiada niechętnie. - Ale proszę... Nie mów im, dobrze?

- Jasne. Tajemnica lekarska - zapewnia, patrząc jak Castiel zdejmuje koszulkę. Wyraz jej twarzy nie zmienia się.

- Widziałam gorsze nie martw... Och - jej głos staje się zduszony, gdy Cstiel odwraca się plecami i pokazuje jej swoje czarne "skrzydła".

- Wiem - mamrocze, czekając aż Jess ucieknie, powie, że jest skażony i powinien się wynosić.

Po chwili nieznośnej ciszy, w której rozbrzmiewają tylko ich oddechy, czuje na plecach dotyk śliskiej, chłodnej maści.

- Ojciec ci to zrobił? - pyta w końcu Jess

- Tak. Niestety. - Wzdryga się na samą myśl o twarzy, której woli nie pamiętać. Jest rozmazana, znika za warstwą gęstego zapachu alkoholu. - Powstawały przez lata.

Znów milczenie - o dziwo nieciężkie i nie nieprzyjemne - w czasie którego Jess w skupieniu ogląda jego skórę i smaruje lekarstwem.

- Ojciec Sama i Deana też był ostry - oznajmia w końcu cicho dziewczyna. - Sam nawet wylądował na bruku. Oczywiście to nie było to, nie aż tak, ale... Chodzi mi tylko o to, że nie powinieneś się tego wstydzić i ukrywać przed Deanem. On... Wiesz, chyba zaangażował się osobiście, co mu się nie zdarza zbyt często. Zależy mu.

Cas kiwa głową, czując miłe zaskoczenie.

Nie miał pojęcia, że to, że Dean się zaangażował to coś wyjątkowego. Myślał, że to po prostu ten typ człowieka - dobry glina, który ściąga koty z drzew i przeprowadza staruszki przez ulice.

Po spędzeniu z nim kilku godzin, nie mógł nie dziwić się skąd ta cała szarość.

- Nie jesteś zbyt rozmowny - wzdycha Jessica. - Przepraszam, nie powinnam ci się pakować w życie z butami.

- Nic nie szkodzi - zapewnia natychmiast. - Nie czuję się urażony. Po prostu jestem raczej typem słuchacza.

- Zauważyłam przy kolacji - mówi i zaczyna zakładać opatrunki na nieco głębsze rany.

- Miło się was słucha - wyjaśnia i to całkiem szczere. - Naprawdę. Dawno nie spotkałem tak życzliwych ludzi.

- Cieszę się, że dobrze się tu czujesz. Wiesz, możesz zostać jeśli ci to odpowiada. Póki nie staniesz na nogi.

Castiel odwraca się i patrzy na nią z niedowierzaniem.

- To bardzo miłe, ale nie mógłbym przysparzać wam więcej problemów... - mówi zakłopotany.

- To żadne problemy. Wiesz, to mieszkanie gościło wiele zagubionych dusz. W najlepszych czasach mieliśmy tu kumpla Deana, który dopiero co wyszedł z więzienia, Jo, która pokłóciła się z Chaz, Balthazara w środku kryzysu twórczego, bo jego willa zablokowała mu wenę, byłą Sama i jednego z nielicznych długookresowych facetów Deana. To był koszmar, a na podłodze nie było gdzie postawić stopy. Ale daliśmy radę. Więc nic mi nie mów o robieniu problemów.

Sama wizja obozowiska "zagubionych dusz", jak nazwała ich Jess, wywołała u Castiela uśmiech.

- Wszyscy wyszli żywi? - pyta, czując ciepło w sercu. Prawda była taka, że im dłużej tu był, tym bardziej przywiązywał się do tego miejsca. Co mogło być głupie - jest tu od kilku godzin. Ale jednak podświadomie stara się znaleźć sobie miejsce na świecie, chociaż chwilowo.

- Ledwo, bo ledwo, ale tak - śmieje się dziewczyna. - Dobra, ubieraj się i spadaj, bo jest już trzecia, a ja za cztery godziny zaczynam zajęcia.

Castiel kiwa głową i wkłada koszulkę, która niezbyt przyjemnie klei się do jego pokrytego maściami ciała.

- Dzięki, Jessico.

- Spoko. Hipokrates mnie do tego zobowiązał.

Ekran elektronicznego budzika Deana pokazuje godzinę 4:12. Castiel zezuje na zielone liczby, które rozmazują mu się przed oczami. Jest potwornie zmęczony, ledwo żywy, ale nie może zmrużyć oka. Ma irytujące wrażenie jakby coś go uwierało. Do tego odczuwa suchość w ustach i nieprzyjemne łaskotanie w opuszkach palców.

Przewraca się z boku na bok, starając się przekonać swój mózg, że powinien jak najszybciej skończyć z tymi urojonymi, acz upierdliwymi objawami.

Oczywiście to pobożne życzenia. Zespół odstawienia jest jak najbardziej realny, a Castiel czuje, że jeżeli zaraz nie zapali, to szlag go trafi.

Przesuwa językiem po popękanych wargach i już chce wstać, zacząć chodzić w kółko po pokoju, gdy drzwi otwierają się.

Widzi to wyraźnie w blasku miejskich świateł, który sączy się przez okna.

Do środka wślizguje się półnagi Dean Winchester.

Castiel otwiera szerzej oczy i zanim zdąży się powstrzymać pyta:

- Dean? Co do cholery?

Mężczyzna podskakuje jak oparzony i patrzy na Casa z miną złodzieja złapanego na gorącym uczynku.

- Nie mogłem spać. Wiesz, ta kanapa jest naprawdę cholernie niewygodna.

- I chciałeś wrócić do swojego łóżka? - Nie może sobie darować tego pytania w chwili, gdy Dean tak bardzo nie chce, żeby to tak wyglądało - Patrząc na to, że masz na sobie tylko bokserki, to mogłoby być dziwne.

- Widzę, że nagle minął ci tryb cichego, niewinnego dzieciaka. - Dean unosi brew.

- Szczerze? Jest zbyt późno... Wcześnie żebym zachowywał się normalnie. Rozumiesz, to ten stan umysłu.

- Nie masz pojęcia jak dobrze. Kiedy siedzimy z chłopakami do nocy w pracy, z żadnego z nas nie ma już pożytku. Nawet ziemniaki śmieszą.

Wizja Deana śmiejącego się z ziemniaków, bawi Casa na tyle, że sam chichocze krótko. Policjant patrzy na niego i kręci głową.

- Przegrzane styki, jak nic - mówi, siląc się na poważny ton. - Ale, żeby sprostować: przyszedłem tu po książkę, nie do ciebie - dodaje, podnosząc z podłogi jakiś tom. Z tej odległości Castiel nie widzi tytułu. Z resztą, wątpliwe by był w stanie go odczytać.

- Co to?

- „Rok 1984", Orwella - odpowiada, wzruszając ramionami jakby chciał dodać "no co, to nie moja wina". Cas nie ma pojęcia czemu miałby to robić, ale po prostu tak to wygląda. - A ty? Czemu nie śpisz?

- Szczerze? Umieram. Serio umieram, umrę jeśli zaraz nie dostanę papierosa - mamrocze nieszczęśliwym głosem.

- Uchu, widzę uzależnienie pełną gębą. - Kiwa głową ze zrozumieniem. - A Jess nie ma litości.

- Pod tym względem? Żadnej.

Dean patrzy na niego przez chwilę, jakby się nad czymś zastanawiał.

- Jeden jedyny raz. I nikt się nie dowie – mówi i znika za drzwiami.

Castiel siada i czeka, nasłuchując kroków na korytarzu.

Mijają dwie minuty i Dean jest już z powrotem, niosąc jakieś pudełko. Kiedy siada obok Casa, chłopak może stwierdzić, że to czerwone, metalowe pudełko po czekoladkach Lindta.

- Czekoladki? – pyta, marszcząc brwi.

- Lepiej. I nie, nie przybory do szycia. – Zadowolony z siebie otwiera pudełko, które skrywa w środku prawdziwe marzenie palacza. – Częstuj się

- Woah. – Castielowy mózg nałogowca czuje się trochę jak dziecko w sklepie ze słodyczami i chce to wszystko, ale grzecznie bierze jedno Marlboro i patrzy na Deana pytająco.

- To nie moje tylko Jess. A raczej jej ofiar – wyjaśnia. – Wiesz, zdobycie tego kosztowało mnie wiele wysiłku i tak dalej. Myślę, że półświatek przestępczy wiele stracił, kiedy zdecydowałem się zostać policjantem.

- Prawdziwy z ciebie Arsene Lupin – przyznaje Castiel, wstając niecierpliwie i idzie w stronę wyjścia na balkon.

- Nie żeby były w szafce nad lodówką. – Śmieje się Dean, idąc za nim. – Zwolnij dzieciaku. Przewidujesz odpalić własnym zapałem? – zapytał, rzucając mu zapalniczkę.

Castiel uśmiechnął się i zadowolony wychodzi na zewnątrz. Opiera się o barierkę i zapala, z lubością zaciągając się dymem.

- To tylko dzisiejsza taryfa ulgowa – zaznacza Dean, patrząc na niego stanowczo. Jednak w tym twardym spojrzeniu jest dużo ciepła, które wywołuje u Casa uczucie równie przyjemne, jak rozchodząca się we krwi nikotyna, jak jego kolejne słowa: – Od jutra rzucasz.

Od jutra rzucasz.

Znaczy, że Dean już zaakceptował, że Castiel z nimi zostanie na dłużej. I chyba jest naprawdę zadowolony. Fakt, że jego obecność może kogoś cieszyć, i to kogoś takiego jak Dean Winchester, to coś naprawdę niesamowitego. I dobra motywacja, żeby zerwać ze swoimi starymi przyjaciółmi. (Ostatecznie nie było go na nich stać, a teraz kradzieże już nie wchodziły w grę.)

Dean widocznie mylnie odczytuje jego milczenie, bo wygląda na nieco zmartwionego.

- Spoko. Jak coś to wiesz, raczej postaramy ci się pomóc w trudnych chwilach i tak dalej – zapewnia, klepiąc go po ramieniu. – A jak masz wychodzić na prostą, to na całość, nie?

- Jasne. Masz rację.

W tej chwili, Dean Winchester wydaje mu się kimś niesamowicie dobrym – aniołem, który chwycił go za rękę i wyciągnął z piekła – że nie może znieść patrzenia na Szarość, która w tak wielu miejscach pokrywa jego nagą skórę. Nie myśli o tym, że to dziwne i niegrzeczne, po prostu dotyka jego piersi i patrzy na wykwitające plamy – to prawdziwa feeria barw: Amarantowy, Akwamaryna, Fiołkowy, Patyna, Lapis-lazuli, Zielony… Gdy Dean nie ucieka przed tym dotykiem, Patyna i Lapis-lazuli powoli znikają.

W końcu mężczyzna przerywa ciszę.

- Rozumiem – mówi cicho, a Cas jak oparzony, jak gdyby dopiero teraz w pełni do niego dotarło co zrobił, zabiera rękę, zostawiając jeszcze tylko trochę Mysiego popłochu. – Hej, nie martw się. W sensie, wolę to – dotyka jego ramienia i zostawia trochę Liliowego – niż godziny gadania. Nie ma sprawy, serio.

- Przepraszam – mamrocze mimo wszystko Castiel. – Jest późno i… nie jestem do końca sobą. Tak myślę.

Dean wzdycha.

- Masz rację. Powinniśmy iść spać. Wiesz, mam pracę, a ty powinieneś odpoczywać. Brak snu nie wpływa dobrze na ogólne rozbicie…

- Mhm – mruczy niechętnie. Wcale nie ma ochoty wracać do łóżka i zostawać sam, ale proszenie Deana żeby nie odchodził… to byłoby zbyt wiele. I tak już dużo dla niego zrobił. – Pewnie masz racje.

- Na pewno mam rację – szczerzy się Winchester. – Zostawię ci jeszcze dwa Marlboro gdybyś dalej nie mógł spać, ale wiesz… ani słowa. To nasz sekret, okej?

- Jasne. Nasz sekret – zgadza się chętnie Cas. Nasz brzmiało bardzo dobrze. – Dobranoc, Dean. Jeszcze raz dzięki za wszystko.

- Dobranoc, Cas. Nie ma sprawy.

Dean Winchester wraca do pokoju, a Castiel Nowak zostaje jeszcze przez chwilę na balkonie, wbijając błękitne oczy w bladą tarczę księżyca.