Rozdział 3
Tymczasem w pewnym ogromnym drzewie.
-Jutro zaczniemy montaż hamaków. Spanie na ziemi nie bardzo mi służy, zresztą nie tylko mi, ale i reszcie klanu. -rzekł Jake do rzemieślnika Kenay.
-Potrzebne będzie zaangażowanie jak największej liczby osób. Trzeba poszukać palm fasolowych, zebrać ich liście, przewieść je tu, później montaż i poświęcenie. Jednym słowem zajmie to kilka dni. -rzekł zrezygnowanym głosem Kenay.
-Zaczniemy jutro z samego rana, zaś dzisiaj po raz pierwszy rozpalimy ognisko w naszym nowy domu i trzeba będzie to uczcić, więc zapraszam.
Podziękował za rozmowę, jednocześnie udając się do kolejnych ważnych osób w klanie, by sprawdzić jak się mają sprawy, ewentualnie znaleźć tymczasowe rozwiązanie problemu.
-Jake, Jake chodź tu! -zawołał go Neytiri.
-Tak, o co chodzi? -zapytał Jake.
-Jako, że będzie to pierwsze ognisko, to właśnie ty musisz je rozpalić.
-Ja, ale jak? Nie mam zapałek.
-Nie trzeba wynalazków ludzi nieba, wystarczą dwa iskrzące kamyki. -powiedziała z uśmiechem Neytiri.
-No dobrze spróbuje. Kolejna nauka, ehh...
Zaczął stukać kamykami jeden o drugi. Trochę iskierek było, ale zapalić się nie chciało. Jake powiedział w myślach:"Wielki Toruk Makto, a nie umie ogniska rozpalić". W końcu po kilku minutach, coś zaczęło się tlić, trochę siwego dymu, by w końcu chwycił płomień.
-A jednak umiesz. -powiedziała z przekąsem Neytiri.
-Eee... to nie było takie trudne. Dobra idę, później się spotkamy i ewentualnie coś więcej. -mówiąc to lekko się uśmiechnął.
Jake przechodząc obok Neytiri, lekko uderzył ją w pośladek ogonem. Ta na zaczepkę partnera zmrużyła oczy, ale nic nie powiedziała. Wiedziała, że Jake był w dobrym nastroju, ale obiecała sobie, że nie pozostanie dłużna.
Rozpaliwszy ognisko i zabezpieczywszy je wokoło kamieniami, zaczęto piec pierwsze porcje oprawionego i równo podzielonego mięsa. Powoli wszyscy zaczęli zbierać się wokół ogniska. To była magiczna chwila, pierwszy wieczór w nowym miejscu wywoływał podekscytowanie u wszystkich. Ognisko paliło się pośrodku największego miejsca w drzewie rozświetlając jego wnętrze. Dodatkowo, żeby jeszcze bardziej rozjaśnić pomieszczenie, rozwieszono kilka lampionów, żeby nikt się nie potknął o gdzie nie gdzie wystające korzenie. Zaczęto rozdawać pierwsze porcje pieczonego mięsa na liściach. Jego zapach niósł się po całym pomieszczeniu. Była pierwsza okazja zjedzenia czegoś bardziej konkretnego niż tylko dziko rosnące owoce i larwy teylu.
Neytiri z Jakem siedzieli najbliżej ogniska spokojnie jedząc. Słuchali przy tym to o czym inni rozmawiali.
-Wiesz Neytiri, nigdy czegoś takiego bym się nie spodziewał. Dawno temu, gdy jeszcze mieszkałem na ziemi w ciele człowieka, że będę niebieski z ogonem i że to miejsce będzie moim nowym domem. A dodatkowo, że tu poznam najcudowniejszą kobietę w moim życiu.
-Ja z kolei nigdy nie przypuszczałam, że moim wybrankiem będzie ktoś z ludzi nieba. Dodatkowo przez to, co tu miało miejsce przed twoim przybyciem. -rzekła cicho Neytiri.
-Teraz już wszystko będzie dobrze, nie pozwolę by komuś stała się krzywda. -zapewnił Jake
Robiło się coraz później i mieszkańcy zbierali się do snu, zaś kilku wojowników zostało do pilnowania wejścia. Żeby ktoś lub coś nieproszonego nie dostało się do środka. Jake wraz z Neytiri postanowili udać się wzdłuż strumienia płynącego obok ich domu. Niedaleko od niego znajdował się mały wodospad. Idąc razem trzymali się za rękę, podziwiając przy tym uroki nowego miejsca. Rośliny mieniły się kolorami, a strumień wody koło którego szli wytwarzał błękitno iluminacje. Będąc na skraju małego wodospadu znaleźli zejście w dół. Skok choć nie duży, był zbyt ryzykowny, nie znając jego dna. Miejsce, gdzie spadała woda, utworzyła małe jeziorko z którego wolno płynęła dalej.
Neytiri zdjęła swój naszyjnik, składający się z wielu kolorowych piórek, które zakrywały piersi. Nóż z sakwą odłożyła na bok. Rozplotła swe włosy, odkładając kolorowe koraliki w bezpieczne miejsce. Weszła do wody wysokiej do pasa, którą rozświetlały podwodne roślinki. Była doskonała, by się odświeżyć. Udała się pod miejsce, gdzie spadała z góry. Strumień zaczął spływać po jej twarzy, włosach, ramionach i zmysłowej talli. Zaczęła myć włosy i warkocz.
-Jake co tak patrzysz, chodź woda jest doskonała.
-A...no tak, już idę.
Zdjął swój naszyjnik Olo'eyktana i podręczny nóż, który teraz do niczego się nie przyda. Jake patrzył na nią jak zaczarowany. Wszystkie jej świetliste wzory na ciele, po których spływała woda, były teraz doskonale widoczne.
Jake wszedł do wody.
-Neytiri.
-Tak -odpowiedziała cicho, zajęta myciem swych włosów.
-Czy mówiłem ci, jak jesteś piękna?-zapytał Jake i podszedł do niej.
Chwycił ją w pasie, podciągnął do siebie i spojrzał w jej piękne złote oczy. Usta swe zbliżył do jej ust. Ich oddech stał się szybszy, w końcu nie wytrzymali i ich usta się połączyły w dzikiej namiętności. Neytiri chwyciła swój warkocz, Jake zaś swój, zbliżając przy tym ich końce. W jednej chwili stworzyli całość. Cały żar pożądania płynący ze środka przeniósł się na partnera, wypełniając ich nawzajem. Woda rozświetliła się jeszcze bardziej, a wszystko skupiło się wokół tej chwili. Teraz zostawmy ich tam razem, nie będziemy im przeszkadzać.
Grace dalej wędrowała ścieżką, zaś światło od roślin i Polifema ułatwiało jej omijanie wystających korzeni. Wkrótce droga doprowadziła ją do Drzewa Domowego z którego biło światło palącego się ogniska. Pomyślała sobie:"Wreszcie znalazłam ratunek, ale jak mnie przyjmą. Wieści o zniszczonym drzewie Omatikaya rozniosły się pewnie po innych klanach i na ich pomoc raczej nie mam co liczyć. Może nawet mnie zabiją, ale jak nie oni to tutejsze zwierzęta to zrobią. Nie mam wyboru, idę!". Powoli widoczne były sylwetki tutejszego plemienia. Nagle spostrzegła zamieszanie, a po chwili w jej kierunku zaczęło zmierzać czterech jeźdźców na Pa'li. Szybko ją okrążyli, a jeden z wojowników spytał się:
-Kim jesteś i co tu robisz?
-Jestem Grace Augustin.
-Nie kłam Grace odeszła do Eywy. -rzekł wojownik.
-Popatrz na mnie, to jestem ja dr. Grace Augustin.
-Chodząca we śnie?
-Ja... ja sama nie wiem. -mówiąc to łzy jej napłynęły do oczu.
-Zabrać ją do naszego Olo'eyktana, jeśli kłamiesz zginiesz. -krzyknął jeździec na Pa'li.
Po chwili znaleźli się przy wejściu do wielkiego drzewa. Jeden z wojowników zapytał:
-Gdzie jest Olo'eyktan znaleźliśmy chodząco we śnie, która twierdzi, że jest Grace.
Usłyszała to Mo'at i od razu wstała od ogniska, podchodząc do Grace. Kto jeszcze nie spał skierował wzrok na nowo przybyło.
-Zostawcie ją, to faktycznie jest Grace. Nasza Wielka Matka postanowiła oddać jej duszę, gdyż tak wielu innych ofiarowało się, by nie zniszczyć najświętszego miejsca.
-Mo'at chcesz powiedzieć, że zaatakowali Drzewo Dusz.
-Grace widzę po tobie niezrozumiałość tego co nastąpiło oraz wydarzeń jakie miały miejsce, ale na razie zjedz coś. Ja zaś przygotuje ci coś na uspokojenie i na łatwiejszy sen. Odpoczywaj, nic ci nie grozi, a jutro się wszystkiego dowiesz. -mówiąc to lekko się uśmiechnęła.
W chwili jej przybycia, rozglądając się wokoło większość spała, ale nie w hamakach, a na mchu. Wiedziała, że to Omatikaya, że mają teraz nowy dom. Ale gdzie jest ich Olo'eyktan? Nie wiedziała co się stało z Jake'm, Norm'em, Trudy oraz resztą jej zaufanych ludzi. Jednak ziołowy napój skutecznie usunął natłok myśli i w końcu zmrużyła oczy.
